Krąg Pięciu
Zariba wrzasnęła przeraźliwie, kiedy tuż nad jej głową przemknęła czarna kula czarnoksięskiej mocy. W ostatniej chwili skierowała swego smoka w dół i uniknęła złowrogiego pocisku. Zardon nie zdążył jednak jeszcze uspokoić lotu, kiedy następny agresor wystrzelił już kolejny ładunek mocy. Dziewczyna szarpnęła skórzaną obrożę i w myślach błyskawicznie wydała rozkaz, co spowodowało, że zielono skóry gad zadarł głowę na długiej szyi i zamachał potężnymi skrzydłami, ale manewr okazał się zbyt wolny; pocisk wystrzelony przez jednego z czarowników ugodził smoka w podbrzusze tuż przed tylnymi łapami. Zardon zawył wściekle a Zariba zaklęła szpetnie, co zdarzało jej się bardzo rzadko. Zatoczyli jeszcze kilka okrążeń nad twierdzą, po czym wylądowali na wielkim dziedzińcu przed zamkiem.
Dziewczyna zeskoczyła z grzbietu gada i stając przed mistrzem zakonu zdjęła z głowy hełm. Jej błękitna peleryna, okrywająca ramiona i odziany w zieloną kolczugę tułów, powiewała na wietrze. Stojący przed nią wysoki, łysy mężczyzna z krótką bródką przystrzyżoną w szpic również odziany był w barwy zakonu - zieleń i błękit. Od jeźdźców zebranych na dziedzińcu wyróżniał go tylko srebrny diadem umieszczony na czubku głowy.
- Znów nie wyszło – powiedział spokojnie patrząc to na dziewczynę to na smoka, który opuścił wielką, podłużną głowę i oparł ją na ramieniu Zariby.
- Tyle to i ja wiem, Mistrzu – odpowiedziała sucho i z wyrzutem w głosie Zariba. – Wyobraź sobie, że jestem na tyle spostrzegawcza, żeby to zauważyć.
- To, że po raz kolejny nie zdałaś podstawowego egzaminu nie oznacza, że możesz być niegrzeczna w stosunku do Mistrza Zakonu. Pamiętaj proszę o kodeksie i zasadach panujących na zamku – jego głos był nadal spokojny i opanowany. Nie unosił się gniewem, chciał tylko zwrócić dziewczynie uwagę i wskazać jej miejsce w szeregu. Nie był w stanie się na nią złościć, gdyż wzbudzała w nim podziw swą wytrwałością i zawzięciem w dążeniu do celu, musiał jednak ją upomnieć, więc dodał – i pamiętaj, że zawsze mogę cię wyrzucić z twierdzy, a wtedy ostatecznie pożegnasz się z perspektywą zostania Dragonerem.
Zariba popatrzyła na niego z mieszanką zdziwienia i oburzenia, wiedział przecież, że się stara, że daje z siebie wszystko. Mistrz wyczuł i rzekł jeszcze spokojniejszym, kojącym rany głosem.
- Oboje jesteście jeszcze młodzi. Zaribo masz zaledwie szesnaście lat, a ty Zardonie wyklułeś się dopiero trzy lata temu. Można powiedzieć, że w świecie magii i smoczych jeźdźców jesteście jeszcze oseskami. Nie poddawajcie się tylko, ćwiczcie i trenujcie, jestem przekonany, że następnym razem zdacie egzamin podstawowy i ruszycie na pierwszą misję już jako jeździec i jego smok.
Łatwo powiedzieć – rzekł smok łącząc się umysłowo z dziewczyną. Każdego jeźdźca i jego smoka łączyła umysłowa więź pozwalająca im się porozumiewać.
Nie denerwuj się przyjacielu – odrzekła kładąc rękę na jego nosie. – Jeszcze im pokażemy. Mogą sobie myśleć co chcą – mówiąc to miała na myśli jeźdźców, którzy już zdali egzamin i czasami złośliwie mówili o niej i Zardonie jak o istotach zupełnie pozbawionych mocy i nie zdolnych do stania się Dragonerem i godnym wierzchowcem. – Bierzemy się ostro do pracy i w następnym terminie zdajemy egzamin.
Popieram twój entuzjazm, ale nie wiem czy damy radę.
Nawet tak nie mów! – odrzekła ostro. – Jesteś smokiem! Nie możesz wątpić! Smoki są nieustępliwe i zawsze, za wszelką cenę dążą do realizacji wyznaczonego celu! Nie wolno ci wykazywać braku wiary w nasz sukces! Zakazuje ci tego jako twój jeździec.
Zapomniałaś chyba, że jeszcze nie jesteś jeźdźcem. Jeszcze nie złożyliśmy sobie nawzajem przysięgi i dopóki tego nie uczynimy, dosiadasz mnie tylko przez moją grzeczność i dzięki temu, że w zeszłym roku zgodziłem się zostać twoim smokiem. Pamiętaj jednak, do czasu złożenia przysięgi mogę w każdej chwili zmienić zdanie i zacząć służyć innemu, bardziej obiecującemu jeźdźcowi.
Zariba nic na to nie odpowiedziała, tylko odeszła szybko w kierunku koszar zamieszkiwanych przez kobiety. Wkroczyła zamaszystym krokiem do budynku i znikła za drzwiami swojej celi. Wsparła się pod boki i spojrzała w wiszące na ścianie lustro. Z drugiej strony zwierciadła popatrywała na nią ładna, dziewczyna o blond włosach i jasnej skórze. Matka usilnie próbowała jej wybić z głowy pomysł z wstąpieniem do zakonu Dragonerów. Mówiła jej, że jest zbyt ładna, zbyt kobieca, aby uganiać się z mieczem w dłoni i dosiadać smoka. Tłumaczyła, ze lepiej wybrać się wraz z kupiecką karawaną ojca w podróż i poszukać wybranka serca, z którym mogłaby toczyć spokojne życie w którymś z miast Addonu. Ona jednak od dzieciństwa lubiła walkę i wiedziała, że jej powołaniem są smoki i stanie się jednym z Dragonerów. W końcu osiągnęła wymagany wiek piętnastu lat i wstąpiła do zakonu, z wielka radością w sercu oczekując na przydzielenie jej smoka. Zgodził się jej służyć Zardon i przez pierwszy rok nauki wydawało się, że są duetem, po którym można się spodziewać wiele dobrego. Teraz natomiast wszystko zaczęło się walić. Niby rozumieli się bez słów, ale jednak nie dawali rady zdać podstawowego egzaminu, polegającego tylko i wyłącznie na unikaniu wrogich pocisków a następnie na pokonaniu innego jeźdźca w starciu bezpośrednim. Do tego drugiego etapu nawet nie dotarli...
Dziewczyna poczuła cząstkę umysłu Zardona dobijającego się do bram jej świadomości, które to szczelnie zamknęła przy wejściu do celi. Nie czuła do niego urazy, przez rok poznała go na tyle, że wiedziała, iż nie chciał jej obrazić. Był zły po nieudanej próbie zdania egzaminu i to przez to zachował się tak jak się zachował. Po prostu musiał wyrazić swą frustrację i złość, a wyraził ją na niej tylko dlatego, że była najbliżej. Coraz mocniej czuła jego obecność, za wszelka cenę chciał się z nią połączyć. Był oczywiście silniejszy, więc w końcu zrezygnowała i otworzyła swój umysł.
Nie zamykaj się przed własnym smokiem! – ryknął wprowadzając w jej myśli zamęt. – Zapomniałaś o trzecim punkcie kodeksu?! Nigdy nie pozbawiaj swojego smoka możliwości kontaktu ze sobą gdyż może mu grozić niebezpieczeństwo i twoja pomoc może okazać się niezbędna!!!
Czy ja się nie przesłyszałam? – spytała z rozbawieniem Zariba. – Nazwałeś się moim smokiem?
Oczywiście, że tak. Wiesz przecież, że nigdy w życiu nie zgodziłbym się służyć komuś innemu. Ja jestem twoim smokiem a ty moim jeźdźcem, musimy wspierać się nawzajem i nigdy nie wolno nam tracić wiarę w sukces.
To właśnie sprawiało, że ilekroć zaliczali nieudaną próbę wykonania zadania zawsze podchodzili do dalszych przygotowań z nową determinacją i jeszcze większą zaciętością. Oboje mieli buntownicze charaktery i oboje nie lubili przegrywać.
Jutro o świcie bądź gotowa do wylotu
Świetnie – powiedziała z przekąsem, nie lubiła wcześnie wstawać i on dobrze o tym wiedział. – Gdzie lecimy?
Na trening. Rozmawiałem z Reddragonem i jego jeźdźcem, Folkingiem. Mają już spore doświadczenie i spróbują nam pomóc. Polecimy do Doliny Gryfów.
CO??!! Chyba ci się coś pomyliło....
Ale jej myśli trafiły w pustkę, Zardon wycofał się z jej umysłu i prawdopodobnie szybko zasnął. Dolina Gryfów była miejscem cieszącym się bardzo złą sławą. Mieszkające tam gryfy były wyrzutkami ze swych gryfich klanów, dlatego były niezwykle agresywne, atakowały całymi grupami, nawet jeźdźcy rzadko się tam zapuszczali. Z westchnieniem odpięła pas z mieczem i rozebrała się, po czym ułożyła wygodnie na łóżku chcąc zasnąć. Miała jednak trudności, gdyż jakaś natrętna mucha latała jej nad głową i brzęczała wściekle. Miała jednocześnie wrażenie, jakby coś wwiercało jej się do mózgu. Nie było to jednak znane jej doskonale uczucie towarzyszące łączeniu się z innym umysłem. Było to delikatne łaskotanie jej świadomości, tak jakby ktoś bardzo nieudolnie próbował wtargnąć do jej uczuć i myśli, ale bez jej zgody. Skierowała w muchę wyprostowany palec wskazujący lewej dłoni i wypowiedziała w myślach: mordrole. Mała kulka mocy ugodziła w muchę, ta zachwiała się w powietrzu i zaczęła spadać, ale tuż nad podłogą znów zamachała skrzydłami i wzleciała ku otwartemu oknu, przez które wyleciała. Dziewczyna śledziła jej lot z otwartymi ustami, pierwszy raz spotkało ją coś takiego. Zaklęcie uśmiercające nie podziałało! Użyła przeciwko małemu owadowi mocy śmiertelnej a owad ten nie zdechł tylko beztrosko wyleciał przez okno i poszybował w świat! Czy jestem aż tak słaba? – zapytała sama siebie Zariba i pogrążyła się we śnie…
RZEŹ
Zdawało jej się, że ledwo położyła się spać już poczuła w swojej głowie spokojny, lecz głośny głos Zardona.
Wstawaj – rzekł wysyłając w jej kierunku małą dawkę swej mocy, aby ją pobudzić, co sprawiło, że od razu otworzyła oczy i straciła ochotę na dalsze spanie.
Już wstaję – odrzekła i rzeczywiście podniosła się z łóżka. Nadal czuła obecność smoka w swoim umyśle. Zdawał się przeprowadzać pobieżną penetrację jej umysłu. Nie protestowała, wiedziała, że smok i jego jeździec nie powinni mieć przed sobą tajemnic. W końcu Zardon rzekł.
Albo mnie instynkt i rozum myli, albo ty się boisz.
Nic cię nie myli – odpowiedziała.
Niesamowite – powiedział gad. – Zariba, która kiedyś powiedziała mi, że na drodze do zostania Dragonerem jest w stanie pokonać każdą przeszkodę i stawić czoła każdemu przeciwnikowi, boi się polecieć do Doliny Gryfów.
Bo taka jest prawda. Wiesz dobrze, że to moje największe pragnienie. Dlatego nie protestuję. Boję się, ale polecę…
W tym momencie ich rozmowa została przerwana na skutek potężnego huku rozlegającego się po twierdzy. Nie był to jednak zwykły hałas, lecz impuls wywołujący potężny grzmot, wibrację powietrza i potężny ból głowy. Zariba jęknęła i przed zerwaniem kontaktu zdążyła jeszcze tylko wyczuć równie silny ból u Zardona i zlokalizować go błyskawicznie. Zobaczyła jak jej smok leży skulony i bezsilny w swej grocie w Dragoniej Wierzy, po czym kontakt pomiędzy nimi został zerwany. Pierwszy raz odkąd zostali połączeni nie czuła jego obecności, części jego jestestwa w samej sobie i mimowolnie naszły ją o myśli, że Zardon zdechł, że odszedł do krainy zmarłych i już nigdy się z nim nie połączy i nie posprzecza.
Zganiła się w duchu i szybko ubrała. Opięła się pasem i wydobyła z pochwy miecz. Klinga zalśniła w pierwszych promieniach słońca wpadających do celi przez okno. Mury twierdzy zatrzęsły się pod wpływem kolejnego ogłuszającego huku. Dziewczyna chwyciła się za głowę, ból był tak potężny, że z jej oczu wycisnęło się kilka samotnych łez i powoli potoczyły się po jej policzkach. Pozbierała się jednak i szybko poszukała hełmu, który był od środka wyściełany, co mogło choć trochę zniwelować działanie złowrogich grzmotów.
Wyszła ostrożnie na korytarz koszar i rozejrzała się. Drzwi okolicznych cel leżały wywarzone na kamiennej podłodze. W umyśle słyszała teraz tylko głuche i przeciągłe dudnienie, towarzyszyło mu coś, co bardzo skutecznie rozpraszało jej myśli, nie pozwalało się skupić i trzeźwo myśleć. Ruszyła korytarzem w kierunku drzwi frontowych, z przerażeniem stwierdziła, że we wszystkich celach, które mijała leżą martwe ciała powyginane i poskręcane niczym groteskowe rzeźby, przedstawiające niestworzone i niespotykane kształty. Biedacy musieli umierać w strasznej męczarni, nie było jednak czasu na chwilę zwłoki. Z dziedzińca wyraźnie dobiegały do jej uszu odgłosy walki toteż zacieśniając uchwyt na rękojeści miecza wybiegła na zewnątrz.
Brukowany plac był zalany krwią. Wszędzie walały się resztki ciał, oderwane kończyny i głowy z ustami wykrzywionymi w grymasie straszliwego bólu. Na środku z dwoma trollami walczyła garstka niedobitków, czterech jeźdźców i trzech członków gwardii królewskiej, którzy przebywali na zamku jako delegacja króla. Wiadomo było jednak, że nie mają najmniejszych szans, potwory zmiotły ich z powierzchni ziemi jednym pociągnięciem potężnych maczug. Wiedziała, że jej szanse na pokonanie agresorów są mniejsze niż zero, więc zrobiło to, co jej najszybciej przyszło do głowy. Padła w kałużę krwi a później przetoczyła szybko na plecy, co sprawiło, że wyglądała z pewnością jak jeden z trupów z rozdartym i zakrwawionym brzuchem.
Na dziedzińcu zapanowała cisza, wyglądało na to, że wszyscy obrońcy twierdzy padli martwi, ale trolle nie odchodziły. Nagle z wrzaskiem na ustach wybiegł z zamku mistrz zakonu i popatrzył gdzieś w górę, ponad bramę fortecy. Dziewczyna ukradkiem podniosła głowę i popatrzyła w tym samym kierunku. Nad wierzejami unosił się w powietrzu mężczyzna odziany w czarną niczym noc szatę, z kapturem na głowie. Czarnoksiężnik mruczał coś po cichu i z pewnością to on wywoływał te wibracje i brak skoncentrowania w umyśle Zariby. Dziewczyna była pewna, że również on zabił jeźdźców w celach. Zapałała gniewem, w jej wnętrzu obudził się potwór, który za wszelką cenę żądał zemsty. Podniosła się błyskawicznie i wyrzuciła w kierunku wroga kulę śmiertelnej mocy; dokładnie w tym samym momencie zrobił to mistrz. Wrogi czarownik sparował oba zaklęcia, i odesłał je z łatwością z powrotem chcąc unieszkodliwić dziewczynę i jej mistrza. Mężczyzna z krótką bródką natychmiast padł martwy a jego głowę rozsadziło, wszędzie na około rozlała się krew i części zmasakrowanego mózgu. Dziewczyna poczuła tylko przejmujący ból w klatce piersiowej. Oczy jej się przymknęły, zachwiała się i zaczęła staczać zwolna w ciemność. Ostatnie co pamiętała, to wielki smok o zielonej skórze, chwytający ją w szpony i wzlatujący wraz z nią ku błękitnemu niebu…
HISTORIA
Wiele godzin później Zariba zaczynała dochodzić do siebie leżąc na miękkim łóżku w jednej z bogato zdobionych komnat gościnnych Podniebnej Fortecy. Otwierając oczy, czuła rozkoszne ciepło wydobywające się z kominka, na którym płonął magiczny ogień.
Rozejrzała się nieprzytomnie i zobaczyła siedzącego w głębokim fotelu niskiego jegomościa, odzianego w długą tunikę czerwonej barwy. Na widok nieznajomego zaczęła błądzić rękoma na około łoża szukając swego miecza, ale nieznajomy powiedział tylko:
- W końcu się obudziłaś. – Miał donośny, dudniący po komnacie głos. Mówiąc odgarnął z twarzy długie, kruczoczarne włosy.
- Kim jesteś? – spytała zdezorientowana Zariba przestając szukać swego ostrza, czuła, że nie ma czego się bać. W jej głowie kłębiły się setki pytań, między innymi jedno: dlaczego się obudziła?
- Na imię mi Verten, jestem synem Frodringa z Dolly, jeżeli coś ci to mówi, w co, nie ujmując oczywiście twojej wiedzy, szczerze wątpię. – Verten zaśmiał się cicho i sięgnął po fajkę, hubkę i krzesiwo. W milczeniu zajął się rozpalaniem tytoniu. Kiedy skończył popatrzył na dziewczynę uważniej. – Co tak milczysz? Nie masz żadnych pytań?
Zariba zdała sobie sprawę, że rzeczywiście od około pięciu minut nie powiedziała ani słowa wpatrując się tylko w mężczyznę. A pytań oczywiście miała całe mnóstwo.
- Gdzie jesteśmy?
- W Podniebnej Fortecy, stolicy Archaniołów – odrzekł szybko Verten.
- Dlaczego się tu znalazłam?
- Zrobimy inaczej – rzekł mężczyzna z lekkim rozbawieniem. – Zamiast przeprowadzać swoiste odpytywanie, opowiem ci historię, która na pewno wyjaśni wszystko. – Zaczerpnął głęboko powietrza i zaciągnął się dymem z fajki wypuszczając serię kółek, które ulatywały swobodnie pod sufit pokoju. Zariba ułożyła się wygodnie na poduszkach i czekała z niecierpliwością na opowieść. Była w tym momencie tak samo głodna wiedzy jak rok temu, kiedy zaczynała szkolenie na jeźdźca. I nagle, kiedy Verten zaczynał już mówić przypomniała sobie o swej drugiej połowie, o nieodłącznej części każdego jeźdźca.
- Zardon! – krzyknęła. – Mój smok, czy on również tutaj jest?! Żyje?!
- Spokojnie – rzekł Verten zatrzymując jej potok słów. – Żyje i ma się dobrze. To właśnie on cię tu przyniósł. Oberwał kilkoma złowrogimi zaklęciami, ale archanioły bez większego trudu mu pomogły.
- Ale dlaczego ja w ogóle żyje.....
- Posłuchaj.... – osunął się troszkę w fotelu przyjmując wygodniejszą pozycje i zaczął snuć swą historię. – Jak wiesz jeszcze rok temu w Addonie panował spokój. Kilka miesięcy temu król nagle zachorował, najmądrzejsi i najznamienitsi zielarze i medycy w państwie nie potrafili mu pomóc i przeczuwano, iż władca niebawem wyzionie ducha. Pewnie wiesz, że monarcha nie miał dziedzica i nastała chwila zwątpienia i zastanowienia nad tym, kto przejmie po nim insygnia i zasiądzie na tronie. Wtedy o władzę upomniał się Reddenson, pan Norsulindu – królestwa zmarłych. Po wielu latach upomniał się on o należną sobie pozycję w naszym świecie.
- Co to znaczy? – weszła mu w słowo Zariba. – Czy on posiada jakiekolwiek prawa do władzy w naszym świecie, jeżeli jest władcą umarłych?
- Posiada takie prawa. Kiedyś bowiem zarówno naszym światem jak i światem zmarłych rządził jeden władca. Miał on dwóch synów, bliźniaków. Jednym był Reddenson, drugim nasz zmarły niedawno król. Ze względu na identyczny wiek stary monarcha nie wiedział, kogo wyznaczyć na swego następcę a obaj bracia pragnęli władzy. Postanowił podzielić między nich dwa królestwa. Reddensonowi oddał Norsulind a Brondowi - Addon. Wiadomo było, że jeżeli jeden z braci zginie nie pozostawiając potomka to drugi brat weźmie pod swe skrzydła również drugie królestwo, ale pod warunkiem, że ludność owego królestwa będzie chciała widzieć go na czele swej ojczyzny – taka była wola króla.. Ludność Addonu jak pewnie nie trudno się domyślić nie wyraziła zgody na objęcie przez Reddensona naszego tronu, co wprawiło go w wielki gniew. Oczywiście wypowiedział nam wojnę a do pomocy sobie i swoim armiom przywołał potężnego demona – Grimzonga, niezwykle silnego i odpornego na ciosy zadawane bronią konwencjonalną i magiczną. Pokonać go może tylko połączona moc pięciu wojowników o czystych sercach, niezlęknionych i odważnych niczym same smoki rycerzy, którzy nigdy nie cofają się przed wrogiem. Wszyscy oni muszą władać magią. Prastare podania mówią, że połączenie ich krwi i mocy wywoła w jednym z nich potęgę niespotykaną u żadnych magicznych istot i tylko on będzie w stanie pokonać Grimzonga. – Verten przerwał na chwilę i zaciągnął się kilka razu dymem po czy kontynuował. - Odpowiednich kandydatów do Kręgu Pięciu miało wskazać magiczne zwierciadło. Użyliśmy go i bez problemu znaleźliśmy czterech wojów. Elfa, władającego magią najlepiej spośród wszystkich przedstawicieli swej rasy; ludzkiego kapłana, który już od dziesiątego roku swego życia para się magią; archanioła, najmędrszego i najzdolniejszego z młodych uczniów Podniebnej Twierdzy, w której się znajdujemy i w końcu.... demona. – Zariba zrobiła zdziwioną minę; po całym świecie krążyły pogłoski, że demony są przesiąknięte złem i nie należy im ufać. – Tak demona, na początku długo zastanawialiśmy się czy to dobry wybór, lecz nie zwlekaliśmy wiedząc, że wróg nie śpi. Sprowadziliśmy go tu i szybko okazało się, że on chce współpracować, że nie jest taki jak sądziliśmy. Mieliśmy czterech spośród pięciu. Brakowało jednego a zwierciadło nie chciało wskazać nikogo więcej, nie znajdywało piątego śmiałka. Mieliśmy nie lada problem, lecz nie ustępowaliśmy i w końcu, przed wczoraj doczekaliśmy się. Zwierciadło wskazało osobę w zakonie Dragonerów. Wskazało kobietę i jej smoka. Czym prędzej się tam udałem, lecz wróg również się dowiedział o naszym znalezisku. Nie wiemy jak, ale informacja o piątym wojowniku dotarła do króla zmarłych. Wysłał tam swe jednostki z misją zabicia wszystkich Smoczych Jeźdźców. Jedyne, co zdążyłem zrobić to zabezpieczyć ciebie.
- Co? – spytała z niedowierzaniem Zariba. - Co zrobić?
- Zabezpieczyć ciebie – powtórzył spokojnie mężczyzna. – Pamiętasz muchę, którą chciałaś zabić? – dziewczyna kiwnęła głową. – To byłem ja. Jestem zmienno kształtny, przekształciłem się w muchę żeby jak najszybciej dotrzeć do zakonu i rzuciłem na ciebie i na Zardona czary ochronne. To dlatego nadal żyjecie, dlatego nie polegliście od śmiertelnych zaklęć. Reszta jeźdźców i reszta smoków leży teraz martwa w ruinach zakonu.
Zapanowało milczenie, Zariba oswajała się z tym, co usłyszała i powoli trawiła tą wiedzę, a Verten postanowił jej w tym nie przeszkadzać.
- Czyli ja jestem piątym wojownikiem? – powiedziała w końcu dziewczyna przerywając milczenie. – Ja jestem brakującym ogniwem układanki?
- Najprawdopodobniej tak – odrzekł mężczyzna. – Ale nie mamy stuprocentowej pewności. To się okaże już niebawem, podczas próby połączenia waszej mocy i krwi.
- A jeżeli się nie uda?
- To zaczniemy szukać nowych członków do kręgu, ale będziemy robić to bez cienia nadziei. Reddenson wie, że jeden jeździec i jeden smok zdołali mu umknąć, że nie wykończył wszystkich. Wie też, że mamy już pięciu wojowników i w tym momencie zapewne zbiera już armię, aby ruszyć do szturmu na Fortecę. Będzie tu ze swoimi wojskami najdalej za dwa dni, więc mamy bardzo mało czasu. Jeżeli z waszym udziałem krąg się nie zamknie i nie nastąpi połączenie, nie zdążymy poszukać nowych członków. Staniemy do walki, ale z jego przewagą liczebną i z tym demonem po jego stronie, nie będziemy mieli szans. Będzie to nasz koniec.
Verten podniósł się z fotela i już zmierzał w kierunku drzwi, kiedy Zaribie nasunęło się kolejne pytanie.
- Dlaczego jeźdźcy nie wiedzieli o wojnie skoro trwa ona już od roku?
- Mistrz waszego zakonu był strasznym egoistą. Nie powiedział wam o wojnie z pobudek politycznych. Krótko mówiąc miał nadzieję zasiąść na tronie. Chciał zostać królem i bał się, że jeżeli powie jeźdźcom o wojnie to będą chcieli stanąć do walki. On tego nie pragnął, wolał sam, po cichu realizować swoje plany a udział jeźdźców w wojnie mógłby w razie niepowodzenia zepsuć jego wizerunek. Gdyby Dragonerzy zawalili jakąś szczególnie ważną misję wina spadłaby na niego, bo to on był odpowiedzialny za wasze wyszkolenie. – Zgasił fajkę i otworzył drzwi, po czym dodał na pożegnanie. – Wyśpij się dobrze Zaribo i odpocznij. Dzisiaj nie masz tutaj żadnych obowiązków, możesz spotkać się z Zardonem jeżeli tylko chcesz. Jutro około południa bądź natomiast gotowa na rozpoczęcie swojej pierwszej a zarazem najważniejszej misji w życiu.
Wyszedł zamykając za sobą drzwi i zostawiając ją z mnóstwem kłębiących się myśli. Nie potrafiła nawet tego uporządkować w jakikolwiek sposób, w jej głowie panował totalny chaos. Połączyła się ze smokiem i zaczęła przekazywać mu swoją nowo nabytą wiedzę.
LAMENT SMOKA
Jeszcze tego samego dnia Zariba znalazła w swej komnacie nowe ubranie. W jego skład wchodziły spodnie z grubej skóry, niezbędne do dosiadania smoka, gdyż stanowiły zabezpieczenie przed zdarciem skóry z nóg o łuski, bawełniana koszula, gruby, skórzany kaftan, który był lżejszy od kolczugi a tak samo wytrzymały, płaszcz i hełm. Ubrała się, po czym opięła pasem a u jej boku spoczęła przytroczona pochwa z mieczem. Miała dość spania i odpoczywania, nie lubiła bezczynność to też szybko postanowiła opuścić zacisze swej komnaty.
Poprzez labirynt korytarzy i przejściowych sal dotarła w końcu do wyjścia z zamku i wydostała się na dziedziniec gdzie uderzyło w nią ciepło zachodzącego słońca. Odniosła wrażenie, jakby sklepienie świata zawaliło się i opadło dobre kilkaset metrów w dół. Nieboskłon zdawał się być nie na swoim miejscu.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła wychodząc na otwartą przestrzeń był wielki zielony gad leżący na środku dziedzińca i wpatrujący się w zamek jakby na coś czekał. Na widok dziewczyny poderwał się i ryknął radośnie. Zariba dosiadła swego wierzchowca i razem wzlecieli pod niebo udając się na długi, powietrzny spacer.
I kiedy tylko minęli zamkowe mury dziewczyna dowiedziała się, dlaczego niebo znajduje się tak nisko.
To twierdza jest położona tak wysoko... – wypowiedziała na głos swe przemyślenia.
Nie bez powodu nazywa się Podniebną Fortecą – rzekł Zardon obniżając gwałtownie lot.
Gdzie lecisz?
Oddać cześć braciom – odpowiedział krótko i począł energiczniej machać skrzydłami.
W szybkim tempie przelecieli nad kilkoma skupiskami drzew i nad trzema szerokimi wstęgami rzek wijącymi się niczym wielkie węże zmierzające na polowanie. W chwilę później zobaczyli przed sobą wzniesienie i ruiny twierdzy. Mury zostały doszczętnie zniszczone i zdegradowane do stadium porozrzucanych kamieni. W miejscu zamku leżała sterta gruzu a Dragonia Wieża, siedziba smoków została przewrócona i leżała teraz rozsypana na dziedzińcu. Wszędzie wokoło walały się ciała smoków, na olbrzymim dziedzińcu nie było miejsca, gdzie nie spoczywałyby ciała tych wielkich i wspaniałych gadów. Natomiast kamienie, którymi wybrukowany był plac zamkowy zmieniły barwę z czarnej na czerwoną.
Zardon zaczął wydawać z siebie krótkie, niezbyt głośne warknięcia. Dziewczyna poczuła, poprzez kontakt między nimi, przygnębienie i smutek, który opanował teraz myśli i uczucia zielonego smoka. Gad wylądował ciężko po środku dziedzińca i niemal zrzucił Zaribę ze swego grzbietu, poczym otworzył paszczę i zaczął obracać się wokół własnej osi.
Przestrzeń między jego szczękami zajaśniała jasnym, wielobarwnym blaskiem, który padał na wszystkie miejsca dziedzińca podczas obrotów smoka. Ciała poległych stworów zaczęły się unosić na skutek działania tej mocy i wszystkie spoczęły na środku placu tworząc wielki stos. Moc w paszczy smoka zgasła a z jego wielkich, czarnych ślepi potoczyły się krwistoczerwone łzy. Zaczął cicho mruczeć i dziwnie się poruszać jakby odprawiał jakiś tylko smokom znany rytuał. Jego konsekwencją było nagłe poruszenie w stosie ciał. Powietrze nad nimi zdawało się drgać, tworząc falujące kaskady odbijające blask słońca. W końcu z nieruchomych ciał poczęły ulatniać się dusze. Zwiewne widma kształtem przypominające rozwiane smoki. Niektóre wzlatywały prosto ku przestworzom, inne natomiast zatrzymywały się przy Zardonie i składały mu pokłon, jakby chciały podziękować za uwolnienie z cielesnego więzienia.
W pewnym momencie ta niesamowita scena została jednak brutalnie przerwana. Kiedy wszystkie dusze opuściły już swe ciała ponad stos wzleciała plugawa istota o czerwonej skórze i rogach na głowie. Z jej zgarbionych pleców wyrastały błoniaste skrzydła. Zariba patrzyła zdumiona jak złowroga bestia materializuje w swej dłoni błyskawicę i ciska nią w Zardona. Smok zdołał uskoczyć i wzbić się w powietrze. Bestia poleciała za nim miotając następnymi pociskami. Smok Zariby wykonał kilka topornych zwrotów i uników, po czym postanowił przyjąć wyzwanie. Odwrócił się i natarł na prześladowcę wypuszczając z paszczy pióropusz ognia. Tym razem demon popisał się kilkoma unikami i ponownie przeszedł do natarcia.
Zariba stała z otwartymi ustami na ziemi i patrzyła na to starcie. Smok był zdecydowanie większy od swego przeciwnika, ale w tym wypadku nie przemawiało to wcale na jego korzyść. Wręcz przeciwnie, utrudniało mu wykonywanie kolejnych zwrotów i uników. Dziewczyna nie mogła wytrzymać stojąc tak bezczynnie. Przywołała największą kulę energii, na jaką było stać jej siły i gwałtownym wyprostowaniem ręki posłała swą moc w kierunku bestii. Potwór znalazł się w sytuacji bez wyjścia – z jednej strony mknęła na niego kula magii, z drugiej strumień ognia z paszczy smoka. Ostatni raz wściekle zawył poczym martwy opadł na ziemię.
Wtedy Zardon wypuścił potężną dawkę magicznego ognia na stos ciał smoków i w tym samym miejscu powstał lodowy stożek przykrywając wszystkich poległych. Na jego szczycie zapłonął natomiast żółty, jaskrawy ogień. W ten sposób smok oddał cześć poległym braciom. Stworzył im wieczny pomnik, pochodnie, która nigdy nie zgaśnie i całą wieczność będzie upamiętniała poległe w tym miejscu stworzenia. Zielony gad przysiadł na dziedzińcu i znów zaczął lamentować oraz ronić krwawe łzy.
Tym razem nie trwało to jednak długo. Zardon oddał po prostu ostatnią cześć poczym kucnął przy Zaribie dając jej jasno do zrozumienia, że ma go dosiąść. W jego umyśle dziewczyna nie odczuwała już smutku ani żalu tylko wściekłość i żądzę zemsty, smok chciał, aby polała się krew prześladowcy jego rasy.
Co to był za potwór? – spytała, kiedy nie mogła już wytrzymać ciągłego milczenia.
Demon, pułapka zastawiona przez tego, który zabił smoki i jeźdźców – odpowiedział. – Nie wiem kto to, ale wiem, że nie jest głupi. Wiedział, że wrócę, aby pogrzebać pobratymców. Dlatego uwięził demona w ciele jednego ze smoków. Zlecił mu misję zabicia pierwszej istoty, którą zobaczy po wyjściu z ciała gada. Miał pewność, że będę to ja, bo tylko smok może uwolnić duszę z ciała innego smoka. A tak się składa, że jestem obecnie jedynym smokiem w Addonie. Nie wiem kto to – powtórzył – ale jak się dowiem, odnajdę go i rozszarpię. Przysięgam.
ZAPRZYSIĘŻENIE
Następnego ranka Zariba została obudzona przez służkę w błękitnej szacie. Zjadła śniadanie i odziała się, po czym kobieta zaprowadziła ją do wielkiej sali znajdującej się w zachodnim skrzydle zamku. Na korytarzach i dziedzińcu gromadziły się tłumy archaniołów, mężczyzn o gładkiej niczym jedwab skórze ze skrzydłami u pleców. Każdy był ubrany w śnieżnobiałą szatę i dzierżył w dłoni włócznię.
Salę zbudowano na planie owalu a każda z zaokrąglonych ścian pokryta była wieloma malowidłami i obrazami przedstawiającymi Królestwo Niebieskie. Na środku stał okrągły stół a wokół niego zgromadziło się kilka osób. Najbliżej stały cztery istoty: człowiek, demon, archanioł i elf. Reszta zebranych ubrana była w jednolite, żółte barwy tak, aby się wyróżniać, aby nie zostali pomyleni z kandydatami do Kręgu Pięciu.
- W końcu jesteś – powiedział na jej widok Verten. – Oczekiwaliśmy ciebie z najwyższą niecierpliwością.
Dziewczyna podeszła do stołu stanęła w wolnym miejscu, pomiędzy elfem i archaniołem. Na stole niewiadomo skąd zmaterializowała się kryształowa misa.
- Za chwilę dokonacie zaprzysiężenia. Każdy z was, kiedy misa stanie przed wami odczyta słowa zapisane na jej brzegu i wyciągnie rękę, którą dzierży moc w kierunku kryształowego naczynia.
- Co to za słowa? – spytał demon, który wyglądał na zniecierpliwionego i trochę roztargnionego.
- Jest to modlitwa a raczej zaklęcie wypowiadane w starożytnym języku. Jego zadaniem jest połączenie was, sprawienie, że każdy poprzez te słowa przysięgnie wierność i pełną lojalność pozostałym. Wtedy, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem moc każdego z was wzrośnie czterokrotnie. Stanie się tak, ponieważ każdy z was będzie posiadał siłę swoją i siłę pozostałych czterech wojowników z kręgu. Jeden z was natomiast dostanie swoisty dar, jego siła będzie niewspółmiernie większa niż siła pozostałych. Rzekomo do Kręgu Pięciu mogą przystąpić tylko osobnicy o czystych sercach, którzy nie skazili się haniebnym czynem. To samo tyczy się tego zaklęcia. Jeżeli któryś z was nie jest prawym wojownikiem i ma serce skażone złymi postępkami zaklęcie nie zadziała.
Verten poruszył nieznacznie ręką i kryształowe naczynie przesunęło się po blacie stołu w kierunku pierwszego z pięciu wojowników. Człowiek spojrzał bez lęku na krawędź misy i wyciągnął przed siebie prawą rękę. Z pomiędzy jego w pół przymkniętych warg zaczęły wydobywać się dziwne, niezrozumiałe słowa, kiedy zaczął odczytywać inkantację zaklęcia wypisanego na brzegu naczynia. Gdy skończył na końcu jego wskazującego palca prawej dłoni pojawiło się nacięcie. Z rany wyciekła i zawisła w powietrzu kropla krwi a następnie na czubku palca zmaterializowała się kulka mocy. Krew i energia zaczęły wirować mieszając się ze sobą a później, już jako całość wpadły do misy. Rana na palcu kapłana zagoiła się – nie został po niej nawet najmniejszy ślad.
Wszyscy zebrani w sali nie licząc wojowników zdawali się wyrażać lekką ulgę, z ust niektórych wydobyło się nawet ciche westchnienie, co jednoznacznie sugerowało, że wszystko poszło tak jak miało pójść. Verten znów poruszył dłonią i misa przesunęła się do kolejnego kandydata na ogniwo kręgu a później do następnego aż w końcu, po odprawieniu tego krótkiego rytuału przez wszystkich wojowników zatrzymała się na powrót przed poważnym obliczem Vertena.
Mężczyzna był teraz bardzo spięty, sprawiał wrażenie niepewnego, co do dalszych losów Kręgu i całego świata. Jego skóra zdawała się poszarzeć jakby Verten był bardzo zmęczony i stary, przygnieciony ciężarem życia. Mimo wszystko ze skupioną miną wyciągnął ręce nad misę i zaczął mruczeć jeszcze bardziej skomplikowane zaklęcia. Jego melodyjny głos dźwięczał w sali dość długo a w czasie trwania całego procesu powietrze nad kryształowym naczyniem gęstniało, robiło się cięższe aż w końcu z substancji wewnątrz czarki uniosła się bezkształtna masa złożona z krwi i mocy magicznych wszystkich wojowników. Energia ta drgnęła, poczym zaczęła przelatywać przez klatki piersiowe każdego z wojowników a po każdym wniknięciu w czyjeś ciało jej objętość malała.
W pewnym momencie moc uderzyła również w Zaribe. Dziewczyna poczuła przejmujący chłód na piersiach a następnie wewnątrz siebie. Energia wdarła się w jej ciało i Zaribie wydawało się, że wcale nie ma zamiaru się wydostać. Czuła w swym wnętrzu rozchodzący się wszędzie chłód, w głowie jej szumiało a w lewej ręce, za pomocą której władała magią czuła coś zupełnie odwrotnego; wielkie gorąco, ciepło tak mocno odczuwalne, iż bała się, że ręka może zostać spalona, że zostanie okaleczona. Myślała już, że coś poszło jednak nie tak, kiedy nagle energia opuściła jej ciało i wniknęła w stojącego obok niej elfa.
Nie był to jednak koniec dziwacznych przeżyć. Po jakimś czasie moc wróciła na swoje miejsce i znów unosiła się w powietrzu nad środkiem stołu. Verten wypowiedział kolejne słowa w nikomu nieznanym języku i energia ukształtowała się w zwiewnego smoka, po czym wniknęła w ciało Zariby. Tym razem dziewczyna nie czuła ani zimna ani ciepła. Po prostu nie czuła nic…
POWIENRIK
Na dziedzińcu fortecy gromadziły się tysiące archaniołów tłumnie przybywali na wezwanie. Uzbrojeni we włócznie a niektórzy również w miecze. Na niebie rozsiane były gromady błyszczących zielonym światłem gwiazd. Był to sygnał alarmowy świadczący o tym, że siły Norsulindu ruszyły do ostatecznego natarcia na Podniebną Fortecę. Reddensona jasne było, że to właśnie tutaj znajdować się będzie ostatni punkt oporu jego przeciwników. Wiedział też, że właśnie w tej twierdzy nastąpiło zaprzysiężenie Kręgu Pięciu i znajduje się tu ostatnia szansa Addonu. Decyzja była więc prosta – zebrał wszystkie swe siły i natarł na oazę archaniołów.
Tymczasem na jednym z pięter zamku, w swojej komnacie Zariba otworzyła oczy i napotkała obraz zgoła podobny do tego z poprzedniego dnia. Znów na kominku wesoło trzaskały płomienie a w fotelu zasiadał ten sam mężczyzna.
- No w końcu – powiedział oschłym, pełnym nerwowości głosem. – Już myślałem, że się nie obudzisz.
- Co się znów stało? – rzekła mocnym, stanowczym głosem Zariba.
- Nie zadawaj zbędnych pytań! Myślałem, że jesteś na tyle bystra żeby się domyślić. Zostałaś Powiernikiem Kręgu. Połączona moc waszej piątki uczyniła cię swoim powiernikiem, to ty jesteś teraz tym, który miał otrzymać wielka moc zdolną pokonać Grimzoga. Podania mówią, że moc na powiernika wybiera tego, który ma najbardziej honorowe i czyste serce oraz umysł.
- No to chyba niedziwota, że trafiło na mnie – powiedziała prostacko dziewczyna i zaśmiała się. – W końcu jestem jedyną niewiastą w Kręgu. A wiadomo, że mężczyźni nigdy nie mają czystego umysłu…
- Dość!
Dziewczyna popatrzyła na niego z wyrzutem. To nie był ten Verten, którego znała, ten spokojny i niezwykle opanowany człowiek, który wcześniej opowiadał jej historię wojny i cierpliwie odpowiadał na jej pytania.
- Przepraszam – powiedział nieco się uspokajając. – Ale ty się tu rozwodzisz nad tym, że mężczyźni mają siano zamiast mózgu a tym czasem wróg dobija się do bram.
Zariba zesztywniała, podniosła się natychmiast i sięgnęła do krzesła gdzie spoczywało jej odzienie.
- Co to znaczy?
- Znaczy to ni mniej ni więcej jak to, że siły królestwa zmarłych nadciągają z dołu. Tysiące demonów i ożywionych trupów dosiadających skrzydlatych bestii nadciąga w kierunku twierdzy. Musimy się spieszyć. – Na twarzy niedoszłego Dragonera, Verten dostrzegł mieszankę bojaźni, ale i odwagi. Przerażenie chyba jednak przeważało.
- Ale… - zaczęła nieśmiało Zariba. – Ja… przecież nie wiem co robić… Nie przypuszczałam, że do starcia dojdzie tak szybko.
- Uspokój się – głos mężczyzny znów był taki jak dawniej, kojący i spokojny. – Nie sądzę, żeby Reddenson wysłał Grimzoga wraz z pierwszymi oddziałami wiedząc, że mamy teraz wojownika zdolnego pokonać demona. Sądzę, że twój główny przeciwnik pojawi się dopiero w sytuacji, kiedy wygrywalibyśmy to starcie, kiedy armie ciemności zostałyby zdziesiątkowane i potrzebny byłby im ktoś, kto poderwie niedobitków do dalszej walki.
- No nie wiem – odpowiedziała Zariba. – Gdybym ja miała pod rozkazami wiele tysięczną armię i w dodatku Grimzoga wysłałabym go na pierwszy ogień wraz z głównym członem moich wojsk. Grimzog siałby spustoszenie i z pewnością straty liczebne z mojej strony byłyby mniejsze.
- Może i tak. Ale Reddensonowi szkoda tak wspaniałej na swój sposób broni, jaką jest ten demon. Pomyśl, my mamy teraz sojusznika zdolnego pokonać demona, więc wróg nie pośle go na pierwszy ogień w obawie, że szybko go straci. Zaufaj mi Zaribo, Grimzog pojawi się dopiero pod koniec bitwy. Do tego czasu twoje zadania są identyczne jak zadania każdego innego członka naszej armii. Staniesz wraz z żołnierzami do bitwy będziesz walczyć w obronie tej fortecy i Addonu. Twoje towarzystwo z pewnością znacznie podniesie morale naszego wojska.
- Ale czy mamy jakiekolwiek wojsko?
- Oczywiście. Sługusy Reddensona od dawna sieją spustoszenie w królestwie, ale pozostało wiele niedużych gromad, które bały się stawiać opór ze względu na swą małą liczbę. Teraz jednak na wezwanie przybyło wielu a z każdą chwilą przybywają kolejni. Są oczywiście archanioły, ale także elfy, które przyleciały na orłach, Gryfi Jeźdźcy a nawet krasnoludy.
- Jakim cudem krasnoludy dotarły na taką wysokość? – zapytała ze zdziwieniem Zariba.
- Krasnoludy jak wiadomo boją się latać, więc transport czy na Orłach Olbrzymich czy też na Gryfach odpadał. Ale widząc ich wielką chęć do walki archanioły połączyły siły i otworzyły specjalnie dla nich korytarz przestrzenny zakończony dwoma portalami. Magiczna ścieżka i krasnoludy są wśród nas. Pojawili się też oczywiście ludzie na pegazach – Verten odetchnął głęboko i podszedł do drzwi. – O tak, zjednoczeni pod jednym sztandarem i z tobą w zanadrzu nie jesteśmy wcale skazani na porażkę. Ubieraj się czym prędzej i przybywaj na dziedziniec.
BITWA
Kilka minut później powierniczka Kręgu wkroczyła na dziedziniec, pełen zakutych w zbroje wojowników. Panował tam niepojęty gwar. Zewsząd słychać było wykrzykiwane rozkazy. W odpowiedzi na nie małe oddziały przemieszczały się chaotycznie zajmując najodpowiedniejsze pozycje. Panował ogólny nieład i nieporządek a raz po raz powietrze przeszywał łopot skrzydeł i dźwięki wydawane przez podenerwowane zwierzęta.
- Obejmiesz dowodzenie nad Gryfimi Jeźdźcami – rzekł Verten stając za plecami dziewczyny.
Zariba odwróciła się i pokiwała głową.
- Nie wygląda to zbyt dobrze – powiedziała wskazując na chaos za swoimi plecami.
- To zwykłe zamieszanie przed bitwą. Za kilka minut będziemy gotowi. Trwają ostatnie manewry. Część łuczników stanie w głębi dziedzińca, przed nimi krasnoludy, gdyż boją się wysokości. Reszta na mury i w powietrze. Twój oddział i Zardon czekają na szczycie Wierzy Księżycowej.
Zariba wskoczyła na grzbiet najbliższego wolnego pegaza i podfrunęła na szczyt najwyższej wieży w obrębie fortecy. Jej płaski dach otoczony blankami zajmował tak durzą powierzchnię, że bez najmniejszego problemu mieścił się tam jej zielony smok i około setka odzianych w szkarłat wojowników dosiadających gryfów – zwierząt o głowie i przednich nogach orła i tułowiu oraz zadzie konia ze skrzydłami u boków. Jeden z żołnierzy zsiadł ze swego wierzchowca i zbliżając się do dziewczyny zasalutował jej krótkim toporem bojowym, po czym rzekł niezwykle urzędowym tonem.
- Pani, oddaje w twe ręce dowodzenie nad tym oto oddziałem Gryfich Jeźdźców. Prowadź nas do zwycięstwa.
- Dziękuję jeźdźcze. Szczerze wierzę, że nie nadszedł jeszcze dzień naszej zagłady. Wspólnymi siłami odeprzemy atak wroga a wy przejdziecie do historii jako bohaterowie tego świata. Wiem, że członkowie waszego zakonu są szkoleni we władaniu magią i w kontrolowaniu własnej świadomości. W czasie bitwy utrzymujcie umysły w stanie otwartym i dostępnym. Wszystkie rozkazy przekazywała będę poprzez przekazy myślowe.
Wszyscy członkowie oddziału od razu wykonali jej polecenie gdyż momentalnie poczuła napływ emocji, których nie było w tym miejscu jeszcze kilka sekund temu. Z otwartych umysłów wojowników emanowała odwaga, ale też strach i poczucie niepewności.
Cóż za przemowa – rzekł ironicznie Zardon, któremu humor dopisywał mimo zbliżającego się starcia. – Jestem pod wrażeniem…- Wykrzywił pysk w marnej imitacji uśmiechu odsłaniając jednocześnie szereg spiczastych i ostrych jak brzytwa zębisk.
Kiedy z wolna zbliżał się wieczór wszystkie wojska obrońców fortecy były już rozstawione i życie na zamku zamarło. Wszyscy niezdatni do walki, między innymi służba wycofali się do schronów w lochach a reszta stała w całkowitym milczeniu i oczekiwała na rozpoczęcie starcia. Tak bywało przed każdą bitwą. Najpierw gwar i wielkie zamieszanie a później zupełna cisza i pełne napięcia oczekiwanie na nadejście wroga. Zdenerwowanie i lęk emanowały tak mocno z zebranej armii, że zdawały się unosić w powietrzu sprawiając, iż atmosfera znacznie zgęstniała. Z jednej strony perspektywa bitwy z demonami budziła przerażenie, z drugiej jednak wszyscy mimo strachu pałali chęcią walki i żądzą krwi a wyczekiwanie było strasznie nużące.
Lecz kiedy słońce powoli zaczynało zmierzać ku zachodowi, w końcu zaczęło się coś dziać. Niebo przedarła seria szkarłatnych błyskawic, które mimo uderzeń w Podniebną Fortecę, nie czyniły jej żadnej szkody. Miał to być zwykły i nieszkodliwy pokaz sił a odpowiedział na niego Zardon wypuszczając z paszczy potężną kulę ognia, która swym blaskiem przyćmiła wszystkie piekielne błyskawice razem wzięte. Miało to skutek jak najbardziej pozytywny gdyż wywołało na niektórych twarzach uśmiechy, wojownikom pokaz potęgi smoka dodał otuchy i sprawił, że zwycięstwo w tej bitwie stało się bardziej osiągalne. Chwilę później powietrze zaczęło drgać. Nie było już tak spokojne jak wcześniej a świadczyło to o przybyciu pierwszej fali przeciwników gdyż nagły wiatr wywołany został przez bijące powietrze skrzydła wierzchowców, których dosiadali najeźdźcy.
Z każdą chwilą ruch powietrza rósł a do uszu obrońców zaczęły dobiegać dzikie wrzaski i bojowe okrzyki demonów. Harmider narastał z każdą sekundą, aż w końcu żołnierze na murach dostrzegli wyłaniające się z chmur czoło armii Norsulindu. Skrzydlate bestie przypominające przerośnięte nietoperze niosły na swych grzbietach wojowników odzianych w czerń. Nie można było określić czy są to demony czy inne bestie, gdyż zbroje zakrywały całe ich ciała a na twarzach mieli czarne niczym noc maski. W niebo wznosiły się ich wrzaski, kiedy w niezorganizowanej gromadzie zbliżali się do Fortecy. Wśród defensorów również robiło się coraz głośniej, na murach dowódcy poszczególnych oddziałów zaczęli wykrzykiwać rozkazy. Któryś z krasnoludów na dziedzińcu zaczął śpiewać jedną z wielu pieśni bojowych mającą dodać żołdakom otuchy i chęci do walki. Momentalnie dołączyła do niego reszta oddziału a z murów na zbliżającego się wroga pomknęła chmara strzał. Większość trafiła w cel ze względu na liczbę i gęstość rozstawienia wrogich jednostek. Wiele z nietoperzy zachwiało się i straciwszy kontrolę nad lotem, poleciało w dół, a ich jeźdźcy pomknęli w kierunku ziemi niczym kamienie; rozpoczęło się starcie, które miało zadecydować o przyszłości tego świata.
Zariba już na grzbiecie Zardona wpatrywała się z osłupieniem jak setki wrogów spadają trafione strzałami jeszcze zanim dotarły do twierdzy. Przez umysł przemknęła jej myśl, że zwycięstwo może przyjść łatwiej niż jej się to wcześniej wydawało. Podchwycił tą myśl smok i od razu ją sprostował.
Nie myśl, że to już koniec skoro nie nastał jeszcze początek.
I jakby na potwierdzenie jego słów spośród chmur wyłoniła się kolejna fala wrogów na nietoperzach.
Pierwsza grupa była tylko czołem ich armii. Ich głównym celem było sprawdzenie, jaką siłą oporu dysponujemy jak sądzę – rzekł smok.
Główny człon armii Reddensona zdawał się nie mieć końca. Wrodzy wojownicy wciąż nadlatywali, w miejsce zabitych pojawiało się kilku następnych. Obrońcy na murach szyli z łuków nieustannie, aż w końcu trochę zwolnili a stojący w miejscu ponad bramą twierdzy Verte, podniósł rękę i szybko ją opuścił.
Wydaje mi się, że nadeszła nasza pora przyjacielu – Zariba stając w strzemionach smoczego siodła i dobywając miecza. Podniosła lśniącą klingę a Zardon wspiął się na tylne łapy.
- Jeźdźcy! – wrzasnęła zwracając się do oczekującego za nią oddziału. – Nastał dzień sądu! Dzień, w którym wymierzymy sprawiedliwość i skażemy winnych wszystkich nieszczęść naszego świata. Nie bójcie się wroga! To plugawe robactwo, które należy unicestwić. Mordował, grabił i gwałcił naszych bliskich! My jesteśmy tymi, którzy wymierzą karę mordercy! W bój bracia! W bój za ojczyznę i wasze rodziny! W bój za naszą przyszłość!
Zardon zaryczał potężnie i wzbił się w powietrze. Gryfi Jeźdźcy krzyknęli tryumfalnie dodając sobie nawzajem otuchy i uskrzydleni słowami swego wodza również wzbili się w powietrze. To samo czyniły inne oddziały powietrzne i wszyscy uskrzydleni wojownicy połączyli się nad fortecą i utworzywszy jedną, latającą armię pomknęli na wroga w równym, głębokim na wiele szeregów i szerokim na sto włóczni szyku z Zardonem na czele.
Smok bił wielkimi skrzydłami nabierając prędkości z każdą chwilą i wciąż wypuszczał z paszczy potężne pióropusze ognia siejące śmierć i przerażenie w szeregach wroga. Zariba mocniej uchwyciła rękojeść miecza i zdążyła tylko mrugnąć jeszcze kilka razy powiekami, kiedy szereg armii obrońców dopadł frontu rywali. Dwie armie zderzyły się przy akompaniamencie wrzasków, pisków i warkotów zwierząt oraz szczęku żelaza, gdy poszczególni wojownicy rozpoczęli bezpośrednią walkę. Zaiba cięła wściekle swą klingą, siejąc spustoszenie wokół smoka, a sam Zardon wywijał kolczastym ogonem i kłapał szczękami posyłając wroga za wrogiem w objęcia śmierci.
Wszyscy wojownicy Addonu uskrzydleni towarzystwem tak potężnego sojusznika zdawali się walczyć za kilku. Każdy z nich walczył z niespotykaną zaciętością i siłą. Wymachiwali bronią jak w amoku, jakby w ich sercach obudziły się żądne krwi potwory mające jeden tylko cel – unicestwić wroga i zapewnić temu światu dalsze istnienie. Mimo przewagi liczebnej wroga, bitwa szła zgodnie z pomyślunkiem obrońców Podniebnej Fortecy. Armia pod wodzą Zardona i Zariby nie ustępowała pola a wręcz przeciwnie, z każdą chwilą przesuwała się w głąb szeregów przeciwnika pozostawiając za sobą setki spadających na ziemię, martwych przeciwników. Jeźdźcy na nietoperzach chcąc nie chcąc z każdą sekundą cofali się, aż w końcu pod gradem ciosów i magicznych pocisków wystrzeliwanych przez Dragonerkę, jej smoka i Gryfich Jeźdźców rozpoczęli odwrót i rzucili się do pospiesznej ucieczki.
Oddziały dobra zatrzymały się w powietrzu i patrzyli radośnie jak przerażony wróg umyka z pola bitwy.
To jeszcze nie koniec – rzekł w myślach Zardon, a jego słowa dotarły do wszystkich wojowników ze względu na ich otwarte umysły.
Zariba zatoczyła mieczem koło w powietrzu i cała armia w równym szyku wykonała zwrot i poszybowała w kierunku twierdzy. Formację zamykał Zardon, aby wzbudzić lęk wśród wrogów w przypadku gdyby postanowili wrócić i uderzyć na tyły obrońców. Wszyscy docierali już nad mury Fortecy, kiedy daleko za nimi powietrze przeciął ryk głośniejszy nawet od tego wydobywającego się z paszczy smoka. Każdy wojownik, bez wyjątku obejrzał się za siebie.
Armia demonów wracała a na jej czele leciał Grimzog, Czerwono skóra i skrzydlata bestia wielkości młodego smoka. W lewej ręce dzierżył złotą włócznię a prawą wymachiwał zachęcająco do podążających za nim żołnierzy.
Zwrot!!! – wrzasnęła w myślach Zariba, a kiedy armia zwróciła się czołem do najeźdźców uniosła miecz i opuściła go gwałtownie wskazując klingą wrogów. Dziewczyna zmaterializowała na palcu kulę magii i wyrzuciła ją w demona. Zachwyciła się tym, z jaką łatwością tego dokonała. Wcześniej wytworzenie tak silnego pocisku wyczerpałoby ją, a po zaprzysiężeniu tej siły energia była dla niej bułką z masłem.
Moc uderzyła w Grimzoga i rozwścieczony demon odpowiedział tym samym. Zardon zareagował błyskawicznie i wzleciał wyżej unikając wrogiego pocisku. Jednocześnie tym manewrem przeniósł pojedynek wyżej, ponad toczącą się bitwę.
Zariba z grzbietu swego wierzchowca spojrzała butnie na przeciwnika. Zdała sobie nagle sprawę, że oto wróg, na którego czekała pojawił się nadzwyczaj szybko. Gorączkowo zaczęła pochłaniać moc z otoczenia chcąc zgromadzić jak najwięcej siły. W poszukiwaniu źródła magii nieświadomie dotknęła również Grimzoga i mimowolnie poczęła pobierać od niego energię, co niezmiernie rozwścieczyło demona. Postanowił on dłużej nie zwlekać i przystąpił do ataku nacierając z furią na Dragonera.
W pierwszej fazie walki odpowiedzialność wziął na siebie Zardon. Podczas gdy Grimzog miotał na wszystkie strony pociskami swej mocy, smok wymachując potężnymi skrzydłami manewrował w powietrzu, unikając wszystkich złowrogich kul i odpowiadając, co jakiś czas z potężnego pyska pióropuszem ognia. W pewnym momencie Grimzog wydawał się być zmęczony. Znacznie zwolnił, jego ruchy stały się na moment bardzo toporne, co sprawiło, że Zariba znalazła się za jego plecami. Nie zwlekając przywołała całą swą potęgę, zmobilizowała całą moc, jaką była w stanie i cisnęła powstałą świetlistą kulą w demona. Ten słysząc niepokojące dźwięki za swymi plecami odwrócił się błyskawicznie i rzucił swą energię. Dwie moce spotkały się pomiędzy dwoma wojownikami tworząc wielką, kłębiącą się masę. Grimzog natychmiast przywołał kolejny pocisk, ale tym razem nie wysłał go w postaci kuli tylko utworzył z energii coś w rodzaju sznura, który połączył masę mocy z jego dłonią, z której nieprzerwanie wypływały kolejne ładunki. Na skutek tego zmieszane moce zaczęły przemieszczać się w stronę smoka i Zariby. Dziewczyna przestraszona skoncentrowała się maksymalnie i zrobiła to samo, co Grimzog.
Pomiędzy przeciwnikami nawiązała się specyficzna więź a zwycięstwo w postaci wielkiej masy energii, przesuwała się z jednej strony na drugą zależnie od tego, kto ile mocy wysłał w kierunku przeciwnika. Nagle demon postanowił rzucić do ataku pozostałość swoich sił i zasilił tym potężnym ładunkiem zgromadzoną energię, która gwałtownie zaczęła przemieszczać się w stronę dziewczyny. Zariba widząc zbliżającą się porażkę rozpaczliwie zmobilizowała resztki mocy i wspomogła nią energię próbując wysłać ją z powrotem do demona. Przemieszczająca się kula zwolniła znacznie, ale nadal zbliżała się niebezpiecznie do Dragonki. Zariba czuła się coraz słabiej, myśli jej się rozproszyły, nie potrafiła się skoncentrować. Powoli zaczęła osuwać się w ciemność…
Obudziła się trzy dni później w swojej komnacie w Podniebnej Fortecy. Tym razem nie ujrzała jednak siedzącego w fotelu Vertena. Od razu po przebudzeniu poczuła jednak cząstkę umysłu Zardona w swojej głowie.
Co się stało? – spytała.
Zardon nie odpowiedział tylko przesłał jej obraz myślowy. Rozpoznała w nim moment, kiedy zaczęła przegrywać pojedynek z demonem, kiedy masa energii zbliżała się do niej a ona zasłabła. W ostatnim momencie dawkę swojej energii wysłał Zardon i demona uderzony mocą smoka, swoją i Zariby bezsilny zaczął spadać w dół, w objęcia śmierci.##edit_byatak 2006-05-26 00:32:37##ed_end##