Latarnia Zmarłych
Mogiły milczały. Była już noc. Układały się rzędami, zamknięte wewnątrz niskiego, zrujnowanego ogrodzenia. Pośród nich, od czasu do czasu wyrastały marmurowe grobowce. Centrum nekropolii zajmowało dosyć spore mauzoleum. A nade wszystkim panowała garbata wieżyca, zwana Latarnią Zamarłych, gdyż płonący tam ogień miał świecić martwym duszom. Nie pozbawiała ona mroku leśnego cmentarza, lecz wydobywała z niego cienie, nadając mu nieco mistycznej grozy. Chłodny wiatr sunął z zachodu, szarpiąc nagimi gałęziami starego, spróchniałego jesionu.
Trójka bandziorów buszowała na położonym przy drodze do Cabragah cmentarzu. Rozkopywali groby. Martwe ciała układali pod jesionem.
- I co mamy? – wołał grubas do towarzysza siedzącego w dole.
- Ćśśś… - uciszał go trzeci złodziejaszek – Bo nas grabarz usłyszy.
– Co mamy? – zapytał powtórnie, tym razem szeptem.
- Jakieś błyskotki, zardzewiały miecz… to co zwykle – odpowiedział tłumiony głos z grobu.
- Kop dalej – rozkazał tłusty herszt szajki. – Wcześnie dziś zaczęliśmy. Możemy jeszcze trochę popracować. A ty, leniu, zajmij się następną mogiłą.
- Tyle ich tu jest szefie… nie potrafię wybrać.
– Bierz którąkolwiek sieroto! – odpowiedział, po czym wskazał palcem większy grób i dodał – Byle nie tą. Widać, że upchnęli tu hurtem kilka zwłok. Pewnie wieśniacy. Nic tam nie znajdziemy.
Dwaj towarzysze z podziwem słuchali mądrości swego przywódcy. Tacy jak on do czegoś w życiu dojdą.
Łopata poszła w ruch. Znów posypał się w górę brunatny piach. Miejsce zmarłych ożywiały ruchy bandyckiego żelaza. Miejsce, gdzie krzyżują się światy życia i śmierci. Przelewają się tędy dusze, sączy się esencja życia… kap, kap… Ścieka po szarym, marmurowym nagrobku. Płynie dalej, do samej krawędzi świata i rosi grunt. Wsiąka w ziemię. Gdzieś w innej części cmentarza. Nie trudno w takim miejscu o naruszenie praw śmierci.
Spod ziemi słychać szamotanie.
Tak jak w pracowni alchemika, zawsze może dojść do stłuczenia którejś z magicznych mikstur.
Koścista dłoń unosi się z miejsca spoczynku.
Czas mijał. Złodzieje dalej penetrowali groby. Nie słyszeli jego cichych kroków. Był wzrostu przeciętnego człowieka, ale człowieka już nie przypominał. Jego nagi szkielet pozbawiony był skóry i mięsa, ledwie tylko przykrywał go brudny, postrzępiony płaszcz w żałobnym kolorze czerni. Zbliżył się do pochłoniętych pracą rabusi i uśmiechnął się krzywo, na ile pozwalała mu mimika odartej z rysów twarzy szczęki.
Do ostatniej chwili pozostawał niezauważony. Do momentu, gdy jeden z cmentarnych złodziei nie spojrzał mimochodem przez plecy. Najpierw rozległ się krzyk, potem krzyk umilkł, gdy kościste łapy zacisnęły się na jego szyi. Nieumarły zadusił go na miejscu.
Następny był grubas. Wyciągnął sztylet i próbował się bronić, ale żadne cięcie nie mogło zranić tej istoty. A szkielet był na tyle silny, że jednym mocnym ciosem strzaskał złodziejowi czaszkę.
W całym tym zamieszaniu z głębokiego dołu dobiegały głosy:
- Co się dzieje?! Chłopaki?!
Księżyc na nocnym niebie odliczył nieskończoność zamkniętą w czasie jednej, pracowitej godziny. Kościotrup zaczął się gościć w nekropolii. Swój pałac uczynił w sporym mauzoleum. Poprzedniego właściciela wysiedlił na stos trupów pod jesionem. Zyskał sobie przychylność żyjących po kątach cmentarza żyjątek, czyli głównie gryzoni. W szczególności polubiły go hybrydalne stworzenia przypominające węże z głowami szczurów. Gdy siedział na swym tronie z ludzkich kości, pełzały po nim i oplatały jego brudny szkielet. Wielbiły swojego karmiciela.
Kroczył po cmentarzu, dumnie niczym król. Jeden tylko widok nie dawał mu spokoju. Latarnia Zmarłych. Ona jedna nie chciała mu się poddać. Raziła jego puste oczodoły darem słońca – płomieniem. Nie miał tam wstępu.
Po drugiej stronie stał stary kapłan, trochę już szalony od życia w samotności. Patrzył na kościotrupa zza murów wieżycy. Nie było w tym spojrzeniu trwogi, raczej zniesmaczenie.
- Kolejny szczur na okręcie – powiedział do siebie. – Ale za stary już jestem, żeby go przepędzić. To nie mój kłopot. Tu wejść nie możesz. Żyję tu sobie jak pan, jedzenie mi przynoszą co tydzień. Tylko ognia muszę pilnować, by nie zgasł. Chciałbyś, by tak się stało? Po moim trupie!
II
Przez las szło pięcioro wędrowców. Prowadził ich człowiek ubrany w zielone barwy, z łukiem przewieszonym przez plecy. U boku Ferkloda jechał Grismon, również człowiek, ale już wyraźnie uposażony jak wojownik. Za nimi podążały dwie, mniejsze od nich rusałki: mężczyzna Kebrionis oraz Murwina. Grupę zamykał karzeł Gloki na siwym kucu.
Podróż jak dotąd nie przedstawiała większych trudności. Wkrótce stanęli na rozdrożach, gdzie drzewa zwyczajowo przyozdobione były wisielcami. Jeden drogowskaz zwrócony był w stronę wędrowców, a było na nim napisane: „Zamczysko Heltzgrot”. W przeciwnym zaś kierunku prowadziły dwie drogi. Można było jechać dalej gościńcem, tam, gdzie leżał „Targ Pogranicza” lub wybrać mniejszą odnogę podążając do „Cabragah”.
- No… I gdzie teraz? – zapytał karła Grismon, beznamiętnie.
- Nie ja tu podejmuję decyzje.
- Przestań błaznować, dobra?! – Wojownik podniósł głos. Nie trudno o to. – Miałeś nas zaprowadzić do Gór Pięciu Oszczepów! Chcesz nas wykiwać?
Gloki patrzył się jeszcze chwilę zamyślony w drogowskaz, po czym odpowiedział:
- Tędy. Do Cabragah.
Ferklod, którego zdanie na tej wyprawie było ostateczne, skinął głową na resztę towarzystwa. Pojechali odnogą, zapuszczając się głębiej w las.
Karzeł znał te ziemie. Przywiązane do lasów rusałki także poruszały się dosyć swobodnie. Również Ferklod, jako narodzony z ziemi, niczym kwiat, bez matki i ojca. Jeden Grismon nie czuł się dobrze nocą w kniei. Krzewy przybierały dziwaczne kształty, a miecz wojownika z Heltzgrot sam wsuwał mu się do ręki.
Wędrowali do późna, aż zapadła noc. Wtem droga się urwała, a w gęstym lesie otworzyła się wolna przestrzeń, jakby uroczysko.
- Cmentarz… Cholera karle, dokąd ty nas prowadzisz?! – wrzeszczał Grismon. Leśne echo nie wiedziało, co to sen.
- Mówiłem ci już, żebyś nie mówił do mnie per karzeł. To obraźliwe. Jestem nibelungiem. Z wysokiego rodu.
- Słuchaj ty wyrostku, ty obleśny kurduplu! To jest jakaś nekropolia!
- Przecież widzę – mówił Gloki - Wiem, że obleciał cię strach, ale uspokój się. Jeszcze zbudzisz przodków. Wiele razy tędy wędrowałem. Po drugiej stronie droga kontynuuje swój bieg.
Stanęli, jakby u wrót. Ferklod ogarnął wzrokiem całą nekropolię. Miasteczko umarłych otoczone było skąpym ogrodzeniem, przy którym stała świecąca wieża. Naprzeciw niej, w samym środku cmentarza wznosiło się dosyć wielkie mauzoleum. Na całej przestrzeni piętrzyły się także mniejsze grobowce. No i oczywiście zwyczajne mogiły – jakby grzędy – wypełnione nasieniem, które już nie zakiełkuje. Poza nielicznymi wyjątkami.
- Zbierajcie się panowie – powiedział Ferklod.
Drużyna mijała łowcę. Grismon, Kebrionis, Gloki. Tylko Murwina stała w miejscu, jakby na coś czekała. Ferklod uśmiechnął się do małej przyjaciółki i dodał:
- Panie też, oczywiście.
Kobieta odwzajemniła uśmiech i ruszyła.
Dotarli w pobliże mauzoleum. Nad wejściem wyryte było epitafium:
Graf wielki ziem Wormittu.
Życie słodziły mi pokłony wasali,
Śmierć spędzę w tym przybytku,
Otoczony dostatkiem i kolumnami.
Ironia losu, że leżał teraz na stosie trupów pod zmarniałym drzewem.
Ferkloda coś zaniepokoiło. Wyostrzone zmysły łowcy podpowiadały mu, że coś się za nim skrada. Upiornie cicho. Szedł dalej, nie odwracał się. Wyciągnął zupełnie naturalnie łuk, nie budząc żadnych podejrzeń. Następnie szybkim już ruchem sięgnął do kołczanu po strzałę i napinając broń odwrócił się. Zobaczył krzywo uśmiechniętego kościotrupa w czarnym płaszczu, dwa kroki za sobą. Wypuścił strzałę. Trafiła w kość czołową, lecz odbiła się od niej jak od skały.
- Do broni! – krzyknął na towarzyszy. Wszyscy jak na sygnał wyciągnęli swoje miecze (oprócz Murwiny, która nie potrzebowała broni). Kościotrup gwałtownym ruchem rzucił się na łowcę. Ten jednak zwinnie odskoczył i uniknął ciosu. W wyciągniętą, kościaną rękę uderzył swym spiżowym mieczem Kebrionis, lecz jedynym efektem cięcia było poszczerbione ostrze.
- Broń się go nie ima – stwierdził rusałek. Wzruszył ramionami i na czas zasłonił się tarczą -egidą, wykonaną co prawda ze skór, lecz zaklętą czarami.
Ferklod przywołał w umyśle swoją umiejętność. Jedną z tych, z którymi się narodził w łonie Pani Przyrody. Jego skóra zrogowaciała i w procesie przypominającym wysychanie przeobraziła się w twardą korę. Jednak nie ponosił przez to większych konsekwencji w swobodzie ruchów. Natarł na nieumarłego przeciwnika i zwarł się z nim w zapaśniczym uścisku. Drewno i kości skrzypiały. Żadne z walczących nie zdołało uzyskać na dłużej przewagi. Jednak upiór się nie męczył, a Ferklod każdą sekundę okupywał niezwykłym wysiłkiem. Z natarcia przeszedł w defensywę. Wyrwał się z uścisku i uciekł w tył przybierając z powrotem bardziej ludzką postać. Z wrogiem wypróbował się Grismon, również na próżno.
- Możesz coś z nim zrobić? – pytał Murwinę.
- Mogę go spowolnić – powiedziała, po czym zaczęła wypowiadać słowa modlitwy do Pani
Przyrody. Wkrótce ziemia pod nieumarłym zaczęła wibrować energią, po czym wyrosła z niej zęborośl. Oplotła kościane nogi nocnego stworzenia. Szamotał się i próbował wyrwać. Wędrowcy odetchnęli z ulgą.
Szkielet zrobił mocny krok. Kolce zęborośli zgrzytały trąc o kości przeciwnika. Magiczna roślina przerwała się w kilku miejscach. Nieumarły ponownie ruszył do ofensywy i zadał najbliższemu Kebrionisowi mocny cios. Co prawda celował w głowę, ale niezgrabny unik ofiary sprawił, że kościana dłoń trafiła w lewe ramię. Dosyć mocno. Wtem w Latarni Zmarłych otworzyły się drzwi i stanął w nich staruszek w obskurnej, szkarłatnej szacie.
- Schowajcie się tutaj! – wołał. – On nie może wejść do wieży!
Grismon patrzył na łowcę. Ferklod skinął głową przyzwalająco.
- Idziemy do wieży – powiedział.
Biegli. Pierwsza skryła się Murwina, dalej Kebrionis ze zdrętwiałą ręką oraz Ferklod, który prowadził rannego. Grismon przekroczył próg jako ostatni. Zamknął za sobą drzwi.
III
Izba była dosyć mała, jak cała wieża. Trzy ściany obstawione były regałami pełnymi ksiąg, przyrządów sakralnych, fetyszy oraz tajemniczych mikstur. Pośrodku stał skromny ołtarzyk. Na szczyt wieży, gdzie płonął ogień prowadziły kręte schody. Z krótkiej rozmowy wędrowcy dowiedzieli się, że uratował ich Morgaul, kapłan w tej cmentarnej kaplicy.
- Nie mam tu zbytnich wygód – mówił Morgaul – Ciasna klitka, ale dla mnie jest pałacem. Niczego więcej mi nie potrzeba. Napijecie się czegoś? Wody, krwi…? – tu staruszek potrząsnął wesoło butlą pełną czerwonego płynu. Wyciągnął korek i wychylił parę łyków. - Ech… trochę przy słodkie.
- Jak to mówią: z deszczu pod rynnę – szepnął do przyjaciół Grismon.
- Jakiemu bogowi służysz? – Zapytał Ferklod jednocześnie gestem ręki dając do zrozumienia, że nie jest spragniony. Kapłan odłożył napój z powrotem na półkę.
- Oczywiście, że Pani Śmierci. Jesteśmy na cmentarzu, moje wy owieczki, prawda?
Nie sposób było zaprzeczyć.
- Straszliwie mocny ten kościotrup – mówił rusałek – Przed nim można tylko uciekać. Co o nim wiesz?
Murwina jakby wyrwała się z zamyślenia i troskliwie zwróciła się do Kebrionisa:
- Zaraz cię opatrzę braciszku. – To mówiąc wyciągnęła przygotowane z ziół driakwie i zajęła się jego raną. Na szczęście nie było złamania.
- O tym szczurze? – mówił kapłan – Po prostu się pojawił. Ale tutaj nie wejdzie. To jest poświęcona ziemia.
- Jak z nim walczyć? – dopytywał się Ferklod.
- A co wam tak do walki spieszno? O wschodzie słońca będzie się musiał gdzieś schować, pewnie wybierze mauzoleum. Wtedy odejdziecie bez przeszkód.
- Ludzie mogą ucierpieć.
- Normalni ludzie nie przychodzą na cmentarz po zmroku. Nie opowiadała ci mama bajek o duchach?
- Chcesz, żebyśmy to zostawili?
- Każdy cmentarz ma swojego stracha. – Kapłan nader szybko wynajdywał usprawiedliwienia dla bierności. Wędrowcy starali się to zignorować. - Dajcie spokój. Nie warto.
- Gdzie jest Gloki?! – wykrzyknęła Murwina, kiedy już opatrzyła brata.
- A co, nie ma go tu?! – zdziwił się Grismon - Skurczybyk! Tyle w nim rozumu, co i wzrostu.
- Jeszcze coś mu się stanie…
- Jego wybór, jego śmierć – powiedział wojownik. Wszyscy spojrzeli na niego spode łba. –
Ale i tak pewnie zwiał i nas tu zostawił.
- Może pojechał do Heltzgrot po pomoc.
- Albo sam szuka sposobu na kościotrupa – dorzucił Kebrionis.
Wędrowcy oswoili się powoli ze swoim miejscem pobytu. Gospodarz jednak dawał im się we znaki. Murwina przemknęła obok towarzyszy i usiadła w kącie.
- Chowam się przed Morgaulem. Stara się mi wytłumaczyć, czemu śmierć nie może boleć.
Wzdrygnęła się raz jeszcze i poprawiła na głowie swój wianek utkany z maku i rumianku.
- To jest wariat – mówił Grismon - Ciągle gada o śmierci. Aż dziw, że się do tej pory nie powiesił.
- Jeszcze ma czas – powiedział Kebrionis. - Jest całkiem krzepki. Mówił, że w młodości był kapitanem na statku.
- Czemu tak nisko upadł? – pytał Grismon.
- Jego załoga zginęła w jakimś wypadku. On jeden przeżył.
- Stawiam całą moją sakiewkę, że sam ich zabił. No ale nic. Starajcie się nie zostawać z nim dłużej sam na sam. A teraz moglibyśmy się trochę rozerwać. Pośpiech w naszej podróży, ważnej podróży, nie pozwalał nam na to. Ale skoro już się zatrzymaliśmy, to może by tak… – Wyciągnął kości do gry. – Hę?
Jednak do zabawy nie doszło. Kapłan zszedł na dół, usiadł między gośćmi i ni stąd ni zowąd rzucił wyszukany temat do dyskusji:
- Zwłoki najlepiej wyglądają w kilka dni po zgonie. – Wszyscy spojrzeli po sobie znacząco. Nie dając się wciągnąć w głęboką polemikę przytaknęli jednym głosem. Morgaul nie dawał za wygraną - Ich usta zdobią wtedy strużki czerwonej krwi, pochodzącej z rozkładających się wnętrzności. Zęby karłowacieją, coraz bardziej przypominając kły. A cały trup jest zimny i sztywny od stóp do głów, trochę podbarwiony sinym fioletem.
- Wampir by tego lepiej nie opisał – zadrwił Grismon. – A właśnie, co o nich sądzisz? Pewnie i dla nich znajdziesz równie poetyckie słowa.
- Wampiry to najsmutniejsze z istot, jakie znam. Cierpią kradzionym cierpieniem i nie potrafią się go wyrzec. Nieśmiertelność to najgorsza z chorób.
- Więc powinienem czuć się chory – odrzekł rusałek. – Ja i moja siostra. Bo prędko się nie zestarzejemy.
- Gościniec jest długi, ale wiele na nim rozbójników. Nie dożyjesz nieśmiertelności i nie dożyjesz szybko.
- Powiedz mu jeszcze, kiedy zginie – wtrącił Grismon mrugnąwszy znacząco.
- Jedziecie na północ? Więc daję mu dwa tygodnie, nie więcej.
- Może by tak godzina? – ciągnął dalej wojownik.
- Będzie noc.
- Umrze we śnie?
- Będzie czuł każdą kroplę duszy przelewającą się przez więzienne kraty na wolność. Na jawie.
- Brrr… Straszne rzeczy mówisz. – Naigrywał się Grismon. - Spójrz jak się boi.
Rusałek trochę się skurczył i drapał po plecach, zdecydowanie za szybko. Widząc nacisk ze strony towarzyszy splunął przez ramię i próbował odpowiedzieć:
- Ekhem…
- Nawet go to nie ruszyło – przerwał mu wojownik z Heltzgrot, nim ten miał okazję powiedzieć coś przeczącego jego teorii.
Morgaul spojrzał na nieco bladego mężczyznę i jakby od niechcenia dodał:
- I dobrze, bo tylko żartowałem! – Tu gospodarz wieży wybuchł głośnym śmiechem – Buhahahaha-ha hłe hłe hłe!
- Bardzo śmieszne – skomentował rusałek i splunął raz jeszcze przez ramię, na wszelki wypadek.
Potem poszedł na górę, a za nim – nieco później – kapłan.
- Kota nie ma, myszy harcują – powiedział raźno Grismon, po czym zaczął szperać w rzeczach właściciela Latarni. Fetyszy i mikstur starał się nie dotykać, zwłaszcza fetyszy wykonanych z kości i mikstur nazbyt czerwonych. Jego ręka spoczęła na księdze. Są one, bądź co bądź, rzadkością w tych barbarzyńskich stronach. Zdjął ją z półki i powiedział do siebie:
- Ho, ho, ho… Ciekawe jaką lekturą może się kierować wariat?
- Wiesz co to wścibstwo? – upomniał go Ferklod.
- A wiesz, co to „Ars moriendi”?
- Że co?
- Taki jest tytuł.
- To znaczy „Sztuka umierania”. Pokaż. – Zaciekawiony łowca podszedł i ujął wojownikowi pergaminowe tomisko. Otworzył gdzieś w środku i przeczytał na głos – Nie należy bać się śmierci, gdyż jest nieunikniona, a przy tym stanowi wolność dla duszy. Jest nagrodą dla uczciwych, dla zbrodniarzy zaś karą, ale nie ona wydaje w tej sprawie wyroki, lecz sam człowiek.
- Wstydu nie macie – mówiła Murwina. – Bez pytania brać cudze rzeczy.
Zignorowano ją. Ferklod przewrócił na inną stronę. Widniała tam miniatura przedstawiająca szkielety harcujące z monarchą, rycerzem i wieśniakiem.
- Śmierć jest najsprawiedliwszą z bogów. Dotyka wszystkich: obala stany, jednoczy poróżnionych.
- Jak usłyszę jeszcze coś o śmierci, to się zabiję – skomentowała Murwina. – Ale tak porządnie.
Kebrionis przechadzał się na górze wieży samotnie, wokół płomienia, który miał świecić zmarłym duszom. Co jakiś czas zatrzymywał się i spoglądał na zewnątrz, obserwując kościotrupa. Ten zaś ciągle węszył wokół Latarni. Cała nekropolia była jego królestwem. Tylko ta wieża nie dawała mu spokoju. Uparcie szukał wyłomu w chroniącej jej mocy.
- Strasznie cholernik narozrabiał – dobiegł rusałka głos zza pleców. Kapłan kontynuował – Grabarz będzie miał dużo roboty, hłe, hłe.
- Grabarz? A gdzie on jest?
- Teoretycznie w swoim domu, tam, po drugiej stronie cmentarza. A w praktyce… pod jesionem.
- Aha. Między grobowcami stoi jakaś drewniana konstrukcja…
- Wiem. Śmieszna historia. – Morgaul zaczął śmiać się obłąkańczo. Kebrionis już się bał. Po chwili kapłan opanował się, by opowiedzieć. – Był kilka lat temu pewien łotrzyk w okolicy. Kradł za dwoje. W końcu jednak mieszkańcy Cabragah nakryli go, zebrali się i urządzili za nim nagonkę. Gonili go przez tą leśną drogą. Dotarł na cmentarz. I zatrzymał się. Podobnie jak w świątyniach, panuje tu prawo azylu. Dopóki pozostawał w granicach nekropolii, nie godziło się czynić mu szkód. Ale nie zamierzali odpuścić, więc dzień i noc pilnowali, by nie uciekł. Pomysłowy był z niego złodziejaszek. Wybudował tu sobie chatkę, grabarz pożyczył mu gwoździe. Jadł swojego konia. Lecz potem zniknął bez śladu. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Mówili, że mógł się przedrzeć przez nieuważne warty.
Rusałek przytaknął.
- Nie widzę drewna. Ogień ci niedługo zgaśnie – powiedział.
- Nie zgaśnie. On innym drewnem płonie.
Kebrionis spojrzał raz jeszcze na zewnątrz, w nadziei, że zobaczy nibelunga. Na próżno.
Tymczasem Gloki skradał się między grobami. Kiedy towarzysze biegli do Latarni, karzeł korzystając z nieuwagi kościotrupa udał się między grobowce. Takie już miał zawodowe zboczenie. Złodziejaszek lepiej się czuł śledząc wszystkie posunięcia nieboszczyka, niż jakby kościotrup miał robić to samo z nim, krążąc wokół miejsca jego pobytu, tak jak to teraz robi z jego druhami. Oczywiście, mógł przyczaić się w lesie, gdzie drzewa rzucają cień, ale nie czuł takiej potrzeby. W końcu głupi umarlak z rozumem jak u golema nie przechytrzy nibelunga.
Zastanawiał się nad pomocą towarzyszom. Z przymrużeniem oka, bo wiedział, że w Latarni są bezpieczni. Gloki znał wiele opowieści, także o nieumarłych. Bronią nie można uczynić im szkody, gdyż są istotami z zaświatów, a ich ciało jakby odbiciem w tafli jeziora, cieniem rzucanym z podziemnego świata. Kluczem do pokonania takiego przeciwnika często okazywał się jego grób. Tyle na razie wymyślił, że trzeba poszukać grobu umarlaka. Problem polegał na tym, że mnóstwo mogił było porozkopywanych i trudno było określić, która należy do kościotrupa. Podejrzewał, że musi szukać dziury w ziemi bez śladów łopaty.
W jednym rozkopanym dole spostrzegł skarb, którego rabusie nie mieli szczęścia zabrać do domu.
- Ooo… świecidełka – powiedział do siebie zadowolony, po czym zapakował zdobycz do kieszeni ukrytych w szarym kaftanie. – Teraz mogę umrzeć – dodał z dumą.
Nieco dalej trafił na stos trupów ułożony pod spróchniałym jesionem. Szczęście mu dziś dopisywało. Grubas o rysach twarzy zboczeńca miał na zimnym palcu pierścionek z błękitnie świecącym oczkiem. Podniósł jego rękę, by go zdjąć. Wyskoczył spod niej szczur i pobiegł gdzieś z piskiem. Hałas zwrócił uwagę kościotrupa, który poszedł schwytać intruza. Nibelung cichaczem zwiał w stronę drewnianej chatki. Zawahał się. Wrócił. Zdjął z ręki nieboszczyka pierścień i pomknął z powrotem w ukrycie. Nowy władca cmentarza zaczął węszyć na miejscu zbrodni. Teraz już wiedział, że ktoś buszuje w jego królestwie. Choć udawał, że niczego szczególnego nie zauważył, zapamięta sobie dobrze, że cały czas jest obserwowany.
Tymczasem Gloki prześlizgnął się dyskretnie do chatki po pomysłowym zbrodniarzu. Nie zwrócił uwagi drzemiącego tam wężoszczura, zapewne jak reszta, pełniącego rolę szpiega. Wyciągnął z kieszeni kamień i rzucił nim. Zmiażdżył stworzeniu szczurzy łeb nim ten zdążył wydać z siebie alarmujący głos.
Chatka była bardzo ciasna i niewygodna. Chodziły tu obślizgłe robaki, larwy i pająki. Ale liczne szpary w drewnianej konstrukcji dawały możliwość śledzenia każdego kroku przeciwnika, pozostając niezauważonym.
IV
Podróżnicy przyjęli poczęstunek z wątpliwych rąk Morgaula. Gdy talerze opustoszały, a sztućce zamilkły, izbę ogarnęła cisza. Wszyscy rzucali nieme spojrzenia po kątach.
- Hmmm… - westchnął Ferklod. – Może by ktoś coś powiedział?
- Znam śmieszną opowieść… - kapłan dławił się ze śmiechu.
Wszyscy chórem pomyśleli: „Znowu coś o śmierci!”. Grismon zaprotestował:
- Przed chwilą jedliśmy, jesteśmy wdzięczni, że chcesz nas zabawić, ale…
- Ależ nie! – wykrzyknął Morgaul. – To będzie o drzewku.
Goście odetchnęli z ulgą.
- Opowiadaj pan – przyzwoliła Murwina.
- No więc… Drzewko oplatało korzeniami gnijące zwłoki, martwe płody wilgotnej ziemi…
Historia ciągnęła się przez kolejne pół godziny, zanudzając słuchaczy kompletnym brakiem treści. Grismon w końcu przerwał kapłanowi.
- Dłużej nie wytrzymam. Zamiast zrobić coś pożytecznego siedzimy tu i słuchami jakichś bzdur o śmierci.
- Nie podoba ci się? – pytał oburzony gospodarz.
- Przykro mi, nawet nie rozumiem, o czym jest ta opowieść.
- Morałów i aluzji ukryłem w niej wiele. Część może odgadłeś, części nie. Ale sam fakt, że się zastanawiasz, to już dużo.
Morgaul nie dokończył już. Poszedł znów na górę, by pilnować ognia.
- Nie wiem czemu, ale czuję się tu jak więzień – skarżył się wojownik. – I tęsknię za wolnością.
- Cierpliwości – mówił Ferklod – Ona przyjdzie. Przecież to tylko kilka godzin. Potem odejdziemy.
- Tak. Przeczekamy tylko do wschodu słońca – wtórował mu Kebrionis.
- To opóźnia naszą wędrówkę – przeciwstawiał się Grismon. - Spróbujmy niepostrzeżenie uciec. Nim szkielet coś zwęszy, będziemy wystarczająco daleko od cmentarzyska.
- Nie warto ryzykować, że nas zobaczy. Zwróć uwagę, że nieumarły może nas ścigać bez końca i się nie zmęczy. Zresztą, i tak jest noc, a my musimy kiedyś spać. Lepszych warunków do tego nie znajdziesz.
Ostatnia rada wydawała się najlepsza. Uszykowali sobie posłania i ułożyli się do snu.
Gloki nie miał takich wygód, jak oni. Swoje spostrzeżenia na temat przeciwnika roztrząsał siedząc na gołej ziemi, choć przynajmniej pod dachem. Z zamyślenia wyrwał go… śpiew. Słyszał cichy, kobiecy głos odbijający się echem po leśnym cmentarzu. Nibelung spojrzał przez szparę. Ubrana w czarną suknię ślicznotka tańczyła wesoło między mogiłami. Kręciła się, machała rękoma, skakała. Długie, czarne włosy zjawy przy każdym podskoku, czy piruecie zakrywały jej bladą twarz. Przenikała przez ściany grobowców, by wynurzyć się z drugiej strony.
Razem z nią tańczyły inne duchy z całego cmentarza. Ale korowód był niedomknięty – koło przerwane. Brakło jednego tancerza, by złapał czarną dziewicę za dłoń. A kościotrup chował się przed nią beznadziejnie jak zwierzyna. Uciekał przed jej głosem. W oczodołach miał wypisane przerażenie.
Syrenia pieśń porywała nibelunga przed kobiece oblicze. Postąpił krok w stronę drzwi. Jego zmysłu zostały otumanione. Nie! – przestrzegł się Gloki. W ostatniej chwili, nim zrobiłby coś głupiego. - Ona nie woła mnie. Pieśń zamilkła.
Wyjrzał raz jeszcze przez szparę, ale niczego nie zobaczył. Misterium rozpłynęło się w mgle, która jeszcze przez moment unosiła się nad ziemią.
Choć głos był ledwie słyszalny za murami Latarni, Morgaul zbudził się w tej chwili, a po policzkach spłynęły mu łzy. Reszta przespała niezwykłe widowisko.
V
Minął jakiś odstęp czasu. Ciszę zakłócały jedynie miarowe oddechy śpiących wędrowców. Leżący nieco dalej kapłan uchwycił bogato zdobiony kandelabr ze świecami i poszedł schodami na górę. Drewniane stopnie skrzypiały pod jego nogami.
Ferklod otworzył oczy. Podniósł się delikatnie z posłania i ruszył za nim. Idąc po schodach stopy stawiał tuż przy ścianie, gdzie nie wydawały zdradzieckiego sygnału.
Na górze zobaczył Morgaula, który przemówił:
- Zaczynasz grać mi na nerwach. – Łowca natychmiast zamarł. Myśląc, że został zdemaskowany otworzył usta, by zacząć się tłumaczyć. Jednak następne zdanie kapłana odwiodły go od tej myśli. – Nie po to bogini dała ci drugą szansę, żebyś urządzał tu sobie jakieś śmieszne królestwo. Zrób to, po co zostałeś przywrócony. Dokonaj zemsty. I odejdź.
Kolejne słowa były już niezrozumiałe i przypominały bełkot przez sen. Morgaul patrzył na zewnątrz, na kościotrupa. Ten zaś zostawił na chwilę wieżę i z niewiadomych przyczyn kręcił się między grobowcami.
Gloki siedział w kryjówce. Czuł się tam bezpieczny. Jestem dobrze ukryty – myślał. Mogę odpocząć. Spojrzał raz jeszcze przez szparę. Dziwne. Nie widać było władcy cmentarza, który dotąd nie odchodził dalej od wieży. Przeszły po nim ciarki. Przytknął oko do innej szpary. Nic. Zaczął niespokojnie spoglądać ku wejściu do chaty. Było zbyt cicho. Obleciał go strach. Powoli podszedł do drzwi i lekko je uchylił. Wyrosła nad nim koścista postać w czarnym płaszczu. Krzywo się uśmiechała. Gloki nie mógł powstrzymać krzyku.
Rzucił się do biegu, robiąc uniki przed chwytającymi go kończynami. Najpierw biegł na oślep, także w pobliżu Latarni. Potem postanowił zgubić wroga w najlepszym do tego miejscu, a więc między grobowcami. Liczne i dosyć wysokie budowle stanowiły idealną kryjówkę. Zwłaszcza, że niektóre z nich dawały możliwość skrycia się wewnątrz. Ucieczka karła stopniowo zmieniała się w zabawę w chowanego z przeciwnikiem.
Dziwne poruszenie zwróciło uwagę Morgaula. Zainteresowany odgłosami Ferklod postanowił wrócić po cichu na dół i samemu się temu przyjrzeć z niżej położonego okna. Na dole nikt już nie spał. Wszyscy obserwowali gonitwę nibelunga i żywego trupa. Murwina postanowiła zadziałać. Wypowiedziała modlitwę, efektem której karzeł gwałtownie przyspieszył kroku, rześki jak szczypiorek.
Kebrionis w akcie beznadziei próbował rzucać w kościotrupa kamieniami wyciągniętymi z rozpadającego się parapetu budowli. Oczywiście, nawet nie doleciały tak daleko. Ale szkielet podłapał ten pomysł i zostawiwszy na razie swoją ofiarę podniósł z ziemi jakiś kamień i rzucił. Nadnaturalna siła jego kończyn sprawiła, że pocisk nie tylko doleciał do wieży, ale wpadł wewnątrz i o mało nie poprawił komuś twarzy. Posypało się jeszcze kilka kamulców, po czym nieumarły wrócił do poprzedniego zajęcia. Poszedł szukać intruza.
Ostatni pocisk trafił w jedną półkę, a pod wpływem uderzenia spadło z niej kilka mikstur. Z trzaskiem rozbiły się o ziemię. Z jednej zmaterializowała się dziwna jaszczurka, która natychmiast schowała się za regałem. Druga zwęgliła podłogę. Trzecia zaś, w przeciwieństwie do pozostałych, zatrzymała się trochę nad ziemią i zawisła w powietrzu. Grismon wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę, jakby czekając, aż walnie w ziemię. Na próżno. Westchnął i odwrócił wzrok na schodzącego właśnie ze schodów kapłana.
- To jest wasz kolega, który nie schował się w wieży? – pytał.
- Tak – odpowiedziała Murwina i dodała – musimy pomóc Glokiemu!
- Nawet nie umiecie z nim walczyć. Nie wychodźcie z wieży! – protestował kapłan.
- Zabiją go! – kłóciła się rusałka i zmierzała do drzwi.
Morgaul zastąpił jej drogę i złapał mocno.
- Jeśli wyjdziesz, zginiesz. - Słowa te zabrzmiały trochę jak groźba. Podszedł do nich Grismon i odepchnął kapłana.
- Co ty masz wspólnego z tym kościotrupem?! – zapytał prosto z mostu.
- Ja?! Nic! – bronił się Morgaul. Zaczęli się szarpać i przewrócili się na ziemię. Wojownik próbował jeszcze obezwładnić staruszka, kiedy zobaczył czerwoną plamę na jego ubraniu, trochę ponad lewym biodrem. Upadając, Grismon przycisnął go do niewielkiego, ostro zakończonego świecznika (z wypalonymi świecami). Wbił się w jego ciało aż po stojak. Nastąpiła cisza. Na początku wojownik z Heltzgrot był wściekły na bałagan panujący w tej izbie. Potem odstąpił od leżącego. Ciszę przerwał Morgaul.
- Powiedzieć wam coś śmiesznego? – próbował się zaśmiać, ale zakrztusił się. Głęboko, tak jak się kaszle, gdy przychodzi śmierć. – Ziemia, po której spłynie niewinna krew przestaje być ziemią świętą. Jak myślicie? Jestem winny?
- Bogowie! – krzyknął Grismon. – Oby!
- Co ty zrobiłeś?! – wrzasnął Kebrionis. Murwina zaniemówiła z ustami otwartymi ze zdziwienia. Wianek zsunął jej się z głowy. Ferklod już czuwał przy drzwiach do wieży.
- Ja… nie chciałem… przecież nawet nie wyciągnąłem miecza! - próbował się wytłumaczyć wojownik.
- Wiem – odpowiedział kapłan. - Śmierć sobie z nas zadrwiła. Ale oddałeś mi przysługę. Moja pani mnie zaraz zabierze. – Po chwili dodał – Jeśli tu wejdzie, a z pewnością już wyczuł słabnącą moc tego miejsca, możecie uciec na górę wieży, a stamtąd na dół po linie.
Mężczyźni odstąpili od konającego i barykadowali drzwi. Murwina na próżno próbowała uzdrowić Morgaula – było już za późno, a rana zbyt głęboka. Coś zaczęło się dobijać do drzwi. Wszyscy wiedzieli, że długo nie wytrzymają.
- Uciekajcie – mówił kapłan resztką sił.
- Mamy pozwolić, by zbezcześcił twoje ciało? – pytała rusałka.
- Zostawcie mnie śmierci. Niech spłoną cyprysy.
Więcej już nie powiedział.
VI
Z lasu słychać było wycie wilków. Wyczuły świeże mięso. Podeszły pod cmentarz i zawyły raz jeszcze do bladego Asynara oraz jego małżonki – Pani Księżycowego Blasku. Potem zajęły się padliną nie gardząc starszymi zwłokami. Miały tej nocy królewską ucztę. Kościotrup nie robił problemu głodnym zwierzątkom, które uznawały w nim pana.
Gloki przekradł się do mauzoleum. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczył ułożony z ludzkich kości tron. Wokół niego wiły się i syczały wężoszczury. Trzeba być ostrożnym! – pomyślał. Wnętrze było obszerniejsze, niż na to mogły pozwolić oglądane z zewnątrz ściany grobowca. Dalentyńska sztuka. Architekci upadłego cesarstwa znali się na magicznym budownictwie.
Im dłużej był narażony na ciemność, tym więcej szczegółów dostrzegał. Sarkofag był pusty, a jego właściciel przepadł. Nibelung przez chwilę myślał, że jest to może grób buszującego po cmentarzu trupa. Jednak ślady na pokrywie świadczyły o tym, że został otwarty od zewnątrz. Zbadał dokładnie pomieszczenie. Przenikliwy wzrok dostrzegł niepozorną niszę w głębi pomieszczenia. Były tam schody. Przemknął po nich w dół, do podziemia. Tam czekały na niego drzwi. Otworzył je. Wleciał na niego szary stwór z ogromną paszczą. Rycząc przeniknął przez Glokiego i rozpłynął się w powietrzu. Karłowi włosy stanęły dęba.
Stał teraz na długim korytarzu, od którego odchodziły „komnaty” innych zmarłych. Zazwyczaj puste, z centralnie położonym sarkofagiem. Inskrypcje nad wejściem do każdego pomieszczenia były zapisane nieznanym mu pismem – stąd nibelung domyślał się, że te podziemne krypty są starszą częścią cmentarza i należały prawdopodobnie do cesarstwa Dalentain.
Karzeł znalazł luźne kartki z zapiskami – i te już były o dziwo w zrozumiałym języku. Zapisane węglem.
Nie jestem winny. Nigdy niczego nie ukradłem. To kowal kradł. Podłożył mi łupy, bo mu przeszkadzałem.
Mieszkańcy Cabragah oblegają cmentarz. Nękają mnie jak mogą, ale nie ważą się mnie zabić, ani porwać. Nie tutaj. Na razie wytrzymam. Zbuduję jakiś szałas, a za pożywienie posłuży mi koń.
Boję się duchów.
Wiem, że to się stanie. Dłużej nie będą czekać i zabiją mnie mimo prawa azylu.
Słyszę zbliżających się oprawców. Muszę się gdzieś skryć. Tam, gdzie mnie nie znajdą.
To jakiś koszmar. Schowałem się w mauzoleum, pod ziemią. Słyszę, jak ktoś chodzi na górze. Jeśli zobaczy schody i zejdzie, będę skończony.
Boję się zmarłych.
Nie wiem, ile czasu minęło. Ciągle słyszę głosy. Czy oni nigdy stąd nie wyjdą?
Cały czas to samo. Cztery razy spałem, odkąd się skrywam w podziemiu. Ile czasu minęło? Słyszę głosy.
Boję się śmierci.
Dłużej tego nie wytrzymam. Czy czas stanął w miejscu? Nie pozwolę, by mnie zabili jak jakiegoś łotra. Nie dam im tej satysfakcji. Mogę jeszcze coś zrobić. Mam sztylet. I dużo silnej woli. [tu skończyły się notatki]
Gloki schował tragiczne zapiski za pasem. Wszedł do komnaty na samym końcu korytarza. Ściany były pobrudzone napisami: „nie zwariowałem”. Prawdopodobnie niewinny więzień cmentarza budząc się codziennie, pierwsze, co widział, to ten napis. Przypominał mu. Dopiero potem oczy oglądały sarkofag, surowe jak w lochach ściany i zapach gnijącego mięsa. Podłoga była brudna czerwienią. Leżał tam sztylet z zaschniętą krwią, także kawałki zgniłego mięsa. Ale ciała, z którego mogły pochodzić nigdzie nie było. Gdzie jest ciało?
VII
Płonący w Latarni Zmarłych ogień zagasł. Do wieży wdarł się krzywo uśmiechnięty kościotrup. Ileż dumy było w tym uśmiechu? Wędrowcy zostawili martwego kapłana i pobiegli schodami na górę, jak im doradzał. Kościotrup ruszył za nimi. Zatrzymał się jednak przy ciele Morgaula. Spojrzał na niego, dumny z jego porażki. Spojrzał raz jeszcze, ale już zdziwiony. Kapłan podniósł powiekę.
- Ooo… pasażer na gapę… Nie masz już wstępu na ten statek kolego. Wylecisz za burtę. - Szkielet nie wiedział, co zrobić. W tej chwili staruszek podniósł się i uchwycił przeciwnika nadnaturalnie mocno, aż kości chrupnęły. - Zaraz odprawimy egzorcyzmy.
Czwórka wędrowców nie zastanawiała się próżno, czemu nieumarły ich nie goni. Uciekli z wieży przez okno, po linie. Gdy ostatni Grismon schodził na dół, Ferklod dostrzegł wychodzącego z mauzoleum karła.
- Gloki! – krzyknął. – W tej chwili! Uciekamy!
Złodziej pospieszył się i dołączył do uciekających towarzyszy. O to, co robił przez ostatnie kilka godzin jeszcze nie pytali. Niebezpieczeństwo było zbyt blisko. Opuścili nekropolię z przeciwnej strony, niż do niej przybyli. Tam leśny trakt kontynuował swój bieg. Znów otaczały ich drzewa. Ciemne, nocne, czasem monstrualne. Ale żywe, jak sama przyroda.
VIII
Staruszek pozbył się już nieumarłego, choć wciąż do niego przemawiał:
- Zmarnowałeś swoją szansę zemsty. Zresztą nie była ci potrzebna. Przecież nie po to wróciłeś. Teraz śpij w pokoju i nasyć się śmiercią, której mi odmówiono. – Po chwili namysłu dodał jeszcze, może do siebie, a może do swojej pani – No, ale spełniłem swoje zadanie. Chyba mogę już odejść… Mogę?!
Załamał ręce. Poszedł krętymi schodami na górę i wykrzesał płomień. Będzie dużo sprzątania.
Nad cmentarzem znów zaświeciła Latarnia Zmarłych. Na jej murze wisiała tabliczka z wyrytymi wersami:
Świeć zmarłym, świeć – latarnio!
Niech zapomną o strachu,
W drodze do oczyszczenia
Z ziemskiego piachu.
Wszędzie leżały zwłoki, ograbione ze skarbów i świętości. Ale nie narzekały. Cyprysy płonęły, a mogiły – te których nikt jeszcze nie rozkopał – patrzyły na to wszystko. I milczały.