Kolejny zwykły dzień
Delikatnie nacisnęła srebrną klamkę, wytartą od częstego używania. Nie, nie mogła być wytarta. Tutaj – nic nie mogło. Wciąż nie potrafiła przywyknąć.
Erinna usiadła przy czarnym politurowanym biurku, wyjęła z szuflady pióro i pergamin. „Dlaczego wciąż używamy pergaminu zamiast normalnego papieru?” – zastanowiła się nie wiadomo który już raz.
Kruczowłosa kobieta przywitała ją skinięciem głowy. Przebiegła wzrokiem po długich rzędach żółtawych woskowych świec. Jak zwykle była piękna i surowa. Biała, prosta suknia, srebrne kolczyki i łańcuszek na szyi. Czarne włosy, dziwnie komponujące się z mlecznobiałą skórą. Erinnę bawiły teraz jej wyobrażenia jako szkieletu w czarnym płaszczu i z kosą.
Obraz pojawił się jak zwykle niespodziewanie. Jak dla Erinny, był aż zbyt dokładny. Swąd palonego materiału, obić mebli, desek podłogi, języki płomieni ogarniające dom. Na podłodze, wśród szczątków jakiegoś mebla zwinięty kształt, w którym można było jedynie domyślać się młodej dziewczyny, którą jeszcze niedawno był.
Śmierć popatrzyła bez emocji. Zdusiła w palcach wątły płomyk jednej ze świeczek.
Tak samo kilka lat temu – a może mniej albo więcej, tutaj wymiar czasu przestawał mieć znaczenie – tak samo zgasła świeczka Erinny. Nie, nie żałowała, bo... czego?
...drobna blondynka przeciągając się wstała z łóżka, założyła okulary, spojrzała na zegarek. Piąta. Nie chciała stracić ani godziny pobytu w Tatrach.
- Już idziesz? – spytał ktoś.
Kiwnęła głową, potwierdzając.
- Nie idź, jest mgła...
Potrząsnęła głową odpędzając wspomnienia. Za dużo myślała o przeszłości.
Popatrzyła na swoje ręce, smukłe, o długich palcach, dyskretnie zerknęła w lusterko, poprawiła długie, ciemne włosy.
Nie, absolutnie wolała tą stronę świata.
Poruszyła się klamka, wszedł, wezwany zapewne przez Śmierć Azrael. Był przystojny, nawet jak na istotę, którą był, trzeba mu było to przyznać. Z ciemnymi prostymi włosami i wąskimi ustami wydawał się Erinnie o wiele prawdziwszy od świetlistych, jasnowłosych postaci.
Anioł bez słowa podszedł do Śmierci. Odwróciła się i spojrzała niecierpliwie na drzwi.
- Debblin powinien już tu być – mruknęła.
- Mówił, że się spóźni – wtrącił Azrael – chyba coś go zatrzymało.
- Jasne – uśmiechnęła się krzywo – Nic dziwnego, że jest bez przerwy zajęty. Ziemia to nieodpowiednie miejsce dla kogoś takiego jak on.
- Mowa o mnie, dobrze zgadłem? – Debblin pojawił się jak zwykle nie wiadomo skąd, w ciemnych spodniach i brązowym swetrze zadziwiająco wyróżniał się wśród czerni i bieli otoczenia. Wyjął z kieszeni zapalniczkę i paczkę papierosów, wyjął jednego i włożył zapalonego do ust.
- Zgaś to – skrzywiła się Śmierć – nabierasz najgorszych ludzkich nawyków.
Posłusznie schował papierosa. Mimo wszystko wolał z nią nie zadzierać.
- Mam poważne wątpliwości co do sensu utrzymywania cię na tym stanowisku – rzuciła, pozornie niedbale.
- Znajdź kogoś na moje miejsce – przerwał jej Debblin.
Śmierć spiorunowała go wzrokiem. Erinna uśmiechnęła się pod nosem. Praca na Ziemi była wyjątkowo mało popularna. Właściwie Debblin był jedynym chętnym.
Przez kilka minut (a może godzin lub sekund – czas miał tu inny wymiar) panowała cisza, przerywana jedynie skrobaniem pióra Erinny.
Zanosiło się na kolejny zwyczajny, nudny dzień w zaświatach – zakładając, że jednorazowy okres pobytu tutaj to jeden dzień, co wydawało się bardzo mało prawdopodobne. Debblin usiadł na krześle w kącie – Erinna mogłaby przysiąc, że wcześniej go tam nie było – i zapalił kolejnego papierosa, lekceważąc potępiające spojrzenia Śmierci, Azrael oparł się o ścianę, zamknął oczy i zamarł w bezruchu – typowe zachowanie aniołów.
Obraz pojawił się niespodziewanie, ale nie byli zaskoczeni. Zaskoczyła dopiero jego treść.
Eksplozja płomieni na górnych piętrach drapacza chmur, poskręcane kawałki żelaza, wszechobecny szary pył... Erinna nie potrafiłaby powiedzieć, ile to trwało.
Do pomieszczenia wpadł zimny podmuch, Śmierć zmrużyła oczy, kierując go na rzędy świeczek. Przy ostatniej świecy zatrzymała się. Mężczyzna przygnieciony odłamem betonu wydawał się martwy. Śmierć w skupieniu czekała, nie poruszając nawet powiekami.
Gdy do mężczyzny zbliżyli się ludzie w strażackich mundurach, ostatnim wysiłkiem otworzył oczy i wydał z siebie – ni to krzyk, ni to jęk.
Usłyszeli! Odłam został usunięty, nieprzytomny mężczyzna przeniesiony do karetki. Śmierć troskliwie osłoniła dłonią chwiejny płomyk jego świeczki. Popatrzyła na podwładnych, uśmiechając się tajemniczo.
Erinna ze zdumieniem popatrzyła, jak Debblin schylił głowę w niemym podziękowaniu. Dziękował za życie tego człowieka, za płomyk osłonięty przed wiatrem. Po raz pierwszy zrozumiała, dlaczego chciał pracować wśród ludzi. Zrozumiała jego wieczną grę ze Śmiercią i... poczuła szacunek do tego ducha w ludzkim, wytartym swetrze, tak bardzo niepasującego do rzeczywistości tego świata.
Nikt się nie odzywał. Skrzypienie pióra i szelest pergaminu tylko podkreślały ciszę zalegającą w powietrzu.
- Chyba powinienem już iść – mruknął Debblin. Spojrzał na Śmierć. Kiwnęła przyzwalająco głową. Uznał to za wystarczające, wstał, nacisnął klamkę i – wbrew swoim zwyczajom – wyszedł przez drzwi. Azrael wyszedł bez słowa tuż za nim.
Trzeci obraz był zwyczajny. Kolejna głupia, niepotrzebna śmierć. Pisk opon, uderzenie – jak dobrze Erinna znała ten widok.
Pochyliła się nad biurkiem, nagle zadrżała i popatrzyła ponownie szeroko otwartymi oczami na twarz młodego mężczyzny leżącego na asfalcie.
Walcząc z uczuciem suchości w gardle patrzyła, jak Śmierć gasi płomień świecy.
...Ewa przeciągnęła się, sięgnęła na oślep po okulary, spojrzała na zegarek. Już piąta. Spojrzała czule na leżącego obok niej mężczyznę.
- Nie śpię – powiedział niewyraźnie.
Usiadła na brzegu łóżka, zdjęła piżamę, zaczęła się ubierać. Łukasz przysunął się do niej i pocałował delikatnie w ramię.
- Już idziesz?
Kiwnęła głową potwierdzająco.
- Nie przyjechałam tutaj, żeby spać.
Uśmiechnął się znacząco, co w niewiadomy sposób zawsze poprawiało jej humor. Spojrzał w okno.
- Może dzisiaj nie idź – powiedział zaniepokojony – jest mgła.
- Nie martw się. Poradzę sobie. – objęła go i wtuliła twarz w zagłębienie jego szyi – Wrócę na śniadanie...
„Co się ze mną dzieje?” – pomyślała Erinna schylając się po upuszczone pióro.
Ale tak naprawdę dobrze wiedziała co.
- To bez sensu – powiedziała do siebie.
- Słucham? – Śmierć odwróciła się do niej.
- Nieważne.
- Skończyłaś już?
- Nie – uśmiechnęła się przepraszająco – jestem dzisiaj jakaś roztargniona.
- Postaraj się skupić – Śmierć popatrzyła na nią uważnie – muszę już iść. Jeśli zobaczysz Debblina, powiedz mu, że chcę się z nim spotkać.
Wyszła, pozostawiając za sobą delikatną woń jaśminu.
Erinna pochyliła pióro nad zwojem pergaminu. Dłuższy czas pisała, przerywając chwilami w celu zastanowienia się nad jakimś słowem. Przy ostatnim imieniu zatrzymała się.
- To się nie może udać – szepnęła.
Spojrzała na zgaszoną świeczkę, na zapalniczkę pozostawioną przez Debblina.
Podjęła decyzję.
Wpatrzona w rosnący płomyk świecy poczuła czyjąś obecność za plecami. Obróciła się gwałtownie.
- Jesteś pewna, że właśnie tego chcesz? – zapytał Debblin patrząc jej prosto w oczy. I w nich zobaczył odpowiedź.
- A czy wiesz, że to niedozwolone?
- Wiem – odpowiedziała spokojnie.
Popatrzył na nią ciepło. Ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że zawsze wydawał się niższy od niej. Aż do tej chwili.
- Pomogę ci – powiedział cicho – pomogę, ile będę mógł, chociaż nie wiem, czy to będzie możliwe. Śmierć zaraz tu będzie. Do niej należy osądzenie cię.
- A karą jest...? – spojrzała na niego pytająco.
- Regulamin jest konkretny. W tym momencie jednak do sprawy wkroczyła Miłość. Wszystko jest możliwe.
Erinna milczała.
- Jesteś pewna? – spytał jeszcze raz Debblin.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
Do pokoju weszła Śmierć z obojętnym wyrazem twarzy.
- Już wiem – uprzedziła tłumaczenia Erinny. Usiadła na krześle, złożyła ręce na kolanach. Debblin spojrzał jej w oczy, ale pozostały nieprzeniknione.
- Nie będę przeciągać – powiedziała chłodno – sprawa jest wiadoma, osąd należy do mnie.
Wzięła ze stołu kawałek pergaminu, nakreśliła kilka słów, złożyła na pół i podała Debblinowi.
- Od mojej decyzji nie ma odwołania – zmrużyła oczy. Chwilę później już jej nie było.
Debblin rozłożył kartkę, przebiegł wzrokiem po równych rządkach czarnych liter.
Podał pergamin Erinnie.
- Czytaj.
„ Na ziemi najwyższą karą jest śmierć. A tutaj...?”
Przeczytała drżącym głosem.
- „ Oskarżona Erinna za zapalenie świecy człowieka zostaje skazana na...”
Otworzyła szerzej oczy ze zdumienia.
- Na życie u boku tego człowieka – dokończył Debblin – będziesz żyła, dopóki będzie żył on.
Erinna popatrzyła na niego niewidzącymi oczami. I, ku własnemu zdziwieniu, rozpłakała się.
Ale były to łzy radości.
-------------------------(...)Powieki Łukasza powoli podniosły się, ale szybko je opuścił porażony jasnością pomieszczenia. Powoli przyzwyczajał oczy do bieli szpitalnej sali.
Jego serce zadrżało na widok znajomej twarzy.
- Ewa?! – chciał krzyknąć, ale głos odmówił mu posłuszeństwa.
- To ja – uśmiechnęła się, dotykając jego włosów wystających spod warstwy bandaży.
- Myślałem, że nie żyjesz – szepnął.
- Ja myślałam to samo o tobie - powiedziała Ewa, a w myśli dodała: „ Wcale nie myliłeś się tak bardzo jak myślisz”.
- Ale... co ja tu robię?
- Miałeś wypadek – wytłumaczyła – lekarze myśleli, że już po tobie. Ale teraz wszystko będzie dobrze.
Chciał coś powiedzieć, ale położyła mu palec na ustach.
- Odpoczywaj.
Zamknął oczy, dopiero teraz odczuwając ból i bezwład całego ciała. Zapadając już w sen, resztką świadomości sformułował pytanie.
- Ewa? Co będzie dalej?
- Jak to co? – uśmiechnęła się – Kolejny zwyczajny, nudny dzień.