Kalendarium Tytusa Heroicznego
Prolog
Oto ostatni 20 dniowy odcinek, jaki udało się uzyskać z dymiących jeszcze ruin Wrzańca. Nie znaleziono wprawdzie ani wiadomości o przyczynach upadku więzienia-zamku, ani o możliwych sprawcach tego haniebnego, ale pobudzającego wyobraźnię zarazem czynu. Dzienniczek ten dotyczy bowiem ostatnich dwudziestu dni przed pojmaniem i osadzeniem Tytusa Heroicznego, brata TEGO Henryka. Został on oddany do użytku publicznego jako jedna z pamiątek po zapewne nieżyjącym już bohaterze i stanowi obecnie dobro ludowe mieszkańców Związku Równych Miast.
Dzień I:
„Wypadek”
Z tego, co udało mi się ustalić, jak zwykle rano wyruszyłem na konną przejażdżkę po lesie. Po ośmiu godzinach koń wrócił beze mnie, a ludzie widzieli, jak do lasu udają się policjanci.
-Myślisz, że to on?- Pytał gruby głos, trochę dziwacznie wymawiający słowa. Domyśliłem się, że należy do jakiegoś leśnika.
-Tak, jestem nawet pewny. Przypominam ci, że jego brat jest moim idolem od czasów dzieciństwa; jakże więc miałbym nie znać brata Henryka, Tytusa?- Podniecony młody głos mówił tak szybko, że zirytował tego o grubym głosie.
-Ja tam taki pewien nie jestem. Henryka znam, każdy go znam, ale tego…Tytusa? Co to w ogóle za jeden? Coś ci się młodziaku poprzestawiało w rozumie, jak żeś się za tą, Małgośką, oglądał. Każdy, powiadam, zna Heroicznego, zwycięzcę stu sześćdziesięciu sześciu pojedynk…
-Stu sześćdziesięciu o ś m i u w kategorii mistrzowskiej, dwudziestu trzech w młodzikach, trzydziestu jeden i jedynej w karierze porażki w kategorii światowej i pięciu pojedynków kontynentalnych.
-Nie przerywaj i nie poprawiaj mnie, młody. Zapamiętaj to se dobrze, starsi wiedzą lepiej. I tyle ci powiem, że ta przegrana była niesprawiedliwa, bo tamten przekupił sędziego, i tyle! Taka to niesprawiedliwość dzisiejsza jest…
-Ale z Grunkiem Henryk się nie zmierzył.
-A phi tak z Grunkiem! Orczysko się przestraszyło i nawet pojedynkować nie chciało z naszym Henrykiem, taka prawda!
Mówili o moim słynnym bracie, Henryku, mistrzem tradycyjnego sportu- walk na arenach, pozostałości po niespokojnych czasach Wojen Rasowych. Teraz wojny toczyły się już nie poprzez bohaterów, w zamierzchłej przeszłości potrafiących samodzielnie odmienić losy bitew. Teraz istniały pojęcia takie jak: taktyka, technika, sabotażyści, sztaby specjalistów, plany, rozpoznanie. Każde z nich miało swoje istotne znaczenie, każde występowało zarazem u przeciwnika- nic dziwnego więc, że teraz wojny były znacznie dłuższe. Nie da się wygrać wojując tym samym sposobem. W dzisiejszych czasach zaś wszyscy wojują globalnie. Nic dziwnego, że nie ma już mocarstw.
Wracając do sedna sprawy- pojedynki nadal cieszyły się olbrzymim powodzeniem, dystansując pozostałe sporty. Za ich sukcesem stała zapewne uniwersalność, gdyż walczyć mogli też przedstawiciele innych ras. Zawsze lepiej patrzeć, jak człowiek daje łupnia orkowi, niż jak dwie całkowicie ludzkie drużyny grają piłką. Niektórzy poszli nawet dalej, twierdząc, że te walki to nie sport, tylko prawdziwa walka ras dominujących.
Nie zgadzam się z tym; każdy zawodnik, czy to ork, krasnal czy człek, walczył wyłącznie o pieniądze i sławę, ewentualnie chwałę dla krainy lub rodu, ale nie dla wywyższenia rasy. Do tego używano innych przykładów niż walka.
Ja nigdy nie byłem taki jak młodszy braciszek. Zrodziliśmy się z jednej krwi, posiedliśmy jeden charakter i również moim przeznaczeniem było kroczyć ścieżką bohatera. Lecz wybrałem prawdziwą drogę. Nie walczę na arenach, mierząc się z przeciwnikiem nie myślę o skarbach czy kobietach, ale o moim rycerskim obowiązku. To wezwanie płynące z duszy aż do serca, czyniące mnie lepszym każdego ranka. Dlatego mój braciszek zawsze mną pogardzał. On, w ramionach jasnowłosych niewiast obchodzący uroczyście miasto. Ja, w ciemnym pokoju oddający się medytacjom.
-Nadal nieprzytomny..? A chluśnij go, Wlaziczku, ożywczą wodą!
Wrzasnąłem, bo te leśne kmiotki wylały na moje udręczone ciało całe wiadro mroźnego płynu. Gdy względnie doszedłem do siebie, natychmiast ukarałem winnego siarczystym policzkiem.
-Ała!
Koń mój wrócił w miasto, ja byłem w łachmanach, oblepiony gliną. Przekonałem więc jednego z będących na miejscu oficerów, przepasanych jasnoniebieską szarfą symbolizującą policję, żeby po kryjomu odstawił mnie do domu. Śmiał się opierać, zagroziłem mu, oburzony niegodnym zachowaniem, zablokowaniem jego awansu na starszego oficera. Znałem bowiem żonę szefa policji bardzo dobrze. Droga Elżbieta uwielbiała moją poezję.
Łaźnia była ekskluzywnym miejscem wypoczynku, niedostępnym dla pospólstwa. To znaczy, dla biednych, pokrzywdzonych przez los ludzi, którym koniecznie należało pomóc, o co tak często zabiegałem u władz. Kilkukrotnie udawałem się nawet z tym problemem do Najwyższej Izby Rządzącej. Debaty nierzadko przedłużały się do samego rana, i, oczywiście, były bardzo owocne: organizowano festyny i zabawy, tak potrzebne zmartwionym pracą i ciężkim życiem najuboższym.
Także i tym razem nie było tłoków, ale i tak, na specjalną moja prośbę pan Wilhelm, właściciel łaźni udostępnił mi jedna z kabin tylko dla mnie. Nie mogłem przecież pokazywać się w takim stanie; urągałoby to wszelakim zasadom etosu rycerskiego. Jak wybawca ludu i jego sługa mógłby chodzić w łachmanach, niemyty i zadrapany? Nie mogłem obrażać wyglądem miasta i własnego honoru. Oddałem się więc wielogodzinnej, meczącej sesji masaży, nawilżania bolących miejsc, kąpieli błotnych, na przemian zimnych i gorących prysznicy. Na końcu zamówiono mi znajomego krawca z zestawem ubrań dla mnie i fryzjera. Prawdziwego wirtuoza, muszę przyznać. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, wyglądałem lepiej niż przed niejednym balem. Dlatego ucichły wszystkie plotki o moim rzekomym upadku z konia, gdy tylko przechodziłem ulicami miasta. Szeptano teraz, że była to ekstrawagancka zabawa, co bardzo mi pochlebiało.
Udałem się wprost do domu i umęczony zasnąłem jak kamień na łożu z baldachimem.
Dzień II
„Porządki”
W przeciwieństwie do mojego trochę nieokrzesanego brata, nie zajmowałem się sam utrzymywaniem w porządku mojej posiadłości, lecz wynajmowałem do tego odpowiednią służbę. Rozkazywanie także stanowiło pracę, a ponadto dawałem pracę mieszkańcom miasta; samo dobro wynikało więc z moich działań. Do południa informowałem ogrodnika, jak ma być przystrzyżony mój ogród i jakie nowe elementy i rzeźby ma zakupić. Zbliżał się koniec kwartału, a to oznaczało, zgodnie ze zwyczajem, zmianę wyglądu mojego ogrodu. Na przykład w pierwszym kwartale roku zdecydowałem się powiększyć basen, teraz, piszę nadal dla przykładu, kazałem usypać pośrodku malutką wysepkę.
Dni III- VIII
Upłynęły pod znakiem doglądania porządków w domu i przemian w ogrodzie.
Dzień IX
„Spotkanie z Elżbietą, miłośniczką poezji”
[Tu kartka została obdarta, zapewne przez jakiegoś oficera, poprzez spełnienie rozkazu szefa policji. Zawierała szkodliwe i fałszywe informacje, zapewne. Łatwo się domyślić, że miały związek z sekretnym romansem młodej Elżbiety i Tytusa Heroicznego- nota dla śledczych, oficer Dawid]
Dzień X
„Śledzony”
Pierwszy raz od upadku w lesie wybrałem się na przejażdżkę konną. Tym razem dobrałem sobie bardzo spokojnego, masywnego wierzchowca o smoliście czarnej maści. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, przejażdżka przebiegała spokojnie. W pewnym jej momencie poczułem charakterystyczne mrowienie na karku. Tak, mój instynkt się nie mylił. Byłem śledzony. Śledzono mnie nawet w mieście, aż do okolicy, w której mieszkam. Mimo wielokrotnych prób zgubienia natręta, lub chociaż poznania jego personaliów, zobaczyłem jedynie że miał czarny, gustowny płaszcz. Ponieważ znałem się co nieco na modzie, na nieszczęście mojego prześladowcy, odgadłem, iż było to nowomodne połączenie płaszcza z frakiem. Bardzo eleganckie i niezwykle rzadkie. Postanowiłem wszcząć tajemne śledztwo i wysłałem zaufanego ogrodnika na miasto, pod pozorem zakupu szczególnych ozdób. Mój ogrodnik był w przeszłości zawadiaką (to dzięki mnie wyszedł na prostą), umiał zakamuflować się w tłumie kupujących i nie wyróżniając się przemknąć do sklepów z luksusową odzieżą. Dosyć często posyłałem go tam po kosztowne zamówienia, toteż sprzedawcy nabrali do niego zaufania. Wspólnie z nimi ogrodnik-szpieg wyszukał w egzemplarzach „Modnych Nowości” informacje na temat płaszcza, w który odziany był śledzący mnie człowiek. Okazało się, że w regionie, z którego pochodzi ten strój, bywa używany przez służby skarbowe. W ten oto sposób poznałem swojego wroga.
Dzień XI
„Przygotowania”
Z rana pośpieszyłem do męża mojej Elizabeth. Biedak, nie umiał docenić jej inteligencji i niepospolitej urody. Naprawdę ograniczony człowiek. Powiedział, że postara mi się pomóc i zablokować ścigających mnie urzędników, jak to robił już w przeszłości. W zamian zobowiązałem się, jak to zwykle robiłem wobec niego, że nie ujawnię dziennikarzom mojego skrytego romansu. Cóż, biedna Elżbieta niedługo rozejdzie się z tym służbistą, a wtedy uciekniemy na północ, wolni od plotek i pogłosek.
Nie ograniczyłem się tylko do polegania na umysłach i władzy innych, co byłoby idiotycznym zaniedbaniem. Kazałem wszystkim moim zaufanym krawcom, handlarzom, studentom poezji i wybranym pomocnikom z pojedynków obserwować podejrzanie wyglądających ludzi. Także i w domu ustaliłem parę punktów obserwacyjnych, skąd na pobliską okolicę spozierały przez lunety oczy moich służących. Sam udałem się ćwiczyć fechtunek, a po wyczerpujących ćwiczeniach zabić zarazki do łaźni.
Dzień XII
„Spotkania towarzyskie”
[Paplanina ze studentami na temat wierszy, wierszyków i innych poezji. Nieciekawe, tylko dla amatorów tejże sztuki- nota dla śledczych, oficer Dawid]
Dzień XIII
„Niepokojące wieści”
Rankiem udałem się do szefa policji z zapytaniem, co z moją sprawą. Wymigiwał się od jasnej odpowiedzi. Powtarzał tylko: problemy, ale poradzę sobie. Ja myślę, odpowiedziałem.
Dzień XIV
„Ciemne chmury”
Znów wybrałem się do służbisty. Ponoć nie miał dla mnie czasu. Po wymianie komplementów z jego sekretarką dowiedziałem się, że jest jakiś nerwowy. Wychodzi gdzieś wieczorem.
Dopadłem go, gdy szedł ciemną uliczką. Wystraszyłem go, co miało działać na moją korzyść. Zamiast tego wywołałem istne wiadro bełkotu. Wyłowiłem z niego, w skrócie: nie mam ci nic do powiedzenia. Zagroziłem, że ja mam co do powiedzenia, szczególnie dziennikarzom, a ci odpowiednio wszystko ubarwią i opowiedzą ludowi, co zablokuje dalszy awans tego gbura. Odburknął coś i poszedł, a ja stałem jak słup soli. Nie miałem już ochrony.
Dzień XV
„Układam plan”
Gdy mój ogrodnik wracał z warzywniaka, przypadkiem był świadkiem rozmowy dwóch panów w odpowiednich płaszczach. To, co usłyszał, i to, czego doświadczyłem wczoraj, skłoniło mnie do podjęcia szaleńczego kroku. Postanowiłem natychmiastowo wyjechać na północ i tam osiąść wraz z Elizabeth. W tomiku mojej poezji wysłałem jej tajemny liścik, w którym poinformowałem ją o moim planie, a w razie gdyby od razu się zgodziła ( w co nie wątpiłem), informację kiedy ma wyruszyć. Wszystko ułożyło się tak dobrze, że mój plan stał się doskonały. Na wieczór bowiem usłyszałem, iż zaginął mój brat, więc mój wyjazd nie będzie niczym dziwnym. Panna Elżbieta zaś ma na północy rodziców, nieprzychylnych jej mężowi, który zresztą odwzajemnia ich uczucia. Zawsze zatem odwiedza ich sama. Zaiste, genialne! Ależ jestem podenerwowany. Wyjazd już za dwa dni, bo Skarbowi mają na mnie duże rachunki i szykują się do przejęcia mojego majątku. Wolałbym, żeby był tu Henryk!
Dzień XVI
Uciekam. Uciekam już z rana. W nocy nachodzili mnie Skarbowi. Dobry właściciel łaźni sekretnie przekazał mi informację, że Skarbowi zdobyli u tego łajdaka-służbisty pozwolenie wejścia na moją posiadłość. Czas niemiłosiernie goni. Kazałem ogrodnikowi zbierać co cenniejsze rzeczy na wóz, sam udałem się do przełożonego zakonu, gdzie zostałem napełniony uczuciem wsparcia i pomocy. Bracia zakonni wierzyli w powodzenie mojego odwrotu i obiecali strzec mnie przed złem grasującym w mieście. Napełniony spokojem poszedłem do dziennikarzy, aby wyrównać rachunki z dręczycielem moim i mojej Hele…Elżbiety. Elizabeth. Nie martw się, ocalejemy!
Do południa wszystko było ukończone. Dla niepoznaki wyruszyłem moim najpiękniejszym wozem, upychając tam najcenniejsze rzeczy, a sam jechałem z przodu na pięknym wierzchowcu, gdyż w środku nie było już miejsca. Karetą powoził mój wierny ogrodnik. Dziennikarze nie zawiedli i w ramach naszej umowy rozgłosili w całym mieście, że wyjeżdżam szukać zaginionego brata. Ludzie wylegli na ulice. W tłumie byli zarówno Skarbowi, jak i bracia klasztorni, każdy opatulony w płaszcz. Tłum gęstniał. Jechałem główną ulicą, w sobotę; ludzie traktowali mój przejazd jako miła odmiana od zwyczajnych sobotnich obowiązków. Kilkukrotnie w pobliżu karety dostrzegłem prześlizgujący się szary płaszcz, nie wiedziałem niestety, czy to wróg, czy przyjaciel- w chaosie dzisiejszego dnia zapomniałem ustalić koloru odzienia moich braci. Zresztą wróg mógł zdobyć tą informację, a wtedy byłoby jeszcze trudniej. Przynajmniej teraz wiem, że za każdym szarym płaszczem może być wymierzona we mnie zatruta strzałka (Skarbowi nie przebierają w metodach). Na szczęście, skoro wybieram się na wyprawę ratunkową, założenie dopasowanej płytowej zbroi nie wzbudziło żadnych podejrzeń. Ja ze swojej strony byłem chroniony, ba, bardzo dobrze chroniony, przecież miałem na sobie specjalnie wzmocnioną żelazną zbroję, z których słynął Henryk, ja i cała nasza rodzina. Zbroja przypominała swoje odpowiedniczki z dawnych czasów, czasów Średnich Wieków wojen- była mocno zaokrąglona, gruba i charakterystycznie wypukła w okolicach brzucha. Podobny miałem oręż.
Przejeżdżam obok rezydencji należącej do szefa policji. Łatwo poznaje się ją z daleka. Wysoki, spadzisty dach o granatowej barwie bardzo wyróżnia się wśród ubogiej szarzyzny miasta. Jeszcze jedna rzecz wyróżnia posiadłość: ogromne okna z wielobarwnego szkła, a za nimi przepiękne firany chroniące wnętrze domu przed wzrokiem ciekawskich. Tak, całość dopełnia widoku dostojeństwa i tajemniczości, należącego do tego budynku. A za oknem stoi Elizabeth.
Taka piękna, taka ulotna, tak krucha i na zawsze pozostająca w pamięci chwila. Czas, w którym, ostatni raz spojrzeniu mojemu odpowiedziało spojrzenie Elżbiety nigdy nie będzie miał równemu sobie. Patrząc w jej pełne nieopisanego bólu oczy zrozumiałem, że to koniec. „Już jej nie zobaczę, już za mną nie zapłacze, bez niej życie to nie to”- takie słowa, jakże odpowiednie to tamtego stanu mojego ducha, cisnęły się strumieniem do gardła, aż w natłoku w nim ugrzęzły. Musiałem przełknąć łyk goryczy, zebrać parę łez i opuścić na wszystko ciężar zapomnienia. Co by nie było, Elżbieta też miała wady. Cóż, była żoną swojego męża, a to wiele tłumaczy.
Jakieś zbiegowisko na drodze przed nami. Wóz postawiony w poprzek drogi, obsadzony tłumnie postaciami w ciemnych płaszczach, dzierżących w łapskach mosiężne kusze. Kilku już mierzyło we mnie.
Ale naprzeciwko im wybiegło kilkanaście postaci w trochę jaśniejszych płaszczach. Że też tego nie zauważyłem. Postacie przekrzykują się wzajemnie, Skarbowi mają liczebną przewagę. Stopniowo zbliżamy się do wozu. Nagle spośród jasnych wychodzi malutka sylwetka i zrzuca kaptur wystawiając siwiznę na światło tego okropnego dnia. Przekrzykuje ciemnych donośnym, tubalnym wręcz głosem. Obserwujący sytuację tłum ludzi zaczyna nerwowo falować. Rozlegają się pojedyncze, złowrogie krzyki, które następnie przechodzą w całą burzę głosów. Skarbowi drżą na swych pozycjach. Wtedy starzec ciska w nich kamieniem, jeden z ciemnych weń wypala, a na wóz rusza żywa ludzka rzeka. Wszystko dzieje się błyskawicznie: pod naporem kilkudziesięciu rąk, nóg i kłów psów, bo te wiernie wraz ze swoimi panami wdarły się w potyczkę, uginają się karki, łamią kończyny i odrywają deski wozu. Po kilku minutach, gdy opada kurz i milkną przekleństwa, jęki i błagania pozostałych przy życiu Skarbowych, droga jest już oczyszczona. Można jechać dalej, tak tez robimy. Po drodze dopytuję się jednego z zakonnych braci, co takiego wykrzyczał przeor. Odpowiada mi, że same słuszne rzeczy: oto źli, podli i obrzydliwie bogaci, a do tego przekupni urzędnicy przyjechali ograbić z całego i tak skromnego majątku dobroczyńcę i bohatera narodowego, a przynajmniej miastowego, czyli Tytusa Heroicznego, czyli mnie. Dlatego obowiązkiem zarówno ludu, jak i zakonników było obronić mnie przed niesprawiedliwością.
Zaiste, tak było i tak trzeba było zrobić.
Hucznie pożegnałem się z miastem i jego mieszkańcami, prezentując przy okazji parę złośliwych wierszy na temat szefów policji. Gdy wyjeżdżałem już z miasta, z wnętrza ostatniej gospody usłyszałem ten oto śpiew barda:
„…i oto gromiąc tłumnie wrogów pieniężnych swoich
Jeszcze bardziej rozrósł się w chwale.”
Zaiste tak było.
Dzień XVII
Podróżujemy przez łąki. Mam czas, by posegregować zapiski z dzienniczka i przy okazji, napełniony duchem nieskażonej ludzką ręką przyrody, ułożyć parę wierszy. O smutnych pożegnaniach.
Dzień XVIII
Tak jak wczoraj, jestem przygnębiony. Na szczęście jak spod ziemi wyrósł nam rolnik. Przywiązaliśmy chłopa do mojego konia. Przegalopowałem tak cały kwadrans. Potem jeszcze kazałem chłopu przepraszać za to, że nie poznał słynnego podróżnika-poety i spokojnie pojechałem dalszą drogą.
[Nie wiemy, co z chłopem- oficer Dawid]
Dzień XIX
Dzisiaj z rana rozpaliliśmy ognisko. Chciałem bowiem naparzyć wody na herbatę. Ogień był za mały, więc wciąż dorzucałem drzewa; w końcu chlusnąłem w sam środek butelką oliwy. Zupełnym przypadkiem od nagłego buchnięcia ognia zajęła się kareta. Ją udało się uratować, ale obrazów Elizabeth- nie. I dobrze. Szkaradztwo to było.
Wieczorem słyszeliśmy często dziwne odgłosy. Z pewnością to ognisko przywiało do nas niejednego rabusia. Musimy mieć się na baczności. Wyrżniemy ich rankiem.
Dzień XX
Powierzyłem reagowanie moiego dziennika mojemu wiernemu słudze. Jest on teraz mi jak kamrat. Dzielnie stróżował, gdy zmogła mnie ciemna noc. Widocznie przywykł do takich niewygód, my w zakonie postrzegamy je zupełnie inaczej. Owszem, można pościć, trzeba pomagać wiernym i gromić niewiernych i ogólnie przestrzegać zasad. Ale kto to widział, żeby trza było nie spać całą noc.
Wyjeżdżamy na polanę. Dosyć duża, na krańcach obrośnięta wysoka trawą. Gdy jesteśmy już na samym jej środku, trawa zaczyna się ruszać.
[Pismo od tego momentu poprawia się, pisane jest pewniejszą ręką. Widać, ze powstało w długi czas po zdarzeniu]
O! Wyskakują!
Chyba z dwie dziesiątki!
Pan na nich szarżuje!
Ajjj!
Z krzaków wybiega świnia!
Dzika!
I wbiega pod konia pana…koń pana zwariował!
Pan spadł z konia!
A oni biegną!
Być wiernym i zginąć trza!
Bronić honoru, pana, ojczyzny!
I zawalczyć z tymi pędzącymi, ogromnymi, krwiożerczymi napastnikami!
I nie dbać, że ja jeden oni-cała kupa!
I do boju!!!
Ale to kiedy indziej. W bardziej, rzekłbym, sprzyjających okolicznościach. Gdy będę miał gdzieś tak 95 lat i 65 wnucząt. Na chwile obecną jestem jeszcze nieprzygotowany, zresztą- czyny szlacheckie nie przystoją niższemu stanowi. Ogrodnictwo uczy rozsądku, tak. Idę pielić grządki, bawić wnuki, gnać o najwyższe lokaty w szczurzym wyścigu. Pa!##edit_bymitnas 2005-11-19 11:55:17##ed_end##