Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Ile płacę? - cz. V

airam ·

Ostrza zwarły się i zaskowytały.
Landi odbił się mocno, przefrunął kilka metrów ślizgiem i przemknął się pomiędzy uderzającymi z różnych stron głowniami przerywając pierścień, w którym zamknęli go przeciwnicy. Wylądował i nie zatrzymując się ani nie zwalniając przeszedł płynnie do ataku z półobrotu. Mierzył w Wenkera. Który tym razem miał miecz.
Czegokolwiek by nie mówić o Wenkerze, trzeba mu przyznać jedną rzecz. Nie brakowało mu refleksu.
Pomarańczowy księżyc migał raz po jednej, raz po drugiej stronie nieba, a czasem wywijał obłędnego młyńca, kiedy Landi obracał się w piruecie. Elf zwijał się w walce najszybciej jak potrafił.
Raz i dwa!
Szczęk i zgrzyt.
Byle tylko nie dać się zwieźć zdradzieckiej regularności uderzeń, nie wpaść w rytm, który nigdy nie był jedyną możliwą prawidłowością obowiązującą w grze. W grze, która równie dobrze mogła się obyć i w ogóle bez jakiegokolwiek rytmu. Bili się dobrze.
Obiektywnie rzecz biorąc trwało to krótko. Subiektywnie rzecz biorąc za długo.
Rozpaczliwy krzyk odbił się echem o studzienne ściany podwórza. Landi odwrócił się i zobaczył obok siebie Rufena. Zrobił unik przed niedokładnym ciosem kogoś, kogo dostrzegał tylko jako ciemną plamę i uderzył w serce.
- Dość, dość!
- Trzymaj go!
- Nie złapiecie. Już po wszystkim – czyjś chłodny głos, chyba tego, co przyszedł z Jerrdemonem.
Rufen przebiegł jeszcze kilka kroków i zatrzymał się wyczerpany. Tamten był już za daleko.
- Zwieje, skubany… - wysapał.
Landi stał przez chwilę wyprostowany, z opuszczonym mieczem. Zamknął oczy. Oddech miał ciężki.
Był cały.
Podniósł głowę i zaśmiał się w głos do pomarańczowego księżyca.
Czyjeś kroki zadudniły od strony wjazdu w podwórze.
Wszyscy zamarli.
- Zwiewamy, Befer – powiedział Landi budząc się jakby. – Straż idzie!
Wytarł miecz we własny płaszcz i schował go do pochwy. Rozejrzał się wokół, jakby spodziewał się zobaczyć coś więcej niż podczas walki i przeszedł kilka spiesznych kroków w stronę szeregu rozwalających się bud, który poprzednio dodatkowo przysłaniał im widoczność, kiedy usiłowali spod bramy obserwować poczynania tamtych po odejściu spod latarni. Zatrzymał się i podrzucił niecierpliwie głową.
- Idziecie?
Nikt mu nie odpowiedział. Stał zamarły w pół gestu.
- Befer?
Drgnął lekko z widoczną niepewnością, a potem powoli odwrócił głowę. Dostrzegł za sobą sylwetki czterech osób rysujące się na tle latarni. Marszowe kroki na ulicy wzmogły się, a potem oddaliły, aż w końcu zamarły zupełnie. Patrol odszedł nie zagłębiając się w podwórze. Widocznie dowódca podjął jedyną słuszną decyzję, by stanowczo unikać jakiejkolwiek nadgorliwości.
- O Boże – jęknął ktoś.
- Dajcie światło – powiedział Landi ochrypłym głosem.
Jeden z nich obrócił się bez słowa na pięcie i zniknął we wnętrzu knajpy. Nikt nie odezwał się, dopóki nie wrócił z płonącą lampą w wysoko uniesionej dłoni. Ktoś jęczał z cicha, zapewne ranny, którego nie dobili.
Landi podszedł do nich starając się omijać ciała i wziął lampę. Oświetlał po kolei ich twarze.
Rufen.
Grimset.
Jerrdemon,
ten drugi, którego imienia nie znał - obaj trochę z boku.
Patrzyli po sobie badawczo. Landi spuścił światło i odwrócił się w stronę pola walki. Podchodził do leżących.
Ten, który krzyczał pierwszy, był martwy. Krąg światła przesunął się dalej i omiótł rannego. Był nim jeden z palaczy. Tuż obok leżał trup Wenkera. Nie wiedzieli, który z nich go zabił, Rufen, czy Landi. Nie miało to już zresztą najmniejszego znaczenia.
Przeszedł kilka kroków. Poświecił w bok i wydobył z mroku zwiniętą w kłębek Garkę. Ktoś zaklął, nie wiedzieć, z nerwów, ze złości, czy z niedowierzania.
Landi odstawił lampę na ziemię i ukląkł przy Beferze. Niespiesznym, niemal leniwym ruchem uniósł dłoń i przyłożył mu ją do szyi, tam, gdzie sprawdza się tętno. Nikt nie zwrócił mu na głos uwagi na bezcelowość tego gestu. Przytrzymał chwilę rękę, a potem cofnął ją jeszcze wolniej.
- Prawo serii – szepnął.
Uśmiechnął się, bez odrobiny radości, do czegoś, czego nikt poza nim nie widział.
Grimset podszedł do niego szurając i spojrzał z góry w twarz Befera. Skrzywił się i podniósł lampę, żeby przyjrzeć się temu, na co patrzył Landi.
- Czego się śmiejesz, głupi? – powiedział w stronę zmarłego.
Głos załamał mu się lekko.
Odstawił z wahaniem lampę, odwrócił się i odszedł szybko pod latarnię. Rufen patrzył w gwiazdy. Nie chciał oglądać rany, ani upiornego uśmiechu Befera. Bo Befer się uśmiechał.
Nic poza rytmicznym pojękiwaniem rannego nie zakłócało ciszy, podczas gdy Landi ściągał Beferowi medalion. Przytrzymał głowę przyjaciela, a potem złożył ją ostrożnie z powrotem na ziemi. Zamknął mu oczy. Nakreślił mu na czole znak, którego nie znał żaden z patrzących. Klęczał jeszcze dobrą chwilę tyłem do nich, zwrócony w stronę Befera.
„Agnen” – wypowiedziały bezgłośnie jego usta.
- Żegna się – szepnął Grimset.
- Zamknij się – odszepnął mu ostro Rufen na chwilę odrywając spojrzenie od gwiazd.
Landi odwrócił wreszcie wzrok, wstał i podszedł do nich zaciskając medalion w garści. Zatrzymał się na chwilę przy rannym. Stanął się na granicy kręgu latarnianego blasku. Głowę trzymał wysoko.
- Jak z tamtym? – zapytał Grimset. – Przeżyje?
- Pół na pół – odpowiedział mu przynajmniej na pozór spokojny głos.
- A oni tam…?
Grimset wzruszył ramionami.
- Nikt nie wyszedł, to już nie wyjdzie. Nie interesuje ich to. Tu ciągle się ktoś zabija. Taka dzielnica.
Chudy gracz, towarzysz Jerrdemona, podszedł szybko do rannego i pochylił się nad nim.
- Opatrunek? – zapytał.
Landi podał mu bez słowa bandaż, nie wiadomo skąd wydobyty.
- A tamta? – zagadnął nagle Rufen.
- Kto?
- No… Tamta tam…
Landi odwrócił się i spojrzał w mrok. Z ociąganiem zbliżył się znów do leżących postaci. Dreszcz wstrząsnął skulonym ciałem Garki. Schylił się prędko i zerwał jej knebel z ust. Rzadka ciecz chlusnęła z nich z dziwnym dźwiękiem. Schwycił ją pod pachami, tak, że bezwładna głowa pochyliła się do przodu, pozwolił spływać swobodnie posoce. Dziewczyna zakaszlała i drgnęła raz jeszcze, ale pozostała nieprzytomna. Zapewne zadławiłaby się, gdyby pomoc nadeszła choćby o sekundę później.
Położył ją na boku i okrył resztkami ubrania, po namyśle owinął też w swój zakrwawiony płaszcz. Ręce i nogi miała zimne jak lód.
Wstał. Nie wydawało się, żeby zamierzał zrobić dla niej cokolwiek więcej.
- Zanieście ich do szpitala – powiedział. – Ją też.
- Nie jestem pewien, czy przyjmą ją w szpitalu – wtrącił się Grimset. – Ona jest… hmmm, no cóż, ona jest prostytutką.
- A kto to teraz pozna, kim była? – żachnął się Rufen. – Z ubrania i tak mało co zostało.
- Ją przyjmą – uciął Landi.
Grimset odchrząknął.
- A co z resztą? Befer…
Popatrzyli po sobie.
- Słuchajcie mnie – odezwał się nagle Jerrdemon. – Nie wiem, czy ktokolwiek z nas rozumie do końca, co tu się wydarzyło. Ale to nie ma znaczenia. Graliśmy w karty. Wszyscy widzieli. Wszyscy widzieli, jak Befer wyszedł, tak? Potem ciebie, jak wszedłeś i wyszedłeś. Tak było. Potem Befer zawołał was na pomoc. Zawołał was, bo spotkał tych tutaj. Zaczęli z nim rozmawiać i zaniepokoił się. Wolał mieć kogoś przy sobie. Ale wtedy oni przestraszyli się, że zdobycz może im uciec i uderzyli natychmiast. Ty usłyszałeś odgłosy walki, kiedy wracałeś z przechadzki. I pobiegłeś mu na pomoc. Zabili go dla pieniędzy. Mieli nadzieję, ze zgarną dużo. Befer był znany. Często wygrywał. Mieli długi. U niego. Przegrali wielką stawkę. I nie zapłacili. Mieli oddać później. Dziewczyna była tu, kiedy to się działo. Dostała. Przypadkiem. Zrozumieliście?
Skinęli wszyscy głowami.
- A tamten co zwiał? – nie wytrzymał Rufen.
- Jest jeden. Jego zeznanie się nie liczy. Nie kochałem Befera. Ale świadczymy tak samo jak wy. Bo nasza wersja jest jedynie prawdziwa, jasne? Zapamiętajcie ją dobrze. Jak coś nie będzie się zgadzać, możemy mieć w razie czego kłopoty.
- No dobrze, a dziewczyna? Co, jeśli zacznie gadać?
- Nie będzie gadać. Może o niczym nie pamiętać.
- A skąd będzie wiedzieć, że ma nie pamiętać?
- Znam ją. Będzie wiedzieć. A teraz ktoś idzie zameldować o wszystkim straży. Stary wybieg. Reszta się zmywa. Żadnych nazwisk. Chyba, że nie będzie innego wyjścia. Befera musicie tu zostawić. Lepiej w ogóle nie ruszać trupów.
- Że niby kto pójdzie do straży, Jerr? – zapytał z kpiną w głosie Grimset. – Część z nas ma na rękach krew tych ludzi. Masz ochotę się tłumaczyć? Zatrzymają do wyjaśnienia. A wyjaśnienia nigdy nie będzie.
Jerrdemon zerknął na Landiego.
No jasne, powiedziałby Befer. Najłatwiej zrzucić na obcego.
- Ja nie – Landi rozwiał jego nadzieje nim jeszcze zostały wyartykułowane. – Jestem awiian. Nie uwierzą mi. I lepiej dla was, żeby myśleli, że byli tu sami Walayńczycy.
- Dobrze, ty pójdziesz – zwrócił się Jerrdemon do swego towarzysza. – Byłeś tu tylko świadkiem. Nikogo nie zabiłeś. I masz czystą kartę u straży. Jakby co, nie znasz nas.
Tamten kiwnął głową bez większych oporów. Nie wydawał się być specjalnie przejęty swoją rolą.
- No, to bywajcie! Do zobaczenia w bardziej sprzyjających okolicznościach.
Chudy czekał, aż rozejdą się wsiąkając w ciemność, gotów zaraz potem wpaść do karczmy i odegrać komedię, która miała zaowocować sprowadzeniem straży. Nie musieli się nadmiernie obawiać konsekwencji ze strony prawa. Bywalcy speluny wiedzieli, że nie jest dobrze zapamiętywać czyichkolwiek imion, a tym bardziej chwalić się ich znajomością przed strażą. Niejednokrotnie okazywało się już, ze właściciel imienia jest skuteczniejszy od strażników.
Jerrdemon szybko zniknął im z oczu w plątaninie uliczek.
- Czekajcie – powiedział Grimset ze rogiem.
Zatrzymali się posłusznie. Nie mieli zbyt wiele czasu, ale najwyraźniej chodziło o coś pilnego.
- Któryś z was wie, gdzie mieszka jego matka? – zapytał.
Mówił o Beferze. Landi spojrzał na niego wilkiem.
- Ja – przyznał.
- Daj jej to. Jak już będzie po wszystkim.
Wręczył mu małą drewnianą skrzyneczkę zamkniętą na klucz. Skrzynka sama w sobie była dość ładna, rzeźbiona w cedrze, ale najbardziej godne uwagi było w niej to, że nie dało się jej otworzyć. Brakowało klucza, a poprzedni właściciel najwidoczniej nie pokusił się o rozbicie zamka.
- Wygraliśmy ją dla Befera – wyjaśnił. – Należała do jego matki. Zastawił ją kiedyś w ostatecznej potrzebie, ale musiał być wtedy bardzo pijany, bo od kilku lat rozpaczliwie starał się wydostać to z powrotem od Jerrdemona. Zdaje się, że w środku jest coś bardzo cennego, przynajmniej dla jego matki. Sam nie bardzo wiedział co. Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczego Jerr nie otworzył jej do tego czasu. Ale to już nie moja sprawa. Trzymaj. Powodzenia!
Skręcili prędko w boczny zaułek.
- Może jeszcze się spotkamy – rzucił jeszcze Grimset na pożegnanie.
Rufen obejrzał się za siebie, ale nic nie powiedział.
Landi odprowadził ich wzrokiem.
- A niech… - zaczął głośno.
Urwał. Spuścił wzrok na skrzyneczkę. Zważył ją w dłoni, jakby roztrząsał możliwość roztrzaskania jej o bruk.
Zaklął raz jeszcze, tym razem cicho i do końca i pobiegł w swoją stronę.

Pani Liia przyjęła go spokojnie. O śmierci syna powiadomiła ją już straż. Kiwnęła Landiemu na powitanie głową, jakby się go spodziewała. Pręgowany kot przyglądał mu się rozwartymi oczami ze swego miejsca pod sufitem. Na ścianie wisiała lutnia z przeciętymi strunami.
Cóż za banał, pomyślał.
Gospodyni podążyła za jego spojrzeniem („Nikt na niej więcej nie zagra” – mówił jej wzrok). Odwróciła głowę i splotła nerwowo palce.
- Z czym przychodzisz? – zapytała, kiedy już wprowadziła go do salonu.
Były to pierwsze słowa, jakie wypowiedziała, odkąd widziała go po raz ostatni.
- Z poselstwem.
Na jego twarzy pojawiło się coś, co formalnie rzecz biorąc było uśmiechem. Odczekała chwilę cierpliwie w milczeniu, gdy wydobywał skrzynkę.
- Zdaje się, że to należało do ciebie, pani – powiedział podając jej ją z lekkim ukłonem.
Skinęła głową i przyjęła ofiarowany jej przedmiot. Nie musiał unikać jej wzroku. Patrzyła na wieko.
- Skąd to masz? – zapytała w końcu.
- Befer pragnął, by była znów twoją własnością. Odzyskał ją ostatniej nocy.
- To wszystko?
- Nie. Jeszcze to.
Wyjął zza pazuchy medalion. Spojrzała na niego pytająco.
- Prosił mnie kiedyś, żebym ci to oddał, pani. Jeśli… zajdzie taka potrzeba.
Pokręciła głową.
- Nie mogę go wziąć. Jest twój.
- Należał do Befera.
- Dostał go od ciebie, prawda?
- Prawda. Ale chciał, żebyś go wzięła.
- Nie.
Odwróciła się do niego plecami i podeszła do orzechowej komody. Postawiła szkatułkę na wierzchu i zatrzymała się, aby pogładzić niespokojnym gestem powierzchnię najwyższej szuflady.
- Powiedz mi, dlaczego on musiał zginąć?
Nie odpowiedział jej.
Wysunęła szufladę. Zamarła z opuszczoną głową.
- Nie mogę – powiedziała zdecydowanym głosem.
- Ale dlaczego?
- Nie można mieć dwóch, rozumiesz?
Patrzył na nią wyczekująco. Westchnęła. Wyjęła z szuflady srebrny kluczyk i otworzyła skrzynkę. Wyciągnęła z niej najpierw długi łańcuszek, a potem zawieszony na nim medalion.
- Rozumiesz?
Srebro połyskiwało blado w zacienionym pokoju. Ciężkie zasłony przysłaniały okna.
Landi wziął do ręki medalion. Podniósł wzrok ze zmienionym wyrazem twarzy. W jego spojrzeniu kotłowało się od pytań.
Lumel, runa pamięci.
Ta, którą matki dawały synom, gdy ruszali na wojnę, córkom, które wychodziły za mąż daleko od domu. Ta, którą dawali sobie przy rozstaniu przyjaciele, bracia krwi, zakochani.
Czy wiedziała, co oznacza? Skąd medalion wziął się w tym domu? Kto jej go dał? Dlaczego? Kim była?
Dlaczego mu go pokazała? Co się tu zdarzyło? Czy ma prawo dociekać?
Tajemnica zamknięta przez lata w cedrowej szkatułce.
Kobieta, która wzdrygnęła się na jego widok i która bezbłędnie rozpoznała w nim Innego.
Kobieta, która patrzyła na niego. I widziała.
Kobieta, która patrzy. W oczy. Teraz.
Liia.
Ta, która wie.
W jego spojrzeniu kotłowało się od pytań.
Nie zadał żadnego z nich.
- Weź go – powiedziała. – A ja przyjmę ten, który nosił Befer. Od Befera i od ciebie. Zamieńmy się.
W milczeniu podał jej medalion z runą furne i zawiesił na szyi drugi, z runą lumel. Pomyślał, że kiedy wróci do Riwannon, nikt nie będzie mu chciał uwierzyć, że nie dostał go od dziewczyny. W pewnym sensie będą mieli rację.
Dostał go od dziewczyny. Od dziewczyny, którą Liia była, kiedy zgodziła się przyjąć eksel od tego, kto jej go dał. W ciemnych czasach, gdy nikt nie słyszał jeszcze o 131 ukazie miłościwie panującego króla Birona II.
- Sarten a dis, Liia.
- Sar…ten a dis, Landi. Nie zapomnij o nas.
- Ja niczego nie zapominam.
Zamknęła pustą skrzynkę i odłożyła ją na miejsce do szuflady.

Przyszła w cywilnym ubraniu.
Nie chcieli jej puścić tak wcześnie ze szpitala, ale zrobiła raban na całą ulicę i wypisała się na własną odpowiedzialność. Całe szczęście miała znajomych, którzy potrafili się nią w razie czego zająć, choćby z racji swojej oficjalnej profesji. Obiecała Paaran, że nie będzie wstawać z łóżka, a już na pewno nigdzie wychodzić. Powiedziała, że chce wrócić do domu.
Tak naprawdę spieszyła się tylko z jednego powodu – chciała go jeszcze odnaleźć w mieście.
Poruszała się z trudem. Brakowało jej lśniącej spódnicy, bądź pielęgniarskiego kitla, jednego z dwojga. I sznura drewnianych korali. Miała rozciętą wargę i nabrzmiałą pręgę na lewym policzku. Poza tym jej twarz wydała się być oszczędzona.
- Jak mnie znalazłaś? – zapytał.
- Jerrdemon.
Siedział sam przy ciemnym stole. Przed nim stała butelka wódki i dwa pełne kieliszki. Na szyi miał srebrny medalion. Pomyślała, że mógłby go chociaż schować pod kurtkę. Przecież wszyscy widzieli, że ma na nim runiczny znak. Znak elfów.
A prawda. Nie miał kurtki. Przynieśli ją w jego płaszczu.
- Pomyślałam, że mam prawo wiedzieć. Powiedział mi o tobie. Że to ty… i gdzie cię znaleźć.
- Nie powinien był mówić.
Nie pytała go o te dwa kieliszki.
- Czego chcesz?
- Uratowałeś mi życie.
W milczeniu patrzyła, jak wylewa jeden kieliszek na stół, a potem przepija w pustkę i łyka drugi. Napełnił znowu oba kieliszki.
- Gdyby nie ty, Wenker by mnie zabił.
- I co z tego?
- Przepraszam cię.
Wiedziała. Musiała wiedzieć.
Skrzesał iskrę i zrobił ruch, jakby chciał podpalić wódkę w jednym z kieliszków.
- Wilku? – nie wytrzymała.
Nie odpowiedział.
Dlaczego?
Patrzyli jak rozlana wódka przelewa się przez krawędź stołu.
- Jak ja ci się odwdzięczę?
- O, to będzie bardzo łatwe.
Nie wiedziała, czy to, co odczuwa, jest bardziej zadowoleniem, czy też rozczarowaniem, że ostatecznie tak to się wszystko kończy. Poczuła jak przyjemny dreszcz spływa jej wzdłuż kręgosłupa, ale jednocześnie miała do niego żal, że nie okazał się inny, taki, jak myślała.
Podniosła wzrok, lecz to, co zobaczyła w jego oczach, odepchnęło ją natychmiast. Zagryzła wargi, ale nie potrafiła odwrócić spojrzenia. Wstrzymała oddech. Czekała na jego słowa.
- Należy się piętnaście hajcarów – powiedział.

Przynajmniej wystarczyło na pogrzeb.
Agnen.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...