Kyirayien I
Karolinę obudził tego dnia ból głowy. Spojrzała na zegarek. Była piąta rano. Dziewczyna wiedziała, że nie ma sensu próbować ponownie zasnąć. I tak za półtorej godziny musiałaby wstać, a z doświadczenia wiedziała, że sen tylko wzmagał ból. Od czterech lat, od dnia w którym przybyła było tak samo- mniej więcej raz w tygodniu poranne przeklęte pulsowanie wewnątrz głowy słabło z każdą godziną, aż wreszcie ustawało koło południa. Bez względu na to co robiła i gdzie była wszystko kończyło się samo z siebie, równie nagle i szybko, jak się zaczęło.
Usiadła powoli na łóżku, zdecydowana wstać i zrobić sobie kawy. Zwinnie zeskoczyła z antresoli, a następnie wsunęła stopy w miękkie kapcie-krokodyle. Swoje ospałe kroki skierowała do kuchni, małego pomieszczenia, całego pomalowanego na fioletowo i w tym też kolorze umeblowanego, znajdującego się na końcu mieszkania. Otworzyła szafkę kuchenną, szukając filtrów i kawy. Niestety były tylko te pierwsze…
- Cholera. Idealny początek dnia.
- Trzeba było zainwestować- wcześniej.
Karolina błyskawicznie odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, by zobaczyć siedzącego w otwartym oknie (jej, znajdującego się na piątym piętrze mieszkania), uśmiechniętego blondyna, któremu część twarzy zasłaniały rozczochrane włosy, wyglądające jakby od dawna nie oglądały szczotki...
- Idź do diabła Ascot.
- Nie zniósłby konkurencji-Uśmiechnął się życzliwie i wsunął się do wnętrza kuchni.-Poranna depresja Kare?
- Nie nazywaj mnie tak i wyjdź z mojej kuchni.
Karolina mówiła z irytacją, ale była ona spowodowana bardziej bólem, niż czymkolwiek innym.
- Jeśli wolisz, oczywiście możemy rozmawiać- w salonie. Znasz mnie. Wiesz, że jestem bezproblemowy.
- Biorąc pod uwagę, że pół życia słucham jak narzekasz mogę stwierdzić- , iż sformułowałeś niezwykle kontrowersyjną teorię. Ty nie jesteś bezproblemowy, ty jesteś jednym wielkim problemem.
Ospałość Karoliny gdzieś zniknęła... Kawa oczywiście dalej bardzo by jej się przydała, ale przestała być niezbędna. To właśnie miał do siebie Ascot- rozbudzał ją i swoją osobą zmuszał do zwiększenia wysiłku umysłowego. Choć nigdy by mu tego nie powiedziała, m.in. właśnie za to go lubiła.
- Jak ja lubię, gdy jesteś rano zła i masz słowotok… Kawy?
- Kawy…-powtórzyła trochę bezmyślnie Karola- Masz kawę?
- Kare, czy ja cię kiedyś okłamałem?
- Tak.
- W takim razie przepraszam. Mam kawę.- Niewiadomo skąd Ascot wyjął opakowanie Lavazzy i rzucił je dziewczynie.
Karolina złapała paczuszkę i niemalże z czcią wsypała część jej zawartości do ekspresu. Pięć minut później siedzieli oboje na miękkiej kanapie, pogrążeni w rozmowie, sącząc z kubków w chińskie litery gorącą Lavazzę.
- Jak ci tu jest? Tak szczerze, bo twoje „miłe otoczenie ludzkie i architektoniczne” w raporcie było mało przekonywujące.- Ascot spojrzał na Karolinę swoimi gigantycznymi, zielonymi oczami.
- A jak ma być- ? Cztery lata tu siedzę. Przyzwyczaiłam się. Ludzie są tacy jak wszyscy inni, tyle tylko, że tych znam. Czasem aż za dobrze…- urwała, jakby wpół zdania.
Nastała cisza. Karolina wpatrywała się w ciemną zawartość kubka, trzymanego w ręku. Minę miała nieobecną, zamyśloną. Ascot przyjrzał jej się uważnie, a potem zapytał krótko, spokojnie i bez zbędnych wstępów.
- On wie?
Karola zdziwiona skierowała na niego wzrok. Był jej najlepszym przyjacielem. Znał ją na wylot, chociaż nie czytał jej w myślach-pod tym względem była uprzywilejowana…
- Nie wie. I ma nie wiedzieć- . Dopóki nie musi, nic mu nie powiem… I ty też nie powiesz.
- Twoja wola, Kare. Ja się nie wtrącę, ale najwyższy czas, żebyś…
- Nie.- Karola powiedziała to tak stanowczo, że aż sama się sobie zdziwiła.- Rozumiesz, prawda?
Ascot nie odpowiedział. Wiedział, że tłumaczenia nie miało większego sensu. Znał Kyirayien od prawie ośmiu lat, a od czterech nie mógł wyjść z podziwu, jakim cudem radziła sobie na Ziemi. Przyzwyczaiła się do warunków jakie tu panowały, różnych dziwactw ludzi, do tego, że jest Karoliną Orłowską i ma siedemnaście lat. Polubiła kawę i bez narzekań znosiła poranne bóle głowy, do których nie chciała się przyznać, uważając je za słabość swojego organizmu. Jednym słowem robiła co jej kazano. Przez cztery lata pilnowała, żeby nikt niepowołany nie dowiedział się o Teyinie, odkryciu dokonanym w Europie.
- Trzymaj się, Kare. I nie daj się zabić- .- Wstał i poszedł do kuchni, a Karolina za nim.
- O mnie się nie martw.- Powiedziała z uśmiechem, za którym jak oboje wiedzieli krył się smutek- Pozdrów Noyin.
- A właśnie, to samo mi mówiła.
- Co?
- Pozdrów Kare.- Uśmiechnął się- Do zobaczenia.- stanął w oknie i już miał wyjść- , kiedy nagle się odwrócił- Powiedz mu.
- Nawet nie zapytałeś, kto to.
- Jak będziesz chciała, to mi powiesz. Nie mam prawa pytać- .
- Możliwe…Yit kyira aen tyi Tyie, Ascotheyian.
- Z tobą też…- i wyszedł.
2
W pięć godzin później Karolina siedziała w szkole, przy swojej ławce, udając, że to, co mówi matematyczka ją interesuje. Próbując się skupić, rozglądała się po pomalowanej na obrzydliwy odcień zieleni sali. Na ścianach wisiały niezmiennie te same od lat wykresy, tabele, plakaty i nie wiedzieć czemu kalendarz sprzed trzech lat, na którym podpisali się chyba wszyscy uczniowie jacy w ostatnich latach przewinęli się przez tę klasę... Stare, regularnie obszarpywane firanki z wzorkiem w kwadraciki i trójkąty, a także długie do ziemi, cytrynowe zasłony, w kropki nieudolnie próbowały zasłaniać smętny, jesienny widok za oknem. Kalendarzowa zima nie chciała dać o sobie znać, przez co styczeń do złudzenia przypominał aurą wrzesień i przygnębiał całe otoczenie, a uczniów chyba najbardziej...
Karolina tępo wpatrywała się w swoją ławkę. Nie była w stanie myśleć, gdyż ból głowy zamiast słabnąć, od rana się nasilał. Coś było nie tak... Tylko co? Dlaczego nie ustępował, przecież zawsze w końcu słabł. Tylko raz trwał dłużej niż dziewięć godzin, ale to było wtedy, gdy…
- Karolina! Ile razy mam cię prosić, żebyś rozwiązała to zadanie?!!- Krzyk jak igła wbił się w świadomość dziewczyny, wyrywając ją ze stanu otępiania.
- Już, już…-powiedziała szybko- Ewa, które?- dodała ciszej.
Ewa spojrzała na nią z bezgranicznym zdziwieniem. Znały się cztery lata i przez ten czas Karolina nigdy nie wykazywała oznak zmęczenia, niewyspania, dekoncentracji lub niewiedzy. Była zawsze przygotowana i w pełni przytomna, a dziś... Dziś nawet nie wiedziała, jak się nazywa.
- Pięć- osiemdziesiąt dwa- szepnęła.
- Dzięki.- mruknęła Karolina wstając z krzesła i udając się na spotkanie z przeznaczeniem, zwanym również tablicą.
Zadanie nie było trudne. Karolina umiała je rozwiązać w pamięci, a największy problem czy raczej dyskomfort stanowił dla niej przymus pisania niemiłosiernie długich i wg niej zbędnych obliczeń. Zazwyczaj pokonywała tę drobną przeszkodę bez najmniejszych komplikacji, pisząc całość wyliczeń nim nauczycielka zdążyła się zorientować. Tego dnia jednak jakoś nie mogła się na to zdobyć. Wszystko leciało jej z rąk. Obraz przed oczami zaczął się rozmazywać, tak że nie była w stanie odczytać napisanych przez siebie chwilę wcześniej pierwiastków. Ból stał się nie do wytrzymania, nawet dla niej. Karolina nieprzytomna osunęła się na podłogę.
- Karola!- Ewa zerwała się z miejsca- Co ci jest?!
- Orłowska natychmiast się podnieś!- Matematyczka dostała histerii.
- Kris, podnieś ją! Paweł, stoisz bo lubisz, czy przypadkiem chcesz nam pomóc?! No ruszcie się!- Ewa wzięła sprawy w swoje ręce.
Karolina właśnie za to ją lubiła. Ewa choć na oko niepozorna, filigranowa, potrafiła w sekundę zorganizować to co chciała, a teraz chciała, żeby ktoś zbadał Karolę.
3
Krzysiek bez problemu podniósł Karolinę z ziemi i w towarzystwie Ewy i Pawła, zaniósł do pielęgniarki. Dziewczyna wciąż była nieprzytomna, kiedy kładł ją na kozetce w małym pomieszczeniu z szafą pełną opakowań jakichś pigułek, syropów i ampułek na środku i drobną kobietą w białym fartuchu, siedzącą za biurkiem, w kącie.
- Co jej jest?- spytała ta ostatnia
- Mieliśmy matematykę...- zaczęła Ewa
- I ona zemdlała…- Przerwał jej Paweł
- …i jak poszła do tablicy…-dodał Kris
- Nagle upadła.
- Wcześniej tak nie miała…
- …straciła przytomność- .- wszystkie te zdania były dla pielęgniarki niezrozumiałym bełkotem, gdyż Paweł i Krzysiek mówili jednocześnie i jak zazwyczaj szybko i mało wyraźnie...
- Zamknąć- się.- Ewa straciła resztki cierpliwości do chłopaków.- Mieliśmy matematykę. Karolę wzięli do tablicy. Jak pisała to się jakoś tak chwiała, a potem upadła. Zaraz potem ją przynieśliśmy.
- To się zdarzało wcześniej?
- Nie. A w każdym razie nigdy nie wspomniała o czymś takim.
Pielęgniarka otworzyła szafkę i wyjęła z niej jakąś buteleczkę. Część jej zawartości wylała na gazik i podsunęła Karolinie. Silna woń substancji rozeszła się po pomieszczeniu. Kare powoli odzyskiwała przytomność.
- Khearht! Sel a yi ae nayi esteryith.- Stwierdziła siadając nagle na kozetce. Spojrzała pytająco na pielęgniarkę- Veyi aem tyie?
- Co?- Kris nie wytrzymał i zadał pytanie, które nurtowało chyba wszystkich zgromadzonych.
- Co?- Kara powtórzyła powoli i nagle zdała sobie sprawę, że zdecydowanie użyła złego języka- Nic! Kompletnie nic. Wiecie, jakoś mi lepiej- wstała- To może ja już sobie pójdę?
Tymczasem jakoś do wszystkich dotarł poziom absurdalności jej ostatnich wypowiedzi i wyglądali jakby wybitnie chcieli uzyskać odpowiedź.
- No co? Nic strasznego się nie dzieje.
- Ależ nie Karola, nic się nie dzieje. Po prostu padasz pod tablicę i musimy cię tu holować- , a na koniec jak tylko wraca ci świadomość- to serwujesz nam jakąś pseudojapońską wypowiedź, po czym ogłaszasz, że wszystko jest pięknie i chcesz wyjść- !- Ewa powiedziała to wszystko na jednym wdechu, w przyprawiającym o zawroty głowy tempie.
- No i?
- Czy ty jesteś niepoważna?!
- Eve, nic mi nie jest! Zamknij się i chodź wreszcie.- Spojrzała na osłupiałą pielęgniarkę- Dziękujemy, do widzenia.
- Paweł, zrób jej coś! Ona zwariowała!- Ewa poczuła się otumaniona.
Eve. Powinniśmy wyjść.- to powiedziawszy Kris, razem z Pawłem skorzystali z bardzo silnej techniki perswazji, jaką było wypychanie za drzwi.
Cała czwórka stanęła na korytarzu. Eve, Kris i Paweł gapili się na Karolę wyczekująco. Dziewczyna desperacko poszukiwała jakiegoś wyjaśnienia. Zdawała sobie sprawę, że fatalnie to rozegrała i nie da rady wywinąć się od tłumaczeń. Tylko co ma im niby powiedzieć? Głowa dalej ją bolała, ale słabo, dużo słabiej niż wcześniej.
Dzwonek. Drzwi od wszystkich trzydziestu siedmiu klas otworzyły się prawie jednocześnie. Ktoś krzyczał, ktoś śpiewał, ktoś biegł, a wszyscy rozmawiali i kompletnie nie pasowali do powagi sytuacji. W ciągu dwóch minut pusty przed chwilą korytarz na parterze zapełnił się zajętymi swoimi sprawami uczniami…
- Kare!
Karolina pomyślała nagle, że błogosławi wszystkim, którzy nazywają ją w ten dziwny sposób, a że było ich niewielu to błogosławieństwo nie było zbyt rozległe. Właściwie nazywały ją tak tylko dwie osoby- Ascot i nie wiedzieć czemu akurat on, Piotr Młynarski.
- Kare! Jest sprawa! Masz czas?
- Teraz?- Spytała Karolina z wyrazem bezgranicznego szczęścia na twarzy.
- Nio. Jakby się dało to teraz , a jakby się nie dało to…
- Nie dało się.- Przerwała Ewa.- Karola jest chwilowo bardzo zajęta.
- Ewa, ja myślę, że to zdecydowanie może zaczekać- . Prawda Kris?
Kris spojrzał na nią kompletnie zbity z tropu, poczym niepewnie wymamrotał
- Chyba…
- Widzisz, Ewciu? Spokojnie możemy porozmawiać- na ten temat później.
- Kare, ale jak to ważne, to ja mogę spokojnie poczekać- …
- Właśnie.-Wtrąciła Ewa- On może zaczekać- .
- Wy też. Idziemy.
Po tych słowach Karolina pociągnęła Piotrka za rękę i najszybciej jak mogła uciekła z zasięgu wzroku oszołomionych Pawła i Krisa, oraz wściekłej Eve. Lawirując między uczniami dotarli do wyjścia z budynku, poczym powędrowali na boisko.
4
Zachowanie Karoli trochę zdziwiło Piotrka, ale nie zastanawiał się nad nim. Kara uznawała to za jedną z jego licznych, jej zdaniem, największych zalet- nie zadawał uciążliwych pytań i przyjmował wszystko takim, jakie było. Miał osiemnaście lat, czyli teoretycznie był o rok starszy od niej. Tak naprawdę byli w tym samym wieku, a jeśli by czepiać się szczegółów, to Karolina była dwa miesiące starsza. Piotrek jednak nie miał prawa tego wiedzieć bo dokumenty jakie posiadała i to co mówiła, a także to co twierdzili jej znajomi nie dawało mu powodów do tego typu podejrzeń. Tyle tylko, że wyglądała na starszą. Widząc ją po raz pierwszy, cztery lata temu dał jej około dwudziestu lat.
Szła wtedy z wysokim, rozczochranym blondynem, któremu włosy zasłaniały część twarzy. Wyglądała wtedy całkiem inaczej, niż teraz. Miała rozpuszczone, jasnopomarańczowe włosy do pasa i była ubrana w wysokie czarne buty do kolan i czarną sukienkę bez jakichkolwiek ramiączek, czy rękawów, która była tak dopasowana, że wydawało się niemożliwe, by dziewczyna mogła ją zdjąć. Szli rozmawiając w jakimś dziwnie brzmiącym języku, a kiedy przeszli obok niego odwróciła się i powiedziała „Teyin”, dodała coś jeszcze, ale nie uchwycił tego. Nie miał pojęcia co to znaczyło, ani czy wiedziała, że ją zapamięta. Pewnie nie. Nigdy jej o to nie zapytał. Miał wtedy niecałe piętnaście lat, był początek lipca. W dwa miesiące później zobaczył ją na rozpoczęciu roku szkolnego. Stała na uboczu, obok ludzi, do których klasy przyszła. Poznał ją od razu mimo zmiany jakiej dokonała w swoim wyglądzie. Obcięła włosy, zmieniła ich kolor na blond i zaczęła nosić związane. Miała na sobie luźny T-shirt, szerokie jeansy, trochę za kolana i wysokie trampki, chyba dla żartu fioletowe z grubymi pomarańczowymi sznurowadłami. Spotykał ją później często poza szkołą, zazwyczaj samą, ale czasem w towarzystwie dziwnego blondyna. Nigdy więcej nie słyszał, żeby używali tamtego dziwnego języka.
Karolinę poznał dopiero w połowie roku szkolnego. Ich cudowna szkoła- warszawskie Prywatne Gimnazjum Anglojęzyczne zorganizowała wycieczkę ich dwóm klasom, pierwszej b i jego, drugiej a. Był to trzydniowy wyjazd do Zakopanego. Karolina wsławiła się tam niewiarygodną kondycją i wytrzymałością, a także znajomością różnych knajpek, pubów i klubów. Dawano im wtedy dużo wolnego. Gimnazjum było prywatne to nie było ich znowu tak wielu. Dwie klasy liczyły łącznie tylko trzydzieści trzy osoby, a wśród nich Karolinę, Ewę i jego. Te dwie od razu przypadły sobie do gustu. Drobna, wręcz krucha Ewa ze swoją śmiertelną powagą i gigantyczną grzywką z brązowych włosów i Kare- wysoka, szczupła i wiecznie roześmiana. W jednym z pubów się spotkali. Anemon, mały, przytulny z uroczą barmanką i grupą maniaków sportu w środku. Właściwie nie wiedział co sprawiło że tam wszedł. Siedziały we dwie z Ewą pijąc z gigantycznych kubków herbatę z miodem, malinami i cytryną, jego zdaniem paskudną. Ewa go nie lubiła. Uważała go za „niepoważnego”, co wcale nie było nieprawdą. Mimo to bez problemu zaczęli wtedy rozmawiać. Ewa nie oponowała, Kare nie tworzyła problemów, on jak zawsze-nie zastanawiał się. I tak już właściwie potem zostało. Nie zmieniła się ani trochę od tamtej pory. Zachowywała się tak samo, wyglądała tak samo i była taka sama, zawsze roześmiana i kompletnie zakręcona.
Skończył gimnazjum i wylądował w Liceum Ogólnokształcącym im. Gałczyńskiego. W rok później dołączyły do niego Kare i Ewa. Co do Kare, postanowił, że będzie jego „tylko kumpelą”. Bardzo chciał wierzyć, ze tak jest i będzie, ale niestety jakoś nie do końca mu się to udawało, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że…
- To co to za sprawa?
To proste pytanie nie tylko wyrwało go z zamyślenia, ale i postawiło przed problemem, bo właściwie żadnej sprawy nie było. Tzn. chciał ją o coś spytać, ale nazwanie tego sprawą mogło być spokojnie uznane za przegięcie.
- Tak serio?
- Nie, nie serio, Piter. Chciałam, żebyś wymyślił jakiś kit i mi go wkręcił.- Uśmiechnęła się wesoło- No to o co chodziło?
- Yyyyy… Eeeee… Chciałem cię… khm… spytać- czy… eee…wiesz, że yyy… będzie… no ta, no … eee… imm… imm…
- Piter, czy ty mnie chcesz spytać- , czy wiem, że jutro, czyli w sobotę jest impreza u Eddie w związku z wyjazdem jej rodziców na weekend?
- Właśnie! Dokładnie o to cię miałem zapytać- i… no i właśnie… no…
- Piter.
- Tak?
- Idziesz ze mną w sobotę, na imprezę do Eddie?
- Cholera, mówisz moją kwestię.
- To wyobraź sobie teraz, że jej nie powiedziałam i się tym nie załamuj.- uśmiechnęła się na sposób 17, co zazwyczaj powalało płeć- przeciwną na kolana. Tym razem też powaliło, bo pod Piotrkiem nogi się ugięły…
- , jesteś gotowa iść- ze mną do Eddie?- miał bardzo niepewny wyraz twarzy, który Karolina uznała nie wiedzieć- czemu za zabawny…
- Oczywiście, że jestem. Przyjdź po mnie jutro o osiemnastej.- Karolina bez zająknięcia podała godzinę, mimo iż aż za dobrze wiedziała, że Eddie zaplanowała początek imprezy na dwudziestą.
- Twój ojciec nie będzie miał nic przeciwko?
- Tata? Nie…- Chwila namysłu. Co jej ojciec z którym ponoć- mieszkała, a którego tak naprawdę nie było, mógł robić- jutro? - Jest w delegacji do przyszłego eee… piątku.
- Zostawił cię samą w domu na tydzień?
- Uważa, że jestem odpowiedzialna…
Tutaj Karolina nie skłamała. Jej ojciec, Kheyilan Nyiu uznawał ją za odpowiedzialną i godną zaufania. Uwielbiali się. Byli do siebie niezwykle podobni z wyglądu, jednak charaktery mieli różne. Karolina była pod tym względem podobniejsza do matki- Yiveryin. Były tak samo wesołe i otwarte. Dziewczyna po obojgu rodziców była odważna i pewna siebie.
Tam skąd pochodziła, uchodziła za prawdziwy ewenement. Skończyła Varda Shen Acyine- Akademię Straży Vardenu i została pierwszą kobietą- strażnikiem w historii. Właśnie w akademii poznała starszego od siebie trzy lata Ascota. Zaprzyjaźnili się i tak już zostało. Pomagali sobie i wspierali się nawzajem latami. Nie kochała się w nim, ani on w niej. Zwyczajnie się przyjaźnili i każdy kto ich znał rozumiał to w pełni. Nawet Noyin nigdy nie była zazdrosna mimo swoich ku temu skłonności…
- Czyli jutro.
- Nio.- Uśmiechnęła się wesoło i pocałowała go w policzek.- Lecę, mam jeszcze dwie infy.
To powiedziawszy, nie czekając na jego odpowiedź, czy choćby jakąkolwiek reakcję, pobiegła do szkoły.
Piotrek odprowadził ją wzrokiem. Następnie pomyślał sobie, że zwariował, po czym poszedł do szkoły, stanąć oko w oko z polonistką i jakimiś jej wywodami, które go nudziły.
5
W pokoju panował półmrok. Ascot rozparty w miękkim fotelu, spokojnie dyktował stojącemu na biurku komputerowi kolejne zdania. Od dwóch godzin był zajęty tworzeniem nudnych raportów z akcji, które przeprowadził. W duchu dziękował za to, że nie muszą być zbyt szczegółowe. Nawet tak pobieżne sprawozdania, jak te jego, były niemiłosiernie długie i nie wyobrażał sobie, by ktoś miał cierpliwość by je czytać.
- Utwórz nowy dokument. Data. Piąty styczeń dwa tysiące cztery. Miejsce. Nippon, Kyushu, Miyazaki. Godzina. Dziewiętnasta pięć- dziesiąt czasu lokalnego. Varda: Ascotheyian Anara, dowództwo. Soryian Neyie, Veryithan Shena, Thesuayian Lyiere, Rayithyian Eryie. Przebieg akcji…
- Zajęty?
Noyianeyina Uyire bezszelestnie przemknęła przez pokój, by znaleźć się tuż za fotelem, na którym siedział. Spojrzała przeciągle na wybitnie zmęczonego życiem Ascota. Był właśnie taki, jakiego lubiła go najbardziej- rozczochrany, ciepły i tylko jej, co było rzadkie, gdyż zazwyczaj cały czas poświęcał pracy.
Podniósł głowę do góry i uśmiechnął się do niej. Popatrzył na nią przez chwilę, swoimi gigantycznymi, zielonymi oczami. Była właśnie taka, jaką lubił ją najbardziej- z brązowymi lokami opadającymi na ramiona, w jego powyciąganym swetrze i ze swoim najbardziej zmysłowym uśmiechem na twarzy.
- Nie tak bardzo zajęty, Noyin.
- Mała przerwa?- spytała
W odpowiedzi, niewiadomo jak, błyskawicznie stanął tuż za dziewczyną. Wiedziała co planował…
- Jak najbardziej.- odparł, biorąc ją na ręce i wynosząc do sypialni.
Potem nie mieli już ani czasu, ani siły by się odzywać…
6
Dochodziła godzina piętnasta.
- Mamo! Kevin nie daje mi grać- na komputerze!- Mała dziewczynka wybiegła z pokoju na piętrze przytulnego domku jednorodzinnego, skarżąc się na brata.
- Cicho bądź Jill! Później pograsz. Teraz jestem zajęty!- Kevin spróbował uciszyć- ją zanim wygada wszystko mamie.
- Wcale nie jesteś! Mamo!
- Mamo, powiedz jej coś! Mamo!…- W domu panowała całkowita cisza.- Mamo?
Laura Eryie leżała martwa na białych kafelkach w swojej sterylnej kuchni. Wysoka postać, w obszernym czarnym płaszczu, z kapturem naciągniętym tak, ze zasłaniał twarz, spokojnie wycierała w puszysty ręcznik kuchenny długi, srebrny sztylet. Kobieta traciła resztki krwi, która sączyła się przez głęboką ranę w jej lewej piersi.
- E l’Varda kyiser tyie…-Strażnicy cię zabiją, to były jej ostatnie słowa.
- Mamo!- Krzyknął Kevin.- Mamo!- Chłopiec przestraszony brakiem odpowiedzi wybiegł ze swojego pokoju i zaczął zbiegać- ze schodów.- Jill, zostań w pokoju! I zamknij drzwi! Mamo!
- Mama ci nie pomorze...
Czarna postać stanęła jakiś metr przed chłopcem. Bał się jak jeszcze nigdy w życiu. Nigdy nie myślał, że to co mówił jego tata to prawda. Że kiedyś do domu może przyjść ktoś, kto będzie chciał ich zabić. Pamiętał jednak coś czego ojciec nauczył go gdy był jeszcze bardzo mały. „-Jeżeli zdarzy się tak, że mnie nie będzie w pobliżu, a ty i Jill będziecie w niebezpieczeństwie, musisz wezwać kogoś ze Straży. Myśl o tym tak intensywnie jak potrafisz. Pamiętaj, że jesteś z Sayiuzy... Myślisz jak my, zachowujesz się jak my… i mówisz jak my.”
- Yinem tayiou aen Varda.- „Mój ojciec jest Strażnikiem.” Chłopiec powiedział to jednym tchem, prawie nieświadomie.
- Więc tatuś nauczył cię Wyilayianu. Jestem pod wrażeniem.
- E yinem tayiou kyisen tyie. E tyie soraem!- „Mój ojciec cię zabije. Pożałujesz tego.”- Kevin mówił pewnym głosem, a jego myśli skoncentrowane były na jednym-pomocy.- Tyie kyinem nayi…
- Czego nie mogę? Myślisz, że jesteś mnie w stanie powstrzymać- ?- Czarny podniósł sztylet. Spod kaptura widać- było tylko jego błyszczące, puste, żółte oczy…
7
Karolina i Ewa siedziały przy herbacie, rozparte w wygodnych fotelach w „Fanaberii”, ulubionej kawiarni Karoli. Była to niewielka knajpka, pełna dziwacznych stolików, przy których stały duże, głębokie fotele, albo zwisały huśtawki, co było charakterystyczne, dla tego miejsca. Wszystko było utrzymane w ciepłych barwach i wystarczyło wejść, by poczuć się jak właściwa osoba, we właściwym miejscu, absolutnie o czasie i zamówić coś do jedzenia, lub picia…
Karolina tymczasem czuła, że mimo wszystko powinna Ewie wytłumaczyć swój dzisiejszy występ. Oczywiście nie mogła jej powiedzieć wszystkiego, jednak nic nie stało na przeszkodzie, by Eve dowiedziała się o porannych bólach głowy.
- No i?- Ewa spojrzała na nią wyczekująco.
- No… zacznijmy od tego, że ta pseudojapońska wypowiedź, jak ją nazwałaś, musiała być- nie wiem czym, bo nie mam pojęcia co powiedziałam. - Skłamała. Powiedziała to bez zająknięcia, tak niewinnym tonem jak tylko mogła.- Może to był zwykły bełkot poomdleniowy?
- Tak oczywiście.- Ewa wzniosła oczy do nieba, jednak natrafiły na sufit…- Dobra, a całe to twoje padanie na matmie?
- Ból głowy. Bolało, bolało, aż w końcu mnie zamroczyło. To nie było nic nadzwyczajnego.
- Kara, opowiadaj takie rzeczy Krisowi, a nie mnie, dobrze? Jeszcze raz proszę.
Karolinę zatkało. Przez chwile gapiła się na tapicerkę fotela, szukając inspiracji, aż wreszcie, z pewnym trudem powiedziała:
- Bóle głowy mam już od dawna. Są w miarę regularne. Zaczynają się rano i stopniowo słabną. Dzisiaj po prostu nie osłabły od razu i dlatego zemdlałam. Ok.?
- No dobra… A ważne sprawy, które powstrzymały cię od powiedzenia tego mnie, Pawłowi i Krisowi wcześniej?
Ewa uśmiechnęła się szeroko. Jak zawsze, kiedy przychodziło jej pytać o Pitera, mówiła z lekkim przekąsem, ale nie był on jakiś ogromny. Ot, taki, żeby Karola wiedziała, że Piotrek jest darzony antypatią i dezaprobatą.
- Eddie.- To jedno słowo oznaczało dla każdego ucznia ich szkoły najlepszą muzykę, jedzenie towarzystwo i klimat, czyli imprezy idealne.
Eddie naprawdę nazywała się Edyta Steczkowska, była małą brunetką jedynym dzieckiem swoich rodziców, rozpieszczanym do granic możliwości, ale na szczęście nie rozpuszczonym. Miała osiemnaście lat i chodziła z Piotrkiem do klasy. Trzeba przyznać, że mimo swojego metra sześćdziesiąt trzy wzrostu miała zdolność do powalania na kolana płci przeciwnej. Dziewięćdziesiąt procent chłopaków w szkole było gotowych dać się zabić za możliwość choćby wyprowadzania jej psa na poranny spacer. Rodzice Eddie byli zamożni i dawali swojej ukochanej córce tyle swobody i pieniędzy ile chciała, a trzeba powiedzieć, iż nie chciała znowu tak mało. Na imprezy do niej próbowali się dostać praktycznie wszyscy. Udawało się to nielicznym, których Eddie sama zazwyczaj wybierała, uznając za najlepiej nadających się do imprezowania.
- Eddie?! Jak to zrobił?
- Nie wiem jak on to zrobił. Mnie sama zapraszała, ale przecież indywidualnie bym nie szła, więc jak prosił…
- To się czym prędzej zgodziłam, bo przecież wszyscy wiemy, że od lat oglądam się za nim na ulicy, a on za mną, ale staramy się nie zwracać- na to uwagi, tylko nam to jakoś nie wychodzi… Zgadłam?
Karolina pomyślała, że Ewa, trafiając w sedno, potrafi być niemiłosiernie upierdliwa…
- Tak, kochanie. Zgadłaś.
8
- Kevin!- twarz Rayithyiana Eryie wyświetliła się na ścianie. W jego oczach malował się nieopisany strach- Ascot! Ascot, khearht!
- Nie drzyj się i nie przeklinaj.
Ascot niespiesznie wsunął się do salonu. Ubrany w luźny t-shirt wyglądał na zmęczonego. Noyin spała w sąsiednim pokoju zmęczona nawet bardziej od niego.
- Co jest?- Podniósł głowę i zobaczył wyraz twarzy Rayithyiana- Rayith, co jest?
- Kevin.
- Kto?
- Mój syn. Oni…
- Kherath! Zaraz idziemy! Szykuj się!
Ascot błyskawicznie odwrócił się w stronę biurka i nacisnął mały, zielony guzik. Na ścianie wyświetliła się uśmiechnięta blondynka.
- Enayina Senele. Varda cyitryiu. Yi syilyite.- Centrala, słucham- standard w każdej organizacji.
- Ascothyian Anara. Mamy atak. Anglia, Londyn, Chelsea. Rodzina Eryie.
- Rayitha?- Odwróciła się do czegoś po swojej prawej stronie- Wszyscy, którzy są wolni w stan gotowości. Dorwali rodzinę Rayitha. Macie dwie minuty. Ascot dowodzi.- odwróciła się z powrotem- Słyszałeś?
Kiwnął głową kończąc się ubierać i wsuwając długi, srebrny miecz do pochwy przymocowanej na plecach. Był cały ubrany na czarno. W długich, szerokich spodniach, i czarnej bluzie, z czymś w rodzaju ochraniacza na piersiach i z dziwacznymi rękawicami na dłoniach wyglądał jak członek jakiejś brygady antyterrorystycznej. Zawód miał nawet podobny, tylko wyszkolony był lepiej…
Noyin stanęła w drzwiach salonu. Rozczochrane, brązowe loki opadały jej na twarz. Zamiast ubrania, owinięta była prześcieradłem. Ascot właśnie miał wyjść.
- Idziesz?
- Atak. Wrócę jak tylko skończymy. Nie martw się.
Pocałowała go, tak jak zawsze gdy wychodził „pracować”. Tak jakby robiła to po raz ostatni i chciała nacieszyć się chwilą.
- Noyin, muszę.
- Wiem… Tylko nie daj się zabić- …
Wyszedł, nakazując sobie nie odwracać się w jej stronę przed teleportacją.
- Varda cyitryiu!- Prawie krzyknął, jednocześnie klaszcząc. Klask!…i zniknął.
Noyin spojrzała smutno na ścianę. Enayia Senele swoim czystym głosem powiedziała „zostało dwadzieścia pięć sekund”, a potem zniknęła. Noyianeyina Uyire walnęła pięścią w zielony guzik, poczym jak zawsze bezszelestnie wyszła z pokoju.
9
Ulica była pozornie pusta. Latarnie były zgaszone. W paru domach paliło się światło na piętrze. I to wszystko. Mogłoby się wydawać, że nikogo nie ma w pobliżu. Przeciętny wzrok zawodził, ale Ascotheyian doskonale wiedział, że na ulicy musi być pełno Venrayi. Mieli mało czasu, jeśli chcieli zdążyć uratować kogokolwiek.
- Mamy mało czasu. Rayith prowadź. Macie prawo załatwić- wszystko co spróbuje się zbliżyć- .- Lubił dowodzić- …
Było ich siedemnastu. Podobnie ubrani- na czarno z tymi samymi rękawicami. Różniło ich uzbrojenie. Broń była dowolna- kto czym władał najlepiej, tym walczył i tym zabijał. Ascot, Rayith i piętnastu innych, a wśród nich Kheyilan Nyiu, ojciec Kare. Szli szybko ulicą. Do celu zostało im pewnie jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów, kiedy Ascot wyciągnął miecz.
- Zaczyna się.- mruknął i w tym momencie z tyłu grupy Sheryithan Thyien strzelił do czegoś, co nie przypominało człowieka.
Chwila ciszy. Stwór konał stękając i brocząc czarną krwią, a potem zaczęła się prawdziwa walka. Nie trzeba było nawet dawać rozkazu, bo wszyscy prawie jednocześnie wstrzymali oddech i zaatakowali. Robili to przecież od lat. Każdy po swojemu, na swój własny, indywidualny sposób, pogrążali się w wykonywaniu tego, czego ich nauczono lata wcześniej, zabijając. Skoncentrowani, wytężając wszystkie siły, z likwidowania przeciwników czynili prawie sztukę…
Walczyli bez słowa. Każdy z nich wiedział co ma robić. I nagle przez odgłosy walki, przedarł się krzyk. Wysoki, dziewczęcy krzyk, prawie pisk. Głośny i rozpaczliwy.
- Jill!- Rayith, podżynając gardło kolejnemu przeciwnikowi odwrócił się w stronę Ascota i wrzasnął- Idę tam.
Ascot ciął mieczem w idealnym pionie, zabijajac kolejnego „stwora”.
- Sherth, Rayith i ja wchodzimy. Reszta zostaje i bawi się dalej.
I właśnie wtedy Sherth upadł martwy na zimny asfalt. Stojący obok Thesuayian natychmiast zarąbał jego zabójcę swoim toporem.
- Sheryithan nie żyje!- wrzasnął.
- Kherath! Rayith, idź! Kheyilan, osłaniamy go!
Pobiegli. Jill już nie krzyczała. Kiedy wbiegli do domu stała zapłakana nad mamą. Rayith spojrzał na dziewczynkę i leżącą na posadzce Laurę i z wściekłości i rozpaczy nogi się pod nim ugięły, ciężko opadł na kolana, złapał się za głowę i zaczął krzyczeć. Jill podeszła do niego i przytuliła się przerażona i smutna. Zagubiona w tym wszystkim. Miała tylko siedem lat.
Ascot znalazł Kevina nieprzytomnego, na schodach. Czarny leżał na podłodze u ich podnóża. Rękojeść jego srebrnego sztyletu sterczała mu z piersi. Ascot podniósł chłopca i zaniósł do kuchni. Najważniejsze, że żył.
Rayith klęczał nad Laurą, prawą ręką dotykając jej skroni. Kheyilan trzymał na rękach Jill. Przypominała mu jego własna córkę. Tylko Kyirayien była sporo starsza i zdawała się nigdy niczego naprawdę nie bać. Dziewczynka spojrzała na niego.
- Vayi tayiou eyiem?- „Co tata robi?” spytała.
- Twój tata próbuje uchwycić- ostatnie myśli mamy.
Rayith starał się znaleźć w jej nieżywym ciele ostatnie, niewidoczne ślady życia- myśli. Przeszukiwał jej pusty umysł szukając choćby jednej, nikłej iskierki życia. Wpatrywał się w jej zastygłą w wyrazie bólu i nienawiści połączonej ze strachem twarz i koncentrował się na myślach o czymkolwiek. Na czymś co może jeszcze w niej żyło. Rozpaczliwie próbował odwlec moment w którym będzie musiał przyznać przed Jill, Kevinem i samym sobą, że Laura nie ma w sobie już ani krzty życia i że najbliższa mu na świecie osoba umarła. Że zginęła od ciosu w serce, zadanego od tyłu, pewnie bez ostrzeżenia. Że on jej nie pomógł. Że go przy tym nie było. Że nie zdążył jej uratować. Że przecież tak niewiele brakowało, żeby żyła. Że gdyby tylko zgodził się dwanaście lat temu, gdy rodził się Kevin, zostać w Anglii i przestać pracować jako Varda, wtedy może nie doszłoby do jej śmierci. Że by żyła. Żyłaby, gdyby nie on. Gdyby się pospieszył. Gdyby bardziej uważał. Lepiej ją chronił. Nie ochronił jej. Nie dał rady jej ochronić. Nie poradził sobie. To jego wina. Gdyby nie on, Laura by żyła. To jego wina. Jego wina. To wszystko jego wina…
- Moja wina…- wyszeptał- Wszystko moja wina…
Znalazł. A potem usłyszał jej ciepły głos. Tę samą co zawsze barwę. Tak jak wtedy, gdy jeszcze była przy nim. „E l’Varda kyiser tyie…”- jej ostatnia myśl. Już słaba, ale mimo to jeszcze żywa. Dogorywała powoli, a on słuchał tych słów aż nie ucichły całkowicie.
- Już się nie martw kochanie… Zabiliśmy ich.
Ascot cucił Kevina. Chłopczyk spoczywał bezwładnie na blacie kuchennym. Oddychał miarowo, powoli.
- Ogłuszony…
10
Szósta rano. Początek dnia zastał Karolinę, tam gdzie zastawał każdą normalną osobę- śpiącą, nieprzytomną, śniącą i kompletnie nieobecną duchem, myślą umysłem, czy czym kto chce… To miał być bardzo, bardzo udany wieczór. Dzień zamierzała spędzić „nic nie robiąc”. Sprowadzało się to do tego, że sprzątała swoje sterylnie czyste mieszkanie, czytała i robiła coś, czego szczerze nienawidziła- dyktowała raport… Raporty były utrapieniem chyba wszystkich agentów. Przymus „pisania” sprawozdań, z czegoś co albo było nudne, jak w jej przypadku, albo było zbyt szybkie i krótkie, żeby się do końca zorientować w sytuacji, jak w przypadku Ascota i reszty, co prawda nie spędzał im snu z powiek, ale był czynnikiem autentycznie dołującym, wpływającym niezwykle ujemnie na samopoczucie…Spać.
Niestety budzik dał o sobie znać. Co prawda Karolina chyba go nie nastawiała, ale rozwój technologiczny na Sayiuzie pozwolił na stworzenie budzików, które czy się tego chciało czy nie i tak budziły swojego właściciela o porze, którą uznawały za najwłaściwszą… Również tym razem miały racje- tak naprawdę, to Kare zostało już tylko dwanaście godzin, aby przygotować się do wieczornego wyjścia.
- Kyirayien Nyiu, jest godzina szósta dwanaście, sobota. Obudź się wreszcie.
Karolina ocknęła się ze swoich pięknych snów i zdała sobie sprawę, ze Ascot najzwyczajniej w świecie siedzi na jej łóżku i jak dla niej nieudolnie, udaje budzik.
- Czy tobie nikt nigdy nie mówił, żeby nie wchodzić- bez pukania?
- Może coś wspominali na ten temat, ale znasz mnie, nie słuchałem…
- To wiele wyjaśnia. Co tu właściwie robisz?- Spytała, jednocześnie podnosząc się i przy okazji zrzucając go z antresoli.
- Wpadam do ciebie w przerwie między pracą, a kobietą mojego życia, żeby przekazać- ci raczej smutne wieści.
- Jakie wieści?
- Rayithowi załatwili żonę.- Powiedział to spokojnie, ale Kara za dobrze go znała, że tak naprawdę, jest pełen współczucia i nie jest w najlepszym stanie psychicznym.
W akademii uczono ich jak być odpornym psychicznie. Wszelkie tego typu wiadomości przyjmowali zazwyczaj spokojnie i bez okazywania emocji. Ktoś, kto by ich nie znał, mógłby powiedzieć, że nie mają uczuć. Była to bez wątpienia nieprawda- mieli uczucia tak jak wszyscy, tylko przyzwyczaili się do myśli o śmierci i takowa nie robiła już na nich większego wrażenia… zazwyczaj. Tym razem też. Kare spojrzała na Ascota.
- Ktoś przeżył?
- Jego dzieci. Dziewczynka siedem i chłopak dwanaście lat.
- On pójdzie na szkolenie, a ona?
- Zobaczymy. Decyzja jest Rayitha.
Kyirayien przypomniała sobie jak jej ojciec ogłosił, że zapisał ją do Varda Acyine. Początkowo była przerażona, ale szybko stwierdziła, że jej się to podoba. Miała ile? Chyba siedem lat… Tyle co ta dziewczynka.
- Może skończyć- akademię.
- Chcesz stworzyć- armię tobie podobnych, żeńskich terminatorów?- uśmiechnął się wesoło.- Świat się kończy.
- Coś się kończy coś się zaczyna…
- Co?
- Nic, to taka książka…
- Udam, że rozumiem o czym mówisz.- Popatrzył na nią bardzo uważnie, powstrzymując się, by nie czytać- jej w myślach.- Mam tylko takie wrażenie, czy ma się dzisiaj wydarzyć- coś niezwykle istotnego? Jesteś tak nieobecna, że chyba masz randkę, czy coś w tym stylu…
Karolina prawie usiadła na podłodze. Obiecała sobie, że Ascot o niczym się nie dowie. Jej plany właśnie legły w gruzach.
- Powiedzmy…
- Dobra. O nic więcej nie pytam. Lecę. Trzeba nadrobić- stracony czas.
- Nocny?
- A jaki inny?
To powiedziawszy, Ascot klasnął w ręce.
- Sayiuze. Noyin Uyire...
11
Noyin szła swoim bezszelestnym krokiem po prawie pustej ulicy. Mogła być może siódma rano. Jasnobłękitne, kule- odpowiednik latarni, unosiły się jakieś sześć metrów nad ziemią, rzucając dookoła zimne, niebieskie światło, nieprzyzwyczajonych przyprawiające o zawroty głowy swoją intensywnością. Ascot nie wrócił na noc. Właściwie to od swojego wieczornego wyjścia nie dawał żadnego znaku życia. Noyin trochę się tym niepokoiła. Nie. Tak naprawdę to odchodziła od zmysłów. Zawsze wracał po trzech, góra czterech godzinach. A tym razem nie było go od prawie ośmiu i nawet nie wiedziała gdzie konkretnie jest. Oczywiście mogła to z łatwością sprawdzić- centrum udzielało informacji o uczestnictwie w akcjach i o tych obecnie wykonywanych. Niestety wymagało to długotrwałych rozmów z Enayiną Senele, do której pałała jakąś „zadziwiającą” antypatią. Za długo się znały. Jeszcze z czasów gdy obie miały po siedem lat i chodziły do czegoś, co zwykli ziemianie, na całej reszcie świata nazywali szkołą. Anavarde Acyine. Już tam się nie cierpiały. Mała, zwinna i zadziorna Noyin, którą natura obdarzyła iście boską figurą etc. i jej autentyczne przeciwieństwo- Enayina. Wysoka, niezbyt zgrabna. Rzadko się uśmiechała i uczyła się praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, o ile nie więcej. W efekcie przyjęto ją do Niezwykle nudnej, jak ona sama pracy w centrum, gdzie trudniła się odsłuchiwaniem wiadomości od czterdziestu aktualnie pracujących agentów i udzielaniem szybkich, zwięzłych, krótkich i lakonicznych informacji wszystkim, którzy o nie prosili… prawie wszystkim, prawie zawsze szybkich…
- Błagam. Daj o sobie znać- , bo inaczej będę musiała to zrobić- …- Noyin rzadko mówiła do siebie. Rzadko przemawiała do osób nieobecnych. Nigdy nie błagała.
- Kochanie, nie musisz…
Noyin zachwiała się niebezpiecznie sprawiając wrażenie tracącej równowagę, poczym otwarta dłonią z pięknego, dużego rozmachu wymierzyła Ascotowi cios w policzek, którego się zaprawdę nie spodziewał. Nigdy nie pudłowała w takich wypadkach.
- Za co?- Jęknął lekko zbity z tropu, zdając sobie sprawę, że przez resztę dnia będzie wyglądał dość- kontrowersyjnie z policzkiem w kolorze bardzo, bardzo, bardzo dojrzałej wiśni…
- Za mój stres i że zachodzisz mnie od tyłu.
- To drugie to nie argument! Może jakaś mała rekompensata?- Specjalnie dla Noyin wystosował uśmiech oznaczony zaszczytnym numerem jeden, mający jakże symboliczne znaczenie w ich związku, bo oznaczał niezmiennie to samo życzenie…
- Ascot, to jest ulica. - Wycedziła Noyin, starając się nie dać- po sobie poznać- , że w gruncie rzeczy nie ma nic przeciwko.
- Kochanie, tam mieszkamy. - Odparł wskazując budynek jakieś dwadzieścia metrów przed nimi, do którego dochodzili, jak dotąd niespiesznie…- Tam jest bardzo blisko.
- To może tam pójdźmy?- Nie było sensu się spierać- , na dodatek spierać- się wbrew sobie…
Ascot, tym razem z uśmiechem numer dwanaście klasnął w ręce, w swoich czarnych rękawicach (cały czas był w swoim stroju bojowym) mamrocząc- yinem seyinalyie- w wolnym, bądź dosłownym tłumaczeniu- moja sypialnia…
12
Karolina stała przed lustrem, po raz trzy tysiące osiemset siedemdziesiąty szósty zmieniając fryzurę. Zaczęła nawet żałować, że obcięła włosy i były teraz długie tylko do połowy pleców. Gdyby tego nie zrobiła cztery lata temu, teraz byłyby do kostek, a nawet może sięgałyby podłogi… Tak, z przejęciem szykowała się na imprezę. Oczywiście powtarzała sobie, że idzie tylko dlatego, że to u Eddie i że poza pracą nic nie łączy jej i Pitera. On zresztą starał się wmówić sobie coś łudząco podobnego do jej wersji.
Karolina doskonale zdawała sobie sprawę, że Piotrek jakiś czas temu przestał być dla niej dzieciakiem, którego kazano jej ochraniać. Oczywiście nie kochała się w nim, gdy miał piętnaście lat. Wtedy istotnie fakt iż musi utrzymywać z nim jako tako bliskie stosunki był jej utrapieniem, tyle tylko, że „europejskie odkrycie” urosło. Na dodatek zmądrzało, dojrzało, wyładniało i było obiektem dzikiego pożądania żeńskich trzech czwartych jej szkoły. Jak odkryła, jej też. Oczywiście starał się do tego nie dopuścić. Spędziła całe godziny na powtarzaniu sobie, że Teyin jest tylko kimś, kogo ma chronić i że nic, kompletnie nic do niego nie czuje. Strata tych godzin była jedynym efektem.
Karolina urodziła na Sayiuzie- podwodnym państwie- mieście, znajdującym się gdzieś na obszarze Oceanu Indyjskiego. To było zadziwiające miejsce, niedostępne dla ludzi. Mieszkali tam tylko tacy jak ona- Wyilith. Rozwijali się inaczej, szybciej niż ludzie. Ich fizyczny rozwój do „formy dojrzałej” trwał do ukończenia mniej więcej dziesiątego roku życia. Wyglądali wtedy wg ludzi na dwudziestolatków. Starzeli się powoli. Średnia życia przeciętnego mieszkańca Sayiuzy wynosiła około trzystu lat. Byli łudząco podobni do ludzi, ale szybsi, zwinniejsi i silniejsi od nich. Poza tym mieli Moc…
Kare miała siedem lat, gdy jej ojciec zadecydował, że pójdzie ona w jego ślady i zostanie Varda. Jej matka nie oponowała, a Karolina nie miała nic do powiedzenia. Wylądowała w akademii razem z siedmioma chłopakami ze swojego roku i łącznie pięćdziesięcioma sześcioma z czterech pozostałych roczników. Poznała wszystkich. Zaprzyjaźniła się z Ascotem. Owinęła sobie prawie wszystkich wokół palca, będąc jedyną kobietą na terenie całej akademii i została Varda. Była pierwszą kobietą w historii straży. Wszyscy byli pełni podziwu dla jej osiągnięcia, jednak mimo wszystko uznawali ją za kobietę, słabą kobietę, co nie było prawdą. Właśnie dlatego to jej przydzielono nudne i na 99.9% bezpieczne zadanie ochrony chłopaka. Syna nieżyjącego od dawna Tyilyiana Myiru i jakiejś ziemianki. To było prawdziwe odkrycie- cztery lata temu chłopak zaczął emanować mocą tak silnie, że wszyscy go wyczuli. Aby go chronić przed czarnymi wysłano Kare. Wiedziano, że nie będzie miała nic do roboty. No i nie miała.
- A może rozpuścić- ?
Z rezygnacją spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Co miała ze sobą zrobić, żeby wyglądać, jak mawiała Noyin rozbrajająco-powalająco-s(...) Zaraz. Noyin była najlepszym przykładem skuteczności swojego postępowania. Co takiego robiła, żeby wyglądać tak jak wyglądała? Karolina usiłowała sobie przypomnieć jakąkolwiek czynność wykonywaną przez Noyin i nagle dotarło do niej, że ona właściwie nie robiła nic…
- Rozpuścić- …- wymamrotała.
13
Jill wpatrywała się w gigantyczną trójwymiarową Myszkę Miki, biegającą po pokoju. To było zdecydowanie lepsze, niż telewizja, jaką oglądała dotąd. Wszystko było trójwymiarowe, kolorowe i śliczne.
Dziewczynka wciąż była w szoku po wczorajszym wieczorze. Nie odzywała się, nie uśmiechała, nie płakała, nie robiła praktycznie nic. Jej ojciec nie miał pojęcia co mógł dla niej zrobić. Właśnie dlatego tylko przy niej siedział, gładząc po jasnej główce… Była taka podobna do swojej matki.
Rayith dostał bezterminowy urlop. Musiał sobie wszystko ułożyć, a na to potrzebował trochę czasu. Kevinowi na szczęście nic nie było. Po odzyskaniu przytomności rzeczowo zapytał o matkę. Rayithyian nie zamierzał niczego ukrywać. Pod wpływem informacji o śmieri Laury, chłopiec przeżył silny szok i teraz leżał na łóżku w sąsiednim pokoju, pod opieką Ryian- siostry Rayitha, która na szczęście z zawodu była medykiem… Chłopiec głównie spał. Bardzo niespokojnie. Wił się i krzyczał coś to po angielsku, to w Wyilayianie. Jego ciemne włosy przyklejały się do spoconej twarzy, na której malowały się ból, wściekłość i rozpacz… Ryinayien pilnowała przez cały czas, by nie zrobił sobie krzywdy. Współczuła mu z całych sił, a Rayithowi o ile to możliwe, jeszcze bardziej. Jej brat przychodził do pokoju mniej więcej co pól godziny, żeby sprawdzić jak się czuje Kevin. Zdawał sobie sprawę, ze jeszcze sporo czasu minie, nim któreś z dzieci otrząśnie się z szoku…
14
Dochodziła szesnasta. Piter siedział przy komputerze próbując napisać wypracowanie na polski. Nie szło mu najlepiej. Szczerze mówiąc w ogóle nie był w stanie napisać choćby słowa. Coś skutecznie odrywało jego myśli od tematu „Co jest główną przyczyną wojen?” i przenosiło je na obszary wg niego dużo przyjemniejsze, niestety jak dotąd w przypadku pewnej konkretnej osobniczki płci przeciwnej, nieosiągalne…
- Synu mój, przestań się gapić- na ekran, myśląc o koleżance Kare i zacznij się jakoś przygotowywać- , bo ci dwie godziny do spotkania zostały. Że nie wspomnę, iż do wyjścia godzina czterdzieści pięć- minut.
- Mamo, tak szczerze. Jak ja mam się wg ciebie przygotowywać- ?
- Chociażby psychicznie.
Piter lubił swoją matkę. Miała trzydzieści osiem lat, wyglądała na trzydzieści, a zachowywała się czasem, jakby miała dwadzieścia, oczywiście zawsze pozytywnie. Idealnie się rozumieli. Szanowała jego zdanie i uznawała za dojrzałego do samodzielnego podejmowania decyzji- nie wtrącała się w jego sprawy. Lubiła tylko być z góry uprzedzana o jego poczynaniach…
- Mam się ciebie spodziewać- dzisiaj, czy raczej jutro, jak zdołasz się obudzić- ?
- Sugerujesz, że nie dam rady wyczołgać- się od Eddie z domu?
- Bardziej, że nie zdołasz spełznąć- po schodach z piątego piętra… Mam nadzieję, że się trochę przebierzesz.
Piter spojrzał na siebie i uświadomił sobie, że jego, przygotowania powinny wykroczyć poza sferę psychiczną. Miał na sobie bardzo stary i bardzo luźny t-shirt z sugestywnym napisem „przykład młodzieży zdemoralizowanej” i własnoręcznie obcięte za pomocą noża kuchennego, antyczne jeansy…
- Trochę tak…- wymamrotał
- To się jeszcze uczesz i będę miała pewność- , że wrócisz jutro.
- Widzę, że wierzysz w moje możliwości.
- Jak jechałeś rok temu na obóz też wierzyłam…
- Wtedy to aż za bardzo.
- A czegoś nie zużyłeś?
Piter pomyślał przez chwilę. Gdy rok temu jechał na pamiętny obóz żeglarski mama przygotowała mu całą apteczkę: tabletki od bólu głowy- zużył z kolegą pewnego pięknego poranka, próbując uśmierzyć tragicznego kaca, po imprezie z okazji zdania na patent żeglarski… ,bandaże- zużyli zbiorowo, przerabiając na cumę, woda utleniona- koleżanka zużyła, utleniając sobie cześć włosów. Mama zadbała też by nie został przypadkiem ojcem…- zużył.
- Poddaję się.- uśmiechnął się wesoło i dodał- Widać- po prostu powalam na kolana…
- To masz po mnie.- Stwierdziła krótko jego mama, poczym skierowała swoje kroki do salonu.
Piotrek pomyślał sobie, że jego mama miała pełne prawo uważać się za kobietę atrakcyjną. Zawsze dbała o siebie, była wysportowana i miała żelazną kondycję. Poza tym jak na jego gust była naprawdę ładna. Miał po niej ciemną karnację, orzechowe oczy i gęste czarne włosy, których sam czesać nie potrafił, ale jej udawało się to nadzwyczaj dobrze… Była niewysoka, w przeciwieństwie do niego, który miał jakiś metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ale za to figurę miała idealną. Była szczupła, ale nie chuda i posiadała w stu procentach naturalne wymiary, jakich spokojnie mogły jej zazdrościć wielkie gwiazdy Hollywood.
Kiedyś wiodło im się zwyczajnie, przeciętnie, ale cztery lata temu wszystko się zmieniło. Nie wiedział skąd, ale zaczęli mieć pieniądze autentycznie na wszystko. Kupili czteropokojowe mieszkanie w centrum Warszawy. Oboje byli na tyle szaleni, by je całkowicie wyremontować. Białe ściany pomalowali na kolory od fioletu w sypialni mamy, po czerń w łazience i znajdującą się tam czerwone wannę, umywalkę i toaletę. Meble i wszelkie domowe sprzęty wybrali sobie tak dziwne i fantazyjne, jak tylko znaleźli. Piotrek miał w swoim, pomalowanym na ciemny odcień zieleni pokoju pomarańczową lampę w kształcie kuli, a jego mama lubiła oglądać telewizję w zwisającym z sufitu, wiklinowym fotelu-koszu. Mieli talerze, wyglądające na pierwszy rzut oka jak stare, czarne płyty i gigantyczne lustro w mahoniowej ramie, wyrzeźbionej w kształcie chińskiego smoka...
Piotrek doskonale dogadywał się z matką. Byli do siebie bardzo podobni z charakteru i wyglądu. Mieli nawet tę samą mimikę twarzy. Rozumiała go jak nikt i w doskonale zdawała sobie sprawę z tego iż od pewnego czasu, nie mieszka już ze swoim małym synkiem, ale z prawie dorosłym synem, z którego miała pełne prawo być dumna (z czego korzystała) i którego zdanie była zmuszona szanować, co przychodziło jej z łatwością, bo był na ogół rozsądny.. W tym roku miał zdawać maturę. Nie wyobrażała sobie, by mógł mieć z ty problemy. Był inteligentny, odpowiedzialny i wystarczająco szalony, by wejść w dorosłe życie. Ufała, że będzie wiedział co z nim zrobić…
- I jak?- Spytał Piter wsuwając się do salonu i stając przed matką.
Spojrzała na syna. Pomyślała sobie, że jest mimo wszystko podobny do ojca- mieli tę samą postawę. Wyprostowani, zawsze stojąc z lekko rozstawionymi nogami i rękoma skrzyżowanymi na piersiach. Dumny i uparty, tak jak Tyilyian…
- Jak dla mnie świetnie… Tylko jeszcze włosy.
Piter miał na sobie szeroki jeansy, luźny t-shirt i narzuconą na niego, rozpiętą, czarną koszulę. Na włosy postanowił nie zwracać uwagi- nie miał do nich cierpliwości… Odkąd pamiętał, jeszcze nigdy nie dał rady się do końca uczesać, bo sterczały na wszystkie strony, za nic nie reagując na jakiekolwiek manewry ze szczotką, jakich dokonywał…
- Poddałem się… Będą rozczochrane.
- Synu, ja widzę, że ty się jeszcze nie nauczyłeś, że przy krótkich włosach, takich jakie masz, jedyną dającą się ułożyć- fryzurą, jest zaczesanie góry do przodu i pozostawienie reszty samej sobie…
- Tak się nie da, są za krótkie…
- Nad czołem wystarczające, żeby odstawały. Pozwól, że wyjątkowo ja to zrobię.- Powiedziała to tonem wesołym, ale nie znoszącym sprzeciwu.
Piotrek bez marudzenia oddał się w jej ręce na jakąś minutę…
- Gotowe. Wg mnie świetnie. -Stwierdziła z zadowoleniem i nieskrywaną satysfakcją.
Spojrzał szybko w lustro, jednocześnie zerkając na zegarek.
- Jesteś genialna. Lecę.- Otworzył drzwi i już miał zacząć- zbiegać- ze schodów
- Piotrek!
- Co?
- Baw się dobrze…
Skinął głową i zeskoczył zwinnie ze schodów. Mówiło się o nim, że z powodzeniem mógłby zostać akrobatą. A teraz biegł, żeby spotkać się z Kare… Miał jeszcze pół godziny, ale nie umiał się zmusić do czekania. Najwyżej będzie wcześniej. W końcu to lepiej, niż żeby się spóźnił. Impreza u Eddie i tak zaczynała sę dopiero o dwudziestej. Dwie godziny, czy dwie i pół na dojście na miejsce… Żadna różnica. A za chwilę się z nią spotka. Może wejdzie do środka. Wypiją kawę. Uwielbiała kawę. A może od razu wyjdą. Pójdą się gdzieś przejść. Będzie miał pełno czasu, żeby
Mama coś jeszcze mówiła, ale nie mógł zrozumieć... Wytłumaczył to sobie własnym rozkojarzeniem i odległością…
- Tyie naelem Teyin Myiru… Nazywasz się Teyin Myiru, synku…- Nie usłyszał.
Poczuła, że to była ostatnia szansa, żeby mu powiedzieć. Nie wiedziała dlaczego, ale ta myśl pojawiła się w jej głowie, gdy tylko zniknął jej z oczu…
15
Dochodziła osiemnasta. Ascot ponownie zasiadł w fotelu. Trzeba było dokończyć raporty. Wcale nie miał na to ochoty, zwłaszcza dlatego, że zdawał sobie sprawę z faktu, że poprzedniego wieczora nie wyłączył komputera i tenże zapisywał wszystkie rozmowy i odgłosy jakie wydawano w pobliżu, przez ostatni wieczór. Wliczając wszelkiego rodzaju jęki, stękania, krzyki etc. które dochodziły z sąsiedniego pokoju.
- Wyświetl ostatni dokument.
Na ścianie pojawił się niezwykle dokładny zapis ostatniej nocy, nie wiedzieć czemu, częściowo wymieszany ze zdaniami z raportu… Ascotowi nie pozostawało nic innego jak wszystko przeczytać i niepożądane zdania usunąć. Założył na kciuk i palec wskazujący mały, srebrny przyrząd, a następnie zaczął się wczytywać w zapis, korzystając z niego by zaznaczaać niechciane fragmenty.
- Wytnij.
Kolejne fragmenty znikały, a Ascot, który wszystko czytał po pewnym czasie przestał być zdolny do spokojnego siedzenia na fotelu. Komputer był nad wyraz dokładny, zdania zbyt sugestywne, a pamięć Ascota za dobra, żeby jego wyobraźnie nie zaczęła pracować… I to na bardzo wysokich obrotach. Miał dobrze rozwiniętą imaginację. Potrafił sobie wyobrazić właściwie wszystko… bardzo realistycznie. Jego wizje były niemalże dotykalne…
- Wytnij.
Noyin była w łazience. Od dobrych dwudziestu minut brała kąpiel. Tak jak lubiła, napełniła ich, wg jakichkolwiek standardów gigantyczną, wannę ciepłą wodą. Prawie wrzątkiem. Dodany uprzednio, płyn do kąpieli wytworzył ogromne ilości piany. Łazienkę wypełniła woń białej czekolady- zapach jej ulubionego mydła. Ściany i posadzka były dodatkowo ogrzewane. Para wodna unosiła się w rozgrzanym wnętrzu, wyłożonym granatowymi płytkami. Światło dawały tylko płomienie dwóch wysokich, złotych świec. Na podłodze leżał gruby, czerwony dywan, a na nim niedbale rzucone ubranie dziewczyny…
- Wytnij.- Ascot zastanawiał się ile jeszcze wytrzyma tak „pracując”.
Bawiła się przez chwilę pianą, a potem wzięła głęboki wdech i zanurzyła się cała w wodzie, kładąc się na plecach. W łazience słychać było ciche dźwięki muzyki. Noyin prawie nieświadomie przywołała w pamięci wspomnienia dzisiejszego, niezwykle przyjemnego poranka i wcześniejszego równie przyjemnego wieczoru…
Ascot, czytając, ledwo mógł usiedzieć na fotelu. Raz po raz spoglądał w stronę łazienki, a kolejne minuty trwały prawie w nieskończoność…
- Wytnij.
Noyin w końcu znudziła się kąpielą. Powoli podniosła się i wyszła z wanny. Nie chciało jej się wysilać i skrupulatnie suszyć. Owinęła się puszystym, granatowym ręcznikiem. Mokre włosy opadały jej na ramiona…
- Wytnij.
Przejrzała się w lustrze. Wyglądała tak, jak lubiła. Zmysłowo i rozbrajająco-powalająco-s(...) Krople wody spływały po całym jej, rozgrzanym kąpielą ciele. Długie do pasa, gęste brązowe loki, teraz mokre opadały na ramiona. Była naprawdę piękna. Długie, zgrabne nogi. Talia osy. Smukłe, bardzo sprawne palce. Wyraziste, ciemnozielone oczy, w kształcie idealnych migdałów. Pełne usta. Mały, prosty, lekko tylko zadarty nosek i długa szyja. Była bliska ideału piękna o ile już go nie stanowiła…
- Wytnij.
Ascot przestał myśleć o czymkolwiek innym, poza czytanym tekstem. Wyobraźnia wzięła górę, nad rozumem i całą resztą. Z resztą dynamika akcji, rozgrywającej się, w wyświetlanym przez komputer dokumencie, też już dawno przestała mieć związek z rozumem i opierała się tylko na wyobraźni i inwencji twórczej dwójki jej uczestników. Cała opisana skrupulatnie przez system scena miała się ku burzliwemu końcowi…
- Zdecydowanie wytnij.
Drzwi łazienki otworzyły się powoli. Noyin, jak zawsze swoim bezszelestny krokiem, wyszła z niej i skierowała się prosto, na aktualnie pochłoniętego lekturą Ascota. Po pięciu latach związku przestali potrzebować słów, by wiedzieć czego chcą. Wystarczyło jedno spojrzenie i już siedziała mu na kolanach. Lubiła sposób w jaki całował. Był delikatny, ale pewny w tym co robił i zawsze umiał wziąć sobie to na co miał ochotę. Ona z resztą dawała z przyjemnością. Doskonale o tym wiedział. Uwielbiał zapach białej czekolady. Noyin o zapachu białej czekolady, lubił jeszcze bardziej…
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
Ścianę, swoją obecnością zaszczyciła Enayina Senele. Na twarzy miała mieszankę zmieszania, zdziwienia i dzikiej satysfakcji, wywołaną widokiem i świadomością, że przerwała Noyin z całą pewnością doskonałą zabawę. Nie wyobrażała sobie, żeby ta zabawa mogła nie być przyjemna z Ascotem…
- Przeszkadzasz.- Noyin była wybitnie poirytowana.
- Trudno.- Odparła ze swoim sztucznym uśmiechem. Nie lubiła jej…
- O co chodzi?- Ascot postanowił sobie nie dopuszczać- do ich konwersacji już dawno, po pewnej niezwykle burzliwej wymianie zdań obu kobiet, którą przeczekał w kuchni, błagając o cud i odrobinę ciszy…
- Na polskiej granicy złapaliśmy chyba dwudziestu… Pewnie szło więcej. Kheyilan Nyiu kazał ci to przekazać- …
- Polską granicę?- upewnił się i nagle dotarło do niego, że ma mało czasu, żeby się tam dostać- , znaleźć- Kyirayien i ją ostrzec.
- Tak powiedział.- Enayina gorąco żałowała, że nie może siedzieć- teraz na miejscu Noyin…
- Macie mnie jak przenieść- ?
Odwróciła się na chwilę.
- Do Polski teraz nie da rady. Przeciążymy system.
- W takim razie za trzy minuty chcę być- w Lizbonie. Stamtąd sam się przedostanę.
- Jak sobie życzysz.- Powiedziała swoim słodkim głosem, poczym zniknęła.
Wstał i pobiegł się przebrać…
Noyin została sama w salonie, przeklinając dzień, w którym jego ojciec podjął decyzję, o wysłaniu go do akademii i dzień w którym na świat przyszła Enayina.
16
Karolina siedział na fotelu, udając przed sobą, ze jest pochłonięta czytaniem książki... Właściwie szło jej doskonale... Przebiegała wzrokiem po kolejnych kartkach. Miała zainteresowany wyraz twarzy. Ktoś kto jej nie znał, mógłby pomyśleć, iż istotnie jest zaczytana.… Niestety miało to niewielki związek z prawdą.
- Siedemnasta pięć- dziesiąt sześć- .- Wymamrotała, spoglądając na zegarek.
Piter miał jeszcze całe cztery minuty, na przyjście. Nie potrzebował ich, gdyż tak naprawdę to od dobrych dziesięciu minut gapił się na zegarek i odliczał czas, do momentu w którym będzie mógł wreszcie zadzwonić do drzwi. Ten moment właśnie nadszedł... Nacisnął dzwonek. W mieszkaniu rozległy się szmery, stuki, a po pewnym, niedługim czasie kroki. Drzwi otworzyły się i ukazała mu się Kare w wydaniu imprezowym, czyli najzwyczajniej w świecie olśniewającym.
Miała na sobie fioletową bluzkę z odkrytymi ramionami i długimi, półprzezroczystymi rękawami Była akurat tej długości, żeby widać było jak płaski ma brzuch i jak wciętą talię. Ciemnozielone spodnie, z nogawkami tak szerokim, że chyba uszytymi z kilometra materiału wydłużały całość jej sylwetki. Kare zazwyczaj malowała się bardzo delikatnie. Prawie niewidocznie. Tego dnia zrobiła wyjątek- Piotrek, jako że się na tym nie znał, nie miał pojęcia co takiego uczyniła, by wyglądać tak oszałamiająco. Rozpuściła włosy. Pomarańczowe sploty opadały jej na ramiona. Nie zauważył tego od razu, ale gdy już to do niego dotarło, stwierdził iż to właśnie musi być naturalny kolor jej włosów, bo wyglądała… Nie umiał tego nazwać.
- Cześć- .- Przywitała się z uśmiechem numer 17.
- Cześć- …-Spróbował przypomnieć- sobie kim jest, jak się nazywa i co robi twarzą twarz z tym zjawiskiem…- Co ? Gotowa?- Gdzieś między podświadomością, a świadomością, w okolicy nieświadomości przebiegła mu myśl, że to pytanie było w gruncie rzeczy zbędne. Przecież widział, że była gotowa, nie był w końcu ślepy…
- Jak widać- . Idziemy?- Karolina próbowała skoncentrować- się na jakimś mało istotnym szczególe, który pomógłby jej nie myśleć- o Piterze, w ten sposób w jaki właśnie myślała… Nazwijmy to, niestosowny.- Do Eddie niesie nas na dwudziestą… Jest osiemnasta.
- A co byś chciała teraz robić- ?- Pytanie z założenia wcale nie miało brzmieć- dwuznacznie, ale tak jakoś wyszło, że zabrzmiało…
Po głowie Pitera swobodnie biegała myśl, że właściwie to nie widzi potrzeby pójścia gdziekolwiek dalej i że jakby mu tylko pozwolić to by ją natychmiast…
- Bo ja wiem… Może spacer?
Dlaczego?! Dlaczego powiedziała „spacer”? Jaki spacer? Co za spacer! Wcale nie chciała tego powiedzieć. Spacer był chyba ostatnią rzeczą, na jaką miała teraz ochotę. Dlaczego powiedziała to przeklęte „spacer”? Miała ochotę na coś skrajnie odmiennego, chociaż też wiążącego się z wysiłkiem fizycznym… Tylko zgoła przyjemniejszym. Kara prawie uderzyła głową o ścianę, ubolewając nad własną głupotą i tym co powiedziała…
Piter uświadomił sobie nagle, że tak naprawdę, to od dziecka nienawidzi parków. Tych niedaleko mieszkania Kare zwłaszcza… Rozważał przez chwilę czy dobrym wyjściem nie byłoby wzięcie jej natychmiast z użyciem siły. Na swoje szczęście odrzucił to wyjście. Gdyby spróbował, Kare prawdopodobnie skręciłaby mu kark, w ramach dawania do zrozumienia, że nie życzy sobie takiego zachowania…
- Spacer…- Jęknął głosem, który wcale nie miał być- zawiedziony, a mimo to był.- No to chodźmy…
- Chodźmy?...- Pytająco odparła Karolina, głosem który wcale nie miał brzmieć jak pełen rozczarowania…- A nie wolałbyś…-chwila myślenia. Jak wciągnąć go do domu, żeby nie wyszło na to, że właśnie to było celem?- …kawy?
- Kawy?… U ciebie?- Czyżby była nadzieja? Może uda mu się…
W tym właśnie momencie przepiękny, artystyczny, niebanalny, o ciekawej kompozycji, a na dodatek polifoniczny dzwonek jego telefonu komórkowego przerwał im rozmowę i cała seria skomplikowanych manewrów konwersacyjnych, wykonywanych przez oboje poszła na marne…
- Halo.- Z nienawiścią w głosie przemówił Piter, obiecując, że zabije swojego rozmówcę przy pierwszej, możliwej okazji.
- Piter? Eddie mówi. Słuchaj, nastąpiła zmiana planu. Zaczynamy o dziewiętnastej, więc wybierz się po Kare i się jakoś tak o czasie pojawcie…
- Skąd ty wiesz, że ja… ona…
- Bo jestem, nie chwaląc się, genialna. To leć do niej.
- Doleciałem.
- To wyląduj. Sprężcie się jakoś z zabawą i pojawcie się o tej dziewiętnastej… Pa!
Rozłączyła się równie nieoczekiwanie, jak połączyła. Przekazana przez nią informacja popsuła mu plan życiowy, ale się nie załamał, bo pomyślał, że fakt, iż idzie z Kare na imprezę do Eddie i Eddie jest na tyle miła, że nie skomentuje tego faktu we właściwy sobie, ironiczny sposób, jest wystarczającym błogosławieństwem czy czymś jemu podobnym.
- Eddie obwieściła, że impreza zacznie się wcześniej… Musimy iść- …
- Tak…
Po „tak” Karoliny nastąpiło jakieś czterdzieści siedem, może osiem sekund kontemplacji obojga, zakończone przez Pitera najdłuższym i najnamiętniejszym pocałunkiem, jaki zaliczył w karierze, a następnie rewanżem Kare, na równie wysokim poziomie trudności technicznej.
Kolejne rundy rewanżowe, były powodem dla którego spóźnili się na imprezę… Fakt, ze się pojawili, Eddie zawdzięczała sąsiadce Kare, która była wybitnie zbulwersowana sceną i dostała histerii na klatce schodowej, co z kolei sprawiło, ze Piter mimochodem spojrzał na zegarek, wskazujący osiemnastą pięćdziesiąt siedem. Kare wyjęła klucze i zamknęła drzwi. Jeszcze tylko raz zbulwersowali sąsiadkę i wyszli…