Kamienie
Chłopiec spojrzał na opustoszałą plażę. Wszyscy byli już w swoich domach, gdzie odpoczywali po ciężkim dniu pracy, jedli kolacje, śpiewali, cieszyli się i sławili w niezliczonych opowieściach łaskawego i dobrego Króla Morza. Chłopiec też wiedział, że niedługo przyjdzie mu wrócić do swego domu, do Starego Rybaka, który pomimo braku pokrewieństwa nazywał go synem, kochał go i traktował tak samo, jak inne swoje dzieci.
Chłopiec nie pochodził bowiem z rybackiej osady. Kim był, skąd pochodził? Tego nie wiedział nikt. Pewnego poranka rybacy znaleźli go na piaszczystym brzegu, nieprzytomnego, zaplątanego w sieci. Nazwali go rozbitkiem, sierotą, dzieckiem, które widocznie zostało pokochane przez Morze tak bardzo, że postanowiło go uratować. Przyjęli go więc jak swojego i od tej pory mieszkał wśród nich. On, ten mały Chłopiec Morza.
Schylił się, żeby ostatni raz tego wieczoru podnieść kolorową muszelkę, kiedy nagle usłyszał śpiewny szept niesiony przez wiatr. Spojrzał w stronę klifów, skąd dochodziła go ta dziwna melodia. Nie rozumiał słów, ale natychmiast rozmiłował się w tej muzyce. Nigdy wcześniej jej nie słyszał, ale ludzie, w osadzie opowiadali, że… Rzucił swoją torbę z muszlami na piasek i biegł, a serce biło mu szybko z podekscytowania. Chciał zobaczyć, chciał się przekonać na własne oczy.
Zobaczył. Na plaży, pomiędzy klifem a brzegiem, na dużym kamieniu siedział człowiek. Siwe, długie włosy i broda podpowiadały, że musi on być bardzo stary, jego sylwetka przeczytał jednak temu. Był on bowiem wysoki, bardzo wysoki. Na nagich, szerokich ramionach ostatnie promienie słońca igrały z pierwszymi blaskami księżyca. W dużych, krzepkich dłoniach trzymał grzebień, na którym jeszcze przed chwilą grał, a spod lnianych, obszarpanych i za krótkich spodni widać było mocne, umięśnione łydki. Na jego piersi spoczywał długi naszyjnik zrobiony z muszelek i bursztynów.
Człowiek znieruchomiał wpatrując się w Chłopca swoim czujnym, przenikającym wzrokiem. Powietrze aż zadrżało jego grzmiącym, czystym głosem:
- Zbliż się, mój chłopcze…
Chłopiec, zbyt onieśmielony, by sprzeciwić się temu stanowczemu tonowi, podszedł do niego z opuszczoną głową. Nie czuł strachu, nie… Czuł szacunek do tego półnagiego, obdartego mężczyzny, pewną ciekawość, i to coś, co dobija do brzegu z każdą falą, rozbija się o skały, wsiąka w piasek…
- Gram i śpiewam siedząc na tym kamieniu już od wielu, wielu lat… ale nikt nigdy do mnie nie przyszedł. Musisz być zatem Dzieckiem Morza, skoro mnie usłyszałeś… czy tak jest w istocie?
Chłopiec odważył się spojrzeć w twarz mężczyzny, uśmiechnięta i opaloną, z oczami koloru morskiej toni i tak samo jak ona głębokimi. Okalała je sieć drobnych zmarszczek, które nadawały tej twarzy wygląd pogodny i szczery. Zagubił w tej dobrej twarzy swoją nieśmiałość i odpowiedział:
- Nie mogę ci odpowiedzieć, Panie, gdyż nie pamiętam, kim jestem, ani skąd pochodzę. Morze wyrzuciło mnie kiedyś na ten brzeg i od tego czasu żyję tutaj, w rybackiej wiosce jako syn Starego Rybaka.
Mężczyzna spojrzał na daleki horyzont i zamyślił się. W końcu skinął na Chłopca, usadził obok siebie na kamieniu i otoczył szorstkim ramieniem.
- Nie pamiętasz… zatem ja mówię, że jesteś Dzieckiem Morza i z niego pochodzisz. A skoro tak… to poznaj jedną z morskich opowieści snującą historię, która zdarzyła się dawno, dawno temu, tu, na tej plaży, a jej świadkiem był głaz, na którym siedzimy. Byłem jeszcze wówczas młody, i dopiero uczyłem się wsłuchiwać w głos Morza i Plaży… Pewnego zachodu słońca, zadufany w sobie, chciałem wykazać się swoją siłą i postanowiłem podnieść ten właśnie głaz i wrzucić go do morskiej kipieli… Wtedy usłyszałem rozpaczliwy szept. To głaz prosił, abym zostawił go tam, gdzie zawsze było jego miejsce. Śmiałem się z niego bardzo długo i bardzo głośno, tak, że śmiech ten byłby w stanie poruszyć dawno niezmącone głębiny. A on wtedy opowiedział mi historię pewnego kamienia… Kamienia, który na tym właśnie głazie został rozłupany czyjąś silną ręką na dwoje. Wobec każdej z tych części los miał już gotowy plan… Tchnął na nie zły urok i rozrzucił, a one upadły z daleka od siebie, nad dwiema dużymi rzekami i tak miały trwać, dopóki nie przyjdzie ich czas. Jeśli nie pochłonie ich ziemia, ogień nie strawi a wiatr nie skruszy, to pewnego dnia dotrą do brzegów swoich rzek, aby wraz z ich nurtem przebywać kolejne zakręty i na końcu odnaleźć się w głębinie. Wtedy zły czar ma prysnąć, a kamyk znów połączy się w jedną całość.
Mężczyzna zamilkł, zadarł swoją siwą głowę do góry i zaczął wypatrywać na wieczornym niebie widma pierwszych gwiazd, jednak żadna jeszcze nie chciała pokazać swojego oblicza.
- Od tamtej pory zacząłem szanować każdą, nawet najmniejszą rzecz, która jest częścią Morza i Plaży… Każda z nich zna setki historii i tysiące istnień. Odłożyłem kamień na ziemię i, choć byłem już wówczas Królem Morza, oddałem mu pokłon, jako czemuś starszemu i trwalszemu ode mnie. Co rok też powracałem w to miejsce, aby zapytać, jak skończyła się ta historia.
Chłopiec patrzył w zachwycie na siedzącego obok, wspaniałego Króla Morza. Choć w skrytości serca podejrzewał, że to może być właśnie on, był zaskoczony i szczerze uradowany, gdyż oto właśnie w tej chwili spełniło się jego marzenie.
- I co się stało z kamykami?
Dobroduszny i łagodny uśmiech rozjaśnił twarz Króla. Zmierzwił płową czuprynę Chłopca i odrzekł:
- Tego, niestety, nie wiem… I podejrzewam, że już się nie dowiem. Ale kto wie? Może pewnego razu spotkasz na swej drodze coś, co opowie ci zakończenie tej historii… Może nauczysz się słuchać odgłosów morza, a wtedy… Wtedy może powrócisz tam, skąd pochodzisz?
Chłopiec z uśmiechem skinął głową i stojąc na plaży żegnał Króla Morza, niknącego pośród fal. I od tej pory opowiadał wszystkim o przygodzie, jaka mu się przytrafiła. Szanował też wszystko, co było częścią Morza i Plaży, jako coś starszego i trwalszego od niego samego.