Krwawe Dzienniki Kaprala Hrusa
Ta wojna nie miała żadnego sensu. Tylko ludzka, podkreślam LUDZKA głupota doprowadziła do jej wybuchu. Nie krasnale, nie orkowie, nawet nie trolle. To my! Znowu my! Ludzie – istoty o najbardziej spaczonych umysłach jakie chodzą po tym świecie.
Pewien mag, prawdopodobnie Zukur. Nawet nie wiem jak się dokładnie pisze jego imię. Zukűr czy Zǔkǔr, zresztą nigdy go nie widziałem i widzieć nie będę. Tylko widziałem jak swoją zachłannością zabił tysiące istnień. Pragnąc Piekielnego Kamienia, który wedle legendy dawał długowieczne życie, dopuścił się straszliwego czynu. Otworzył swoją mocą czeluście Piekielnych Jaskiń. Niech go Busuru pochłonie! Od początku wiedział! Wiedział, że przez nasz kraj przetoczą się wojny, że przeleje się niepotrzebnie potrzebna krew niewinnych istot.
Wiem. To niezbyt brzmi, ale to prawdziwe i autentyczne słowa spisane zaraz po wybuchu wojny. Wojny, która została nazwana głupią. Na cześć ludzkiej głupoty. A było to tak…
Dzień 3 czerwca roku 540, Firglir – miasteczko ognia, 90 km na płd. od stolicy
Pierwszego dnia po dotarciu tutaj usłyszałem następujące słowa: „I chociaż król nam zapłaci, to my pierwsi zapłacimy, zapłacimy życiem za gorącą śmierć”. Utkną mi one w pamięci na zawsze, do końca moich dni.
Po śniadaniu było zebranie. Sierżant Ooks opowiedział nam całą historię i przedstawił obecną sytuację możliwie jasno i klarownie. Dwa tygodnie temu Zǔkǔr – mag, o którym już wspomniałem, za zgodą synów króla: księcia Rotharda i księcia Gotharda otworzył Piekielne Jaskinie. Szukał w nich wszechpotężnego artefaktu – Piekielnego Kamienia. Ponoć ów Kamień dawał długie życie, przede wszystkim więc miał uratować starego i schorowanego, ale mądrego króla Esturiona. Władca ten przez pół wieku wspaniale rządził naszą ukochaną Rukorią. I dzięki kamieniowi miał rządzić kolejne tyle.
Teraz powiecie pewnie: co on wypisuje? Jaka ludzka głupota? Przecież to szlachetna misja, tu o życie króla i przyszłość ojczyzny chodziło.
Może i o życie, może nie… Ja też w to na początku wierzyłem, bo tak powiedział Zǔkǔr. Miała to być, jak się później okazało, niestety tylko przykrywka do czegoś, czego zamek królewski najmniej albo w ogóle się nie spodziewał.
A więc dwa tygodnie temu Zǔkǔr pewny swojej czarodziejskiej mocy ognia otworzył czeluście Jaskiń. Stał teraz na straży pomiędzy ognistymi podziemiami, z których dął istny żar, a naszym światem czekającym w niepewności na koleje losu. Zǔkǔr wiedział, że teraz wystarczy odnaleźć tylko Kamień, a świat będzie jego. Tak więc stał u wejścia do Jaskiń dwa dni i dwie noce. Z podniesionymi rękoma szeptał niezrozumiałe zaklęcia. Przenikał i penetrował umysłem najdalsze zakamarki Piekieł w poszukiwaniu artefaktu. Aż pod koniec drugiej nocy na twarzy maga malował się triumfalny uśmiech – znalazł go!
- Sierżancie Ooks i co było dalej? – zapytałem z ogromną ciekawością.
- Dalej było gorzej, znacznie gorzej.
Przygotowując się do zejścia w głąb Jaskiń, usłyszał nagle straszliwe jęki. Uśmiech spełzł w jednej chwili z jego twarzy. Wiedział co za stworzenie je wydaje, ale nie spodziewał się go tutaj. Miał być przecież tylko legendą… Jęki powtarzały się, były coraz głośniejsze i częstsze. Mag postanowił czekać. Szaleniec w głębi ducha wiedział, że nie będzie miał szans. Mógł jeszcze zamknąć czeluście, ale nie zrobił tego. Pchała go żądza i pycha. I zapchała mu gardło, kiedy zobaczył co wypełzło powoli z ciemności. Był to Czisbazdu – strażnik Kamienia.
Ooks coraz żywiej przekazywał okropną wieść. Zerkając po kolei na innych zebranych równych mi stopniem, ze swoimi uczuciami nie czułem się sam. Z ich twarzy dało się wyczytać oprócz skupienia to, co i mnie leżało na sercu – strach, a jednocześnie gniew. Wielki gniew.
Z relacji nielicznych świadków wynikało, że poczwara była podobna do wielkiego pająka. Była cała czarna i mierzyła około pięć metrów wysokości. Pełzła na czterech owłosionych kończynach, a piątą miała skierowaną ku górze. Trzymała w niej to, czego pożądał Zǔkǔr. Jej czerwone, płonące oczy skierowane były wprost na maga. Sytuacja wymykała się spod kontroli.
Przerażony Zǔkǔr klęknął. Cały drżąc uderzył laską w ziemię. Wokół niego powstała błękitna, przezroczysta kopuła. Krzyknął coś, jakby „Luzuzau Czisbazdu kurozo figo!” I w tym momencie z czubka jego laski popłynął strumień zielonego światła. Uderzył prosto w płonący Piekielny Kamień, towarzyszył temu ogromny huk. Jednak potwór nawet nie drgnął. Zatrzymawszy się dziesięć metrów od maga syknął i wydał przeraźliwy jęk. Z jego Kamienia błysło czerwonym, gorącym strumieniem, który przeważył zaklęcie Zǔkǔra. Mag leżąc już prawie na ziemi darł się w niebo głosy, skręcał z bólu, wił po ziemi niczym robak.
Nagle, niepanując już nad swoją mocą rozsadziło Zǔkǔra na strzępy. Ci, którzy to widzieli mówili tylko o rozbłysku światła, a potem o zupełnych ciemnościach, jakie nastały na kolejny kwadrans, i które towarzyszyły im w dłużącej się ucieczce do najbliższych zabudowań. Taki był los człowieka, wielkiego czarodzieja, zgubionego przez samego siebie.
W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. Sierżant Ooks wstał od stołu i usiadł w ciemnym kącie na krześle pod ścianą.
- Wrota do piekieł otwarte… ha! – powiedział z ironicznym uśmiechem Liju, mój kolega z corocznych wojskowych zgrupowań.
- A co z tym pająkiem? Czisbazdu, tak? – zapytał inny kapral, który ćmił fajkę i puszczał dymne koła.
- Z tego, co wiem od tego zdarzenia cały czas stoi w miejscu śmierci Zǔkǔra… i jęczy. – odrzekł Ooks.
- Głupiec, cholerny głupiec! Na pewno wiedział, że w tych jaskiniach to coś żyje! – krzyknął Juskus, brat Ooksa. Popatrzał na brata, ten na niego. Po czym oboje wstali i zaczęli się przechadzać po komnacie.
- Zatem co będzie? – zapytałem. – Co będzie z królem, co z tym Kamieniem, a wreszcie co z wrotami? Przecież tam może czaić się więcej tego paskudztwa. Stamtąd niebezpiecznie blisko do stolicy, a co dopiero do Firglir!
- A jak myślisz Hrus? – zadał pytanie dotychczas niewidoczny i nie zabierający głosu starzec. Ubrany był w długi, brązowy płaszcz z kapturem zarzuconym na głowę i przysłuchiwał się, jakby trochę na uboczu całej rozmowie. – Myślisz, że Czisbazdu, opiekun Kamienia, wysłannik wielkiego demona Naro odpuści ludziom? Nie, mój drogi… - ciągnął bardzo spokojnie. – To, że teraz stoi przy wejściu oznacza tyle, że będziemy mieć duże kłopoty.
Skąd znał moje imię?
- Nie powiedziałem wam o wszystkim. – rzucił Ooks. – Wszystkie wioski w promieniu pięciu kilometrów od Jaskiń stoją w płomieniach. Zamek królewski dowiedział się o tym przed wczoraj. Dlatego wezwał nas tu generał.
Nagle wszyscy, z wyjątkiem starca wstali. W sali zapanowało poruszenie. Dowódcy przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Panował totalny zgiełk. W tym hałasie wyłowiłem ciche słowa starca.
- Mówiłem, że będziemy mieć duże kłopoty?
Zaintrygowany, podszedłem do niego. Mówił o sobie i o Czisbazdu. Tyle, że ta „gorąca” tragedia, jak ją nazwał, miała miejsce ćwierć wieku temu.
- Cisza!!! – ryknął Ooks. – Myślicie, że sprawa sama się załatwi? Krąg płonących wiosek powiększa się z dnia na dzień, tak jak z dnia na dzień rośnie armia piekielnych demonów, które na jęki Czisbazdu wypełzają hordami na powierzchnię. W każdy bądź razie na wieczór zapowiadam kolejne zebranie i przeliczenie oddziałów jakimi dysponujecie.
I zatrzaskując za sobą drzwi wyszedł.
Odwróciłem się. Chciałem, żeby starzec dokończył swoją historię. Jednak Jego już nie było. Były za to kłopoty i to duże.
Dzień 4 czerwca, poza murami miasta
Wczoraj wieczorem okazało się, że dysponujemy armią ledwo co przekraczającą siedem tysięcy żołnierzy. Należało jak najszybciej interweniować, bronić ojczyzny. W sztabie dowodzenia dostałem nowe rozkazy – szybciej. Piekielne Jaskinie leżały stąd dobre pięćdziesiąt kilometrów. I chociaż byliśmy armią doborową, walczącą w elitarnych sztandarach Królewskiego Złotego Smoka, to przemarsz tylu żołnierzy zająłby góra trzy dni. Musieliśmy też czekać przynajmniej dwa dni na zwinięcie obozu, sformowanie szyków i wymarsz. Kolejne trzy na dotarcie do miejsca, a więc pod koniec jeszcze tego tygodnia doszłoby do ewentualnego starcia.
Bałem się, bałem się bo coś mi mówiło, że to moje ostatnie dni… że zginę… w walce o coś, czego tak naprawdę nie rozumiałem. To było najgorsze. Pragnąłem wtedy aby pojawił się koło mnie ten tajemniczy starzec. Aby wytłumaczył mi wszystko, czego nie pojmowałem. Widziałem go pierwszy raz jednak kojarzył mi się z taką oazą dobroci, emanowało od niego ogromne ciepło, które powoli zanikało w moim sercu.
- Zatem czego nie rozumiesz? – usłyszałem cichy i chrapliwy głos za plecami. Odwróciłem się momentalnie. Stał w tym samym brązowym płaszczu, a laska, którą się podpierał unosiła się parę centymetrów nad ziemią.
- Skąd znasz moje imię?
- Znam chłopcze imiona ludzi, których widzę. – rzekł cicho i z uśmiechem.
- Ach tak! Magia to tajemnicza siła… - odparłem.
- Owszem tajemnicza, a zarazem potężna. I dlatego tutaj jesteśmy. Właśnie przez magię.
Starzec zamknął oczy i wtem laska ustawiła się w poziomie na wysokości rąk.
- Oprzyj się razem ze mną. – powiedział jeszcze ciszej. Nazywam się Levvier i przybyłem wam pomóc, a osobiście pomścić ojca.
Gawędziliśmy tak oparci o jego laskę prawie dwie godziny. Opowiedział mi o tym, jak jakieś dwadzieścia pięć lat temu pewien chciwy czarnoksiężnik otworzył te same Piekielne Jaskinie i szukał tego samego kamienia, zwanego inaczej Kamieniem Szatana. Wówczas Levvier był już magiem, ale nie na tyle silnym by móc stawić czoła strażnikowi. Na pomoc wezwał król jego ojca – maga Mevviera. Levvier pragnął pomóc ojcu, ale on zabronił mu tego. Przed odejściem powiedział tylko „żegnaj”
W długiej i niezwykle zaciętej walce, przy pomocy żołnierzy, Mevvier zwyciężył Czisbazdu. Niestety on sam też zginął. Poświęcił się, a właściwie swoją duszę by zagnać strażnika z powrotem do piekła. Teraz jego syn Levvier musiał pomścić ojca i zabić Czisbazdu.
- Chłopcze, nie bój się. Walczysz o dobro, nie o zło. Nawet jeśli zginiesz… to będzie to chwalebna śmierć. Najlepsza dla żołnierza. Powiadam Ci – Walcz! Walcz by zwyciężyć! – krzyknął mi do ucha.
Te słowa wywarły mnie z zadumy, w której trwałem od dłuższego czasu. Niewątpliwie podniosły mnie na duchu. Czułem się znacznie lepiej. Nie wiem dlaczego, ale miałem wrażenie, że znam tego człowieka od wielu lat i że jesteśmy wielkimi przyjaciółmi.
- Spotkamy się niedługo. – rzekł cicho i rozpłynął się w powietrzu, a laska unosiła się i świeciła tak długo, dopóki nie odszedłem. Wróciłem do swoich podkomendnych, przekazałem rozkazy i sięgnąłem po pióro w nastroju harmonii, który jeszcze tego samego ranka był nijaki.
Dzień 5 czerwca, po północy, jeszcze miasto…
Armia była już prawie gotowa do wymarszu. Generałem był Siwy Mike. Wbrew jego przydomkowi nie był stary. Wręcz przeciwnie. Młody, silny, ambitny, przewidujący i wyszkolony w duchu walki. Świetnie posługiwał się swoim „Słońcem” i brał udział w wielu kampaniach, a siwych włosów nabawił się w Białej Jaskini walcząc z Bielurami. Teraz to on dowodził wyprawą i sprawował nad nią pieczę. Na środku polany wygłosił przemówienie, przedstawił plan i obiecał zwycięstwo. Mówił to z wielkim przekonaniem. Na twarzach wojów widziałem uśmiechy. Ja osobiście powstrzymałem się od tego, ale też zbytnio nie przejmowałem. Trwałem w harmonii pomiędzy.
Tej jeszcze nocy doszły nas słuchy o kolejnych płonących wioskach. Robiło się gorąco. Czekać nie było co. Ponaglano wymarsz i wreszcie godzinę po północy wzdłuż murów ciągnęły się jeden za drugim rzędy żołnierzy. Ustawiona w szyku królewska armia wyglądała okazale. Co piąty trzymał w ręku pochodnie. Płomienie odbijały się w srebrnych zbrojach. Sztandary z godłem Królewskiego Złotego Smoka powiewały na początku i na końcu korowodu. Lada chwila mieliśmy ruszyć. Ja, Liju, Dymny Sew, Juskus, Ruki i Krater mieliśmy nad sobą sierżanta Ooksa. Tworzyliśmy trzon lewego skrzydła, prawe należało do Gelliona. Centrum miał nie kto inny, jak Siwy Mike.
Dochodziła pierwsza. Nagle odezwały się rogi. Ujrzeliśmy Słońce generała i ruszyliśmy. My dowódcy jechaliśmy na koniach. Na polanie zadudniło od kopyt. Grały bębny, a żołnierze podśpiewywali „Czarnego rumaka”. W powietrzu czuć było rozluźnioną atmosferę. Ja również nie starałem się myśleć o tym co będzie. Mój koń – Kirys parskał raźno, a ja oglądałem gwiazdy na niebie. Były takie złociste…
- Hej, Hrus! – zawołał do mnie Liju. – Widzisz tę pustułkę nisko nad nami?
I rzeczywiście ptak zataczał kręgi, zdawało się, że leci tam, gdzie my. Przyćmiewał te złociste gwiazdy.
- Hej, Hrus! – zawołał po raz kolejny. – Co masz taką minę? Nie przejmuj się! Może nawet nie będziemy musieli walczyć… - i odjechał na sam przód.