Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Ile płacę? - cz.I

airam ·

O tym zaś, co czynił przyszły król we wczesnej
młodości, jeszcze przed wybuchem wojny z Brog,
opowiadać tu nie będziemy, albowiem nie uważamy tego
za zasadne. (…) wypada raczej uznać, że szczegółowy
opis przebiegu tych podróży może stanowić ważny i
ciekawy materiał jedynie dla biografów i badaczy ściślej
związanych z tym okresem. (…) Z tego to właśnie
powodu pozwoliliśmy sobie pominąć w naszej relacji ów
epizod z życia króla jako stosunkowo mało istotny,
niewiele wnoszący i nieinteresujący dla czytelnika. (…)

Kroniki elfickie




Chcesz? Opowiem ci historię pewnej przyjaźni.

- Co słychać, chłopcy?
Miała burzę czarnych włosów, zadarty nos i, co dość rzadkie w jej profesji, szeroki, szczery uśmiech. Amarantowy stanik był idealnie dopasowany do długiej, wąskiej spódnicy i zgrabnych ciżemek. Gdyby nie ten stanik, można by właściwie rzec, że ubrała się gustownie.
Za stołem, przy którym się zatrzymała, siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich nosił krótką brunatną brodę i takież włosy przycięte do ramion. Miał na sobie modny szmaragdowy kaftan, a tuż obok jego prawej ręki leżała na blacie niedbale rzucona szabla. W lewej ręce trzymał szklankę.
Drugi był blondynem. Rzecz rzadko spotykana tutaj, w sercu kraju. To po pierwsze. Oczy miał duże, ale kose, błyszczące w kościstej twarzy jak ślepia rysia. To po drugie, i jeszcze ciekawsze. Zapewne to alkohol zapalił w nich dziki płomień, ale wzrok był o dziwo, przytomny. Cały jego ubiór był szary i z lekka znoszony, lecz z pewnością nigdy, nawet za czasów świetności, nie przypominał wesołych, jaskrawych strojów Jurtian, nie tylko
barwą, ale też krojem. Ludy pogranicza ubierały się z fantazją i przedkładały rozmach nad wygodę.
Zatrzymała na nim dłużej spojrzenie. Intrygował ją. Nie spuściła wzroku nawet gdy napotkała otwarte spojrzenie surowych, jasnych oczu. Przenikliwe jak diabli. Dreszcz przeszedł jej po plecach. Było to wcale przyjemne uczucie.
Ani chybi wędrowiec, pomyślała.
Obcy. Ale miecz u pasa miał i chociaż się z tym nie obnosił, wypatrzyła to natychmiast.
Pili wódkę.
Przechodząca nieopodal kelnerka uśmiechnęła się krótko pod nosem. Jej strój różnił się od stroju stojącej obok dziewczyny wyłącznie kolorem i pośledniejszym rodzajem tkaniny, z której został wykonany. Oraz tym, że nie nosiła podwójnego sznura drewnianych korali kryjącego się z chrzęstem w wycięciu stanika. Zamiast tego założyła pod opięty, wydekoltowany gorset białą bluzkę z powłóczystymi rękawami. Czarnulka nie miała pod stanikiem absolutnie nic. Brodacz zaryzykowałby nawet twierdzenie, że nie ma nic również pod spódnicą.
Ładna, ocenił. Cholera, naprawdę ładna. Zerknął ukradkiem na swojego kompana. Jak zwykle doznał zawodu. Równie dobrze mógłby popatrzeć w twarz kamiennym rzeźbom w Wielkiej Świątyni na placu Smoka w Widen.
Prostytutka zachęcona brakiem odpowiedzi przeskoczyła zgrabnie przez wąski stół i wpasowała się w ciasne miejsce pomiędzy mężczyznami. Zaśmiała się głośno zadowolona z siebie, a także po to, żeby zaprezentować drobne, białe zęby. Drewniane koraliki rozwinąwszy się przy skoku przesypały się szeleszcząco i znikły na powrót w czeluści głębokiego dekoltu, gdzieś pomiędzy ściśniętymi piersiami. Teraz dopiero, gdy siadła obok nich na ławie, widać było, że jest jeszcze niższa, niż się wydawało. Ciżemki musiały mieć obcasy.
- Hm? Co u was? Mogę się przysiąść?
Brodacz chrząknął. Dziewczyna była ciepła i pachnąca, a przy tym całkiem pociągająca, ale nie miał pewności, czy ma dzisiaj siłę na jej towarzystwo. Wódka była mocna, a dzień ciężki. Nie mówiąc już o coraz bardziej przejmujących pustkach w sakiewce. Z drugiej strony szelma była sympatyczna i nie wyglądało na to, żeby miała się obrazić, gdyby zaczął się wymawiać brakiem gotówki. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby chwilę popaplała, podroczyła się z nimi, a potem sobie poszła. Dla niej to zawsze jakiś zysk. Wiadomo, że urok kobiety zwiększa się gwałtownie, kiedy otacza ją zainteresowanie.
Ale tamten? Czy on w ogóle uznaje prostytutki? Dotychczas w jego obecności ignorował je kompletnie, albo odpowiadał im bardzo brzydko. Chyba ich nie lubił. Ej, dziwny był ten jego nowy przyjaciel. Pił i bił się na równi z nimi, ale czasem wyskakiwał z jakimiś pokrętnymi zasadami, których brodacz ani rusz nie potrafił zrozumieć. Niech to szlag, kląć też potrafił, ale zazwyczaj gadał jak udzielny książę, albo skryba królewski.
Czarnulka mówiła do nich obu, ale częściej zerkała na obcego.
Blondyn, psia mać, pomyślał brodacz. Jestem pewien, że wytargowałby u niej zniżkę. Żeby on się chociaż próbował kryć ze swoją obcością. Obciął włosy, albo założył ich ubrania. Ale nie. Nawet mówił trochę inaczej. Jakoś tak śpiewniej. I w słowach przebierał. Jeśli już w ogóle raczył się odezwać.
Płowy warkocz działał na mieszczan jak płachta na byka, a na mieszczki jak afrodyzjak. Mimo że pozornie u obojga płci pierwsza reakcja była taka sama: chichot. Kiedyś brodacz nie zwracał uwagi na takie chichoty, chociaż nie widział nic śmiesznego w odmiennej powierzchowności cudzoziemców, przeważnie wszelkiej maści zabijaków i awanturników, którzy ściągali w okolice pogranicza. Odkąd zaczął przestawać ze swoim egzotycznym towarzyszem, jego reakcje na tego typu prowokacje stały się odrobinę nerwowe. Ilekroć widział, że komuś patrzącemu na nich jest do śmiechu, pocił się jak mysz. Bo brodacz widział blondyna w robocie. Jasnowłosy był szybszy od najzwinniejszych szyderców. A on nie lubił niepotrzebnych awantur. Całe szczęście tamten miał mocne nerwy.
I co powiesz tej dzierlatce, panie Stalowooki?, pomyślał.
Blondyn wzruszył ramionami. Dziewczyna najwidoczniej mało go obchodziła.
Czarnulka zarzuciła im obu ramiona na szyje i rozparła się wygodnie.
- Ależ z was grobowa kompania – powiedziała. – Odezwijcie się wreszcie.
Dawniej prostytutki ograniczały się do potulnego czekania na chętnych w domach rozpusty, ewentualnie wystawania na ulicach i sprośnych zaczepek, czasem prezentowania swoich wdzięków. Ale konkurencja robi swoje. Trzeba iść z duchem czasu. Nawet w takim zawodzie. Amatorzy płatnej miłości zrobili się wymagający, a ceny spadały. W związku z czym prostytutki zrobiły się wygadane i zaczęły stosować coraz to bardziej wyrafinowane sposoby, żeby zakasować rywalki. Mówiły wiersze. Szyły bajeczne sukienki. W najcięższych przypadkach błyskały nawet znajomością medycyny i wyższej matematyki. Trzeba wyjść do klienta, mówiły. Odpowiedzieć na jego potrzeby.
Bieda rosła. Na ulicę trafiały dziewczyny z normalnych domów. Było ich coraz więcej. I niejednokrotnie okazywało się, że elokwencja jest bronią nie mniej istotną niż zgrabna figura.
Brodacz pokręcił głową.
- A co tu gadać. Urżnęliśmy się.
Blondyn niespodzianie buchnął śmiechem. Brodacz uśmiechnął się do niego. Lubił, kiedy tamten się śmiał.
Czarnulka zmrużyła oczy zadowolona.
- Luba daleko, a luby szczęścia szuka, co? – zaszarżowała.
Brodacz prychnął.
- Nie skomentuję – powiedział.
- Nonsens – poparł go tamten. – Żadna kobieta nie byłaby na tyle naiwna, żeby zaufać tamtemu tam szaławile.
Oho, rozgadał się – stwierdził brodacz. Widać ma dobry humor.
- Porządna kobieta wie, że mężczyźnie potrzeba trochę swobody – sprostował na głos..
- A luba łezki roni – powiedziała dziewka wznosząc oczy ku powale.
- Jak to ładnie ujął tamten drań, w moim przypadku nonsens. Jeszcze czego.
- A w twoim? Założę się, żeście niejedno serduszko złamali, chłopcy, hm?
Ten jasny znowu wzruszył ramionami i skrzywił się nieznacznie.
- W moim tym bardziej – powiedział.
- A to dlaczego? Luba brzydka?
- Nie mam żadnej lubej. Zamknij się, dziewko.
Głos mu się zrobił nagle szorstki i nieprzyjemny. Lepiej brzmiało, kiedy się śmiał.
Tu cię mam, pomyślała. Nie lubisz mówić o sobie. Nie bój się, nie będę więcej pytać. Ostatecznie można się obejść w ogóle bez rozmowy.
Ostrożnie przejechała ręką po gładkim policzku jasnowłosego. Nie drgnął nawet. Wydawało się, że jest przyzwyczajony. Gwałtowne podejrzenie zrodziło się w jej głowie. Dotknęła mocnego podbródka, ale, tak jak się spodziewała, i tu nie wyczuła ani śladu zarostu. Starając się ukryć poruszenie delikatnie wsunęła palce między gęste włosy i odnalazła ucho. Badawczo przesunęła opuszkami chcąc wyczuć kształt.
Odepchnął gwałtownie jej rękę.
- Precz – powiedział.
Dobrze wiedział, o co jej chodziło. Uśmiechnęła się przepraszająco i już chciała obrócić sprawę w żart, ale nie dał jej powiedzieć słowa. Brodacz westchnął. Więc jednak.
- Precz stąd!
Odwróciła wzrok szukając pomocy u drugiego z mężczyzn.
- Słyszałaś, dziwko? – powiedział tylko. – Wynocha.
- Ja tylko…
- Zmiataj.
Obejrzała się na raz na jednego, raz na drugiego, ale widząc, że nic tu nie wskóra, wstała powoli i otrzepała spódnicę.
- Dobrze już, dobrze. Byłam po prostu ciekawa.
Patrzyli obaj, jak wydostaje się z plątaniny stołów i idzie gdzieś indziej. Brodacz wytrzymał milczenie tylko pół minuty.
- Co ona mówiła? – zapytał.
- Nie ważne.
- O co jej chodziło?
- Zostaw, Befer.
Blondyn przyjrzał się dokładnie swojej szklance, a potem opróżnił ją jednym haustem. Brodacz przypatrywał mu się bacznie, chociaż szumiało mu już nieco w głowie.
- Suka – wypalił bez namysłu.
Nadal nie miał pojęcia, o co chodziło, ale postanowił okazać towarzyszowi swoją sympatię.
- Daj spokój, mówiłem.
- Wódka się skończyła.
- Tak jakby.
Ponura cisza zapadła nad stołem. Tym razem na dobre trzy minuty.
Rekord, pomyślał blondyn. Jeszcze chwila, a będzie rekord. On się zamknął. I przez ostatnie pół godziny nie palnął żadnego głupstwa.
- Landi?
- Mm?
- Mogę cię o coś zapytać?
Blondyn westchnął.
- Pytaj.
- Dlaczego jesteś taki ostry dla dziwek?
Właściwie mógł się spodziewać czegoś gorszego.
Jak to on, rzucił mu jedno ze swoich kosych spojrzeń. Krótkich i odbierających ochotę do rozmowy.
Nie, nie dam się, pomyślał brodacz. Chcę wiedzieć.
- Dlaczego, a?
- Befer, o co ci właściwie chodzi?
- To znaczy… ale… no o to, o co pytam – zacukał się. - Dlaczego nie lubisz dziwek.
- Nie. O co ci chodzi. Ile razy mam ci mówić, żebyś pytał o to, czego chcesz się dowiedzieć? Tak jest prościej. Nie lubię, bo nie lubię. Taki mam styl. Ale ty nie o to pytasz.
Brodacz przełknął ślinę. Łatwo mu mówić. Tylko niby jak on ma o to właściwie zapytać.
Wdepnąłem, pomyślał. A grunt jest grząski.
Zerknął nerwowo na miecz blondyna. Oczywiście tamten musiał zauważyć.
- Oho – zakpił. – Sprawa jest poważna. Nie bój się, nie mam ochoty bawić się dzisiaj w rzeźnika. I zdecyduj się wreszcie, człowieku. Wóz, albo przewóz.
- To znaczy… Bo ja… chciałem zapytać…
- Widzę. Ale dalej nie wiem o co.
- Bo ty… te dziwki… i w ogóle…
Urwał patrząc na niego z nadzieją. Domyśli się? Może nie trzeba kończyć?
Posągi w wielkiej świątyni.
Niech cię szlag. Nie zmuszaj mnie, żebym to powiedział. Nie chcę być samobójcą. Jeśli to nie prawda, to możesz mnie rozsiekać za dokończenie tego zdania.
- Chodzi mi o to, że… Ale ty przecież…Ty nie jesteś, prawda?
- Wykrztuś.
- Nie myśl, że ja… Chodzi mi o kobiety. Czy ty…
Urwał. Spojrzał na jasnowłosego z rozpaczą. Odpowiedz, błagał. Nie każ mi…
- Starczy.
Wił się pod sfinksowatym spojrzeniem. Twarz tamtego pozbawiona była wszelkiego wyrazu.
Pomęcz się jeszcze trochę, pomyślał blondyn obserwując go ze spokojną ciekawością.
- Nie – powiedział w końcu krótko.
– No bo w końcu, kto was tam wie – wybuchnął brodacz.
- Pod tym względem nie różnimy się specjalnie od was – uśmiechnął się trochę krzywo.
Brodacz nie lubił, kiedy się tak uśmiechał.
- Nie musisz się mnie obawiać. Pod tym względem też nie.
- Przepraszam. Dureń ze mnie.
- Nie ma za co.
- Akurat.
- Zamknij się, Befer, bo co powiesz, to coraz głupiej.
Odetchnął z ulgą. Tak lepiej
Ale bo też oni dziwni są, pomyślał. Nigdy nie wiadomo, co i jak. Faktycznie obcy.
- Landi?
- Co znowu?
- Gniewasz się?
- Nie.
Kelnereczka była ładniutka, chociaż nie tak chętna jak tamta czarnulka. Ale kto wie, czym sobie dorabia po godzinach, pomyślał.
- Napiłbym się jeszcze – westchnął. – Słuchaj, czy u was w ogóle są prostytutki? Zdarzają się?
- Oczywiście. Wszędzie są. Tylko mniej.
- Tak myślałem. O ile mniej? Znasz jakąś? Czy takie rzadkie, że bajki o nich opowiadają? Podobno jesteście szlachetniejsi, więc i kobiety pewnie cnotliwsze.
- Podobno znam. To znaczy znałem.
- A cóż to, zmarło jej się, czy jak?
- Owszem. Została zamordowana.
Brodacz gwizdnął.
- Jak…
- On nie był z naszych. Nie wiem skąd.
- Chcesz powiedzieć, że od nas?
- Nie wiem, czy od was, czy z Silkaan, czy z Widen, czy jeszcze skądinąd. Ale nie od nas. U nas nie zabija się kobiet. I nie mamy czarnych oczu.
Mówił powoli i z przerwami, jak to on. Nie lubił pośpiechu, chyba że w walce. Ale tym razem cedził twardo słowa. Brodacz jednak zdążył się już z nim trochę oswoić, a przy tym był zbyt ciekawy.
- A… jak to: podobno?
- Tak mówią. Ja tam nie wiem, czy to prawda. Znałem kobietę. Mówią, że kiedyś to zrobiła.
- To żadna z niej dziwka. One zarabiają w ten sposób na chleb. Codziennie.
- Każda kobieta, która idzie do łóżka z mężczyzną dla korzyści, jest dziwką. Dla władzy, dla majątku, dla polityki. Nawet jeśli przy okazji weźmie z nim ślub.
- Poważnie tak myślisz? Tak to oceniacie? Więc tylko z miłości…
- Albo z chęci. O takich też się plotkuje, ale nikt nie nazwie ich dziwkami.
- A tamta? Dlaczego to zrobiła? Kim była? Poza tym, że…
- Moją matką.
Brodacz skulił się nagle. Nie, on nie żartował. Z całą pewnością to nie miał być żart.
- Nie – powiedział.
- Ależ tak.
Boże, myślał. Ależ wtopiłem. Co mnie naszło? Przecież to dlatego… Idiota. Co mnie podkusiło? Ale ten warkocz i gładka twarz… No i w ogóle, to, że nie reaguje nigdy w żaden sposób na kobiety.
Zatrzymał się w myśli. Stop. Nigdy?
A skąd ty wiesz, co myślą posągi?
Zaklął w duchu.
Po co pytałem?
Zajrzał mu w oczy. Blondyn podniósł wzrok.
- To nie prawda. To nie może być prawda. Twoja matka… nie mogła być prostytutką. Po prostu nie mogła.
Znów ten paskudny uśmiech.
- Dzięki.
- Nie wierzę w to.
- Ja też nie – powiedział tamten po namyśle.
Brodacz przeliczył szybko w myśli gotówkę.
- Poczekaj, skarbie – zatrzymał kelnerkę. – Daj no jeszcze dwa razy gorzałkę.
- Chcesz się koniecznie urżnąć w trupa?
- Odmawiasz?
- Skądże by znowu.
Brodacz uśmiechnął się szeroko.
- Niech cię. Podobasz mi się, wiesz? Równy z ciebie chłop. Lubię cię. Nawet, jeśli nie jesteś człowiekiem.

Spotkali się na dorocznym wielkim jarmarku na placu Niepodległości w Walayn, który przeszedł tamtej wiosny do historii jako Gliniana Masakra, bo przy okazji poszło w drobny mak mnóstwo ceramicznych przedmiotów.
Befer przyszedł na targ, żeby sprawić sobie nową manierkę, bo stara ni stąd ni zowąd zaczęła przeciekać, a on nie lubił łatać zużytych rzeczy. Manierka, wiadomo, ważna rzecz, zwłaszcza jeśli ktoś lubi nosić przy sobie wino w nietłukącym się naczyniu. Zatrzymał się przy długim straganie krytym zielonym suknem i leniwie przeglądał wystawione na nim przedmioty. Snucie się po jarmarkach uważał za wcale dobrą rozrywkę, byle tylko uważać na sakiewkę.
Zewsząd dobiegały krzyki handlarzy zachwalających swój towar i odgłosy zajadłego targowania się przemieszane z porykiwaniem zwierząt i śmiechem dziewcząt. Przy stoisku obok dwie kobiety objąwszy się w pasie rozmawiały szeptem wybierając z rozwagą kolczyki. Trzecia zaglądała im przez ramię i udając, że coś im doradza, przesuwała pomiędzy palcami prawej ręki oglądane przez nie błyskotki, a lewą wrzucała do rękawa leżące nieopodal pierścionki, które osłaniały wszystkie wspólnie przed wzrokiem ciekawskich swoimi wybujałymi ciałami. Czwarta kradła pierwszej szylkretowy grzebień wyciągając go z jej głowy z godną podziwu zręcznością nie naruszając fryzury, ani nie ciągnąc za włosy zaaferowanej złodziejki. Befer widział dokładnie cały proceder, ale nie zamierzał się wtrącać. Nie dlatego, żeby go popierał, ale ponieważ nie widział w tym większego sensu. Na jarmarku wszyscy okradali wszystkich – kupujący sprzedawców i siebie nawzajem, handlarze nabywców wydając im źle resztę i niedoważając towar, zawodowi złodzieje jednych i drugich padając jednocześnie ofiarą kolegów po fachu i kieszonkowców-amatorów. Przepływ dóbr stanowił obieg zamknięty. Okradasz kogoś, ktoś inny okrada ciebie. Wszyscy kradną i są okradani. Zakłócenie tego krążenia przez zablokowanie jednego z jego dopływów zagroziłoby tylko ogólnej równowadze, a przy tym zamieszanie powstałe przy okazji łapania złodzieja stworzyłoby sytuację sprzyjającą dalszym kradzieżom.
Gwar i ścisk. Zaduch powstający przy ciągłym mieszaniu się woni zwierząt, mięsa, owoców, odoru przywianego z bocznych uliczek, perfum i ludzkiego potu. Dobrze, że to wiosna, a nie upalne lato. Tygiel dźwięków i barw. Można to lubić, albo nie.
- Magiczne napoje! Magiczne napoje! Leki, trucizny, afrodyzjaki. Okazja, tanio.
- Tkaniny, piękne tkaniny! Len, wełna, batyst! Koronki, tiule, jedwabie!
- Świeże warzyyywa, świeże warzyyywa!
- Piwo, piwo, zimne piwo!
- Wyroby żelazne! Upust na noże! Obcęgi za pół ceny!
- Zioła świeże i suszone! Za dwie porcje piołunu lubczyk gratis!
- …skóra jak aksamit…
- …tylko dwa srebrniki…
- Ludzie, ludzie, cuda w tej budzie!
- A kto zgłodniał na jarmarku, do mnie zapraszam!
- …za dwa łokcie?!
- Żywe gęsi!
- …tylko tutaj, kto z was, panowie, chciałby się trochę rozerwać? U mnie na wozie, do wyboru, za kotarę proszę, właśnie wolne… okazja, taniutko…
- Do mnie ludzie, do mnie!
- Miski, dzbany, kubki, na co dzień i święto!
Oglądał właśnie mosiężną broszę, której zresztą nie miał najmniejszego zamiaru kupić. Kątem oka zerknął z ciekawości w kierunku zachwalanego przez niskiego grubasa wozu z brudną kotarką, chociaż nie miał najmniejszego zamiaru dać się skusić zaproszeniu. Dobrze wiedział, że zarówno spożywanie gotowych potraw, jak i korzystanie z wszelkich rozrywek oferowanych na jarmarkach zazwyczaj źle się kończy dla zdrowia. Strumień ludzi pchnął go od straganu na sam środek gwarnej alei. Poszturchiwany co chwila sprawdził, czy wciąż ma przy sobie pieniądze, a potem uspokojony rozejrzał się wokół siebie. Wóz zniknął mu z oczu. Po krótkim namyśle schował do kieszeni nadal trzymaną w dłoni broszę. Zderzył się z kimś plecami. Odwrócił szybko głowę i zobaczył za sobą stojącego przy szewskim stoisku chudego mężczyznę. Jasna grzywa opadała mu na twarz zasłaniając jedno oko. Obcy, psia jego mać. Znowu. Coraz ich więcej.
- Uważaj, jak leziesz – warknął Befer, bo nie spodobało mu się przenikliwe spojrzenie tamtego, ani to, że sam sięgał mu zaledwie do połowy szczęki i musiał zadzierać głowę, żeby patrzeć mu w twarz stojąc tak blisko.
Awiiam, tak ich nazywali. Wszystkich, którzy przychodzili z pustkowi, spoza Sprzymierzonych Królestw. Awiian wzruszył ramionami i powrócił do oglądania wysokich, sznurowanych butów, które trzymał w ręce. Befer zanotował w pamięci, że miały jasne, metalowe skuwki i zrobiono je z czarnej skóry, a także że mogły się nadawać zarówno do pieszych wędrówek, jak i do konnej jazdy.
Befer miał manię notowania w pamięci niepotrzebnych szczegółów w nadziei, że na coś mu się kiedyś przydadzą. Spojrzał w dół na nogi nieznajomego i wybałuszył oczy ze zdziwienia.
„Tu cię mam” – pomyślał.
Awiian miał na sobie lekkie trzewiki, porządnie już zresztą zdarte na gościńcach. Befer jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś ruszał w drogę w takim obuwiu.
- Proszę, proszę, może szanowny pan zechce przymierzyć te buty? – zagadnął szewc. - A może tamte? Miękka, łosiowa skóra, srebrne klamry, doskonałe tworzywo, szczerze polecam…
- Nie potrzebuję łosia, ani łososia, nie jestem hrabią. Nie mam też zamiaru uwodzić kasztelanek. Chcę dobre buty. Wygodne. Takie, które szybko się nie zedrą.
Głos miał nieprzyjemny. Może dlatego, że mówił o interesach.
- Ależ oczywiście, w takim razie proponuję tę parę… Albo tę właśnie, którą szanowny pan trzymał… Doskonały wybór. Hanne, podaj panu stołek!
- Już, tato!
Drobniutka nastolatka zakręciła się jak fryga i zostawiła w biegu kulawy zydel. Zwijała się jak w ukropie między klientami podsuwając im uprzejmie co droższe ciżmy i pantofelki, przyjmując zamówienia i uważając, żeby niczego gwizdnęli.
- … a ostrogi dostanie pan dwa kramy dalej u szwagra.
- Nie potrzebuję ostróg. Ile za te buty?
- Trzydzieści srebrników.
- Trzydzieści? Bez żartów. Nie są warte i dwudziestu.
- Moje buty są warte i pięćdziesiąt. Dla szanownego pana może być dwadzieścia osiem.
- W tym tempie nie dogadamy się do rana. Zdaje się, że nic z tego nie będzie. Lepiej pójdę gdzie indziej.
- Ależ, niechże pan przynajmniej przymierzy, zobaczy pan, co to za buty i czy nie warto za nie zapłacić…
Befer stracił zainteresowanie i pożeglował w stronę kolejnego straganu. Głosy szewca, jego córki i awiianiego dochodziły go coraz słabiej. Skoro rzemieślnik namawiał wędrowca do przymierzenia butów najwyraźniej był skłonny do pertraktacji. Inaczej zabrałby mu buty od razu. Kto wie, może tym razem uda im się dobić targu, ale z pewnością cena spadnie grubo poniżej trzydziestu srebrników.
Pochylił się nad kramem krawca. Pomyślał, że dobrze byłoby wreszcie sprawić sobie nową kapotę. Jerrdemon z Gawrskiego Zaułka nosił się ostatnio w soczyście szkarłatnym kubraku i pysznił się tym swoim strojem jakby nagle urósł do rangi księcia krwi. Niedoczekanie jego...
- Złodziej!!! Łapać złodzieja! – zawył naraz ktoś tuż przy jego uchu.
Befer skrzywił się nieznacznie i oderwał wzrok od wzorzystych kaszmirów i aksamitów, żeby zobaczyć, co jest przyczyną tego zgiełku.
- Złodziej! Tam, tam, ten żółty staruch! – darła się tymczasem dramatycznie przekupka.
Usłużny tłum pochwycił zaraz małego człowieczka z długą brodą i zaciągnął go z powrotem na miejsce zbrodni. Starzec nie opierał się, ale mruczał co chwila mrugając małymi oczkami:
- Jestem niewinny. Jestem niewinny.
Miał na sobie długi szafranowy płaszcz i buty na obcasach, a na pokaźnych rozmiarów nosie tkwiły okrągłe okulary. Zgarbione plecy ujmowały mu jeszcze i tak niewielkiego wzrostu.
- Jestem niewinny.
Przekupka stanęła przed nim biorąc się pod boki, a tłuszcza zamruczała nieprzyjaźnie rzucając obelgi pod adresem domniemanego rabusia. Ktoś rozciął staruszkowi kieszenie, z których posypały się złote monety. Tłum zawył tryumfalnie uznając to za niezbity dowód winy. Dzieci rzuciły się zbierać monety. Oddawały je potem wyrzekającej przekupce, która głaskała je po głowach i przymykała oko na to, że dobrą połowę zdobytych skarbów upychają chyłkiem po kieszeniach, co z kolei dowodziło, że zrabowano jej raczej towar, niż gotowy pieniądz - ale skoro prawdziwy złodziej umknął z łupem, nie miała zamiaru pozbawiać się niespodziewanego wynagrodzenia, nawet jeśli pochodziło ono z innej kiesy.
- Do ciemnicy z nim! - krzyknął ktoś. - Pod sąd, pod sąd!
Szykowała się okazja do bezpłatnej zabawy. Befer chciał się wywinąć z tłumu, bo nie miał ochoty oglądać tego widowiska, ale utknął w ścisku. Westchnął z rezygnacją i chwycił się mocniej za sakiewkę.
- Parszywy karzeł! – wrzasnął ktoś nagle.
Ludzie zamilkli na sekundę.
- Jestem niewinny.
- Rację macie – odpowiedział jakiś głos z innej strony. – Toż to karzeł.
- Tfu, diabelskie nasienie. Król kazał takich brać do lochów na spytki, albo ubijać na miejscu.
- Głupiś. Karłów nie. Tylko potwory ubijać.
- O karłach nic nie było specjalnie. Jak rozpoznać, którzy Inni są potworami, a którzy nie? Przecie nie po wyglądzie. Najpiękniejsi i najbardziej podobni do ludzi czasem są najgorsi.
- Dajcie spokój, przecie to nie karzeł. Człowiek, tylko w pół zgięty ze starości.
- Karzeł, karzeł! Patrzcie, jaką ma brodę!
- A co to, brody nosić nie wolno? Ja też mam brodę.
- Ty, Jaeger, masz prawie dwa metry, ciebie nikt za karła nie weźmie.
- Nie dość, że karzeł, to jeszcze zapluty.
- Brać go!
- Do lochu z nim!
- Do gwardzistów!
- Jestem niewinny…
- Dość!
Tuż obok Befera przepchnął się zwinnie przez tłum jasnowłosy awiian. Wysokie buty opinały jego łydki. Wyglądał w nich jak kawalerzysta. Być może przez nie wydał się tym razem Beferowi jeszcze wyższy niż poprzednio. Przerastał o dobre pół głowy, albo i głowę większość zgromadzonych na placu. Dopiero teraz też Befer zauważył, że obcy ma długie włosy splecione na karku dziewczyńskim zwyczajem w warkocz. Pół kroku za nim przemykał się szewc, co oznaczało, że najprawdopodobniej blondyn nie zapłacił jeszcze za buty, albo nawet się na nie nie zdecydował. Befer zaryzykował przypuszczenie, że słysząc wrzaski tuż obok po prostu w pewnej chwili stracił cierpliwość i wstał z szewskiego zydla nie kończąc pertraktacji z właścicielem butów. Ale szewc milczał, zapewne dlatego, że i on widział to, co Befer i cała reszta stojących najbliżej – długi miecz o wąskim ostrzu i szorstkiej rękojeści bez jelca tkwiący za pasem jak przyrośnięty do jego boku. Widok broni nie był dla Jurtian niczym nowym. Sam Befer miał przy sobie słuszny brzeszczot i chwalił sobie, że potrafi machnąć nim niezgorzej. Tyle tylko, że awiian nie wyglądał na takiego, co to nosi miecz dla ozdoby, a jedyny spośród obecnych, który dorównywał mu wzrostem, potężny Jaeger, był po jego stronie.
- Ludzie, czy wyście poszaleli? – zawołał blondyn. – Nie widzicie, że to wasz? Walayńczyk z dziada pradziada. Nie potraficie już poznać człowieka?
- To karzeł – bąknął ktoś nieśmiało.
- Jaki karzeł? Gdzie? Z której strony?
Nikt się nie odezwał.
- Puśćcie go.
Posłuchali go z ociąganiem.
- Czy złodziej, to już inna sprawa. Ale że człowiek, daję głowę. Na milę cuchnie od niego ludzkim potem. Człowiek śmierdzi jak żadne inne zwierzę.
Faktycznie staruszek był odrobinę niedomyty i woniał niemiłosiernie. Befer uśmiechnął się pod wąsem.
„Punkt dla ciebie” – pomyślał. – „To przemówiło im do wyobraźni. Chociaż nie wiadomo dlaczego. Czy ktoś z nas wie, jak śmierdzi karzeł?”
Awiian w ogóle mówił w ciekawy sposób, na co Befer nie omieszkał zwrócić uwagi. W owej chwili najbardziej zaskoczyła go dziwna figura stylistyczna „człowiek… jak żadne inne zwierzę”. Dopiero później przypomniał sobie o wiele bardziej znamienne sformułowanie „to wasz”.
- Kim jesteście, panie? – zwrócił się obcy do starca.
Ciekawa rzecz, byłby to ostatni manewr, na jaki wpadliby ludzie na placu.
- Wafal Ordens, kupiec bławatny, do usług. Jestem niewinny. Szlachetny panie…
- Co wam zginęło, pani?
Nigdy jednak nie usłyszano odpowiedzi zabierającej się już do wygłoszenia długiego przemówienia naburmuszonej przekupki. W tej samej bowiem chwili ponad gwar dochodzący nadal z innych części targowiska wybił się ostry, jazgotliwy krzyk, a potem ktoś zawołał:
- Mula! Mula!
- Na wszystkich bogów! Wampirzyca! Ratuj się kto może!
- Chować dzieci!
- Hanne, kryj się!
Befer zdążył się tylko zdziwić, skąd mógłby się wziąć ten rzadki przecież wampir w samym środku miasta w targowy dzień, kiedy coś śmignęło w powietrzu i na chwilę stracił wzrok. Poczuł uderzenie w skroń, już padając zarejestrował przeraźliwie wysoki dźwięk odbierany bardziej jako drganie w potylicy, niż odgłos słyszalny dla ucha. Jęknął i odruchowo zasłonił się ręką. Prawdopodobnie tylko dlatego ból, który przeszył go w tym samym momencie, pochodził od ukąszenia w przedramię, a nie w szyję. W panice trzepnął ręką i ze zdumieniem stwierdził, że wampir odkleja się od niego wrzeszcząc po raz kolejny głosem na granicy ultradźwięku, tym razem jeszcze straszliwiej i nienawistniej niż poprzednio.
- Nie lubisz srebra, co? – odezwał się ktoś, czyj głos wydał się Beferowi znajomy.
Opanował zawrót głowy wywołany uderzeniem i strachem po czym rozejrzał się szybko. Przed nim, zasłaniając mu widok na plac, stał awiian. Trzymał w ręku wzniesiony w pogotowiu miecz. Wąskie ostrze jaśniało oślepiająco w wiosennym słońcu. Befer złapał głębszy oddech i spróbował się podnieść, ale pośliznął się na śliskim od rozsypanego jadła bruku i poleciał do tyłu przewracając z rumorem najbliższe stoisko. Lecz przez sekundę, nim upadł, zdążył zobaczyć od czego osłania go nieznajomy. Awiian stał twarzą w twarz z mulą.
Wśród rozgniecionych owoców i glinianych skorup stała na przygiętych nogach kobieta. Burza gęstych, splątanych włosów opadała na jej śmiertelnie blade czoło i wielkie, wybałuszone oczy. Usta, naturalnie równie jasne jak reszta twarzy, oraz skórę wokół nich miała pomazane czerwoną posoką. Drżała na całym ciele. Wyglądała upiornie. Jej długa, biała koszulina przecięta była skośną, szybko nabiegającą ciemną krwią szramą od żeber niemal po prawą pachwinę. Zła i zaskoczona wpatrywała się w śmiercionośne ostrze, które zagrodziło jej drogę do ofiary. Na jarmarku było wiele srebrnych przedmiotów, ale wampirzyca najwyraźniej nie spodziewała się, że ktoś może mieć przy sobie miecz wykonany z tego zabójczego dla niej metalu.
Jednak coś jeszcze zdawało się ją powstrzymywać. Kręciła zaniepokojona głową i rozdymała wąskie nozdrza, jakby węszyła w powietrzu woń trucizny. Awiian zrobił krok naprzód i zaczął podchodzić od niej ostrożnie. Podobne zachowanie nawet nie mieściło się Beferowi w głowie. Czynem rycerskim było niewątpliwie odepchnięcie upiorzycy i bezinteresowna obrona nieznajomego przed jej morderczymi zapędami, ale zbliżanie się do niej, gdy nie atakowała i istniała choćby minimalna szansa, że odleci sama spłoszona obecnością srebra, by poszukać sobie jakiejś innej ofiary, zakrawało już o samobójstwo. Ktoś zdolny do takiej decyzji musiał być albo bezgranicznie odważny, albo bezgranicznie głupi. Trzecia ewentualność nie istniała.
„Wyssie go jak pomarańczę” – pomyślał.
Przeturlał się kawałek w bok i wtedy zobaczył coś, czego z całą pewnością się nie mógł oczekiwać. Awiian się uśmiechał. Był to wyjątkowo nieprzyjemny uśmiech.
Mula zwęziła oczy w szpary i oblizała wargi. A potem sprężyła się do skoku.
Wtedy zaczęło się dziać mnóstwo rzeczy jednocześnie. Po pierwsze Befer zdał sobie sprawę, że ryki przerażonych zwierząt nie są jedynymi dźwiękami, które słyszy i że paniczna wrzawa wokół wcale nie przycicha, lecz nawet jakby nabiera mocy. Po drugie zobaczył kilka zaplątanych strzał zarywających o ziemię. Sądząc po dość chaotycznym rozmieszczeniu nie były one wcale wymierzone przeciw wampirzycy. Nim zdążył zrozumieć, co to wszystko oznacza, tuż przy nim zwalił się bezładnie krępy mężczyzna o prosiakowatej twarzy. Był ewidentnie martwy. Z taką raną, jaką dostał, nie mogło być mowy o niczym innym, jak natychmiastowy zgon.
- Czarni, czarni! – usłyszał jak przez mgłę. – Do broni!
- Jednooki Hors!
Nie dziwiąc się już niczemu rozejrzał się za jakąkolwiek kryjówką. Z wysiłkiem zdobył się na przytomną myśl i szybko wczołgał się pod przewrócony wóz. Płytki dół, zapewne z tych, które powstają po osuszeniu rozgniecionej ciężkimi kołami kałuży, w połączeniu z płócienną budą nad głową dawał dość dobrą osłonę. Dopiero kiedy przycupnął w tym schronieniu, niemal niezauważalny z zewnątrz, a w każdym razie, jak mniemał i miał nadzieję, trudny do dostrzeżenia w powstałym zamieszaniu, odwrócił się i wyjrzał ostrożnie na świat w celu ustalenia, co dzieje się w najbliższej okolicy.
Omal nie dostał w oko drewnianym chodakiem. Ktoś cofnął się, krzyknął, zachwiał, zaklął, a potem potykając się pobiegł dalej. Befer odczekał stosowną chwilę i spojrzał raz jeszcze na zewnątrz. Bez trudu odszukał wzrokiem mulę i awiianiego. Ci dwoje bili się tak zajadle, jakby nie zwracali w ogóle uwagi na niebezpieczeństwo grożące im zewsząd. Szczerze mówiąc nie mieli na to czasu. Nie mogli poświęcić choćby jednej myśli niczemu poza sobą nawzajem, jeśli nie chcieli zginąć nagłą śmiercią. Mula uderzała tak błyskawicznie, że Befer nie widział nawet dobrze, w której ze swoich postaci walczy. Co jakiś czas ponad jęki szlachtowanych ludzi wybijał się jej zniewalający, nabrzmiały żądzą mordu krzyk. Jej przeciwnikowi jednak najwyraźniej to wystarczało, bo nie wydawał się być zdezorientowany. Prędkość jego reakcji być może nie dorównywała nadludzkim zdolnościom wampira, ale i tak przekraczała wszystko, co Befer miał dotąd okazję oglądać. Prawdę rzekłszy, był mile zdumiony, kiedy wyjrzawszy na zewnątrz zobaczył, że jego wybawca stoi jeszcze na nogach. Oczarowany śledził niewiarygodnie szybkie zwody i pchnięcia, chociaż nie bardzo potrafił nadążyć za nimi wzrokiem.
Nagle pomiędzy mulę a jasnowłosego wdarła się grupa walczących. Wpadli na nich przypadkiem, co do tego nie mogło być wątpliwości. Gdyby zdawali sobie sprawę, w co się pakują, nigdy by tego nie zrobili. Dwóch padło natychmiast. Jeden nadział się na srebrny miecz, drugi na zęby muli. Wampirzyca zaskoczona tym niespodziewanym spotkaniem zapomniała się na moment, zaciamkała i przyssała się do ofiary. W tej samej jednak chwili zabłąkana strzała musnęła jej skórę. Oprzytomniała natychmiast i wyrwała kły z wierzgającego i wyjącego ciała. Teraz Befer widział, że była nadal kobietą, a przynajmniej stała się nią, kiedy poczuła nową ranę. Podjęła decyzję w ułamku sekundy. Cofnęła się dwa kroki i sprężyła cała do ucieczki. Była wyraźnie zmęczona i wolała nie ryzykować. Uniosła barki, aby przedzierzgnąć się w swoje drugie wcielenie i poderwać się do lotu. Nie zdążyła.
Awiian rzucił się naprzód i złapał ją w pół krępując ręce, jakby była najzwyklejszą wiejską dziewczyną. Befer stwierdził z przerażeniem, że blondyn nie ma miecza, musiał go stracić gdzieś w całej tej szamotaninie. Jęknął rozpaczliwie, gdy wtem dojrzał porzuconą głownię wdeptaną w ziemię. Pewnie ktoś wytrącił ją z dłoni awiianiemu. Befer wyskoczył bohatersko ze swej kryjówki i lewą ręką schwycił rękojeść. Strzała świsnęła mu tuż przy uchu. Odwrócił się niemal pewien, że awiian jest już martwy, albo właśnie kona. Mylił się jednak. Upiorzyca wrzeszczała wściekle usiłując się wyzwolić z jego uścisku i kłapiąc zębami tuż przy jego twarzy, ale z jakiegoś powodu nie wbijała olśniewających kłów w odsłoniętą tętnicę. Wiła się i szarpała z nieludzką siłą. Widać było, że blondyn ledwie ją utrzymuje, mimo że przy całej swojej chudości był od niej i tak tęższy i wyższy. Wyrwała jedną rękę i chlasnęła na oślep drobną dłonią o rozczapierzonych palcach. Befer nie widział szponów. Ale musiały tam być i to ostre. Na piersi jej przeciwnika wykwitła purpurowa plama. W jego ręce pojawił się nagle nie wiedzieć skąd sztylet, ale pchnięcie, chociaż szybkie, okazało się zbyt ospałe dla muli. Uniknęła go z łatwością. Befer ocknął się naraz z odrętwienia. Przypomniał sobie o trzymanym w ręku mieczu. Wtem olśniło go, że awiian może i jest genialnym szermierzem, ale z całą pewnością nic nie wskazuje na to, żeby wiedział, jak obchodzić się z mulą, a ściślej mówiąc, jak ugodzić, żeby zwyciężyć.
- W stopy! – krzyknął Befer. – Tnij po palcach!
Nie miał wielkiej nadziei, że awiian go usłyszy, bo nie wydawało się, żeby rejestrował w tej chwili cokolwiek poza poczynaniami muli, ale wołanie musiało do niego jednak dotrzeć, bo odepchnął z całej siły wampirzycę i odsłaniając się ryzykownie dźgnął celując w jej nogi, nim zdołała dojść do siebie. Niestety nie trafił. Befer dopadł ich jednym susem i wepchnął mu w garść miecz jednocześnie wyszarpując z pochwy własny brzeszczot.
- Szybko! Zanim się zmieni!
Ktoś uderzył go w kark, tak mu się przynajmniej wydawało, póki nie zdał sobie sprawy, że to wbijają mu się w żywe ciało zęby muli. Poczuł, że mdleje, ale ostatkiem sił ciął w stopę potwora. Awiian dokończył dzieła uderzając lewą ręką w drugą nogę. Befer zobaczył tylko w ułamku sekundy krew tryskającą spod paznokci odrąbanych palców i zgiął się od nagłego ataku torsji. Wypuścił szablę. Mula krzyknęła mu tuż nad uchem ostatni raz, żałośnie i ze skargą, a potem westchnęła przejmująco i znieruchomiała opierając mu głowę na karku. Tracił przytomność, ale otrzeźwił go ból, gdy tamten wyrywał szczękę wampirzycy z jego pleców. Czuł, że silne ramię chwyta go pod pachami. Spodziewał się zapachu potu, lecz doleciała go woń krwi złamana jakąś roślinną nutą.
- Pod wóz… - wyszeptał.
- Trzymaj się.
Otworzył oczy starając się spojrzeć mu w twarz. Zobaczył ciemną sylwetkę wyrastającą za jego głową.
- Za tobą!
Awiian odwinął się natychmiast. Musiał go przy tym puścić, bo Befer niespodzianie uderzył o ziemię. Zakotłowało się od nóg obiegających go tanecznym krokiem walki. Zamknął oczy.
Kiedy się ocknął, z żalem stwierdził, że bitwa trwa nadal, a tamten wlecze go właśnie w stronę jego poprzedniego schronienia.
- Dzięki za troskliwą opiekę – wydusił.
- Zamknij ryj.
Dokładnie w tym momencie go polubił.##edit_bywinogronowa 2009-03-08 11:50:01##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...