Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Legenda Magii - Rozdział I

siladhiel ·

PROLOG
Chciałabym zacząć to tak, jak zaczyna się każdą historię. Od samego początku. Lecz początek ten sięga wiele lat wstecz, w wieki zbyt odległe, by je pamiętać. Wtedy, gdy magia była codziennością a bohaterowie pojawiali się każdego dnia. Były to dni pełne swoistego uroku i czaru, który owiewał nawet najbardziej prozaiczne aspekty ludzkiego życia. Teraz pamięć tamtych lat zachowała się jedynie w legendach i bajkach opowiadanych dzieciom. Mało kto wierzył, że są one prawdą, że tak kiedyś było. Jednak wśród starszych ludzi krążyła legenda, mówiąca o tym, że narodzi się dziecko które przywróci chwałę i świetność dawnych dni całemu królestwu. Urodzi się ono w czasach, w których nikt nie będzie już pamiętał jak było kiedyś. Nikt więc mu nie pomoże. Zdane będzie tylko na siebie.
Mijały lata. Osoby pamiętające o legendzie nie przekazały jej następnym pokoleniom. Zostały zapomniane nawet bajki opowiadane dzieciom. Życie toczyło się wolno, a każdy dzień podobny był do poprzedniego. Sytuacja Królestwa stała się ciężka. Władzę objął człowiek nie liczący się z ludzkim życiem. Zmuszał on chłopów do ciężkiej pracy, palił wsie za rzekome zdrady kraju. Jedynie bogacze mogli prowadzić spokojne życie, lecz było ich niewielu. W lasach zaczęły gromadzić się rzesze wygnanych mieszkańców miast i wsi, ludzi zbyt biedni by poradzić sobie z najmniejszymi przeciwnościami losu, rodzin pragnących zapewnić swoim dzieciom w miarę szczęśliwe dzieciństwo oraz inni, którzy przychodzili i odchodzili nie mówiąc nic nigdy o swojej przeszłości. Oczywiście Lord Kelgorn – bo tak nazywał się Władca – wysyłał całe oddziały wojowników, których zadaniem miało być zabicie wszystkich buntowników lecz żaden z nich nigdy nie powracał. To las, którego drzewa przepełnione były magią wspomagał wszystkich ludzi o szlachetnych sercach, którzy zapuścili się w jego głębię.
To właśnie w tych czasach historia miała się zmienić. To właśnie wtedy legenda musiała okazać się prawdziwa, a dziecko, wychowane na wzniosłych ideałach wyruszyć w świat, by dokonać swego przeznaczenia. Tylko czas mógł pokazać, czy zdoła spełnić swój los, czy okaże się gotowe by wziąć na swe ramiona odpowiedzialność za los świata.


ROZDZIAŁ I
Gorące, lipcowe słońce ogrzewało szumiące, wysokie drzewa lasu, które zdawały się wyciągać w górę gałęzie, by znaleźć się jak najbliżej ciepła. W ich cieniu tysiące istot wykonywało swe codzienne zajęcia, począwszy od małych mrówek, niosących gałązki do budowy mrowiska, a skończywszy na starym niedźwiedziu, chowającym się w swej jaskini. Pośród zwierząt toczyło się również życie ludzi, którzy skupili się w samym sercu lasu, budując tam drewniane domy, szałasy lub po prostu śpiąc na pachnącej, zielonej murawie.
Nagle, wysoko w przestworzach, rozległ się głos jastrzębia, budząc ze snu mieszkańców wioski. Był to dobrze im znany sygnał, oznaczający, że ktoś wszedł do lasu. Już po kilku minutach siedem osób wyruszyło, by dowiedzieć się, kto zakłóca spokój i porządek leśnej krainy. Przedzierali się przez gęste krzaki, dobrze znaną sobie ścieżką, często używaną w ostatnich, niespokojnych czasach. Po chwili wydostali się na leśną polanę i czekali, zaczaiwszy się w cieniu rozłożystych konarów drzew.
Słońce podniosło się wyżej na lazurowym widnokręgu nieba. Przyroda, obudziwszy się do życia starała się zadziwić swym pięknem i onieśmielić przypadkowego widza. Ptaki, włączywszy najróżniejsze odcienie swych głosów do codziennego porannego koncertu obniżały i podwyższały tony swojej pieśni. Kwiaty, wychyliwszy główki zza wachlarza soczysto-zielonych traw wpatrywały się w coraz to różne kształty chmur sunące leniwie w błękitnych przestworzach. Wiatr przeleciał po lesie, ciągnąc za sobą świeżą woń leśnych roślin. Na polanę wszedł starzec, opierając się na sękatym kiju laski. Miał krótkie siwe włosy oraz bardzo długą brodę. Jego głowę przed słońcem chronił kaptur ciemnozielonego płaszcza, który skrywał całą jego postać. Rozejrzał się bystro, omiótwszy spojrzeniem drzewa otaczające polanę a po chwili uśmiechną się z zamyśleniem. Mężczyźni skryci w cieni poruszyli się niespokojnie, a po chwili jeden z nich wyszedł z ukrycia.
- Co cię tu sprowadza, starcze? – zapytał szorstko
- Odmówicie schronienia staremu, zmęczonemu człowiekowi? – zapytał nieznajomy a w jego brązowych oczach zaiskrzyły wesołe ogniki – Podobno to tutaj znaleźli dom wszyscy wygnańcy z Krainy?
- Tak, lecz skąd mamy wiedzieć, że nie jesteś szpiegiem Lorda Kelgorna? – odparł Strażnik, lecz jego głos nie brzmiał już tak pewnie
- Nie jestem szpiegiem, a za potwierdzenie mam jedynie moje słowa, które jednak powinny wam wystarczyć.
- Jeżeli złożysz przysięgę...
- Przysięgam- przerwał mu starzec – A teraz chodźmy! – powiedział tonem nie znającym sprzeciwu i zdając się znać ten las jak własną kieszeń, pewnie wszedł na zamaskowaną ścieżkę prowadzącą do wioski. Strażnicy podążyli bezszelestnie za nim, wymieniwszy zdziwione spojrzenia.

Starzec zwał się Alastor. Zamieszkał w wiosce i z czasem stał się osobą cieszącą się bezgranicznym zaufaniem wszystkich jej mieszkańców. Co dzień ludzie przychodzili do niego po radę, a on zawsze potrafił wspomóc dobrym słowem. Zaczęto nazywać go Mistrzem, a po kilku latach zapomniano zupełnie o jego prawdziwym imieniu. Stał się ostoją spokoju i mądrości, a jego słowa stawały się dla mieszkańców wioski prawem. Co jakiś czas znikał na kilka tygodni, powracał jednak niezmiennie i znowu życie toczyło się jak dawniej. Ludzie podejrzewali, że jest on Czarodziejem, chociaż nikt nie miał pewności, bowiem skrywał on zręcznie wiedzę o swoim dawnym życiu. Nikt nie wiedział o nim nic poza tym, co on sam chciał, by wiedzieli.
Równo pięć lat po przybyciu do wioski Mistrz wyruszył w kolejną podróż. Nie wracał z niej jednak wiele dni i mieszkańcy lasu zaczęli obawiać się, że opuścił ich na dobre. Jednak gdy ostatnie liście opadły z drzew wydarzyło się coś, co odciągnęło uwagę ludzi od jego osoby.
Była to ciepła noc. Gwiazdy zdawały się być wyjątkowo bliskie, a po aksamitnym, czarnym niebie ciągnęła się jakby smuga gwiezdnego blasku. Księżyc oświetlał drzewa, które w jego promieniach zdawały się ożywać. Panowała niezmącona, magiczna cisza, która otaczała wszystko migotliwą zasłoną. Swe srebrzyste główki otwarły Rathes – piękne kwiaty nocy. Nad lasem przeleciał ciemny, niewyraźny cień, który mógł być jedynie ptakiem, lecz w tej chwili zdawał się opiekuńczym duchem, sprawdzającym, czy wszystko jest bezpieczne.
Zza drzew wyłoniła się niska, wiotka postać w czarnym zdającym się być na nią za dużym płaszczu. Szła wolno, jakby z trudem. Po chwili zatrzymała się i spojrzała w niebo. Kolejny ciemny kształt zasłonił na chwilę księżyc, jednak teraz las utracił swoją magię i spokój. Zdawał się być pełen niepokoju. Zerwał się silny wiatr, który rozwiał aurę spokoju otaczającą drzewa. Tchnął chłodem, a pod jego dotykiem postać w płaszczu zadrżała i zerwała się do biegu.
W ciszy rozległo się pohukiwanie sowy. Dźwięk ten tak dobrze znany i przyjazny zdawał się być w tej chwili ostrzeżeniem. Wiatr zawiał mocniej strącając kaptur z głowy przybysza. Była to krucha, jasnowłosa elfka. Na jej twarzy malował się strach i wycieńczenie, zapewne długą podróżą. Zatrzymała się, lecz w tej samej chwili zza drzew wyłoniło się dwóch mężczyzn.
- Nie sądziłem, że dotrzesz aż tutaj. Niepotrzebnie się trudziłaś – powiedział pierwszy z nich – Jego tu nie ma.
- Czyżby? – zapytała elfka z pogardą – Sądzicie, że wasze marne próby powstrzymania mnie na coś się zdadzą? Jeżeli ja mu nie powiem, to zrobi to ktoś inny.
- Niekoniecznie. – odparł drugi z mężczyzn z zimnym błyskiem w swych ciemnych oczach.
- Nie zmienicie przeznaczenia! – krzyknęła elfka i odwróciwszy się pobiegła w kierunku wioski. Mistrz mieszkał w domu na skraju, więc miała nadzieję dotrzeć tam, nim będzie za późno. Jednak na próżno dobijała się do drzwi. Alastor wyjechał i po raz pierwszy od początku swej wędrówki dziewczyna zrozumiała, że możliwe jest niepowodzenie. Przedtem nie dopuszczała do siebie myśli o tym, iż coś mogło by się nie powieść.
Obudzeni krzykami ludzie z pobliskich domów ze strachem spoglądali w okna. Ktoś odnalazł ich schronienie! Nie wiedzieli, co zrobi on z tą wiedzą, a lękali się choćby myśleć o tym co zrobią, gdy Kelgorn odkryje wioskę.
- A więc przegrałaś, Indilwen. – powiedział pierwszy z mężczyzn, zbliżając się do drzwi, o które wsparta była elfka.
- Przyszłość... – zaczęła mówić, lecz drugi z mężczyzn przerwał jej.
- Dla ciebie nie będzie już żadnej przyszłości – warknął
- Nie byłabym tego taka pewna – odpowiedziała Indilwen z pogardliwym uśmiechem. Zza zakrętu drogi wyłoniła się grupa obrońców wioski, gotowych poświęcić własne życie, by nie dopuścić nikogo obcego do tajemnicy ich ukrycia.
- Jeszcze się spotkamy
- Wątpię – szepnęła elfka i odwróciła się, zmierzając ku najbliższemu domowi. Jej plan powiódł się lepiej niż przypuszczała.

Indilwen nigdy nie sądziła, że zdoła doprowadzić swoje zadanie do końca. Jednak gdy już dotarła do wioski nie wahała się wprowadzić w życie planu, który obmyślała wiele dni. Teraz jednak nękały ją wyrzuty sumienia. Walcząc z wysłannikami Kelgorna zginęło dwóch z tutejszych mężczyzn. Dziewczyna wiedziała, że gdyby nie jej przybycie, nigdy by do tego nie doszło. Bo w pewnym sensie to ona sprowadziła nieproszonych gości do tego leśnego królestwa. Była odpowiedzialna za to, co się stało i choć zdawała sobie sprawę, że nie mogła postąpić inaczej, to jednak nie potrafiła przejść do codzienności z myślą, że przez nią zginęli dwaj niewinni ludzie.
Woda szemrzącego strumyka rozbijała się o kamienie na tysiące maleńkich, tęczowych kropelek. Dźwięk ten przesycony był jakby tajemnicą. Migotliwe wachlarze kropli skrywały za sobą prawdziwą duszę potoku, który wijąc się krążył wśród drzew. Rozpięta na trawach perłowa pajęczyna pokryta rosą była jakby brylantowym naszyjnikiem, a promienie słońca tworzyły wśród gałęzi złociste korony światła. Chmury sunęły powoli po niebie. Jaszczurki, wygrzewające swe łuskowe łepki, układały się na kamieniu w dziwny, mistyczny wzór. Cała przyroda zdawała się składać w całość, w piękny obraz, pełen jednak swych własnych sekretów, których poznanie dane było tylko wybranym.
Elfka zanurzyła stopę w strumieniu, tworząc przy tym tysiące małych kręgów na wodzie. Rozchodziły się dalej i dalej stając się coraz większe. Indilwen patrzyła na to w dziwnym skupieniu, rozważając jakby powstanie każdej nowej fałdki na aksamitnej, spokojnej toni. Sama nie wiedziała na co czeka, jednak mimo to czuła się zawiedziona brakiem jakichkolwiek wydarzeń. A może właśnie działo się zbyt wiele? Spokój tej chwili był tylko ulotnym złudzeniem, bo przecież w miejscu tak pełnym życia zawsze coś się działo. Mrówki opuszczały mrowiska, ptaki przekomarzały się pośród zielonych gałęzi drzew, a tysiące innych małych mieszkańców tego lasu wykonywało swe codzienne zajęcia. Elfka westchnęła i powoli wstała. Pragnęła już rozmówić się z Mistrzem, lecz on wciąż nie wracał. Sprawa, z którą do niego przybyła nie mogła czekać, była zbyt ważna, by odwlekać ją na dalszy plan. Nic jednak nie wskazywało, by Alastor miał pojawić się z powrotem w swoim domu. Indilwen miała jednak nadzieję, iż załatwi on szybko wszystkie swoje sprawy i powróci w ciągu najbliższych dni. Nie mogła już dłużej znieść tej niepewności.
Zamieszkała w opuszczonym domu na skraju polany. Pozwolono go jej zająć jedynie przez fakt, że niosła ze sobą list pochodzący od kapłanki Caladwen, która niegdyś mieszkała w wiosce. Teraz znajdowała się w Świątyni Życia, mieszczącej się daleko na południu kraju. Miała jednak zamiar kiedyś powrócić do swojego dawnego domu. Dzień ten miał nastąpić już wkrótce. Wydarzenia, które miały się tu rozegrać były zbyt ważne, by kapłanka je opuściła. Czuła też, że jej pomoc będzie potrzebna.
Kilka tygodni, w ciągu których nie wydarzyło się nic niepokojącego przepłynęło niepostrzeżenie. Pewnego ciepłego, bezchmurnego dnia Mistrz wrócił, równie niespodziewanie jak wyjechał. Nie był jednak sam. Jego towarzyszką była dziewczynka, najwyżej dziesięcioletnia. Brązowo szarawe włosy spadały jej lekko na ramiona, a ciemno-orzechowe oczy z ciekawością oglądały otaczający ją las. Dziewczynka szła obok Alastora, z ufnością trzymając go za rękę. Po chwili dotarli do pierwszego domu, który znaczył początek wioski. Dziewczynka, nie czekając na nic, odbiegła w kierunku łąki. Zaczęła z zapałem zbierać błękitne kwiaty, rosnące nieopodal.
Starzec popatrzył na nią z uśmiechem. Podnosił już rękę, by zapukać, gdy nagle drzwi otworzyły się.
- Mistrzu! – szepnęła Indilwen, schylając głowę w ukłonie.
- Indilwen? Co ty tutaj robisz? – zapytał Alastor, a elfka spojrzała na niego zdziwiona.
- Zadanie.. – zaczęła, lecz starzec przerwał jej.
- Chcesz mi powiedzieć, że narażałaś życie, przybywając tutaj, tylko po to, by coś mi przekazać? – widząc jej zmieszaną minę dodał – Tak, wiem na czym polegają wasze „zadania” w świątyni Caladwen.
- Ależ ja...
- Nie kręć, zbyt dobrze znam ciebie i twoich przełożonych, byś mogła mi coś wmówić – prychnął – Powiedź lepiej, co to za ważna wiadomość, która nie mogła poczekać do mojego przybycia do świątyni. – dziewczyna wzięła głęboki oddech i powiedziała:
- Dziecko, o którym mówiła legenda, już się narodziło.
- Wiem o tym od dawna. Nie sądziłaś chyba, że nie zdaję sobie z tego sprawy. Nastąpiło po sobie zbyt wiele znaków, bym mógł przeoczyć ten dzień.
- Czy to...
- Owszem – odparł starzec.
- A więc pozostaje nam tylko czekać. Czas pokaże, jak wywiąże się ona ze swego zadania. Tylko...
- Tak, Indilwen? – spytał łagodnie.
- Żal mi tego dziecka... – odpowiedziała, a w jej głosie brzmiał smutek.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...