Istota Psotliwa
Dziadek owy, był to chłop osiadły, rolnik i hodowca. Nigdy nie wędrował dłużej niż przez pola swoje do miasteczka na dzień targowy, bądź do innej gospody w okazyjną gościnę. Panu swojemu był podległy, opłaty składał, i nie odważyłby się przenigdy na ucieczkę.
Ale mrozy przyszły, pewnego ciężkiego, mało urodzajnego roku. Stare kości dziadygi, mocno poczęły dokuczać. Z łóżka prawie nie wstawał. Przeczuwał, że piasek klepsydry jego życia, niemalże cały się przesypał na stronę nieuniknionej śmierci. Wstał wtedy ten ostatni raz. Wnuka swojego kazał zawołać, a kiedy ów wnuk – wówczas już chłopak nastoletni – przybył, wstał naówczas dziadek i chwycił, i wyciągnął, rozgrzany wcześniej, nóż z kominka.
Oj, krzyki były, płacz i błagania żałosne, ale dziadek nie dał się uprosić. Wnuka kazał uwiązać pod ścianą. Krzyki i przekleństwa zignorował tak jak kiedyś jego własny dziadek.
I tak jak kiedyś dziadek, dziadka owego, tak ten dziadek teraz, owym nożem czerwonym, rozgrzanym, mapę zaczął nakreślać na nastoletnich kończynach. Mapę identyczną jaką sam po kres swych dni nosił na piersiach.
Szybko niegdyś nastoletni chłopak zapomniał o zadanych mu ongiś bólach. Zapomniał o tym zdarzeniu, o wiosce, zagrodzie, chałupie, o kominku kamiennym i o zimie z zawieją ostrą, ze śniegiem w podwórzu, i szronem na oknach. Zapomniał o gorącym ostrzu, które zostawiło swe ślady na młodej, śliskiej wtedy skórze. Wyrósł na mężczyznę dorosłego, na męża i ojca. A później gdy czasy ciężkie nastały, przypomniał sobie na nowo o pamiątce tejże na rękach i nogach. Trzy dni i trzy noce przed lustrem, z wszech stron znaki owe oglądał, nieco zamazane już innymi bliznami. I przerysowywał je na kartkę żółtego, obcego mu dotychczas papieru. Kartkę tę przeczuwając, że to rzecz cenna, schował do szafy, gdzie księgi prowadzone – na rozkaz seniora – razem z innymi papierzyskami, przetrzymywał.
I przyszedł nieurodzaj kolejny, roku następnego. Przybyły choroby, i śmiercią żony zagrożenie. I przypomniał sobie naówczas chłop o mapie, o skarbie, i o dżinie. A kiedy wracał przed zanoszącym się deszczem, z pola uradowany ową powstałą nadzieją, zobaczył dom swój w płomieniach, żonę chorą i dziatki wygłodzone, rzewnie wszystkich płaczących. Nie pomogła ni pomoc sąsiedzka, ni woda deszczowa. Dom płonął jakoby sycony diabelską magią, a w zgliszczach nic nie odnaleziono prócz laleczki jedynej, ocalałej szmacianej zabawki, najmłodszego dziecka.
*
Przyszedł teraz, wiedziony mapą ostałą na rękach i nogach, którą podczas podróży już zdążył w pamięci zachować. I choćby teraz nogi i ręce w wypadku utracił, wiedziałby jak trafić do skarbu ukrytego, do dżina gotowego spełnić jego życzenia. Bowiem prócz mapy, przywiodła go tu też niemała nadzieja. Wiara w wyleczenie żony swojej, w domu sióstr pod opieką pozostawionej. Dziatki swoje, by uchronić przed śmiercią i głodem, rozdzielił i do klasztorów wszelakich, przed wyjazdem, polecił.
Ale w końcu przybył, na miejsce, stanął przed dżinem niebieskim i radowała się jego umęczona wędrówką twarz. Szedł tu w końcu osiem lat i osiem zim, wiosen, oraz jesieni, w których wiele niebezpieczeństw przeżył. Wiele wiosek inszych, jeszcze biedniejszych od swojej, po drodze zobaczył. Przepłynął dwa morza, trzy jeziora i czterdzieści jeden rzek. Przemaszerował w karawanie przez dwie wielkie pustynie, piaskami tylko rządzone i jedną niemałą gdzie jeno kamienie, niebo i sól, zobaczyć było można. Przekroczył podczas tej wędrówki przez – dwadzieścia dwie książęce, cztery królewskie i dwie cesarskie – granice. Uczestniczył w dwóch bitwach, raz brany był do niewoli. Raz z tejże niewoli cudem uciekł i uniknął śmierci. Zobaczył niejedne rośliny i zwierzęta dotąd nieznane. Dwóch królów poznał i czterech książąt jaśnie panujących. Na dworach dwóch, dwa razy przez tydzień przebywał. Piękne kobiety setki razy w drodze widział i ciągle przy tym żonę swoją kochał, i szczerze współczuł jej cierpieniu, dzień w dzień bardzo do niej tęsknił. A kiedy bywał na jużci wspomnianych dworach wśród kokotek łasych, pociągających i winem rozochoconych, i kiedy zdarzyło mu się przy tym wypić zanadto – podstępnie podawanej – słodziutkiej małmazji, dwa razy tylko zdradził żonę i kochał się z inną kobietą, dwa razy przeze ten czas całej ośmioletniej wędrówki.
Lecz nawet miliony podobnych doświadczeń nie uchroniły go od śmierci, nie pomogły mu podjąć właściwej decyzji wtedy, kiedy wreszcie trzeba było taką podjąć. Cała nadzieja i dotychczasowe priorytetowe marzenia, nagle przepadły, na rzecz możliwości otwierających się przed nim, wówczas prostym chłopem.
Zaśmiał się gruby dżin na sam jego widok. Pewien był już tego co zaraz miało nastąpić. Przez cały okres swojego jestestwa, dżin widział setki takich samych, podnieconych chłopów. Czytał im wtedy w myślach i przekonywał się, że niczym nie różnią się od innych ludzi, nieważne czy byli to młynarze, bankierzy, królowie, kapłani czy złodzieje. Nieważne kim byli, bowiem i tak wszyscy prosili go zawsze o to samo.
Ale pierwej widząc przed sobą prawdziwego dżina, myśleli co powiedzą bliskim, których gdzieś zwykle zostawili. Najczęściej było to: „A nie mówiłem”. Choć zdarzały się też całkiem odwrotne przypadki: „A więc miała rację”.
W końcu jednak wszyscy, którzy do dżina przychodzą nie robią tego po to, by ten niebieski stwór, poczytał sobie w ich myślach.
Czeka nas robota – pomyślał dżin.
Nie był młody, choć nie wyglądał staro. Oczywiście ciężko było tak go określić, każdy mógł zobaczyć go pod inną postacią. Niektórzy widzieli w nim dziecko, inni bliskiego członka rodziny. Bowiem postać dżina, utworzona była z pozlepianych magiczną siłą chmurek. Obłoczków cumulusowych i niebieskich jak czyste, letnie niebo spokojnego poranka.
– Po cóż przybywasz? – zapytał dżin głosem porywającym jak wiatr i gwałtownym niczym grzmot piorunu.
Miał nadzieję, że człowiek odpowie od razu, i szybko będzie miał z nim spokój. Zdarzały się już przypadki, że jacyś żartobliwi czarodzieje odpowiadali na to pytanie, w sposób zupełnie nieprzemyślany, wręcz głupi, bądź przypadkowy: „Po buty”, „Po błogosławieństwo”, „Po cholerę”, „Po nic”.
Można się domyślić co czekało takich ludzi, bowiem dżin był istotą z natury bardzo psotliwą, bardzo czułą na nieprzemyślane życzenia do spełnienia. To od dżina zależało czy weźmie taki żart za prawdziwe życzenie. Wielu jednak ludzi wierzy, że to dżin powinien zapytać bardziej dosłownie: „Jakie jest twoje życzenie?”, albo co go bardzo drażniło: „Jakie jest twoje życzenie, Panie?”
– Przybyłem byś spełnił moje życzenia.
– Jakie jest twoje życzenie? Mogę zrobić wszystko, nie mam ograniczeń, nawet w sprawach miłości, jak wielu pesymistów twierdzi. Mogę zapewnić ci nowe ciuchy, nowego konia, nowy dom, górę pieniędzy. Nie chcesz być... – dżin szyderczo zaśmiał się.
– Tak chcę być bogaty – powiedział chłop, podniecony i rozmarzony.
– Proszę bardzo... „Perrantrum Exlodsus Osjonizlon”
Przez ciało chłopa, przeszedł dreszcz, jak to zwykle bywa u człowieka mającego pierwszy raz do czynienia z magią. Chłop słyszał, ale nie mógłby zapamiętać zaklęcia. Nie mógł nawet przypuszczać, że tak było stworzone, aby go nie pamiętać.
Dżin chwilę milczał, kreował zaklęcie. Czarował jak zwykły czarodziej, ale różnił się od innych znawców magii i zaklęć. Znacznie od nich się różnił. Szczególnie jeśli chodzi o efekt jego pracy, który zwykł już być niezwykły.
– Proszę – odezwał się w końcu dżin. – Jesteś teraz bogaty, więc odejdź.
– Czekaj! – człowiek nie krył złości w głosie. – Należą mi się inne życzenia. Wszędzie mówione jest o trzech.
Dżin wyraźnie szyderczo się zaśmiał.
– To wy ludzie, chcąc spełniać coraz to nowe potrzeby, wymyśliliście taki system i teraz sądzicie, że ja dżin, do was się dopasuję... Grubo się mylisz... Jedno życzenie to dla ciebie za mało? Przecież mogłeś poprosić, o spełnienie trzech, nawet tysiąca życzeń. Ale nie. Wy ludzie, najpierw myślicie o pieniądzach, o bogactwie. Wszyscy gdy tylko się tu pojawiacie, zrazu zapominacie, o swoich celach, bliskich, troskach i prośbach, z którymi tutaj przybywaliście. Możliwości gubią was, ludzi. Gdy macie ich przed sobą zbyt wiele, wybieracie tę pierwszą, a ona zawsze dotyczy was. Odbierając wygraną na loterii, nie myślicie w tej chwili o innych, a tylko o sobie. Jak wydać pieniądze, jak się zabawić, gdzie wybrać się na upragnione wakacje... Za późno na kolejne życzenia. Odejdź, nie dostaniesz ich. Teraz jesteś bogaty, możesz zapewnić żonie lekarza, a dziatkom jedzenie... Idź.
– Nie! – krzyknął chłop, w proteście. – Nie po to tu przyszedłem. Moja żona w każdej chwili może umrzeć jeśli ciągle żyje, a moje dzieci bezwątpienia mnie już nie pamiętają. Chce ich z powrotem, chcę ich miłości. Nie chcę bogactwa. Masz spełnić dwa życzenia... – chłop zaczerwienił się w wyraźnej szaleńczej, złości.
Dżin milczał.
Mężczyzna podniósł patyk i rzucił w dżina. Patyk przeleciał na wylot, tnąc obłoczki cumulusowego brzucha. Dżin zaśmiał się złowrogo, brzmiało to jak grzmot błyskawicy.
– Nie! – krzyknął znów mężczyzna. – Nie! – zrobił to jeszcze raz, ale jakby nieco ciszej.
Nie? – pomyślał. A zresztą czemu nie?... Mógłbym...
– Jak bardzo jestem bogaty? – zapytał nie porzucając poprzednich myśli i wyobrażeń.
– Bardziej niż niejeden człowiek – odpowiedział dżin, z ust poleciał mu ciepły wiatr.
Uśmiechnął się. Niebieskie cumulusy zniekształciły się, zmieniły wyraz twarzy z szyderczego na szczerze radosny. Z każdą chwilą patrzył, na coraz bardziej zadowolonego chłopa.
Aha. Więc mógłbym...
Dżin sondował mu wszystkie myśli. Chłop, który uwolnił także swoją wyobraźnię, pokazał marzenia, nawet te najbardziej niegdyś skrywane i wyrzucane, kryminalne i erotyczne. Teraz kiedy był bogaty, mógł pozwolić sobie na wiele więcej... Dżin przez wszystkie lata swojej pracy dochodził do paru wniosków, którymi mógłby scharakteryzować gatunek ludzki. Jednym z nich, było zachowanie się ludzi majętnych. Czytając takim w myślach, stwierdził już na samym początku, że wszyscy bez wyjątku, ufają bezgranicznie mocy pieniądza. Zdaniem dżina, bogaci ufali swoim pieniądzom bardziej niż innym ludziom. Sądzili, że dzięki monecie są w stanie zrobić wszystko. Wręcz niespecjalnie przyjaźnie majętni odnosili się do innych. Nie mieli już takiego zaufania, jak do monety.
– Możesz to...
– Mam ci udowadniać, że cię nie oszukałem? – przerwał dżin nie kryjąc oburzenia. Z jego ust wyleciały dźwięki potężnych burzowych grzmotów, włosy chłopa zjeżyły się od tych wyładowań. – Dobrze, zrobię to, ostatni raz „Perrantrum Exlodsus Osjonizlon”... Proszę spójrz do sakiewki.
Chłop spojrzał przed siebie, gdzie nagle dosłownie znikąd pojawiła się złota sakiewka, pudełeczko, ozdobione diamentami wielkości oczu ludzkich. Otworzył ją i podniósł. Złoto zabłyszczało do słońca, oświetlając swym kolorem twarz chłopa. Dżin spojrzał w jego myśli. Chłop marzył, przypominał sobie marzenia, rzeczy, które chciał ongiś posiadać, na które nigdy nie było go stać. Teraz sądził, że może mieć wszystko.
Napatrzył się wtedy stary dżin, na wina wszelakie, jabłka czerwone, dziczyznę i porcelanę zdobiącą szerokie i długie stoły. Wyobraźnia chłopa pracowała. Napatrzył się dżin – zresztą nie pierwszy raz w życiu – na pałace bogate, zamki pomysłowo przyozdobione i armie podwładnych pracujących półdarmo dla swojego seniora, chłopa. Naoglądał się dżin balów, gości dostojnych, polowań wspólnych i inszej wszelakiej rozrywki. Zobaczył też w końcu dawne waśnie, chłopa. Zemstę na dotychczasowych ciemiężycielach, rzeszę zatrudnionych skrytobójców, zemstę na wszystkich dawnych wrogach. Zobaczył kary, płacz, krew i tortury. Zobaczył ogień i dym palonych wiosek – sąsiadów przyszłego królestwa. Zobaczył konne armie opłacane za gwałt, morderstwo i rabunek. Zobaczył po wszystkim starość chłopa, samotność, cierpienie i śmierć. Odgadł kolejne myśli mężczyzny. Nie musiał ich czytać – zresztą nie pierwszy już raz.
Stworzona z niebieskich obłoczków, twarz starego dżina, przekształciła się w wyraz szyderczości ze zwykłego człowieka. Bowiem jakżeż on był zwykły. Jakie zwykłe miał on marzenia. Jakże ludzkie, jakże proste. Dżin śmiał się teraz też w duchu. Szydził z chłopa, szydził z jego marzeń. Szydził bowiem chłop, nie przypuszczał wtedy, jak bardzo się pomylił. Miast prosić o bogactwo, powinien poprosić o bycie bogatszym. A miast prosić o bycie bogatszym, powinien wpierw zadbać o swoje wieczne życie. Albowiem jedynie dzięki życiu wiecznemu mógłby chłop nacieszyć się owym bogactwem. Ale mimo wszystko mógł poprosić także o wieczną młodość. Bowiem bycie pomarszczonym starcem przez wieki nie byłoby nazbyt miłe.
Ale nie wiedział też chłop, że o co by dżina nie poprosił – o bogactwo, nieśmiertel-ność, czy młodość – nic by z tego nie otrzymał w zadowalający go sposób. Gdyż dżin jest istotą psotliwą i potrafi wykorzystać każdy kruczek słowny. Dżin bowiem miast dać komuś nieśmiertelność. Stworzył śmierć, której kosa nie może sięgnąć naraz dwóch osób. Dżin stworzył panią Śmierć, która dokonuje błyskawicznych wyborów, ale nigdy nie zabija równocześnie. A jeśli jakiś nawet przypadek lub czar, zmusiłby dwie istoty do równo-czesnego zgonu, Śmierć wybrałaby pomiędzy nimi. Jedną by zabiła, do drugiej nie wróciła by już nigdy. To dżin stworzył też Los, bowiem Śmierć kroczy przez świat i zabija losowo. Dżin stworzył kiedyś także Przeznaczenie, ale to już całkiem inna historia...
Dżin był istotą psotliwą. Miast uczynić chłopa bogatszym, uczynił go bogatym, ale niezupełnie tak jak by chłop sobie tego życzył. Dżin zabrał całej ludzkości bogactwo. Odtąd wszyscy byli o pewien poziom biedniejsi. Jedynie chłop został na tym samym poziomie. Teraz zaliczał się do elity, jeśli chodzi o majątek. Miał ciągle spaloną chałupę, ugorem leżącą ziemię, bardzo chorą żonę i dziatki w kaplicach miast w klasztorach. Nie było już na świecie zamków, wielkich posiadłości, nie było armii, drogich win i porcelany. Był tylko bogaty chłop i biedny świat. On jedyny miał teraz bezwartościową sakiewkę ze złota i diamentów. Bowiem nie było innego złota ani innych diamentów, ani też kupców na tenże jego skarb.
Nie mógł już powiedzieć, jakże znamiennych słów: „A nie mówiłem”. Bowiem nie mógł się przyznać, że cała ta bieda na świecie, zanik nauk i wynalazków jest jego zasługą. Zyskałby wtedy jedynie nienawiść, albowiem ludzie mieli powód aby go znienawidzić.
A wszystko przez to, że dżin jest istotą psotliwą, a człowiek jest istotą zachłanną.