Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Kukiełkowy Dąb

nieja ·

Cz.1.


Złodziej rozejrzał się po pierwszej komnacie grobowca. Stare wytarte gobeliny zdobiły dwie z czterech równych ścian, pozostałe dwie były puste, chociaż można było zauważyć, że kiedyś i tutaj wisiały tkane ozdoby. Za jednym z „nieobecnych” już gobelinów ukryte były drzwi, na środku niewielkiej komnaty znajdował się ołtarz poświęcony „Mrocznemu” – bóstwie zmarłych. Na podłodze walały się jakieś śmieci, kawałki rozsypującego się ołtarza i tynk który odpadł z sufitu. Ślepiec skierował swoje kroki do ukrytych drzwi. Starając się niczego nie poruszyć obejrzał zamek i tak jak podejrzewał, stwierdził, że ktoś go już wcześniej otwierał. Zdziwiło go natomiast to, że musiano to zrobić całkiem niedawno. Według informacji których zaczerpnął w pobliskim miasteczku, nikt się tutaj nie zapuszczał od dwóch dziesięcioleci. Chodziły słuchy, że delikatnie mówiąc, „coś jest nie tak” z grobowcem rodu Forundo. Czy to przez pewne powiązania założyciela rodu z mroczną odmianą sztuk magicznych, czy też przez liczne, przesycone krwią waśnie rodzinne, nikt nie wiedział. Pewnym jednak było, iż coś złego siedziało w tej rodzinie i nie chciało się odczepić. Z tego też powodu okoliczni mieszkańcy z ulgą, wręcz przyjemnością pochowali ostatniego przedstawiciela rodu, Williama, wraz ze wszystkimi „tajemniczymi” w ich mniemaniu przedmiotami które miały służyć do kontaktu z ”demonicznymi” siłami. Nikt nie dociekał czy naprawdę ród Forundo zajmował się nekromancją, czy wisiało nad nim fatum. Ślepca to nie interesowało. Otrzymał zlecenie. Miał odnaleźć pewien przedmiot, mały kryształ wkomponowany w srebrną gwiazdę pięcioramienną. Wszystko nie było większe od otwartej dłoni dorosłego człowieka. Otrzymał on dokładny szkic i informacje o tym gdzie może znaleźć kryształ.

Przyjrzał się jeszcze zamkowi oraz miejscu w którym drzwi łączyły się z murem i dostrzegł coś co przeoczył na początku. Drzwi zostały ponownie zamknięte, mało tego, zamek został jeszcze raz zatrzaśnięty. Ślepiec wyjął z plecaka swoje narzędzia pracy, jak zwykł nazywać sondę i wytrych. Następnie wpuścił do zamka sondę, po chwili upewnił się że zamek nie jest zabezpieczony pułapką więc zabrał się za niego wytrychem. Chwile trwało nim dał sobie radę i kiedy wreszcie zamek puścił Ślepiec odetchnął z ulgą. Najgorszym było kiedy wytrych łamał się w zamku. Wtedy dopiero zaczynała się gimnastyka by wyciągnąć kawałki narzędzia. Ślepiec zazwyczaj dawał sobie spokój z takimi zamkami, chyba że chroniły coś naprawdę cennego. Delikatnie pchnął drzwi, które ustąpiły pod naporem, jednak z zawiasów dało się słyszeć ciche skrzypnięcie. Z korytarza który się przed nim otworzył powiało chłodem, zapach stęchlizny mieszał się ze smrodem szczyn szczurów i jeszcze czymś, czego ludzki nos nie był w stanie złowić.

Łotrzyk wyjął „krzeszące gałązki” i zadryskę z garbowanej skóry pokrytej siarką. Jedną z gałązek przeciągnął mocno po zadrysce i zajęła się ona ogniem.

Krzeszące gałązki robiły ostatnio karierę na całym Wybrzeżu, ich twórcą był pewien gnom wynalazca, któremu nie chciało się rozpalać ognia bardziej tradycyjnymi metodami. Fakt faktem, jego wynalazek rozpowszechnił się błyskawicznie, przynosząc wspomnianemu gnomowi olbrzymią fortunę.

Ślepiec przyłożył ogień do najbliższej ściennej pochodni, która szybko zajęła się ogniem. Kolejne zaskoczenie. Coraz bardziej zaczynał wątpić w sens tego zlecenia. Drzwi otwarte już wcześniej – w porządku ale zamknięte z powrotem i to na klucz? To nie było normalne, zwykli wiejscy szabrownicy plądrujący groby uciekali z kosztownościami w popłochu nie myśląc o zamykaniu za sobą drzwi. W ogóle nie myśląc. Dotarł już do końca korytarza. Przejście było zwieńczone lekkim łukiem za którym otwierała się przestronna sala. Pomieszczenie miało kształt deltoidu, było dobrze oświetlone, chociaż nie wiadomo skąd brało się owe światło bowiem nie dostrzegł tutaj żadnych zapalonych pochodni. Łotrzyk nie wierzył żeby aż tyle światła dawały cztery małe otwory w rogach sali. Jeśli to tajemnicze światło niezbyt go ucieszyło, to tym bardziej humor całkowicie popsuła mu podłoga, a w zasadzie to co było na niej misternie namalowane. Pentagram.

„To nie jest mój dzień” – pomyślał Ślepiec – „Za cholerę”

W centrum pentagramu znajdował się ołtarz, prostokątny z symetrycznie wypuszczonymi w rogach czterema ostrymi kolcami. W środku zalegało trochę starego popiołu, przynajmniej ślepiec miał taką nadzieję. Rozejrzał się po sali, ścianę zdobiły pożółkłe arrasy, sufit miał kształt kopuły. Wszędzie gdzie było, chociaż trochę miejsca, ktoś wymalował purpurową farbą skomplikowane wzory i litery alfabetu szóstej sfery. Każdy z arrasów przedstawiał jednego z władców niematerialnych. Gheleor, Rashan, Kafher, Kerlmon. Ślepca przeszły ciarki, gdy pomyślał sobie jak muszą wyglądać w rzeczywistości. Nawet, jeśli obrazy całkowicie nie oddawały ich natury to i tak wystarczyły żeby wzbudzić w nim strach. Nie, nie był tchórzem. Z regóły jednak wiedział że tam gdzie zaczyna się magia, konczą się szanse zwyklych śmiertelnikow.

Z sali prowadziły cztery wyjścia. Ślepiec od razu stwierdził, że zachodni korytarz jest zniszczony. Nie był wart jego uwagi, skierował swoje kroki w stronę południowego wyjścia. Przechodząc pod wysokim, łukowatym sklepieniem poczuł, że temperatura jest tutaj dużo niższa od tej w pozostałych korytarzach. Powietrze z jego ust zmieniało się w parę. Szczelniej owinął się peleryną którą nosił na lekkiej skórzanej zbroi. Była już późna jesień i tylko patrzeć jak lada dzień miał spaść śnieg.

„By to cholera!” – zaklął w myśli – „Tylko ja jestem na tyle głupi żeby włóczyć się po jakichś zabździałych grobowcach, szukjąc nie wiadomo czego, zamiast zaszyć się w Sashar w jakimś przytulnym burdelu i czekać na wiosnę. Pieprzone życie!”

Mówiąc to Ślepiec nie przewidział, że jednak życie nie może być aż tak popieprzone na jakie wygląda, a przynajmniej on ceni je trochę bardziej niż uważa. Stawiając bowiem następny krok, pogrążony w swych filozoficznych wywodach, nie poczuł lekkiej zmiany w maleńkiej płytce, nie usłyszał też szczęknięcia mechanizmu i na prawdę z trudem zorientował się że coś jest nie tak, właściwie to wówczas kiedy dostrzegł błyskawicznie zbliżający się sznur ognia zdołał tylko zasłonić twarz rękoma i paść na ziemie. Zetknięcie z lepką podłogą nie należało do najprzyjemniejszych ale nie miał czasu na rozważanie kwestii z tym związanych, przetoczył się do tyłu, zrzucił z pleców pelerynę i zaczął po niej skakać. Tym razem w myślach przeklinał swoją głupotę i nieuwagę. Z ciepłego odzienia zostala tylko wymięta szmata ale po chwili konsternacji Ślepiec doszedł do wniosku, że lepiej wyglądać jak smolarz niż przemarznąć. Dopiero teraz zaczął przyglądać się pułapce. Płytka powodowała otworzenie się czterech zapadek. Trzy z nich znajdowały się na lewej ścianie korytarza, pomiędzy jakimis posągami, a czwarta daleko w przodzie, nie widział jej ale za to co kilka sekund buchał z niej kilkumetrowy ogień. Przyjrzał się posągom. Było ich łącznie osiem. Miały one około dwóch metrów wysokości, każdy z nich opierał ręce na dwóręcznym mieczu zwroconym ostrzem do dołu. Ich postacie były typowo ludzkie natomiast glowy miały formę głów dziwacznych ptaków. Skrzyżowanie kruka, z sokołem. Swymi ptasimi oczami spoglądały na pojawiający się co kilka sekund ogień i sprawiały raczej upiorne wrażenie. Ślepiec oderwał od nich wzrok i zaczął rozglądać się za mechanizmem unieruchomiającym pułapkę. Najpierw obejrzał sobie dokładniej płytkę ale stwierdził, że służyła tylko do naciskania, co uparcie kilkakrotnie powtórzył próbując usłyszeć gdzie następuje szczęk pozostałych części. Po dłuższej chwili doszedł do wniosku że to jednak bez sensu i jeśli ogień wydostaje się z lewej strony, to gaz który był spalany, jak podejrzewał, musiał się znajdować za ową ścianą. Wycofał się aż do miejca gdzie korytarz ulegał załamaniu i przez łukowate przejście widać było główną salę. Nic, żadnej poruszonej cegły, nawet zaprawa tutaj jeszcze trzymała.

„Na wszystkie diabły, czy w tym zasranym państwie jest chociaż jakiś jeden kamieniarz który potrafiłby chociaż raz spieprzyć robotę?!”- zaczął się pieklić – „Brayland, najlepsi budowniczowie, najlepsi rzemieślnicy, najlepsze krasnoludzkie piwo” – przypomniał sobie, że przy każdym głównym trakcie po przekroczeniu granicy można było przeczytać ten, jak i inne podobne do owego napisy – „Taaa, najbrzydsze dziwki, najwyższe podatki i najgłupsi wieśniacy na całym Wybrzerzu” – dokończył w myślach, co trochę poprawilo mu chumor.

Wyjął cieńki sztylet i powrócił do badania ściany. Zaprawa łącząca kamienie była, jak przewidział, twarda i nie chciała ustąpić. W końcu zdesperowany zaczął dźgać sztyletem na ślepo co wyglądało tak jakby tłukł się ze ścianą.

„Kurwaaaa..!!!” – krzyknął – „Ty pieprzona ściano, brudna dupo mojej dawnej Laris, ty pełen gówna rynsztoku z Shar, niech cię szlag tr...”- momentalnie przerwał potok klątw i złorzeczeń, kiedy sztylet zaklinował się pomiędzy kamieniami. „Świeża zaprawa, najwyżej jednodniowa” – przemknęło mu przez głowę.

Zaczął dłubać ostrzem i mozolnie wykruszać kawałki fugi.

- Na święte cycki, świętej Moniki – mruknął pod nosem – Nareszcie.

Po kilku minutach wepchnął kamień do środka ukrytego pomieszczenia. Powiało stamtąd jeszcze gorszym odorem niż ten po jego stronie. Ślepiec nie przerwał pracy, ale jeszcze zwiększył tempo, po godzinie rozebrał ścianę na, tyle że mógł przez nią bez większych przeszkód przejść, co też nie namyślając się uczynił. Pochodnia dawała nikłe światło na obraz całego pomieszczenia, ale wystarczyła żeby stwierdzić, iż z całego skarbca „Gówno zostało” – odpowiedział sobie w myślach.

I wtedy to usłyszał. Jęk, jeden, po chwili drugi i kolejny. Coś poruszało się w końcu sali. Coś podnosiło się z podłogi. Powoli zbliżało się do niego. Ślepiec delikatnie położył pochodnię na ziemi, cofnął się o kilka kroków i wyciągnął dwa krótkie miecze, które nosił przypięte do wysokich butów. Miał nadzieję, że to, co myśli, że właśnie się zbliża jest tylko pojedynczym, zabłąkanym „osobnikiem”, bo jeśli będzie ich więcej... Wolał jeszcze o tym nie myśleć. Widział już zarys postaci. Na oko, jak z tej odległości mógł ocenić mierzyła mniej więcej sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Szła ostrożnie stawiając kroki, w sumie raczej „szurając” stopami po ziemi, zawahała się. Tylko na chwilę. Potem przesunęła się jeszcze o kilka kroków. Ślepiec przygotował się do natychmiastowego ataku, ale postać zatrzymała się tuż przed pochodnią.

Długie włosy były brudne i posklejane, poprzetykane już nitkami siwizny. Na twarzy miał pełno zadrapań, widać było jeszcze ślady opuchlizny, która nie zdążyła zejść. Knebel na ustach, brudna szmata, uniemożliwiał mężczyźnie wypowiedzenie, chociaż słowa. I oczy. Zimne, zrezygnowane, koloru słońca, w świetle pochodni zdradzały swój ogień, teraz jak gdyby lekko przygasły. Mężczyzna był szczupłej, choć nie wychudzonej budowy, miał na sobie skórzane buty i z tegoż materiału spodnie. Na piersi ledwo trzymała mu się potargana koszula, która dawno już straciła swój biały kolor. Ręce trzymał za plecami, co nasuwało myśl, że były skrępowane, nogi miał związane w kostkach. Obcy zachwiał się, spojrzał na Ślepca. Ten nie wykonał żadnego ruchu. Zaległa nieznośna cisza.

Ślepiec myślał gorączkowo – „Więzień, zamurowany żywcem, ale dlaczego?”

Coś w środku mówiło mu, że jednak nie powinien nic robić.

„To nie twoja sprawa” - podpowiadał głos w środku. Tymczasem obcy zachwiał się znowu i opadł na podłogę obok pochodni.

- Pokaż ręce – powiedział Ślepiec, obcy spokojnie wykonał polecenie, widać było, że są mocno związane – Dobra.

Ślepiec podszedł do nieznajomego, nie schował jednak broni. Ostrożnie przeciął knebel i usiadł na przeciw mężczyzny.

- Mów.

Więzień popatrzył na niego i cicho wyjęczał tylko słowa:

- Woda. Daj mi wody. Proszę.

Ślepiec trzymając w jednej ręce manierkę, a w drugiej miecz napoił nieznajomego. Trwało to dłuższą chwilę, bowiem uwięziony, co chwila się dławił. Kiedy już zaspokoił pragnienie, oparł się o ścianę i popatrzył na swojego wyzwoliciela.

- Przypuszczam, że nie znalazłeś się tutaj specjalnie po to żeby mnie ratować? Prawda? No cóż, zresztą któż by wiedział, że tutaj siedzę. Chyba tylko moi, hmm – zamyślił się – przyjaciele.

Patrzył w ogień, Łotrzyk dostrzegł, iż marszczy czoło starając się zebrać myśli, po chwili zaczął opowiadać dalej:

- Dobrze postąpiłeś nie tnąc mych więzów od razu, w końcu nigdy nie wiadomo czy napotkany przez ciebie osobnik w tych jakże nie sprzyjających okolicznościach nie jest przypadkiem jakimś...magiem tudzież uzdolnionym, który posługuje się mocą. Nie martw się nawet, jeśli to potrafię, nie zamierzam nic robić, nie wadzisz mi, a nawet pomagasz. Przeto proszę cię jeszcze o małą przysługę. Czy nie mógłbyś nieco poluzować tego sznura, którym związano moje ręce, jeszcze trochę a nie będę mógł utrzymać nawet dzbanka z winem.

Nieznajomy uśmiechał się i nawet, kiedy Ślepiec dał mu odpowiedź ironiczny uśmiech nie zniknął z jego ust.

- Słuchaj człowieku! Wyobraź sobie, że niezwykłym ratować księżniczek z wieży, lub podejrzanych osobników ze starych grobowców tylko, dlatego, że mówią „och, jestem niegroźny, nie bój się, uratuj mnie” – tutaj sparodiował nieudolnie głos owych księżniczek – Może, więc zaczniemy od tego, kim jesteś i co tutaj robisz?

- W sumie to samo pytanie można zadać tobie „mój wybawco”. – Nieznajomy sparodiował Ślepca – Dobra – kontynuował – przejdźmy do rzeczy. Powiedzmy, że jeszcze kilka miesięcy temu ucieszyłbyś się z naszego spotkania jeszcze mniej niż dzisiaj. Do niedawna znany byłem jako członek Bractwa Białego Kruka. Akademię skończyłem siedem lat temu, wtedy też otrzymałem pierwsze święcenia kapłańskie, rangę Brata – akolity oraz miecz. Od tamtego dnia, kiedy ukończyłem Akademię, wdziałem na swą głowę hełm z białym piórem świętego ptaka z wyżyny Dhaar. Przez cały ten okres nikt nie widział mojej twarzy aż do chwili, kiedy zostałem pojmany w trakcie snu, ogłuszony i pozostawiony w tym śmierdzącym miejscu. W państwach Republiki Wybrzeża znany byłem jako Łazarz. Moje prawdziwe imię brzmi jednak Salufein.

Usta Łotrzyka otworzyly się chyba najszerzej jak tylko mogły, a jego twarz wyglądała naprawdę głupkowato wyrażając bezkresne zdziwienie. Oczy mówiły:

- Czy to możliwe...? – Ślepiec nie mógł uwierzyć w historię nieznajomego, a jednocześnie „Do jasnej cholery! Przecież to niewiarygodne!” Wyrażały też coś więcej...strach i... Podziw.

- A czy to jest ważne? Spójrz na moje ręce, nie wierzysz, że jestem tym, za kogo się podaję? Pamiętasz, o czym mówią ludzie? Tatuaże, na przedramieniu.

Ślepiec ostrożnie zbliżył się do więźnia, Salufein ułatwił mu zadanie odwracając się w stronę światła pochodni. Wtedy ślepiec zobaczył, na całej wewnętrznej stronie przedramienia, od nadgarstków ku łokciom ciągnęły się po dwa czarne pasy na ręce.

- Przeklęty Łazarz... – Wyszeptał ślepiec, zacisnął pięści – wielu ludzi straciło przez ciebie życie, kilkoro z nich znałem lepiej niż dobrze. Teraz mam taką szansę.. – Urwał w pół zdania.

- Zabić mnie? To chciałeś powiedzieć? Pozwól, że nim chwycisz za miecz ja opowiem ci część mojej historii. Zostawmy moje „działania”, reputacja mnie wyprzedzała.

- Ale jak możesz być Bratem skoro należysz do Sharghwield.

- Nie jestem mrocznym elfem. Chociaż na pierwszy rzut oka mogę tak wyglądać, mylące są okoliczności i światło. Nie znałem rodziców, ale podejrzewam, że w krwi, chociaż jednego z nich była spora część natury mrocznych elfów. Odziedziczyłem tylko kilka cech po swoich przodkach. Przede wszystkim elementy wyglądu.

- Ale przecież do Bractwa przyjmują tylko przedstawicieli ras czystej krwi – przerwał Ślepiec – Nie wpuściliby cię nawet za bramy akademii.

- Faktycznie, starzy mistrzowie mieli spory dylemat. Jednak coś ich przekonało – Łazarz zamyślił się – Pieprzone Dziadygi! – Westchnął - Nie, nie była to litość nad samotnym bękartem, mdlejącym z wyczerpania pod murami Marilion. Mistrzowie odkryli coś innego. Moc, nieujarzmioną, silne źródło, ogromny potencjał drzemiący w słabym dziecku. Przygarnęli mnie, stałem się narzędziem w rękach Bractwa. Tutaj pojawia się sprawa żywiołów. Musisz wiedzieć, że na świecie wyróżniamy oprócz czterech podstawowych jeszcze cztery żywioły. Pierwsze znają ludzie „Niewrażliwi”, nazywani tak z powodu braku więzi z jakimkolwiek rodzajem magii lub żywiołów. Pozostałe cztery zostały odkryte przez pradawnych magów. Chociaż noszą miano „żywiołów” nie mieszczą się w definicji tego słowa. Są wszystkim i niczym. Niewidzialne, widzialne, metafizyczne. Magowie, kapłani, czarownicy, wiedźmy, Bracia. Wszyscy praktycznie równo obdarzeni Talentem. Każda gildia, każdy cech nakłada na swoich członków jakieś ograniczenia, kształtuje poczucie odpowiedzialności, szkoli w prawym używaniu Talentu, działaniu na rzecz innych.

Zrobił pauzę, spojrzał na bukłak z wodą, Ślepiec jeszcze raz napoił Łazarza, ten podziękował skinieniem głowy i wrócił do opowieści.

- Jak mówiłem jest osiem żywiołów: ziemia, ogień, woda, powietrze. Dwa powiązane z istotami ożywionymi, śmierć i życie – przede wszystkim domeny kapłanów, oraz ostatnie dwa brane pod uwagę, siła umysłu i zdolność kształtowania materii. Wszystkie dzielą się na różne rodzaje i szkoły. Każdy obdarzony talentem posiada pewną władzę nad jednym z nich. Szczególnie uzdolnieni nad dwoma, ale wyobraź sobie reakcję Mistrzów, kiedy odkryli że sierota którą znaleźli w wieku jedenastu lat posługuje się już sprawnie trzema? Owszem nie tylko ja to umiem, ale uczeni potrzebują na to lata ćwiczeń. Telekineza – zdolność manipulowania przedmiotami na odległość i tak dalej. Od tego się zaczęło. Pewnego dnia na dziedziniec akademii zajechał wóz pełen jakichś tkanin. Nie wiem skąd przyszło mi nagle do głowy żeby wyobrazić sobie jak zabawnie byłoby gdybym mógł go podnieść. Najpierw uniosłem dłoń, po chwili przesunąłem nią w prawo, faktycznie, zabawne było to, że wóz zaczął podążać w ślad za moją ręką. Mniej zabawną okazała się reakcja mędrców, którzy widząc cała sytuację, a zwłaszcza zrozpaczone konie machające nogami w powietrzu, wspólnie nałożyli na mnie zaklęcie unieruchamiające, poczym spokojnie zasnąłem. Obudziło mnie światło słoneczne wpadające przez okno w mojej komnacie. Na szyi miałem dziwną obręcz. Powiedziano mi później, że Rada postanowiła ograniczyć potencjał mocy drzemiący we mnie. Moc była nieujarzmiona i mogłem zaszkodzić wszystkim, z którymi miałem styczność. Nasycona magią, złota obroża spisywała się świetnie, aż do niedawna. Ktoś wydal na mnie wyrok, chciałbym wierzyć, że to jedna z osób stojących po przeciwnej stronie... – Po raz kolejny zawiesił głos, dumał nad czymś – Zresztą teraz to nie ważne. Źle zrobił wynajmując tych płatnych morderców. Głupcy, przesądni i chciwi. Nie zabili mnie bezpośrednio własnymi rękami, bo bali się klątwy. Pozostawili na powolną śmierć. Źle zrobili zabierając złotą obrożę. Chciwość potrafi tak łatwo zaślepić umysł. Nieświadomie, pomogli mi. Zrobili to z własnej woli i byli Niewrażliwymi, tylko taka osoba mogła to uczynić. Ale dość już tej rzewnej opowieści. Za dużo trzeba by gadać. W skrócie, musiałem zostać zdradzony. Nie jestem już Bratem. Teraz proszę, jeśli można chciałbym poznać twoje imię.

Łazarz patrzył na Ślepca swoimi smutnymi oczami, można powiedzieć, że wpatrywał się w niego jak gdyby szukając jakiegoś punktu zaczepienia, zastanawiając się czy widział kiedyś tego człowieka. Ślepiec niemal poczuł się niezręcznie, odchrząknął i odparł:

- Zaiste, historia twoja jest, co najmniej niezwykła. Teraz tylko nie wiem czy mam Ci zaufać i w nią uwierzyć? Dlaczego w ogóle to opowiadasz? Jesteś Łazarz, ręka sprawiedliwości, ale czyjej? Bogatych, dostojników, polityków? Gdzie sprawiedliwość biednych, co nie mają nawet kawałka chleba, co ze sprawiedliwością dla tych, którzy umierają skazani za mruczenie pod nosem czegoś na temat możnowładcy? Margines, ludzie bez praw. Tak ich traktują, kto tutaj powinienem zmienić swoje imię na „Łazarz”, a kto na „Ślepiec”? Taki jest nasz świat. – Ślepiec patrzył w ogień – Zaiste, nazywają mnie „Ślepcem”, na przekór mojej naturze. Nie jestem mordercą, ani zwykłym rabusiem. Przyszedłem tutaj po coś konkretnego i mam zamiar to odnaleźć. Nie dalej jak dwie godziny temu miałem problem z sąsiednią komnatą i tak trafiłem tutaj.

- Ślepiec – Salufein patrzył z zainteresowaniem – Jeden z najlepszych poszukiwaczy artefaktów i wybitnie uzdolniony specjalista od, hm, „specjalnych zleceń”. Dla niektórych wręcz legenda, chociaż mało, kto widział go na własne oczy świadom tego, z kim rozmawia.

- Jestem Ślepiec, ty Łazarz, czy tam Salufein, niech tak zostanie. – Przerwał łotrzyk – Teraz natomiast została jeszcze jedna sprawa, twoich więzów. Aż tak bardzo ci nie ufam, chociaż jesteś dość przekonujący.

- W tej chwili nie masz już nic do stracenia.

- Jak to? – Ślepiec czuł, że powinien zacząć się martwić.

- Przejście się zamknęło. Tak jak i drzwi u góry. Jesteś uwięziony, jak ja.

Złodziej wziął pochodnię i obszedł całe pomieszczenie z nosem prawie przy ścianie.

- Na wszystkie brudne kurwy z Sashar, rzeczywiście! Ale przecież to niemożliwe, wyrąbałem w tej ścianie dziurę wielkości małego cielaka! – Spojrzał podejrzliwie na Łazarza – Skąd wiedziałeś?

- Podsłuchałem rozmowę dwóch strażników, którzy opuścili grobowiec jako ostatni. Myśleli, że jestem nieprzytomny. Magia, najpewniej jakieś zaklęcie ochronne, cały grobowiec jest taki. Dlatego tak świetnie pełni swoją rolę. Teraz już nie uda się „rozebrać” ściany konwencjonalnymi metodami. Ale ja usłyszałem też coś bardziej korzystnego. Dla nas obojga.

- To znaczy?

- Przetnij sznur, co masz do stracenia? Nikt tu więcej nie przyjdzie, umrzemy powoli, ewentualnie zanudzając się opowieściami o swoich przygodach. Przetnij sznur.

Ślepiec toczył walkę pomiędzy rozsądkiem, a intuicją. Wahał się, chodził w kółko i mruczał do siebie. Jeszcze raz sprawdził wszystkie ściany, nie znalazł nic i zaklął. W końcu zwyciężył jednak zdrowy rozsądek i ostrożnie zbliżył się do związanego.

- Tylko nogi. Ręce są zbyt niebezpieczne. Nie próbuj żadnych sztuczek.

Przeciął sznur i tamten po krótkiej chwili przespacerował się po całej celi. Popatrzył na swojego wyzwoliciela i podszedł do miejsca gdzie niegdyś znajdowały się drzwi.

- Dobra, a teraz tylko... – Tutaj wyszeptał jakieś niezrozumiałe słowa i... Nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz. Bez skutku.

- Coś tu jest nie tak – powiedział do siebie.

- Cholera! Nie da się nie zauważyć. – Zadrwił złodziej – Masz jeszcze chwilę, a potem prosto w swój mały kącik i sznureczki na kosteczki.

- Cicho! – Niemal krzyknął Salufein.

Przyłożył ucho do ściany, którą badał.

- Sprawdź sam i powiedz, co słyszysz?

Ślepiec wykonał polecenie.

- Praktycznie nic. Jakieś szumy. Ale jako żem jest człek prosty i uchu memu obce są piękne melodie, przeto oddaję instrument w ręce mistrza. – Ukłonił się niemal do ziemi – Ach i przypominam o pozostałym czasie.

Salufein nie odpowiedział, popatrzył tylko na Ślepca, a jego mina wyrażała, co najmniej zdziwienie zachowaniem towarzysza niedoli. Potem mruknął coś pod nosem, co w wolnym tłumaczeniu można określić jako „błazen” i jeszcze raz przyłożył ucho do ściany.

- Te „szumy” – odezwał się w końcu – to silnie pulsujący ładunek magiczny skondensowany w kamieniu. Najprawdopodobniej to jakaś pułapka, co oznacza, że tutaj musi być też jakieś wyjście. Być może mógłbym spróbować tak na nią wpłynąć żeby sama się uruchomiła, przy małej dawce szczęścia powinno rozsadzić ukryte drzwi.

- Teraz ty tutaj rządzisz – skomentował Ślepiec.

- Cofnij się – odrzekł Łazarz.

Ślepiec stanął w najdalszym miejscu od ukrytych drzwi, natomiast Salufein pod ścianą naprzeciwko nich. Skierował całą swoją uwagę na kamieniu-pułapce. Powoli zamknął powieki, czuł zimną formę skalną, rysy po narzędziach kamieniarzy, krew na plecach niewolników noszących setki podobnych kamieni. Szukał czegoś innego. Oczyma wyobraźni dokładnie zbadał każdy punkt w skale i w końcu odnalazł to miejsce. Maleńkie pęknięcie prowadzące do środka. Jego myśl błyskawicznie pobiegła za tropem, trafił na ładunek i naparł na niego. Rozległ się ogłuszający wystrzał kawałki kamienia fruwały w powietrzu, jednak on zablokował im dostęp do siebie. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. W ścianie powstał wyłom wystarczająco duży, by mogli się stąd wydostać. Otworzył oczy, spojrzał przez dziurę poczym odwrócił się do Ślepca i powiedział:

- Bierz swoje rzeczy i chodźmy.

- Niech tak będzie, ale mam jedną małą prośbę, następnym razem postaraj się zrobić coś takiego trochę delikatniej. Dobrze?

Ale Łazarz już go nie słyszał. Wszedł do następnej komnaty, a tuż za nim pojawił się Ślepiec.

- A niech to! Przecież to jest pomieszczenie, do którego próbowałem się tamtędy dostać. – Wskazał na korytarz z posągami.

Rozejrzeli się po komnacie. Na środku stał podstarzały już sarkofag, najprawdopodobniej należący do budowniczego grobowca. Na przeciw niego, pod ścianą umieszczony był jeszcze jeden, widać było, że ktoś postawił go tutaj później. Natomiast przy obu bocznych ścianach stało coś, co kształtem przypominało kamienne regały. Na każdej z półek wchodzących w skład owych regałów stał rząd urn, prawie żadna z nich nie miała już tabliczek z informacjami o zmarłych, najprawdopodobniej ktoś musiał je ukraść. Uwagę łotrzyka przyciągnął główny sarkofag stojący na środku sali. Dokonał krótkich oględzin i zaczął majstrować przy wieku. Tymczasem Salufein postanowił zbadać dokładniej resztę komnaty. Przyjrzał się urnom. Zauważył kilka stłuczonych posągów przedstawiających Kafhara – czczonego przez nekromantów. Zbadał ściany i doszedł do wniosku, że coś kiedyś musiało je zdobić, teraz pozostały na nich już tylko strzępy dawnej świetności. Podszedł do wejścia, spojrzał w górę i dostrzegł pod sufitem kamienne ramiona zwrócone w stronę korytarza. Kawałek dalej leżała mała sterta kości i jedno świeżo zwęglone ciało. Widocznie ktoś przecenił swoje umiejętności. Ci, którzy go uwięzili i tak musieli znać mechanizm sterujący pułapkami, w przeciwnym razie nie doszliby tak daleko.

Zerknął w stronę Ślepca. Łotrzyk zajęty sarkofagiem nie zwracał uwagi na swojego towarzysza. Salufein podszedł do szczątków jednego z posągów. Wziął do ręki najostrzejszy kawałek, jaki udało mu się znaleźć. Obrócił go w palcach i zaczął mozolnie piłować sznur. Cały czas spoglądał na ślepca, tamten jednak wyraźnie podniecony zbliżającą się nagrodą zaczął nawet pogwizdywać jakąś wesołą piosenkę, widać było, że nic innego go teraz nie interesuje. W końcu Ślepiec schował sztylet i zaczął odsuwać wieko. Natomiast Łazarz starał się jak najszybciej pozbyć przeciąć krępujący go sznur. Tymczasem Ślepiec prawie już odsunął wieko, naparł na nie z całych sił aż w końcu z łoskotem osunęło się na kamienną podłogę. Zajrzał do środka, a to, co zobaczył niezwykle go zdziwiło. Wewnątrz nie było żadnych kości, szczątków, tylko duża wypchana sakwa i długi miecz w pochwie z uprzężą. Delikatnie wyciągnął rzeczy starając się nie dotykać ścian sarkofagu. Sakwę położył na podłodze i zaczął oglądać miecz. Pierwszą rzeczą jaką dało się zauważyć była niewielka waga broni. Ocenił w rękach, prawie połowę lżejszy niż jego zwykły odpowiednik. Kolejna sprawa to niezwykle długa rękojeść, niemal jak w mieczu dwuręcznym, spokojnie mieściły się na niej trzy pięści dorosłego człowieka i jeszcze zostawało trochę miejsca. Była zakończona u dołu trzema tępymi kolcami, z czego środkowy był nieco dłuższy od pozostałych. Obejrzał pochwę i uprząż. Widział już takie. Specjalnie do noszenia broni na plecach, nie przeszkadzała wojownikowi plątając się między nogami. Delikatnie ujął rękojeść i wyciągnął miecz. Ostrze było jednosieczne, trochę krótsze niż u bastarda. Środkową część tworzyły cztery kolce. Dwa zwrócone w dół i dwa do góry, pomiędzy górnymi zaczynało się właśnie ostrze. Schował miecz do jaszczura i chciał zająć się sakwą, kiedy coś przykuło jego uwagę. U nasady ostrza, tam gdzie łączyło się ono z rękojeścią znajdował się grawerowany obraz, kruk na tle płomieni, stojący na błyskawicy i trzymający w dziobie ludzką rękę.

„Co do cholery..” – Pomyślał i odwrócił się do Łazarza.

Tymczasem Łazarz, który właśnie zrzucił więzy wykonał gest w stronę Ślepca poczym cofnął rękę do siebie. Miecz błyskawicznie „wyskoczył” z ręki łotrzyka i znalazł się w dłoni Łazarza, który dobył go z niezwykłą szybkością jak na osobę związaną przez ostatnią dobę. Wycelował ostrze w Ślepca. Zapadła cisza.

- To mój ekwipunek i moja broń. Nikt nie może jej dotykać. Gdybym nie wyrzekł się Bractwa już byś nie żył. Ale pomogłeś mi. Jestem ci coś winny. Możesz zajrzeć do sakwy z pewnością są tam moje rzeczy. Ci głupcy obawiali się je zniszczyć. Sprzedać też tego nie sprzedadzą, nikt nie kupi rzeczy Brata. Do tego trzeba umieć się posługiwać tą bronią inaczej można sobie coś uciąć.

- Niechaj tak będzie. Nie mam powodów by nie wierzyć w tę opowieść, niewiele też za nią przemawia. Możesz, zatem zostać człowiekiem w potrzebie, bądź jednak pewien, że będę zwracał na ciebie uwagę. Takoż teraz mamy ważniejszy problem. Jak można stąd wyjść? W tej sali na pewno nie ma już klejnotu, zgodnie z tym, co mówiłeś droga, którą się tu dostaliśmy jest już zamknięta.

Salufein schował broń i przerzucił miecz przez plecy. Uprząż składała się z dwóch części. Pierwsza prowadziła od lewego ramienia w stronę prawego biodra gdzie łączyła się z drugą obejmującą ciało w pasie. Obie były wykonane z mocnej skóry, szerokie na trzy palce i regulowane srebrnymi klamrami.

- Nie mam na tyle mocy, aby zatrzymać płomienie z pułapki. Ale myślę, że możemy obejść ją w inny sposób.

- Zamieniam się w słuch...

- Budowniczowie korytarza musieli jakoś tędy przechodzić, tym bardziej, że chowano tutaj zmarłych, jeśli wszystkie kamienie są pułapkami muszą posiadać jakąś blokadę. Z obu stron. Teraz mam pytanie, czy coś szczególnego przykuło twoją uwagę po drugiej stronie korytarza?

Ślepiec zastanawiał się przez chwilę:

- Oprócz tych dziwnych posągów po jego obu stronach chyba raczej nic. – Skończył, ale jak gdyby błądził gdzieś myślami – Czekaj! Tam, w obydwóch rogach stały figury Kafhara z wyciągniętymi przed siebie rękami, jak gdyby czekał by coś w nie włożyć.

- No właśnie! – Odparł Salufein - Tutaj też powinny takie być, tylko, że, hm, została z nich kupa gruzu. Ale czekaj – podszedł do szczątków i zaczął usuwać kamienie dopóki nie ukazało się coś na kształt stalowej pętli wystającej z podłogi – podejrzewam, że pod gruzami drugiego posągu też jest coś takiego. Myślę, że te wyciągnięte ręce w posągach służyły jak coś w rodzaju „półek”, odpowiedni ciężar powoduje, że opuszczają się one w dół. Najprawdopodobniej coś łączyło je z tymi pętlami w podłodze, które podnosiły się zabezpieczając pułapkę.

- Mam linę – wtrącił Ślepiec – przywiążmy końce do obydwóch pętli – spojrzał na ścianę – te dwa uchwyty też nam się przydadzą.

Przeciągnęli linę przez uchwyty pochodni poczym przywiązali końce do pętli. Ślepiec złapał za środek liny wiszący pomiędzy mocowaniami pochodni i mocno przyciągnął go ku ziemi. Odwrócił głowę w stronę Łazarza.

- Może byś tak pomógł i ruszył tyłek, hę?

Naparli ma linę z całych sił i powoli coś zaczęło się ruszać, z podłogi wynurzyły się pręty, do których zamocowane były pętle. Przywiązali linę do ciężkiego sarkofagu.

- No to sprawdźmy czy działa – powiedział Ślepiec i rzucił spory kamień na środek korytarza. Nic się nie stało. Po chwili rzucił jeszcze jeden, tym razem obok posągu. Znowu nic. Trzeci był już dla ostatecznej pewności. – Wychodzimy.

Pomimo małego „testu” Ślepca ostrożnie stawiali kroki, jednakże przez korytarz przeszli bez problemów, mijając ostatni posąg cichutko coś zgrzytnęło, ale nie zwrócili na to uwagi. Poszli dalej. Korytarz prowadził w lewo by po chwili skręcić w przeciwnym kierunku. Dalej była zaś znajoma już łotrzykowi sala z pentagramem. Tutaj zatrzymali się na chwilę.

- Nie możliwe! – Łotrzyk rozglądał się gorączkowo po komnacie – Znikły schody, którymi tutaj wszedłem, została tylko cholerna ściana!

Rozglądał się na prawo i lewo szukając niewidzialnych schodów. Stał tyłem do korytarza, z którego wyszli i gdyby nie Salufein pewnie właśnie zakończyłby żywot. Popchnął on łotrzyka, który upadł na plecy, a miecz strażnika z ptasią głową przeciął powietrze.

„No cóż, chyba brakło nam jakiegoś fragmentu zagadki.” – Pomyślał Łazarz. Nie miał jednak zbyt wiele czasu na szukanie wyjaśnień gdyż następne ożywione sługi martwych członków rodu Forundo wynurzały się kolejno z korytarza zataczając się i pojękując. Musiał, co chwila parować albo unikać ciosów dwuręcznych mieczy. Ślepiec zerwał się z podłogi i też zaczął się bronić. Tymczasem ataki strażników przybierały na sile i przypadkowi towarzysze musieli się powoli wycofywać. Salufein sparował cios strażnika i kontrował z lewego biodra celując tamtemu pod żebra, ale klinga zatrzymała się tak jak na kamieniu. Strażnik naparł mocniej. Salufein wykorzystał jago impet przeniesiony na miecz, klingi odbiły się od siebie i Łazarz wykonał obrót ciałem wkładając całą siłę w cios na szyję stwora. Miecz gładko przeszedł przez miękkie włókno i jego głowa potoczyła się po ziemi. Strażnik stracił orientację, zamachał rękami i runął na ziemię zamieniając się w kupkę gruzu.

- Celuj w szyję! – Krzyknął do Ślepca.

On nawet nie odpowiedział, kiwnął tylko głową, był zbyt zajęty kolejnymi dwoma strażnikami. Wskoczył na ołtarz, jeden ze stworów zamachnął się mieczem celując w nogi łotrzyka, ale ten zwinnie przeskoczył nad ostrzem i strażnik skosił tylko róg ołtarza niczym rolnik dojrzałe plony. Zawahał się, co wykorzystał Ślepiec, skoczył stworowi na plecy i z całej siły uderzył z góry w jego kark. Posąg dosłownie „stracił głowę” i poleciał na plecy, łotrzyk ratując się ucieczką uskoczył w lewo. Potoczył się po ziemi unikając ciosu kolejnego strażnika.

Salufein bronił się przed atakami kolejnych dwóch ożywionych posągów, spróbował gestem wyrwać im broń z rąk, strażnicy okazali się jednak za silni. Znowu ruszyli do ataku. Po kilku minutach zaciekłej walki Salufein i Ślepiec byli praktycznie otoczeni.

- Kiedy dam ci znać biegnij do najbliższego wyjścia! – Krzyknął Salufein.

Zdecydowanym, chociaż niezbyt szybkim ruchem wysunął rozpostartą wolną rękę do przodu, jak gdyby odpychając coś niewidocznego - Teraz! – Fala energii, niemalże namacalna, rozeszła się szerokim kątem. Salufein prawie stracił przytomność. Pięć posągów zostało powalonych i powoli zbierało się z ziemi. Szósty naparł na Brata. Łazarz był tak słaby, że nie dałby rady się obronić. Zaczął biec w kierunku przejścia, w którym stał łotrzyk. Posąg ruszył za nim. Ślepiec zareagował natychmiast. Wyciągnął dwa sztylety i cisnął je w stronę strażnika. Celował w oczy. Obydwa trafiły. Posąg zachwiał się, upadł na kolana. Zaczął pełzać po ziemi, pozostałe już prawie się podniosły.

- Nie traćmy czasu – powiedział Ślepiec, pomógł Łazarzowi się podnieść.

Rzucili się do ucieczki. Przez mroczny korytarz dostali się do niewielkiego pomieszczenia, pod stopami zachrzęściły im jakieś stare kości. Było ich tutaj mnóstwo. W jednym z rogów stała jakaś machina tortur. Kajdany trzymały do tej pory szkielet pechowca, który naraził się któremuś z władców. Przez chwilę łotrzykowi wydawało się, że trup podnosi głowę i szczerzy żeby w upiornym uśmiechu. Szybko odsunął tę myśl.

- Chodźmy, zdecydowanie mam dość tego miejsca.

Za sobą słyszeli głuche odgłosy kroków ścigających ich strażników. Nie rozglądając się, przyśpieszyli kroku. Kolejny korytarz, w jakim się znaleźli wyglądał na bardziej zniszczony niż pozostałe. Cegły były poprzebijane korzeniami, z sufitu kapała woda, zresztą na podłodze było jej pełno. Biegli przed siebie dopóki nie dotarli do skrzyżowania z innym korytarzem. Teraz mieli trzy kierunki do wyboru. Ślepiec pobiegł w lewo. Tymczasem Salufein skręcił w przeciwną stronę. Po kilku metrach trafił do niewielkiej komnaty z dużą ilością stołów. Na nich stała aparatura alchemiczna, a raczej to, co z niej zostało. Wszędzie walało się potłuczone szkło przykryte grubą warstwą kurzu. Pod jedną ścianą stał spory regał, reszta sprzętów po prostu, rozpadła się.

- Szybciej! – Łotrzyk stał na skrzyżowaniu korytarzu, Salufein rzucił okiem jeszcze raz na komnatę i pobiegł do Ślepca.

- Nie ma wyjścia, jakieś stare graty poprzednich właścicieli. Nic. Prosto.

Ruszyli przed siebie. Nagle nad głowami świsnęła im strzała. Potem kolejna. I jeszcze jedna. Sypały się coraz częściej i leciały na różnej wysokości.

- Cholera, nie wiedziałem, że mają łuki! Jak takie pokraczne gówno może strzelać z łuku?!

- To chyba nie oni. Coś czuję, że biegniemy po każdej pułapce, jaką tu zamontowano.

Korytarz załamał się i za rogiem zobaczyli strome kamienne schody. Pomimo tego, że były stare jak cały grobowiec wyglądały nad wyraz solidnie.

- Wasz mość pozwoli... – Teatralnym gestem Ślepiec wskazał schody.

- Oby prowadziły do tego pieprzonego wyjścia. Nie zamierzam zostawać na dłużej w tej trupiarni.

Wspinali się po stromych stopniach. Schody były zbudowano na kształt spirali wokół kamiennej kolumny. Przebyli już dobre kilkadziesiąt stopni, kiedy na dole pojawiły się postacie strażników miotając się u podstawy kolumny. Dwóch z nich rzuciło się na schody, ale nie zdołali utrzymać równowagi i stoczyli się na dół. Ich wściekły ryk dotarł do uszu uciekinierów.

- No to jeden problem mamy z głowy. – Mruknął łotrzyk.

Schody pięły się ostro w górę. Ogromna przestrzeń pomiędzy nimi, a ścianami komnaty, w której cały czas byli stwarzała niesamowite wrażenie. Oświetlali sobie drogę pochodniami. Teraz nie musieli się już tak śpieszyć zwolnili, więc tempo i dokładniej przyjrzeli się kolumnie, wokół której wędrowali. Pokrywało ją mnóstwo malowideł przedstawiających ludzi, zwierzęta, stworzenia materialne i niematerialne, cały panteon bogów i bóstw. Wchodzili coraz wyżej. Tematyka malowideł zmieniała się, co chwilę, z sielanki na czasy wojny, klęski powodzie. Wszędzie przejawiał się motyw klejnotu. Szkarłatnej pięcioramiennej gwiazdy osadzonej w srebrnym pierścieniu. Czy to na hełmie jednego z wodzów, czy dalej, na mieczu barbarzyńcy, czasem znalazł się on w godle jakiegoś króla. Kilkoro magów nosiło jego wzór na swoich szatach. Przez cały ten okres pozostawał on praktycznie niezmienny. Ślepiec przerwał cieszę:

- A niech to! Przecież przyszedłem tutaj po tą właśnie błyskotkę.

- Cóż, zauważyłeś chyba, że ktoś cię ubiegł. Ciekawi mnie natomiast inna rzecz. Te obrazki wskazują na to, że klejnot ma dość długą historię. Z pewnością posiada też jakąś moc.

- Dokładnie. Mag, od którego dostałem zlecenie, mruczał coś na ten temat.

- Więc jeśli jest, a wygląda, że tak, potężny, dlaczego nigdy o nim nie słyszałem? W akademii uczyli nas mnóstwa rzeczy, między innymi historii artefaktów Trighronu. Ten z uwagi na swój wiek nie mógł pozostać nieznanym. Ciekawe.

Schody kończyły się zamkniętym włazem w suficie, zbutwiałe drewno nie stanowiło jednak oporu i po chwili znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu. Ich uwagę przykuły głównie drzwi znajdujące się na wprost miejsca, z którego wyszli. Rozgarniając pajęczyny zbadali pokój. Nie było tu żadnych mebli, oprócz krzesła, na którym siedział szkielet człowieka opierając na ramieniu resztki, zapewne jakiejś halabardy. Salufein podszedł do niego i dotknął butem trupa. Krzesło się rozpadło, szkielet też, a jego głowa potoczyła się do dziury, z której wyszli i znikła w ciemnościach otworu.

- To by było na tyle. – Skrzywił się łotrzyk – Wychodzimy.

Jednak trochę się przeliczył. Drzwi, które kiedyś były z pewnością solidne, zmieniły się w zardzewiały złom. Z trudem odsunęli potężną zasuwę i z całych sił naparli na metal. Nic, spróbowali jeszcze raz, ale z podobnym efektem.

- Rozwalmy zawiasy – rzucił Ślepiec.

Kilka uderzeń wystarczyło żeby przerdzewiałe zawiasy puściły. Spróbowali zdjąć drzwi. Przy pierwszej próbie tylko drgnęły, ale później szło już coraz lepiej. Po paru chwilach drzwi runęły na podłogę wzniecając chmarę pyłu. Teraz do wolności drogę zagradzała im tylko ściana ziemi.

- Bogowie! – Ślepiec uniósł ręce do góry – Dlaczego to nie może być prostsze?!

Łotrzyk miał już dość. Pot lał się z niego już przy demontażu drzwi. Bolały go plecy i otarte dłonie. Na samą myśl o kopaniu gołymi rękami przeszedł go dreszcz.

- Może załatwimy to inaczej - Salufein złożył dłonie i wykonał znak celując w ścianę ziemi.


XXX


Fabian Servik przed kilkoma godzinami opuścił Colar, wracał teraz do swojej rodzinnej wioski. Pogwizdując wesołą melodię przyglądał się chmurom. Z nudów przyporządkowywał im kształty różnych stworzeń. Od pięciu lat jeździł na targ po dwa razy w tygodniu, jego muł znał już drogę na pamięć. Nie musiał, więc specjalnie go pilnować. Fabian ziewnął i przeciągnął się. Miał ochotę na małą drzemkę. Właśnie zamykał oczy, kiedy powietrze przeszył huk, od którego zjeżyły mu się niemal włosy na stopach. Posypała się na niego ziemia spadająca wprost z nieba. Szczęściem mul był niemal głuchy ze starości toteż nie zareagował nazbyt gwałtownie na dźwięk eksplozji. Zatrzymał się tylko i począł skubać trawę. Przerażony niziołek spojrzał do góry, poczym rozejrzał się w około. Po lewej stronie, kilkanaście metrów od drogi dostrzegł dwóch mężczyzn, którzy wyglądali jak gdyby wyszli wprost z ziemi.

Pierwszy, wyższy z nich, miał na sobie brudne, potargane ubranie, nosił miecz na plecach, a w ręku trzymał sporą torbę. Drugi nosił skórzany kaftan, plecak i trzymał w dłoniach dwa krótkie miecze. Wyglądał na kogoś spodziewającego się ataku. Ten wyższy gestem nakazał mu schować broń, a sam wyjął z torby długi, brudnożółty płaszcz z kapturem i szczelnie się nim otulił.

Fabian był tak sparaliżowany strachem, że nawet się nie ruszył. Obcy zbliżali się do niego, słyszał, że chyba się o coś spierają.

„Dobra, dobra” – powiedział ten niższy, podszedł do wozu.

- Szanowny panie niziołku – rzekł stanowczo łotrzyk – niech cię nie przeraża nasza, hmm, aż nazbyt uboga powierzchowność, nie jesteśmy wszelako zbirami grasującymi w tej leśnej głuszy.

Widząc, że niziołek niemal mdleje już ze strachu Ślepiec spojrzał na Łazarza, ale ten kiwnął głową żeby kontynuował. Zmienił jednak taktykę i powiedział wprost:

- Jesteśmy jeno, zbłąkanymi podróżnikami i uprzejmie pytamy się czy wiesz którędy do Colar?

Fabian wykonał ledwo widoczny gest ręką w stronę, z której właśnie przyjechał.

- Dzięki ci dobry panie, a teraz chciałem zapytać o stare ruiny. Ludzie powiadają, że tutaj gdzieś stoi stary nawiedzony kurhan. Słyszeliście coś o tym miejscu?

Tym razem kupiec pokazał im strome wzgórze, z którego właśnie wyszli.

- Dzięki dobry człowieku. Proszę to na pewno się przyda i myślę, że pomoże zapomnieć o naszym spotkaniu.

Ślepiec uśmiechając się szelmowsko wcisnął srebrną monetę do ręki kupca, tamten tylko kiwnął głową.

- Szerokiej drogi! – Łotrzyk klepnął muła w bok, odwrócił się i razem z Łazarzem zaczęli się wspinać.

Zbaraniały niziołek szarpnął lejce i muł ruszył w dalszą monotonną wędrówkę.

- Jeśli mamy szczęście to przy wejściu do grobowca powinien być mój koń – rzucił Ślepiec.

- Jeśli nikt go nie ukradł.

- Ukradł? Dlaczego od razu miałby go ktoś kraść? Bądźmy dobrej myśli.

Dotarli do drzwi kurhanu, ale konia faktycznie nie było.

- Specjalnie puściłem go wolno. – Mruknął Ślepiec i zagwizdał na palcach, obszedł mury i zagwizdał jeszcze raz.

- No i co, gdzie ten rumak? – Zadrwił Salufein. Sam tymczasem przyglądał się okolicy gdyż wcześniej nie miał ku temu okazji.

- Tutaj.

Zza zasłony drzew wyłoniła się łaciata klacz i podbiegła do Łotrzyka. Rżała radośnie i skubała jego kaftan.

- No już Funia, już. – Ślepiec poklepał klacz po szyi, a z sakwy przytwierdzonej do siodła wyjął sporą marchew i podał ją zwierzęciu.

- Funia? Hm.. – Łazarz wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu.

- To dobra klacz. Mam ją już dwa lata. – Łotrzyk starał się nie zwracać uwagi na ironię w głosie Brata – Musiała nieźle zgłodnieć na tym zimnie. Zostawiłem ją tutaj rano, a teraz już prawie zachodzi słońce, no cóż musi jeszcze trochę wytrzymać. Masz, zjedz to.

Podał Łazarzowi spory kawałek pieczywa i nie mniejszy suszonego mięsa. Sam też wziął się za posiłek. Spałaszowali wszystko w mgnieniu oka, Funia dostała jeszcze trochę paszy, poczym ruszyli do Colar.





Tak kończy się pierwsza część „Kukiełkowego Dębu”. Zainteresowanych dalszymi losami Ślepca i Łazarza proszę o wyrozumiałość i trochę cierpliwości bowiem już niedługo zamieszczę drugą część opowiadania.

(Tak na marginesie, MUSIAŁEM zaczerpnąć „krzeszące gałązki” z podręcznika AD&D, ta nazwa jest po prostu genialna:-).

Mam nadzieję, że dobrze się Wam czytało moje pierwsze opowiadanie.##edit_byatak 2006-02-07 23:46:03##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...