Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Koniec długiej wędrówki cz.1

mateos ·

Słońce leniwie wznosiło się nad horyzont. Morze spokojnie falowało, jakby w takt bębna na którym Ciemnowłosa kobieta wybijała rytm. Wysoki, raczej chudy mężczyzna siedzący w dziobowej części okrętu wpatrywał się w nią swoimi zielonymi, spokojnymi oczyma. Ariana...jesteś taka piękna...dlaczego nie dajesz mi szans? Ale on wiedział dlaczego. Ona była elfką, a on człowiekiem. To wyjaśniało wszystko. W zamyśleniu pogładził swoją krótką, jasną brodę zaplecioną warkocz.
- Salmonie! - krzykną Altar siwobrody, duży krasnolud, kapitan statku - Sprawdź horyzont.
Salmon wyrwany z zamyślenia poderwał się na nogi, wyciągną ze skórzanego pokrowca starą, zniszczoną lupę i spojrzał przez nią w stronę horyzontu. Wioślarze przestali pracować, bęben zamilkł. Wszystkie oczy skierowane były w stronę Salmona. Ten zaczął przesuwać lunetę, wciąż uważnie wypatrując. W końcu odjął ją od oka, chwile jeszcze spoglądał w stronę horyzontu.
- I jak? - mężczyzna o długich, jasnych włosach nie wytrzymał napięcia - Jest?
- Nic nie zauważyłem - odpowiedział mężczyźnie Salmon, ale mówił na tyle głośno, że słyszała go cała załoga. Na pokładzie zdawało się słyszeć lekki pomruk niezadowolenia, niektórzy przeklinali, ale szybko zagłuszył ich donośny głos krasnoluda:
- Przyjaciele - powiedział, ale zdawało się, jakby krzyczał - nie martwcie się. Ląd się zbliżą, jestem pewien, ze do jutro rana dopłyniemy. - zamilkną na chwile, po czym dodał - macie na to moje słowo.
Znów rozległ się cichy, rytmiczny odgłos bębna, statek zaczął płynąć.

***
Krzyki, szczek żelaza, i krew. Wrzała bitwa. Skok, zwód i ciecie, Salmon robił to odruchowo. Rozejrzał się, wszędzie było pełno trupów. Przegrywali. Dziwne zielonoskóre stwory, podobne do ludzi, ale większe i potężniejsze miały przewagę w każdej możliwej kwestii. Ale Salmon robił użytek ze swojej półszabli wysyłając kolejnych przeciwników z powrotem do matki ziemi. Jeden po drugim, padali w fontannie czarnej posoki. Ale w końcu Salmon spóźnił się, wielki potwór z czarnymi rozczochranymi włosami i z tarczą o herbie chimery okazał się szybszy. Nie zdążył zblokować cięcia, które z rozmachem rozcięło jego klatkę piersiową. Zalał się krwią, padł na twarz. Czuł ból...niewyobrażalny ból który powiększał się z każdą sekundą. Ostatkiem sił odwrócił się na plecy, spojrzał w górę. Anielska Wieża, płonie...wszędzie dym. Bębny, głośne bębny... i odgłos przerażającego, niskiego rogu. Zachłysną sie krwią, która napływała mu do ust, kaszlną. Oczy przysłoniła mu mgła, już nic nie widział wyraźnie. Ciemności i zimno...
- Salmonie - ktoś szepną - Salmonie, obudź się...kapitan cię potrzebuje - mężczyzna otworzył oczy. Leżał na podłodze statku, była noc. Jak dobrze, że to był tylko koszmar, tylko zły sen. Ale wydawał się tak realny... Wstał, założył ręce na siebie, było zimno. Ogromny biały żagiel napędzał statek dużo efektywniej, niż siła ludzkich mięśni. Morze zdawało się stapiać z horyzontem, tworząc jedną, wielka całość. Wszyscy spali, nie licząc kapitana wpatrującego się w dal. Salmon podszedł do niego.
- Kapitanie...- zaczął Salmon, ale krasnolud mu przerwał.
- Popatrz tam - wskazał palcem. Mężczyzna spojrzał w kierunku, który pokazywał krasnolud. Zdawało mu sie, że coś widzi, jakiś ciemny kształt, który bardzo powili się powiększał. To nie mógł być statek, ale, zaraz... Wyciągnął lupę, spojrzał. Zobaczył ląd.
- Zgadza się - oznajmił z uśmiechem - ale... jak go zobaczyłeś, ledwie dostrzegłem go przez lupę...
- Nie zobaczyłem, wsuń głęboko powietrze - powiedział Altar. Salmon zrobił głęboki wdech. Powietrze było dziwne suche, dopiero teraz to zauważył. Ale było w nim jeszcze coś, zapach dymu...
- Czujesz? - Powiedział krasnolud, urywając myśl Salmona. Mężczyzna kiwną głową - Mój nos nigdy mnie nie zawiódł - dodał z uśmiechem Altar. Po chwili powiedział jeszcze - połóż się, nie ma sensu czekać. Jeszcze kilka godzin będziemy płynąć.
Salmon usiadł w okolicy dziobu statku, przykrył się skórzaną kurtką. Ale nie mógł spać. Wciąż wpatrywał się w ciemny punkt na horyzoncie. Ale oczyma wyobraźni widział Anielską Wieżę z jego snu...Gdyby nie dym który poczuł, spałby pewnie teraz jak inni. Igiełka niepokoju zagnieździła się w jego sercu, i kuła. Głęboko i boleśnie. Czas płyną powoli...

***
Dopływali. Malutki, ledwo dostrzegalny skrawek lądu teraz był już szeroką, niekończącym się pasmem ziemi. Nikt już nie spał, wszyscy patrzyli w jego stronę. Słońce wyłoniło się zza horyzontu od strony morza. Wtedy wyraźnie je dostrzegli. Salmon spojrzał na Anielską Wieże. Nie płonęła. Delikatny dym unosił się z jej szczątków. Żeglarze osłupieli, z przerażeniem wpatrywali się w miasto, a raczej w to, co z miasta zostało. Wszędzie pełno było gruzu, mało który budynek stał w całości. Dym przewiercał nozdrza, ale dużo gorszym zapachem była woń rozkładających się ciał. Kruki zataczały coraz mniejsze koła, żeby w końcu wylądować na jakimś ciele i zaspokoić swój głód. Mój koszmar...czy to wciąż sen? Nie, to niemożliwe... Muszę mu powiedzieć, muszę powiedzieć kapitanowi...
- Bracia - powiedział swym donośnym głosem Altar - Nie wiem, co się wydarzyło, ale musimy przygotować się do walki. Miasto zdaję się spać, ale coś mi mówi, że padlinożercy nie są jego jedynymi żywimy mieszkańcami . Nie traćmy czasu, chwytajcie za oręż, przywdziewajcie zbroje - dokończył. Mężczyźni zaczęli wykonywać polecenia Kapitana, rozgorzały dyskusje. Wszyscy byli zdenerwowani, wszystkich dręczyła niepewność. Kto zburzył miasto? Jedynym, który był tego świadomy, a przynajmniej myślał, że jest, był Salmon.
- Kapitanie! - krzyknął - Musze...
- Nie teraz! za chwilę lądujemy! - przerwał mu Altar
- Ale Kapitanie...- krzyknął jeszcze raz
- Salmonie proszę cię, nie teraz! - krzyknął, założył hełm, ostatnią część jego znakomitej zbroi, po czym chwycił topór w rękę i stanął przy burcie gotowy do zejścia na ląd. Salmon dobył swą półszablę, znakomitą robotę elfickich kowali i spojrzał na pomost. Od dziwo była to jedyna drewniana konstrukcja, której nie strawił ogień. Łódź powoli podpłynęła do niego i uderzyła. W tym momencie Salmon przesadził burtę i delikatnie wylądował. Jako jedyny nie nosił pełnej zbroi. Zbroja przeszkadzała mu w walce. Zadowalał się zwykłą kolczugą. Ktoś z przodu statku także wyskoczył, spadając dużo ciężej. Obydwoje złapali liny i zacumowali statek. Załoga zeszła na ląd. Powolnym krokiem, z orężem przygotowanym do walki ruszyli w stronę miasta. Wszędzie leżały na wpół rozkładające się ciała, nie tylko żołnierzy. Leżały też kobiety, dzieci smród był dużo gorszy, niż na brzegu. Na twarzach żołnierzy pojawił się grymas obrzydzenia. Jeden z nich zwymiotował.
- Potwory - szepnął jeden - kto mógł zrobić coś takiego... - szybko zauważyli, kto. Im głębiej zagłębiali się w miasto, zaczęło pojawiać się coraz więcej ich ciał zalanych czarną posoką. Potężne, większe od zwykłego człowieka o parędziesiąt centymetrów zielonoskóre stwory. Miały Duże kły, opadające pod lekkim kątem oczy i szerokie nozdrza. Nie mieli prawie żadnej zbroi, przeważającą bronią były topory. Większość z nich miała wymalowane na twarzy dziwne, jakby na wzór runicznych, znaki.
- Orkowie...- szepnął krasnolud zdziwionym głosem - myślałem, że już ich nie ma... - nie dokończył. Przy murze jednego z domów siedziało dziecko. Miało najwyżej siedem lat. Czarna sadza pokrywała jego skórę, ale nie miało rządnych oparzeń czy ran. To była dziewczynka. Twarz miała zakrytą rękami. Płakała. Usłyszała ich, szybko odwróciła małą główkę z pozlepianymi, brązowymi kosmykami włosów. Zielone, okrągłe oczy rozszerzyły się w panicznym strachu. Poderwała się na nogi i zaczęła uciekać. Pierwsza zareagowała Ariana, rzuciła miecz na ziemie, dogoniła dziewczynkę i złapała ja. Dziewczynka zaczęła przeraźliwie krzyczeć.
- Już dobrze - powiedziała melodyjnym, cichym głosem Ariana - nic ci już nie zrobią, jesteś bezpieczna - dokończyła. Dziewczynka uspokoiła się, przytknęła głowę do piersi elfki, wciąż cicho szlochała
- W porządku - krzyknęła do Kompanów, ocierając kciukiem łzy z twarzy dziewczynki. Krasnolud dopiero teraz zareagował
- Nie ma ich już tutaj - powiedział - gdyby byli, już by nas zaatakowali. Musimy się podzielić, przeszukamy miasto - powiedział. po chwili dodał z nadzieją w głosie - może jeszcze ktoś przeżył...

***
Salmon siedział na ziemi wpatrywał się w płomień ogniska. Jedno zupełnie wystarczyło całej załodze. Był wieczór, niebo było zupełnie bezchmurne. Księżyc świecił żółtym, wampirycznym blaskiem. Nie obozowali w mieście, łąka wydawała się dużo milszym miejscem. Nie znaleźli nikogo więcej. Dziewczynka, teraz spokojnie drzemiąca okryta kocem przy ognisku, była jedyną żywą osobą, która uszła z masakry. Większość z załogi także spała. Nieliczni wsłuchiwali się w opowieść, którą opowiadał Altar.
- Pamiętam dokładnie...to było jakieś dziewięćdziesiąt kilka lat temu. Świat nie był wtedy tak niebezpieczny, o wojnach słyszało się tylko z legend. Byłem rekrutem w królewskiej armii, myślałem sobie, zarobię trochę złota, i z tym skończę. Robota była łatwa, a płacili dobrze. Ale po jakiś... - krasnolud przerwał, jakby usilnie próbował sobie cos przypomnieć - trzech latach to się zmieniło. Słyszeliśmy o jakiś zamieszkach na północy królestwa, ale nie myśleliśmy, że zajdzie to aż tak daleko. W końcu i na nas przyszła pora. Wyruszyliśmy na pomoc kolejnemu miastu, które oblegali. Mieliśmy przewagę liczebną, ale uwierzcie mi - przerwał, przyglądając się każdemu ze słuchaczy ostrym, przenikliwym spojrzeniem - wolałbym walczyć z każdym innym stworzeniem na ziemi, niż z orkiem. Gdy wpadają w szał... -znów przerwał, jakby straszliwe wspomnienia i teraz sprawiały mu ból - nie da się ich powstrzymać. Zginęło wielu naszych, ale w końcu odparliśmy atak. Później orkowie zaczęli się wycofywać z naszego państwa, byli już zbyt słabi i zbyt nieliczni, by walczyć. To był pierwszy, i miałem nadzieje, ostatni raz, gdy ich widziałem. Gdy widziałem, jak wielkie zniszczenia potrafią spowodować...do dzisiaj. - krasnolud zamyślił się.
- A wiec koszmar powraca... - powiedział Ataegan sceptycznym tonem. Salmon wzdrygnął się na słowo koszmar.
- Wiesz przyjacielu, minęło kilkadziesiąt lat, wtedy byłem jeszcze niedoświadczonym chłystkiem. Teraz jest inaczej, mimo to nadal czuje strach...
. Coś za Salmonem zachrzęściło, ten błyskawicznie odwrócił głowę, ale jego kompan siedzący naprzeciwko był szybszy, poderwał się na nogi i krzykną:
- Do broni, orkowie ata... - słowo ugrzęzło mu w gardle, razem ze strzałą, która przebiła je na wylot. Ale to wystarczyło. Ludzie wstawali, a raczej zerwali się, chwycili miecze, wszystko działo się bardzo szybko. Byli otoczeni. Ale jak orkowie zdążyli...strzała zaświstała, Salmon odbił ją cieciem miecza.
- Koło, szybko! - rozległ się krzyk krasnoluda. Salmon odwrócił się plecami do ogniska, tak samo zrobili inni. Wszędzie świstały strzały, orków było coraz więcej.
Bęben i róg. Słyszałem go już... Ale Salmon nie miał więcej czasu na rozmyślania, rozgorzałą dzika bitwa. Walczył, jak mógł najlepiej, ale czuł, że z każdym odbiciem potężnych toporów, że z każdym zabitym przeciwnikiem jest coraz bardziej zmęczony. Wtedy nadszedł on.
Ork o wiele większy i potężniejszy od innych. Miał czarne, rozczochrane włosy, Rozjuszona chimera z rozwartą paszczą i długim rozdwojonym językiem spoglądała z jego tarczy. Już go gdzieś widziałem... z blokował cios topora, ale był tak silny, że wyrwało mu ramie ze stawu, teraz trzymał miecz tylko w jednej ręce. Salmon zrozumiał słowa Altara. Oczy orka świeciły się na czerwono, zdawało się że z jego mięsni cisną się na zewnątrz potężne tętniące aorty i żyły. Był w bersekerskim szale. Unik, za chwile następny. Ale Salmon w końcu nie zdążył. Nie został raniony ostrzem, ale ork szybko poprawił uderzeniem trzonka. Padł na ziemię, czuł tępy, pulsujący bul w skroni. Głowa zrobiła się taka wielka, zdawało mu się, że za chwile wybuchnie. Wszystko zaczęło się oddalać, było mu zimno. Odgłosy były coraz cichsze i cichsze, już nic nie czuł. Pogrążył się w otchłani ciemności.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...