Incydent
- O kurwa! Blisko było.
***
- Spokojnie. To nie miało prawa się udać. - Przewodniczący podszedł do Grega i przyjacielsko poklepał go po plecach. Stanął tuż obok niego.
- Chciałbym mieć twoją pewność – odpowiedział Greg.
Całą powierzchnię jednej ze ścian sali konferencyjnej zajmował ogromny ekran. Widniał na nim obraz Ziemi.
- Piękny widok – kontynuował po chwili. - Ostatnio rzadko zwracałem na niego uwagę, a teraz nie mogę oderwać oczu.
Przewodniczący ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Muszę przejrzeć jeszcze parę papierów – rzekł i wolnym krokiem skierował się ku swojemu miejscu przy stole obrad. Milcząca Dwójka już tam była i grzecznie siedziała.
Greg nie lubił swojego szefa, nie darzył go szacunkiem. Uważał za nadętego dupka, który kierownicze stanowisko zdobył podlizując się grubym rybom. Nie miał charyzmy, był nijaki, mdły. Uważał się za kogoś lepszego niż był w rzeczywistości. Na szczęście nie był niebezpieczny dla podwładnych, nikomu nie szkodził. Ale w razie kłopotów na pomoc z jego strony też nie można było liczyć. Ważna była tylko kariera, ciągle łudził go miraż wielkiego awansu, a tak na prawdę już dawno osiągnął kres swoich możliwości. Co gorsza, nie był w stanie przyjąć tego do wiadomości. Biedny, śmieszny, chorobliwie ambitny człowieczek, obiekt niewybrednych żartów. Jednego nie można mu było odmówić - uporu w dążeniu do raz obranego celu.
- A jednak rekiny cię nie pożarły.
Do sali dziarskim krokiem wmaszerował szczupły, rzec by można, że wręcz chudy, średniego wzrostu mężczyzna. Lekko siwiejące włosy tworzyły nienaganną fryzurę. Był to \'dobrze zakonserwowany\' starszy pan.
- Mnie? Rekiny? Te małe, miłe rybki? To ja kilka pożarłem. - Greg lubił Stana. Właściwie była to jedyna osoba w ich zespole, z którą mógł swobodnie porozmawiać na każdy temat. Reszta menażerii (jak ich sobie po cichu nazywał) zdecydowanie mniej mu odpowiadała.
- A co na to obrońcy praw zwierząt?
- Tych też mam na rozkładzie.
- Niech zgadnę. Pewnie tę ładniejszą część.
-Dobrze zgadujesz.- Greg się roześmiał – Wiesz, Stan, tam w oceanie pływają całkiem niezłe sztuki. Musimy się kiedyś razem wybrać na łowy.
-Te przyjemności zostawiam dla was, młodych – odpowiedział nieco zawstydzony, spuszczając wzrok.
- Stan, nie przesadzaj - zaprotestował Greg. – Trzeba by było tylko troszeczkę nad tobą popracować. Jakaś siłownia, solarium, odrobinę witaminek. Przy twoim błyskotliwym intelekcie mógłbyś nawet zostać wicekrólem plaży.
- Rozumiem, że królem byłbyś ty?
- Oczywiście. - Greg wyszczerzył zęby w szerokim, trochę sztucznym i nerwowym uśmiechu.
- Jak zawsze skromny - zauważył Stan.
Na chwilę zapanowało kłopotliwe milczenie.
- Co o tym wszystkim sądzisz? - pierwszy odezwał się Greg.
- Co o tym sądzę? - Stan westchnął ciężko. – Chyba ludzie już na zawsze pozostaną dla mnie zagadką. Tylko patrzę i im jestem starszy, tym bardziej się dziwię.
-Ty się dziwisz, a ja zaczynam się bać. Nie na żarty.
Tuż obok nich przeszedł, nie odzywając się ani słowem, drobny niski mężczyzna o twarzy zagubionego nastolatka. Mógłby zostać uznany za licealistę. Nawet starannie hodowana kozia bródka nie przydawała mu powagi. Miał bardzo rzadki zarost i tak naprawdę ta jego broda wyglądała żałośnie. Pięść Grega była bardziej owłosiona. To był Dick.
- A temu co znowu? - Greg z dezaprobatą podążył wzrokiem za naburmuszonym Dickiem.
- To, co zwykle - konspiracyjnie szepnął Stan. – Znowu nie chcieli go wpuścić do klubu dla singli.
- A już myślałem, że dzisiaj nie usłyszę żadnych pozytywnych wiadomości. - Towarzyskie niepowodzenia Dicka wyraźnie Grega ucieszyły.
- Panowie. Zapraszamy - rozległ się tubalny głos Przewodniczącego.
Wszyscy, oprócz Stana i Grega, byli już na swoich miejscach. Przewodniczy siedział na końcu długiego stołu, po jego prawej ręce Milcząca Dwójka, a naprzeciwko nich Dick. Stan i Greg usiedli obok niego. Asystentka, czyli Ruda, biegała wokół zebranych nalewając im kawę. Tylko Grega demonstracyjnie ominęła.
- A ja? - upomniał się o swoje prawa.
Ruda wzruszyła ramionami, prychnęła niczym dzika kotka i zniknęła na zapleczu, aby oddać się swojemu ulubionemu zajęciu - podsłuchiwaniu.
- Co za odmiana - wypalił Dick. - Co, Greg? Następna się na tobie poznała? - Dick nie mógł przepuścić okazji, aby mu nie dopiec.
- I tak wolę mineralną niż tę lurę, co to ona nazywa kawą – bąknął zakłopotany.
- Jak rozumiem, cel naszego spotkania jest wszystkim znany - rozpoczął Przewodniczący. – Wszyscy czytali raporty. - Powiódł wzrokiem po swoim stadku. Nikt nie zaprzeczył.
- Ten incydent trochę zaniepokoił górę.
- Nie dziwię się - wtrącił się Greg. - Jak czytałem, to mi się włosy na głowie zjeżyły.
- I tak ci zostało – złośliwie zauważył Dick. Greg przejechał ręką po swych równiutko przystrzyżonych na jeża i pomalowanych w cętki lamparta włosach. Moda rodem z Afryki.
- Donaldzie! To tylko taka figura retoryczna - Dick nie lubił swojego imienia. Wolał, aby używano jego ksywki
- Niebezpieczeństwo minęło. Możemy odetchnąć z ulgą - kontynuował Przewodniczący. – Choć moim zdaniem to i tak nic nam nie groziło. Jak już wcześniej mówiłem Gregowi, to nie miało prawa się udać. Ale góra postanowiła chuchać na zimne i musimy pomyśleć, jak zabezpieczyć się na przyszłość przed podobnymi niespodziankami.
- To nie nasza działka - powiedział Stan. – Nigdy nie zajmowaliśmy się kwestiami bezpieczeństwa. Nie jesteśmy ekspertami, nie mamy odpowiednich kwalifikacji.
- Co do kwalifikacji... – Przewodniczący zawiesił głos – to zorganizują nam szkolenia. Powolnym, wystudiowanym ruchem sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągnął z nich okulary i założył sobie na sam czubek nosa. Ten gest doprowadzał Grega do pasji. Tajemnicą poliszynela było, że Przewodniczący miał świetny wzrok. Od urodzenia. Żeby mieć taki wzrok Greg musiał nieźle zabulić za operację, a ten szpanował staromodnymi okularami, w dodatku zerówkami. To było jedno z jego licznych dziwactw.
- Ponadto...- kontynuował – tam na górze naprawdę się przestraszyli. Absolutnie wszyscy zajmują się tym tematem. Doszli do wniosku, że potrzebna jest świeża krew, nowa spojrzenie na sprawę. Specjaliści mają swoje wypróbowane triki, którymi stale się posługują i których nie lubią zmieniać. A szefostwo uważa, że być może potrzebne będą nam nieortodoksyjne rozwiązania.
- No dobrze - włączył się Dick. – A skąd pewność, że nie wymyślimy jakiś bzdur? Czegoś co nie będzie nadawało się do realizacji? Przecież szybkie szkolenie i tak nie zastąpi wieloletniego doświadczenia. W dwa miesiące nie zrobią z nas ochroniarzy.
- My mamy tylko myśleć, przedstawiać propozycje, a ktoś inny będzie je oceniał. Jeśli się spodobają, to będą wprowadzone w życie. Jeśli nie, to i tak nikt nie będzie miał pretensji. Ale coś zaproponować musimy.
- Zanim coś zaproponujemy, dobrze by było poznać motywy tego osobnika.
- Zgadzam się, Dick. - Greg zdążył już zapomnieć o urazie do Donalda. - Może ktoś mi powie, czemu ten szaleniec chciał rozpieprzyć nasz piękny świat?
Wszystkie oczy z wyczekiwaniem skierowały się na Przewodniczącego. Z za uchylonych drzwi na chwilę wychynęła również głowa Rudej.
- Z tym będzie problem - zaczął powoli. – Nasz Przyjaciel nie chciał się poddać. Już nie odpowie na żadne pytania.
-W kwestii formalnej. To nie był mój przyjaciel - zaprotestował Greg.
- Czy coś na jego temat ustalono? - zapytał Stan. – Kim on w ogóle był? Działał sam, czy też miał wspólników?
- Jeszcze tego nie wiemy. W każdym razie... - Przewodniczący z szelestem zaczął przeszukiwać stos chaotycznie porozrzucanych przed sobą kartek papieru. – Żadne takie informacje nie dotarły. Służby rozpracowują go. Jak znam życie, na efekty sobie poczekamy - dodał z przekąsem.
- No to może sami wymyślimy jakąś roboczą hipotezę? - Dick nie dawał za wygraną. – O co mu chodziło? Co chciał osiągnąć?
Milcząca dała dyskretnie znak ręką, że teraz ona chce zabrać głos. Wyglądała jak wzorowa uczennica, która wykuła zadaną lekcję na blaszkę i, choć jest trochę stremowana, to nie może się doczekać, aby zabłysnąć przed klasą.
- Trochę się nad tym zastanawialiśmy. – Spojrzała wymownie na siedzącego po jej prawej ręce Milczącego. Ten był zapatrzony w jakiś punkt na ścianie powyżej głowy Grega i nawet nie drgnął, jakby w ogóle nie słyszał jej słów.
Milcząca dwójka wcale nie była taka milcząca. Wręcz przeciwnie; ciągle gadali, ale tylko między sobą, byli jak dwie papużki nierozłączki. Kryli się po kątach, szeptali sobie coś dyskretnie, nie dopuszczali innych do tajemnic. Zawsze pracowali razem i tylko we dwójkę. Nie lubili publicznych występów. Z ich dwojga to Milcząca była bardziej odważna i zazwyczaj ona przemawiała w imieniu obojga. Greg nigdy nie był w stanie zapamiętać ich imion, dla niego zawsze byli Milczącą Dwójką.
- Doszliśmy do wniosku, że jest kilka możliwych wytłumaczeń - dla większego efektu zrobiła długą pauzę.
- Kobieto! No dawaj wreszcie! - nie wytrzymał Dick.
- Po pierwsze.... – Milcząca wzięła głęboki oddech. – Mogła to być próba spektakularnego samobójstwa.
- Jak cholera - mruknął Greg.
- Znane są z przeszłości przypadki niezrównoważonych osobników. Szaleńców, można powiedzieć, którzy w miejscach publicznych, używając broni palnej urządzali masakry. Zabijali zupełnie przypadkowych ludzi, by ostatecznie popełnić samobójstwo, bądź sprowokować Policję i zginąć od jej kul. Działali w myśl zasady: \'Chcę umrzeć, ale nie sam. Zabiorę ze sobą jak najwięcej innych ludzi.\'
- Przyjemniaczki – skomentował Dick.
- Moim zdaniem to ma sens - odezwał się Stan. – To może być nasz przypadek.
- Mamy jeszcze dwie teorie. - Milcząca znów wymownie spojrzała na swojego przyjaciela, ale ten nie miał najmniejszego zamiaru udzielać się w dyskusji. Musiała dalej kontynuować sama.
- Organizacje terrorystyczne.
- Tu miałbym wątpliwości - Stan przerwał jej bezceremonialnie. - Terror był narzędziem do osiągania jakiś celów, najczęściej politycznych. Terroryści chcieli zmienić świat, zaprowadzić swój porządek; nowy porządek. Chodziło im o zmiany ustrojów państw, zdobycie władzy. Jak również terror był wyrazem tendencji separatystycznej, prób utworzenia nowych podmiotów państwowych kosztem trenów przynależących do innych państw. Ale terroryści nie dążyli do globalnej katastrofy.
- Może chodzi o szantaż? - Dick przyszedł z pomocą Milczącej. – Terroryści grożą globalną zagładą, aby osiągnąć cele, o których mówiłeś Stan. - Żywo gestykulując wcielił się w rolę terrorysty.
- Jeśli nie spełnicie naszych żądań, to doprowadzimy do zagłady całej ludzkości.
- Wszystko pięknie - Stan nie dawał za wygraną. – Ale w tym rozumowaniu jest poważna luka.
- Tak? A jaka? - Dick się obruszył. Bardzo nie lubił, gdy kwestionowano jego poglądy.
- A gdzie te żądania? - Spojrzał pytająco na zebranych. - Skoro do tej pory nikt ich nie przedstawił...? Mnie przekonuje teoria samotnego strzelca, szaleńca.
- Mamy jeszcze trzecią teorię – nieśmiało wtrąciła się Milcząca. – Sekty religijne - tym razem mówiła szybko nie czekając, aż znów jej ktoś przerwie.
- Wygrzebaliśmy w archiwum taką historię. – Milczący sam nie zamierzał zabierać głosu, ale usłużnie podsunął przyjaciółce swoje notatki dotyczące tego przypadku. - Zupełnie niesamowita, trudno nam było w to uwierzyć.
Milcząca wpadła w krótkotrwałe natchnienie
- Pewien guru przepowiedział koniec świata. Niestety ten przepowiedziany koniec jakoś nie chciał nadejść. Wiecie co wtedy zrobili jego wyznawcy? - uwaga wszystkich skupiła się na Milczącej, a głowa Rudej znów pojawiła się na chwilę zza uchylonych drzwi.
- Postanowili sami ten koniec świata zorganizować. Rozpylili w metrze trujący gaz. Na szczęście nie wszystko poszło zgodnie z ich planem i ofiar nie było zbyt wiele.
- Dziś mieliby do dyspozycji lepsze środki - zauważył Greg.
- Czy ta sekta jeszcze istnieje? - zainteresował się Przewodniczący.
- Chyba nie, jej członków aresztowano - odpowiedziała. – Nie znaleźliśmy żadnych informacji mogących świadczyć o tym, że przetrwali do dzisiaj.
- To na nic. Tak nie dojdziemy do żadnych wniosków. - Greg z rezygnacją sięgnął po butelkę wody mineralnej. Widać było, że wbrew jego wcześniejszym słowom wolałby \'lurę\' serwowaną przez Rudą.
- Do jednego celu można dotrzeć wieloma drogami - kontynuował. – W naszym przypadku bardzo różne motywacje mogły doprowadzić do tego... incydentu. Tak na marginesie to nie wiedziałem, że w laboratorium można stworzyć takiego potworka.
- Jeszcze wielu rzeczy nie wiesz. - Dick był tego dnia w wyjątkowo zaczepnym nastroju. Zwłaszcza w stosunku do Grega.
- Myślę, że powinniśmy znaleźć jeden wspólny punkt... - mówił dalej, ignorując zaczepki Dicka. – Nazwijmy go punktem uchwytu, którego zablokowanie zabezpieczyłoby nas przed katastrofą niezależnie od motywów potencjalnego sprawcy.
- Mów dalej, słuchamy. - Przewodniczący zaszczycił Grega jednym ze swych słynnych, przeciągłych spojrzeń znad okularów.
- Zastanówmy się, co jest praprzyczyną naszych dzisiejszych kłopotów? - Greg wstał z miejsca i zaczął powoli spacerować wzdłuż stołu. Na zebraniach zespołu zawsze panowała nieformalna atmosfera, wszyscy zachowywali się swobodnie. Miało to sprzyjać twórczej pracy.
- Pomyślmy. Gdy jakiś szaleniec, u zarania dziejów ludzkości, chciał wyrządzić krzywdę bliźniemu to mógł co najwyżej rzucić w niego kamieniem.
- Zgadza się. Ale co z tego ma wynikać? - niecierpliwił się Dick.
- Nie przerywaj. - Greg nie dał się zbić z tropu. - Wraz z rozwojem cywilizacji nasze możliwości szkodzenia innym rosły. Trujący gaz w metrze – zaczął wyliczać – bomby konstruowane z ogólnie dostępnych materiałów, czy choćby samoloty komunikacyjne rozbijane przez terrorystów na ważnych obiektach. Były takie przypadki na początku XXI wieku – wymownie spojrzał na Milczącą -Też odrobiłem lekcje. Bezsenność – dodał usprawiedliwiająco w odpowiedzi na zdziwienie w oczach Stana. Greg znany był z tego, że na pierwsze spotkania przychodził z \'czystym umysłem\', to znaczy, ze poza tematem zebrania wiedział niewiele więcej.
-Wszyscy już to znamy. Lisa o tym mówiła.- Dick dalej się czepiał. - Nie potrzebny nam wykład z historii, tylko sposób, aby tym zjawiskom przeciwdziałać.
- Rozważmy taki przypadek – kontynuował Greg, nie zwracając uwagi na Dicka. - Pewien człowiek, terrorysta, chce wysadzić w powietrze... dajmy na to... prom kosmiczny. To tylko taki przykład. Chce wysadzić ten nasz prom, ale nie wie, jak się konstruuje bomby. Nie wie, jak stworzyć bombę, czyli nie może wysadzić promu. Nie jest niebezpieczny.
- Wystarczy, że sięgnie do fachowej literatury i się dowie - zauważył sceptycznie Stan.
- Właśnie - podjął myśl Greg. - Kluczowe znaczenie ma tu wiedza. Wiedza umożliwia nam rozwój, eksplorację coraz to nowych, wcześniej niedostępnych obszarów. Dzięki wiedzy ujarzmiliśmy energię atomu, jesteśmy wstanie wykorzystać energię reakcji termojądrowych, kontrolujemy klimat Ziemi, czy też rozpoczęliśmy kolonizację naszego Układu Słonecznego. Wiedza to bardzo użyteczne i bardzo potężne narzędzie. Ale im to narzędzie jest potężniejsze, tym większe szkody możemy wyrządzić nieodpowiedzialnie go wykorzystując. A moim zdaniem odpowiedzialność nie jest naszą mocną stroną. - Greg stanął za Dickiem i położył ręce na oparcie fotela
- Tak na marginesie. Przyszła mi do głowy pewna myśl. Co jakiś czas odżywają projekty poszukiwania naszych braci w rozumie.
- Marnotrawstwo publicznych pieniędzy. - Stan nie krył swej opinii na temat tego typu \'naukowych\' przedsięwzięć.
- Jak dotąd nic nie znaleźliśmy. Może właśnie dlatego, że wszystkie cywilizacje techniczne w swym rozwoju osiągają taki niebezpieczny poziom, na którym mogą doprowadzić do samozagłady. Może to właśnie jest granica, czy też trudna do przekroczenia bariera, która sprawia, że do tej pory nie znaleźliśmy braci w rozumie?
- Nie wiem, o co ci chodzi? - Dick nie odpuszczał - Mógłbyś nieco jaśniej?
- To proste. Cywilizacja rozwija się, rośnie w siłę, poszerza zakres swej naukowej wiedzy, zdobywa potężne narzędzia techniczne i nieodpowiedzialnie ich używając, doprowadza do samozagłady. To może być trudne do przejścia, wąskie gardło, które sprawia, że tylko nielicznym udaje się przetrwać. Być może dlatego nie możemy nawiązać kontaktu.
-Greg! To nie na temat! - zirytował się Przewodniczący. – Nie zajmujemy się problemami \'Obcych\'. Zielone ludziki zostawmy w spokoju. Mamy swój mały problem do rozwiązania. Jak zabezpieczyć się na przyszłość przed podobnymi incydentami?
- Właśnie do tego zmierzam.
- Bardzo krętą drogą – złośliwie zauważył Dick.
- A może po prostu ograniczyć dostęp do potencjalnie niebezpiecznej wiedzy?
- Nie rozumiem – rzekł Przewodniczący pieczołowicie i czule czyszcząc delikatną bibułką szkła swych okularów.
- Dzisiaj – Greg kontynuował wywód, spacerując wzdłuż stołu obrad. - Każdy kto ma odpowiednie zdolności, predyspozycje intelektualne i odpowiednio dużo wytrwałości, może zdobyć wiedzę z dowolnej, wybranej przez siebie dziedziny naukowej. Kandydaci wstępujący na wyższe uczelnie sprawdzani są pod kątem tego, czy będą w stanie podołać trudom przyswajania wiedzy. Natomiast w ogóle nie zastanawiamy się co będzie gdy ją już zdobędą, w jaki sposób zechcą ją wykorzystać.
- Tego nie da się przewidzieć – sceptycznie zauważył Stan.
- Można spróbować. Jakieś testy psychologiczne... wywiad środowiskowy... Część naszej wiedzy mogłaby być zastrzeżona tylko dla osób w pełni sprawdzonych, godnych zaufania, co do których można by było mieć pewność, że nie zrobią żadnych głupstw.
- Czyli co? - Dick pogardliwie wydął wargi. - Zasady dynamiki Newtona dla wszystkich, a teoria względności Einsteina tylko dla wybranych?
- Twoja historia sztuki mogłaby być dostępna bez ograniczeń – odciął się Greg.
- To na nic. - Stan pokręcił głową z dezaprobatą - Skąd pewność, że takie sito mimo wszystko nie przepuści kogoś nieodpowiedzialnego?
- Przy okazji może odpaść wiele bystrych, a wcale nie niebezpiecznych umysłów. To by spowodowało wielką stagnację w nauce – poparł go Przewodniczący.
- Wolę małe spowolnienie rozwoju niż wielką katastrofę – Greg nie dawał za wygraną.
- Nie przesadzasz z tą niebezpieczną wiedzą? - drwiąco zapytał Dick - Z tą nieufnością wobec ludzi? Przecież do tej pory nasz system dobrze działał. Jakoś sobie radzimy. Czemu teraz miałoby być inaczej?
- A pamiętacie tych gimnazjalistów, którzy w szkolnym laboratorium zaczęli konstruować bombę atomową?
- Nie udało im się – zauważył Stan.
- Tak, ale byli na dobrej drodze. Ich następcom może się już udać.
- To była głośna sprawa – Dick był wyraźnie zniecierpliwiony. - Szum w mediach, specjalne lekcje wychowawcze... dzieciaki już wiedzą, że tak bawić się nie wolno.
- A możesz mi zagwarantować, że więcej chętnych nie będzie? - Greg spojrzał mu wyzywająco w oczy.
- Nie udało się. - Spojrzenie Grega na Dicku nie zrobiło najmniejszego wrażenia. - Bo nie mogło się udać. Tak jak i w naszym przypadku.
- No to nie rozumiem, po co tu siedzimy i marnujemy czas? - Greg pytającym wzrokiem powiódł po zebranych. - Po co chcemy się zabezpieczyć przed czymś, co i tak nie może się udać?
- Przez takich, co się boją tak jak ty – ze złośliwym uśmieszkiem syknął Dick.
Greg bezradnie rozłożył ręce i nie odpowiadając, wrócił na swoje miejsce.
- Czyli rozumiem - chrząknął Przewodniczący - że pomysł Grega z restrykcjami w dostępie do wiedzy naukowej nam się nie podoba?
Nikt z zebranych nie wystąpił w obronie jego tez.
- Chcieliście mieć nieortodoksyjne rozwiązanie. – Wzruszył obojętnie ramionami.
- Jakieś inne sugestie? - zapytał Przewodniczący.
Dalsze dywagacje przerwało dyskretne popiskiwanie komunikatora. Nadeszła nowa wiadomość.
- Czyżby znowu...? - zaniepokoił się Dick.
- Przestań! - warknął Greg.
Przewodniczący uśmiechnął się nerwowo, po czym uruchomił terminal. W jednym z rogów sali zmaterializował się hologram. Wszyscy zebrani wstali ze miejsc i jak na komendę rzucili się do czytania wiadomości.
- Wiadomo o co chodzi? - dopytywał się Dick.
- Sam sobie przeczytaj – odpalił Greg.
Zapadła cisza. Przez dłuższą chwilę w skupieniu studiowali treść nadesłanego raportu.
- A jednak sukinsyn miał wspólników – ciężko westchnął Stan.
***
Z sali konferencyjnej dobiegł jakiś przytłumiony dźwięk, ni to krzyk rozpaczy, ni to jęk bólu. Niecodzienna sytuacja. Ruda pracowała tu już drugi rok i jeszcze czegoś takiego nie słyszała, a słuch miała naprawdę dobry. Ostrożnie wyjrzała przez lekko uchylone drzwi. Poczuła się tak, jakby nagle uderzył ją grom z jasnego nieba. Na lekko drżących nogach weszła do środka. Widok był co najmniej niepokojący. Dick siedział na podłodze, był blady, oddychał z wyraźnym trudem i trzymał się ręką za okolicę serca. Najwyraźniej zasłabł. Rudą w osłupienie wprawił fakt, że absolutnie nikt się nim nie zainteresował, nie zamierzał przyjść z pomocą. Zresztą reszta towarzystwa też była jakaś dziwna. Przewodniczący zdejmował okulary, chował do marynarki, po czym wyciągał je, zakładał, by po chwili znów zdjąć i schować. Wreszcie w przypływie złości z furią cisnął je w kąt, brzęk tłuczonego szkła zabrzmiał w dojmującej ciszy niczym wystrzał z pistoletu. Zrezygnowany, powolnym krokiem skierował się na miejsce, usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach. Stan gapił się jak zahipnotyzowany w hologram mamrocząc coś pod nosem. Rudej nie mogła uwierzyć, ale były to chyba grube przekleństwa. A przecież to taki grzeczny i kulturalny człowiek... Spojrzała na Grega. Spuścił wzrok. Nie dawała za wygraną, podeszła do niego i spojrzała mu pytająco prosto w oczy. Greg nie zamierzał udzielać jej żadnych informacji, zmieszany odwrócił się plecami. Coś było nie tak, coś się musiało stać. Tylko co? Nagle rozległ się histeryczny śmiech
- To nie dzieje się naprawdę - odezwał się Milczący. - Ktoś robi sobie z nas jaja. Prawda...? Lisa... to tylko głupi, sztubacki żart...? Lisa... powiedz coś... to nie dzieje się naprawdę? Lisa... - potrząsnął ja z ramię – na litość... powiedz coś... Lisa... to nie dzieje się naprawdę...
Milcząca sprawiała wrażenie jakby wpadła w letarg, straciła kontakt z rzeczywistością, Milczący potrząsał ją energicznie za ramiona, a ona kompletnie nie reagowała, tak jakby była bezwładną kukłą, niezdolną do jakiejkolwiek aktywności. Po jej kamiennej, zdawałoby się nie wyrażającej żadnych uczuć twarzy, popłynęły tylko dwie, gorące łzy.
- Lisa... - jęknął płaczliwie. – Lisa... powiedz coś... proszę... Lisa...
Ruda odważyła się spojrzeć na hologram. Wskaźniki instrumentów pomiarowych oszalały, wystarczająco długo tu pracowała, by się na tym poznać. Tam, gdzie zawsze królował przyjazny, zielony kolor i tylko z rzadka pojawiał się niepokojący odcień żółci, teraz biła po oczach wściekła czerwień.
\'Jest źle\' - przemknęło jej przez myśl – \'Ale dlaczego?\' - Spojrzała na Stana, podążyła za jego wzrokiem, skierowała oczy na boczny monitor. Przez chwilę przyglądała się w napięciu, starając się rozeznać w tym, co widzi. Nagle zrozumiała, nawet do niej to dotarło. Nie było już żadnych wątpliwości, wszystko w tym jednym ułamku sekundy stało się przeraźliwie jasne i klarowne. Poczuła się bezradna i przerażona jak niemowlę porzucone na śmietniku w ciemną, zimową noc przez wyrodną matkę. To był koniec i nie było już sposobu aby odwrócić zły los. Czarna dziura pożerała Słońce...