KOT cz1
*
Już od szczenięcych lat przejawiałem największy intelekt ze wszystkich moich braci i sióstr, rodzice byli ze mnie bardzo dumni. Ale ja miałem jeszcze inne zdolności, o których nie wiedział nikt. Sam dowiedziałem się w trzecim roku mego życia, przez przypadek. Otóż nie lubiłem bardzo jednego psa, który zawsze, gdy zobaczył jakiegoś kota, gonił go przez pół miasta. No właśnie, żyję w cywilizowanym mieście, a tu dalej nikt nie zaprowadził porządku z tym psim plugastwem, panoszącym się po uliczkach i czyhającym na bezbronne koty. Ale ja nie byłem bezbronny. Właśnie pewnego razu owy pies zagrodził mi drogę i już wyszczerzył zęby na znak, że mnie rozszarpie. A mi po prostu nie chciało się przed nim uciekać. Powiedziałem - psie, dosyć. A pies czmychnął z podkulonym ogonem. Wtedy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie padły żadne słowa. Zrobiłem to telepatycznie. Mam wielką moc narzucania innym swej woli. Mówiłem psu - do widzenia - , a ten schodził mi z drogi. Bawiłem się tak przez lat parę kilka, ale w końcu powiedziałem sobie - Hola, mój koteczku. Z taką mocą można zawojować świat. - Ta myśl była odtąd ze mną wszędzie, nie dawała mi spokoju. Rodzice często mi opowiadali o mocy, którą czasem dostaje kot, aby władać innymi. Dwieście lat temu pewien dachowiec z taką mocą rozkazywał królowi państwa Lathmut, inny zaś zabawiał się tylko myszami biegającymi wokół. I to nie zależało od wielkości mocy, która była w kocie, gdyż ta była zawsze taka sama. To, w jakim stopniu wykorzysta tę moc zależało od intelektu kota i jego świadomości, co z takim darem może zrobić. A ja, jak już wspominałem, jestem inteligentny. Cholernie inteligentny.
*
Słońce nad miastem już zachodziło, długie cienie smukłych budowli leżały nie ruchomo na uliczkach, zasłaniając wszystko mrokiem. Spacerowałem, jak co wieczór, po ceglanej drodze wypatrując psa, którego mógłbym posłać na koniec świata jednym skinieniem pazurka. Te zwierzęta były strasznie głupie, poddawały się bez najmniejszego oporu. A może to ja miałem już taką wprawę we władaniu nimi? Nie wiem, możliwe, w końcu już przeszło siedem lat posługuję się moim darem, wciąż go doskonaląc. Może kiedyś uda mi się zawładnąć nawet...człowiekiem. Nie wiem.
Psy pędzące ku mnie odesłałem precz, gdy jeszcze nie było ich widać. Ale między ich szczekaniem przedzierał się jeszcze inny głos, bardzo dźwięcznie brzmiący pomiędzy ich zawodzeniem. Na uliczkę wypadł człowiek. Bardzo młody, jak oszacowałem, miał jakieś pięć lat, według ich rachuby czasu. Pędził na mnie z kijem, a ja po prostu nie chciałem zostać zbity. Psy nie pogryzły mnie już, odkąd odkryłem w sobie ten dar, a ludzi unikałem jak ognia. Zawsze chcieli złapać takie koty jak ja, bezdomne. Teraz było za późno na ucieczkę. A ja nienawidzę obrywać. W końcu jestem kotem nie byle jakim. Skupiłem się z całych sił i próbowałem wedrzeć się do umysłu tego człowieka. Było bardzo trudno, ludzie doskonale umieją kontrolować swoje myśli. Ale udało się. Wydałem mu rozkaz odwrotu, ale miałem już mało siły, chłopiec tylko zatrzymał się i rozpłakał. Ja, ciężko dyszący ze zmęczenia, czmychnąłem w kąt. Ale udało się. Zatrzymałem człowieka.
*
Moje zdolności rozwijałem długo, za każdym razem, kiedy musiałem wpłynąć na istotę ludzką przynosiło to wielkie zmęczenie. Lecz to, w miarę upływu czasu zmalało, aż wreszcie było już bardzo niewielkie. Potrafiłem zawładnąć dwoma ludźmi na raz. Potem trzema, czterema, aż doszedłem do pięciu, bo więcej nie mogłem utrzymać. Niestety, mogłem tak ich tumanić przez najwyżej godzinę, potem odzyskiwali świadomość. Ale wdawałem w to coraz mniej wysiłku.
*
Kręciło się po naszej ulicy takich sześciu zbirów, rabowali zawsze nocą i znikali bez śladu. Pewnego razu postanowiłem się na nich zaczaić. Gdy przechodzili obok mnie, wdarłem się wszystkim na raz do umysłów. Wiem, że to ryzykowne posunięcie, ale potrafiłem już poradzić sobie z sześcioma i poddać ich swojej woli na długi czas. Poszło tym łatwiej, bo mieli we krwi dużo tego napoju, co go ludzie piją, jak chcą się wyluzować. Stali się potulni jak baranki. Bez słowa kazałem im się zanieść do ich meliny. I tak założyłem swoją bandę.
We władaniu tymi sześcioma doszedłem do takiej wprawy, że robiłem to na duże odległości, właściwie samoczynnie, bez żadnego zmęczenia. Rabowali dla mnie sklepy, mieszkania, co tylko zapragnąłem. Po roku poddania zaczęli mnie wręcz ubóstwiać, posadzili mnie na zrabowanym wysokim krześle jak na tronie, oddawali mi pokłony. Inne bandy ludzkie, nie świadome, że tą zgrają włada kot, zaczęły się z nami bratać, zaskarbiliśmy sobie u nie jednych szacunek. Stałem się naprawdę grubą rybą, a raczej grubym kotem ludzkiego półświatka przestępczego, nigdy nie wychodząc z meliny. Było mi tam tak dobrze...
*
Kiedyś coś zaczęło mnie niepokoić. Traciłem z pod kontroli moich bandziorów, aby po małej chwili znów ich sobie podporządkować. Myślałem, że to z przemęczenia, ale mi to nie przechodziło. Ktoś wyraźnie tworzył barierę miedzy mną, a moimi sługami. Czułem narastające zagrożenie, gdy tylko oddalali się na większą odległość. Nie długo dowiedziałem się, co mi tak przeszkadzało.
Banda wyszła na rabunek, jak co wieczór, znaleźć jakieś kosztowności dla swojego pana. A ich pan całą noc nie mógł zmrużyć oka. Wreszcie wyczułem go, a raczej jego energię, zmierzającą ku mnie coraz szybciej. Czułem, ze tracę mych poddanych. Serce zaczęło mi walić jak młotem, źrenice rozszerzyły się, futro nastroszyło. Podniosłem się z mego fotela, w bladym świetle lampy naftowej błysnęły wypolerowane pazury. On wreszcie zjawił się pod drzwiami meliny i wywarzył je jednym zaklęciem. Teraz, gdy go zobaczyłem, poczułem dziwne uczucie. Zaraz, jak to się nazywało...strach? Jego moc była wszechobecna, czułem ją w każdym włosku mej sierści.
- Witaj, kocie. Wreszcie się spotykamy. - w głosie nieznajomego nie było nuty zdenerwowania, jedynie lekka kpina.
- Kim jesteś? - zapytałem z trudem łapiąc powietrze. Ten roześmiał się szyderczo.
- Jestem czarodziejem. Ty wtargnąłeś na moje tereny rabunkowe, tak się składa, że mam zdolności podobne do twoich. Tyle, że dużo większe. Ciekawy przypadek - tu otaksował mnie wzrokiem - Kot z Darem, pierwszy którego widzę na świecie. Przydałoby mi się takie zwierzę...
- Nie dam ci się ujarzmić, czarodzieju. Potrafię sterować myślami ludzi.
- Tak? Więc spróbuj moimi. - mag zrobił władczą minę - Jesteś przy mnie niczym, kocie. Nawet z Darem nic mi nie zrobisz.
Prychnąłem gniewnie.
- Idioto, zaproponowałem ci współpracę. Jeśli ją odrzucasz, giń! - czarodziej skumulował w rękach kulę energii i cisnął we mnie. Uderzyłem łepkiem o ścianę i przez chwilę wszystko zasnuło się ciemnością. W ułamku sekundy jednak wróciło do poprzedniego stanu. Czarodziej zdziwił się bardzo. Jeśli kot z Darem ma dziewięć żyć, to ja już mam ich tylko osiem, pomyślałem.
- Jesteś kotem o tak rzadkim Darze. - powiedział czarodziej - Tylko trzy koty w historii miały dziewięć żyć.
- Za to ludzie zawsze mają tylko jedno! - wykrzyknąłem i rzuciłem mu się na twarz. Czarodziej wrzeszczał strasznie, gdy rozrywałem go na strzępy. Wreszcie opadłem ledwie żywy na ziemię. Pyszczek i łapki miałem całe we krwi, i ku mojemu zdziwieniu, tylko we krwi napastnika.
- Koty nigdy nie uniżyły się, nie uniżają i nie uniżą się przed człowiekiem. - powiedziałem i zająłem się moją toaletą.