Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Legenda Magii - Rozdział III

siladhiel ·

VERINN ANABELL

Kotara zakołysała się lekko; podmuch wiatru wpadł przez uchylone okno, wprawiając szkarłatny materiał w ruch. Delikatna, aksamitna narzuta zsunęła się na marmurową posadzkę, ukazując kawałek nagiej, smukłej nogi. Wokół łydki wiła się czarna, jakby pajęcza bransoleta. Kobieta wstała niezbyt pospiesznie, nie zadając sobie trudu, by się okryć. Przeciągnęła się leniwie, podchodząc do okna. Widok na rozległy ogród był wprost oszałamiający; szeroka aleja biegnąca wśród lip, wypielęgnowane różane krzewy oraz rzeźbiona misternie fontanna prezentowały się w całej swej okazałości. Szarawy świt powoli rozwiewał snującą się po ziemi mgłę, która potęgowała aurę niezwykłości otaczającą ten dom. Spowijała go nieziemska, nieprzerwana cisza przesycona czymś dziwnym i trudnym do zdefiniowania. Czy było to tylko złudzenie, wywołane atmosferą brzasku? Nie, to zdawało się sięgać głębiej, przeszywając na wskroś nawet najbardziej niewrażliwe serca.
Kobieta roześmiała się krótko, a jej śmiech odbił się od ścian, na których zawieszono trofea oraz kilkanaście postrzępionych, starych pergaminów. Zasunęła zasłonę, pogrążając komnatę w półmroku i zaczęła się ubierać, wciąż bez pośpiechu.
Po kilku minutach bezszelestnie wyszła z pokoju. Nie miała ochoty zostać tu ani chwili dłużej. Przecież nie łączyło ją nic ani z tym miejscem, ani tym bardziej z właścicielem majątku. Opuściła dom niezauważona. Tak, jak zwykle...

***

- Ana! Ana wróciła! – Kilkuletnia, płowowłosa dziewczynka o chabrowym spojrzeniu pobiegła w stronę domu, ze śmiechem obwieszczając wesołą nowinę. Kobieta, zmierzająca w kierunku kilku chat przystanęła przy moście, z uśmiechem na twarzy rozglądając się wokoło. Jej zielone, iskrzące oczy zdawały się chłonąć spokojną, radosną i soczystą wiosnę, która zewsząd ją otaczała. Powroty w to miejsce może i były objawem sentymentalizmu, ale też nie stanowiły znowu niczego niezwykłego. Świat, tak niespokojny i nietrwały, tutaj zdawał się nie sięgać; z biegiem lat nic się nie zmieniało, niepokój nie zaglądał do bezpiecznych domostw, lęk nie zaciskał swych szponów wokół dusz mieszkających w nich prostych ludzi. Zwyczajnych i niewykształconych, a jednak posiadających swego rodzaju mądrość.
- Ana! Ana! – Grupka dzieci wybiegła zza drzew, otaczając kobietę kręgiem. Po chwili naprzeciw tej przedziwnej gromadzie z najbliższego budynku wysunęła osoba, bez wątpienia będąca babcią, w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wskazywała na to matczyna dobroć, pełna pobłażliwości surowość i obejście, zdradzające wiedzę na temat nawet najskrytszego sekretu każdej z tych rozbieganych, maleńkich istotek, które teraz podbiegły i do niej, spokojniejąc jakby i bezgłośnie oddając hołd tej, na którą zawsze mogli liczyć.
- Verinn Anabell... - wymówiła imię nowoprzybyłej powoli, smakując te słowa i szukając w pamięci ich tak dawno nie słyszanego brzmienia. – Długo trzeba było czekać na twój powrót...
- Zbyt długo, Larett.
- A teraz... Czy wróciłaś na dobre?
- Czas pokaże, choć wiesz, że całym sercem chciałabym zostać tu już na zawsze.
- Czy on...? – kobieta szybkim spojrzeniem zmierzyła Anę.
- Nie. Nic się nie zmieniło. – odparła ta twardo, jednak po chwili dodała. – Nie martw się tym.
- Tak, to twoje życie – powiedziała gorzko – I ja nie mam prawa się do niego mieszać.
- Nie miałam tego na myśli.
- Ależ miałaś, dziecko! Choć słuchasz tego, co Ci mówię, to jednak zawsze postępujesz według własnego planu. Do czegoś dążysz, czegoś pragniesz... Ale cele te są prawie niedościgłe, a droga do nich daleka. – urwała, zdając sobie sprawę, gdzie się znajdują. – Chodźmy do domu. Przebyłaś daleką drogę, musisz odpocząć. – W odpowiedzi Verinn uśmiechnęła się najpiękniejszym ze swych uśmiechów i ramię w ramię z Larett podążyła w kierunku chaty. Dzieci pobiegły za nimi, śmiejąc się beztrosko i rozmawiając z ożywieniem.
Gdy tylko drzwi odgrodziły kobiety od radosnych pisków i nawoływań, Larett z troską przyjrzała się Anie.
- Teraz powiedź mi prawdę. Czy coś się stało? Nie wyglądasz najlepiej. – wprawnym okiem spojrzała na swojego gościa. – Jesteś blada. – stwierdziła, jakby to spostrzeżenie było najgorszą rzeczą, jaką mogła się podzielić.
- Naprawdę nic mi nie dolega. Ot, jestem zmęczona. To wszystko.
- A więc doszło już do tego, że nie chcesz dzielić się ze mną swymi problemami? – zapytała, puszczając mimo uszu słowa Any.
- Nie chcę cię nimi obarczać. Jestem dostatecznie silna, by sobie poradzić.
- Nie wątpię. Ale zawsze mogłabym doradzić.
- Sądzisz, że potrzebuję rad? – spojrzała na swoją rozmówczynię bystro.
- Cóż, widać czasami by ci się przydały.
- Jak to dobrze wrócić do domu – mruknęła Verinn, opadając na krzesło. – Zawsze znajdzie się jakaś sprawa do roztrząsania.
- Czasami miło tego posłuchać, prawda?
- Dokładnie. Tylko z umiarem, moja droga, z umiarem. Skoro już pognębiłaś mnie trochę, zechciej powiedzieć, co działo się u was pod moją nieobecność.
- Nie zmieniaj tematu!
- Gdzieżbym śmiała...
- Taak... Co działo się u nas? Prawdę rzekłszy: nic ciekawego. Wiesz przecież, że życie toczy się tu własnym, spokojnym rytmem.
- To właśnie stanowi cały urok tego miejsca.
- Może tak, a może i nie. Ostatnimi czasy zaczęłam się zastanawiać, czy ten brak zdarzeń jest oby na pewno dobry.
- Tak jest lepiej, uwierz mi na słowo. – odparła, z dziwnym błyskiem w swoich zielonych oczach.
- Daleka jestem od narzekania! – Larett roześmiała się – Rozważam tylko... Zresztą, pokażę ci twój pokój. Parę rzeczy się w nim zmieniło. – kobieta wstała i ruszyła w górę po schodach, a Ana bez słowa podążyła za nią. Przy którymś z kolejnych schodków jej suknia podwinęła się nieco, ukazując szczupłą łydkę objętą czarną, pajęczą bransoletą…

Tej nocy Verinn długo nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok, co chwila spoglądając z niepokojem przez okno. Księżycowa noc, drgające drzewa, niepokój wiszący w powietrzu... Lęk ciągnął za nią i nawet wszystkie przebyte mile nie były go w stanie zatrzymać. To miejsce powinno obronić ją przed złem czyhającym na jej drodze, zawsze znajdowała tu ukojenie; teraz jednak wszystko zwróciła się przeciwko niej. Spokój nie wracał, a myśli krążyły wokół niej niczym chmary sępów.
Natarczywe pukanie w szybę zwróciło jej uwagę. Wstała szybko i uchyliła okno, wpuszczając do środka olbrzymiego, czarnego ptaka. Kruk usiadł na jej wyciągniętej ręce. Wokół szyi zawiązany miał szkarłatną wstążkę, na której kołysała się zapisana krwistym atramentem wiadomość. Odwiązała pergamin, a ptak zerwał się do lotu i po chwili zlał w jedność z czernią nocy. Ana zaczęła czytać, a z każdą chwilą jej twarz wyrażała większy niepokój. Jej oczy zapłonęły dziwnie, gdy podarła kartkę na strzępy i wrzuciła ją do ognia. Płomienie szybko pochłonęły wiadomość. Na podłodze został jednak mały skrawek, który ocalił się od losu pozostałych. Widniejące na nim słowa nie zwiastowały niczego dobrego.
„...śmierć. Za zdradę przyjdzie drogo Ci zapłacić, tym razem los nie okaże się litościwy. Pamiętaj...”

Ranek wstał blady i drżący. Nic nie zostało z minionego pięknego, słonecznego dnia, nic poza wspomnieniem, zachowanym w sercu na czas, w którym powrót do takich chwil będzie jedyną radością. Ana nie spała już tej nocy. Od chwili otrzymania listu mogła jedynie zastanawiać się, jak postąpić, co uczynić. Rozmyślania te nie były przyjemne, bynajmniej nie przynosiły ulgi, ani też nie zmniejszały ogarniającego ją powoli lęku, lecz mimo to nie mogła od nich uciec. Strach gonił ją, strach, który zlał się w jedno z osobą Aaenora.
Wstała, przejrzała się w długim zwierciadle i machinalnie poprawiła swoje długie, proste włosy. Westchnęła, rozejrzała się po raz ostatni i wyszła. Na progu swego pokoju upuściła prostą, białą kopertę, zaadresowaną do Larett. Nie było czasu na żadne rozmowy. Poza tym, nie zniosłaby pożegnania. Przecież dopiero co przyjechała!
Chatę opuściła szybko, korzystając z wczesnej godziny. Wioska pogrążona była w głębokim śnie, nawet domy zdawały się trwać w bezruchu. Okiennice były zamknięte szczelnie, niczym powieki śniącego człowieka. Po drodze, gnany wiatrem, przesuwał się szary, brudny piasek. Ana otuliła się szczelniej czarnym płaszczem i zstąpiła w pył. Żwawo ruszyła przed siebie, zmierzając w kierunku stajni. Miała nadzieję, że Larett nie będzie miała nic przeciwko małej „pożyczce”.
Osiodłała karego ogiera i wyjechała kłusem; do tej pory ktoś mógł już się obudzić, a niezbyt uśmiechało jej się tłumaczenie po raz kolejny swoich motywów. I bez tego zdawała sobie sprawę, jak wiele ryzykuje. I to dla kogo! Sama nie wiedziała, dlaczego to robi. Jeszcze poprzedniego dnia mogłaby z czystym sumieniem stwierdzić, że nienawidzi tego mężczyzny i niewiele obchodzi ją jego los. Przez tę noc jednak coś się zmieniło. Tak, może i był jej wrogiem, ale jednak sporo ją z nim łączyło. W tej jednej kwestii się myliła. A reszta? Pozostała bez zmian.
Droga umykała szybko. Już wkrótce słońce podniosło się wysoko, a przyroda zbudziła z nocnego odpoczynku. Kobieta wjechała do lasu, nieznacznie popędzając konia. Otoczył ją miły, chłodny półmrok. Wysokie drzewa zasłaniały prawie całe niebo, nie przepuszczając niż poza nielicznymi, bladymi promieniami. Wiatr delikatnie poruszał gałęziami, wprawiał w ruch krzewy i przyginał lekko trawy. Liście szeleściły, poruszone łapką jakiegoś małego, leśnego zwierzątka.
Mijały godziny; wkrótce pozostawiła las daleko za sobą, wyjeżdżając na rozłożyste, zielone pola. W oddali majaczył zarys zamku, miejsca, do którego zmierzała. Czarny, mroczny nawet teraz, w środku dnia, przyciągał spojrzenia i skłaniał do zastanowienia nad tym, kto zdecydował się na mieszkanie we właśnie takim miejscu. Ana popędziła konia; ogier ruszył galopem, wzniecając tumany kurzu. Rozwiana grzywa powiewała niczym flaga, w pędzie splatając się z włosami kobiety. Niebo, nie wiadomo dlaczego, zasłoniły chmury, choć jeszcze przed chwilą było ono nieskazitelnie błękitne.
- Stój! – nagle zza zakrętu wyłoniło się dwóch jeźdźców. – Zatrzymaj się, póki jeszcze możesz! – zagrodzili drogę, zmuszając ją do zatrzymania konia.
- Odsuńcie się, głupcy! – spróbowała ruszyć, jednak rumaki nieznajomych ani drgnęły. Jej kary ogier parsknął przestraszony i niespokojnie rzucił głową. Jeden z mężczyzn niezbyt uprzejmie wyrwał jej cugle.
- Nie pojedziesz dalej!
- A kimże wy jesteście, by decydować o tym, gdzie się udam? – parsknęła. Jeden z jeźdźców zaklął paskudnie, po czym zwrócił się do towarzysza.
- Ta dziewka ma rację – pozwólmy jej robić, co zechce. Skoro chce śmierci, niech ją otrzyma. To bynajmniej nie nasza sprawa. – odjechał kawałek, jednak drugi mężczyzna ani drgnął, przyglądając się Anie uważnie.
- Czy wiesz, gdzie chcesz się udać, pani? W tym miejscu nie spotka cię nic poza cierpieniem.
- To wyłącznie moja sprawa.
- Nie mógłbym spojrzeć sobie w twarz, wiedząc, że nie powstrzymałem przed tym szaleństwem tak pięknej istoty... – Ana roześmiała się, a on spojrzał na nią zaskoczony.
- Łatwo znaleźć w pańskich oczach uznanie.
- Nic bardziej mylnego...
- Czyżby? – Kobieta pozornie przez nieuwagę podniosła lekko suknię, ukazując czarną bransoletę. Mężczyzna zauważył to i zmarszczył lekko brwi, nic jednak nie powiedział. – A więc dalej ma zamiar pan zawrócić mnie z tej drogi?
- Owszem. Pójdzie pani z nami. – Ruszył wolno, wciąż trzymając cugle konia Any. Ta uśmiechnęła się dziwnie, jednak pozwoliła się prowadzić.
- Będzie pan tego żałował.
- Nie sądzę.
***
Mężczyźni doprowadzili ją do małej, ukrytej wioski w lesie. Był to raczej obóz, a ludzie tu zgromadzeni zdawali się być żołnierzami czekającymi na dowódcę, który wyprowadzi ich na pole walki. Dowódca jednak nie miał się nigdy pojawić, a nawet gdyby takowy się zdarzył, nikt nie posłuchałby jego wezwania. Każdy z koczujących tutaj sam był sobie panem. Nikt nie przewodził tej zgrai niezwiązanych ze sobą ludzi, łączył ich jednak wspólny cel. Poza tym jednak byli sobie obcy, jak nie znający się przechodnie, zmuszeni przez pewien czas przebywać w tym samym miejscu. Zdarzały się oczywiście wyjątki, znajdowali się tutaj przyjaciele, czasami nawet wrogowie. Także jedna osoba cieszyła się większym od innych autorytetem. To właśnie ten mężczyzna w razie zagrożenia podejmował decyzje, on przyjmował posłańców od innych i w potrzebie reprezentował całą gromadę. W tej chwili prowadził on Anę do swojego namiotu…
- Co to za miejsce? – Kobieta rozejrzała się wokoło.
- Zgromadzeni są tu wszyscy, którzy z jakichś powodów nie mogli pozostać w swoich domach, sporo tutejszych chce również pomóc w jakiś sposób krainie.
- A pan do których się zalicza?
- Do drugiej grupy, jak sądzę, jednak nie jest to do końca pewne.
- Nic na tym świecie nie jest pewne.
- Może... Ale w pewnym sensie myli się pani. Wciąż pozostały nam przecież wartości, ideały, cele. One się nie zmieniają i jaki nasz świat by nie był, to jednak to, co dobre i prawe, zawsze takie pozostanie.
- To tylko puste słowa. Można mówić o wzniosłych rzeczach, a jednocześnie nigdy ich nie zrealizować.
- Tak jak i można być łotrem i oszustem, który czyni to wszystko, czego nie podjęli się ci „dobrzy”. Nie istnieje tu żadna zasada, więc nie powinna pani sprowadzać wszystkich do jednego schematu.
- Wyrażam tylko swoje zdanie.
- A ja chciałbym, by pani poglądy nie były mylne. – Uśmiechnął się, zeskakując z siodła, po czym przywiązał konia do wysokiego płotu. Ana uczyniła to samo. Mężczyzna skierował się ku pobliskiemu namiotowi, uchylił materiał i gestem zaprosił Verinn do środka. Gdy weszła opuścił drzwi, pogrążając wnętrze w mroku.
Po chwili rozedrgany płomień świecy rozproszył ciemność, ukazując proste łóżko, stół zawalony pergaminami i książkami, skrzynię i sporą ilość broni, starannie poukładanej i poopieranej o ściany. Stal mieczy lśniła niesamowicie, przypominając o dawnych bitwach i starciach.
- Proszę – mężczyzna wskazał na pobliskie krzesło.
- Dziękuję, ale postoję.
- Jeśli ma pani ochotę... – zamyślił się, a po chwili gwałtownie podniósł głowę – Niech wybaczy pani me niedopatrzenie: nazywam się Saldor Werte, jestem chwilowym dowódcą obozu.
- Verinn Anabell, nazwisko zachowam dla siebie. – Saldor wzruszył ramionami, na co Ana uśmiechnęła się. – Sądzę, że spotkał pan już wiele osób, chcących zachować anonimowość.
- Trochę ich już tu było – Teraz z kolei na jego ustach pojawił się uśmiech. - Proszę, niech mówi mi pani po imieniu. Chwilowo przebywamy w tym miejscu, a tutaj nie jest spotykane zachowywanie oficjalnej formy.
- To działa w dwie strony, Saldorze.
- Wiem, Verinn. – Ana parsknęła śmiechem, siadając na oferowanym wcześniej fotelu.
- Czy jestem tutaj więźniem? – zapytała nagle.
- Słucham?
- Czy w każdej chwili mogę opuścić obóz?
- Nie, nie pozwolę, byś pojechała do zamku.
- Nawet, jeśli od tego zależałoby czyjeś życie?
- Narażałabyś siebie.
- Nie raz już to robiłam.
- Ale teraz ja jestem tu po to, by powstrzymywać cię przed taką nieostrożnością.
- Nie znasz mnie.
- Ale poznam.
- Niełatwo odwieść cię od postanowienia. Wcześniej czy później i tak się tam dostanę.
- Zobaczymy. – przerwał na chwilę, nasłuchując. Dobiegające z zewnątrz stłumione dźwięki nasiliły się, ktoś podszedł do namiotu. Po kilku sekundach „drzwi” odchyliły się, a do środka weszła średniego wzrostu kobieta. Rude włosy do ramion, lekko podwinięte ku górze, były gęste oraz lśniące i delikatnie opadały na jej niebieskie, nieodgadnione oczy. Twarz miała lekko podłużną. Z całej jej postawy biła pewność siebie, a szybkość i płynność ruchów bezsprzecznie wskazywały na złodziejski fach. Kobieta oceniła całą sytuację, a na jej ustach pojawił się ironiczny uśmiech.
- Och, przepraszam, nie chciałam wam przeszkadzać. – Jej uśmiech się pogłębił.
- Nie przeszkadzasz, Liv. Pozwól, że ci przedstawię... Verinn Anabell – wskazał na Anę. – Verinn, to jest Livia Verdum – ciemnowłosa zmierzyła nowoprzybyłą chłodnym spojrzeniem, na co ta popatrzyła na nią krytycznie.
- Mniemam, że Anabell to twoje nazwisko?– powiedziała ironicznie.
- Jeśli nie słyszała pani nigdy o osobie, noszącej dwa imiona, to teraz ma pani okazję poznać takową. – Odpowiedziała Ana z uprzedzającą uprzejmością. Saldor spojrzał na obie kobiety, najwyraźniej nie orientując się w sytuacji.
- Doprawdy, bardzo mi przykro z powodu tej pomyłki. Saldorze, nie będę wam przerywać tej osobistej rozmowy, ale Alastor chciałby cię widzieć. A więc ekhm do ponownego zobaczenia, Verinn Anabell. – Na jej ustach pojawił się nieprzyjemny uśmiech.
- Ponowne spotkanie z panią będzie zapewne bardziej owocne. – Odparła Ana ze znudzoną miną. Mężczyzna poruszył się niespokojnie.
- Liv, zostań jeszcze chwilę. Jest pewna sprawa, w której potrzebuję twojej pomocy.
- O jaką sprawę chodzi, Saldorze? Być może twoja towarzyszka będzie potrafiła pomóc ci lepiej ode mnie.
- Wątpię. Nigdy nie ciągnęło mnie do grzebania w cudzych kieszeniach. – Mruknęła Ana.
- Sądzisz, że mnie ciągnie, Ven? Chyba mogłabym tak się do ciebie zwracać?
- Ależ proszę, jeśli ma to pani sprawić przyjemność...
- Niezwykły to dla mnie zaszczyt.
- Nie wątpię. – W tym momencie Livia spojrzała w dół i jej wzrok zatrzymał się na bransolecie Any. Spoglądała na nią przez chwilę, po czym odezwała się ponownie.
- Wracając do poprzedniego tematu: rzeczywiście, złodziejstwo nie jest ci potrzebne. Jestem pewna, że mogłabyś, Ven, zdobyć to samo tylko nieco innym sposobem. – oczy zabłysły jej złośliwie.
- Moje sposoby wymagają pewnej... odwagi. Więc może lepiej, że ma pani swoje... umiejętności. Na m o j e j drodze, daleko byś nie zaszła, Livio Verdum. – Nim Liv zdążyła coś odpowiedzieć, Saldor wstał i podszedł do niej.
- Czy mogłabyś przekazać ten list Celandowi? – bezceremonialnie wepchnął jej pergamin do ręki.
- Ależ oczywiście. Zawsze możesz na mnie liczyć. Verinn Anabell, z niecierpliwością wyczekuję naszego następnego spotkania, tyle, że bez dodatkowego towarzystwa... – Zerknęła na Saldora, a następnie bez słowa się oddaliła.
- Taak, już nie mogę się doczekać. – Mruknęła Ana, gdy kroki Livii ucichły w oddali.
- Verinn, przepraszam cię za nią. Przeważnie nie zachowuje się aż tak...
- Obraźliwie? – przerwała mu. – Ależ nie masz za co przepraszać, przywykłam już do okazywania mi wyższości i pogardzania mną.
- Nic nie upoważniało jej do mówienia takich rzeczy.
- Czy oby na pewno? – Kobieta podniosła brwi, w duchu śmiejąc się z zaistniałej sytuacji. Tego typu rozmowy zawsze ja bawiły.
- Nie mnie oceniać innych.
- Prawda. A teraz, czy byłby pan tak uprzejmy i zapewnił mi jakieś dogodne miejsce na nocleg?
- Pan nie byłby, ale ja owszem. Poczekaj tutaj. – Roześmiał się krótko i wyszedł, a Ana miała wrażenie, że zrobił to celowo, by nie dać jej możliwości ciągnięcia poprzedniego tematu. Położyła ręce na stole i wsparła na nich głowę, popadając w zadumę. Słowa Livii nie dotknęły jej, przyzwyczajona była do złośliwości i ironicznych uśmiechów, a jednak ta rozmowa przyniosła jakiś niepożądany skutek. Ciemnowłosa znów jasno zrozumiała, jak wiele dzieli ją od innych ludzi. Ta przepaść, za której wytworzenie była niestety w sporej części osobiście odpowiedzialna, z każdym dniem stawała się coraz głębsza. Zostało więc jej jedynie stwarzać pozory, że wszystko, co robi, czyni dobrowolnie i dumna jest z drogi, którą obrała. Nie była to prawda, ale poza nią nikt nie mógł zdawać sobie z tego sprawy. Jedynie Larett wiedziała, ale choć znała wszystkie fakty, to jednak nie potrafiła jej zrozumieć. Była zbyt dobra, zbyt szlachetna, by przejrzeć i zaakceptować motywy osoby tak niedoskonałej, jaką była Ana.
Saldor wrócił po kilkunastu minutach, prowadząc ze sobą niską postać, której twarz zasłonięta była kapturem. Spod niego wystawało jednak kilka wściekle błękitnych kosmyków. Ana przybrała na powrót pozę pokazującą pełne wyższości znudzenie i odcięcie się od otoczenia. Mężczyzna nie wyglądał na szczególnie dotkniętego tym zachowaniem Verinn, tak, jakby nic nie mogło go już zaskoczyć. Może zresztą była to prawda. Uśmiechnął się kątem ust, spoglądając na siedzącą.
- Ana, możesz przenocować u pani, panny...
- Cedilla Tevder. – przerwała mu, przedstawiając się – Nie patrz na mnie takim wzrokiem, złociutka. – zwróciła się do Any, którą ten „tytuł” jednocześnie rozśmieszył i zirytował. Nieznajoma zdjęła płaszcz i bezceremonialnie położyła go na stole. – Skoro mamy razem mieszkać, powinnaś poznać kilka zasad – po pierwsze: żadnego włóczenia się nocą po obozie. Tu aż roi się wszelkiego typu niechlujów, których dobrze wychowana panienka nie powinna poznać. Po drugie: wstajemy rano, żadnego lenistwa! A po trzecie: będziesz zobowiązana do pomocy mi w pracy w ogródku. No, to wszystko. A teraz odpowiesz mi na kilka pytań. Jak tu trafiłaś?
- Zmierzałam do Zamku, Saldor i jego ludzie nie pozwolili mi kontynuować wyprawy – odparła, patrząc na niziołczycę. Była co najmniej barwną postacią, jeśli wziąć pod uwagę jej błękitne włosy, przewiązane zieloną chustą, olbrzymie, orzechowe oczy i sposób wysławiania się. Nie wspominając o ciągłym kręceniu się po namiocie, poprawianiu krzywo leżących książek i podkreślaniu każdego zdania zamaszystym gestykulowaniem.
- Nie skłamałaś; to dobrze o tobie świadczy. Co takiego skłoniło cię do wyprawy?
- Chciałam pomóc komuś wydostać się z tamtejszych lochów. – spojrzała Cedilli prosto w oczy, ale nie mogła z nich wyczytać zupełnie nic.
- Kochasz go? – zapytała, bez trudu odgadując płeć uwięzionego.
- Nie.
- Jest kimś z twojej rodziny? Może przyjaciel? – Ana pokręciła przecząco głową. – A więc? Dlaczego?
- Wiąże mnie z nim pewna umowa, której nie mogę złamać.
- A jego śmierć nie rozwiązałaby sprawy?
- Rozwiązałaby. Jego śmierć równałaby się mojej śmierci.
- Nie rozumiem zależności, ale sądzę, że w takim razie będziesz chciała mu pomóc. Co zrobisz potem?
- Czy to panią aż tak interesuje?
- Oczywiście. Niezbyt często spotykam tutaj osoby twojego pokroju.
- Stanowię ciekawy przypadek? – Ana uśmiechnęła się, stopniowo nabierając sympatii do Cedilli.
- A jakże... Jesteś prawie tak interesująca, jak moja cioteczka Padell. Pamiętam, że przez kilka lat byłam pod wrażeniem jej wiśniowego ciasta i...
- Ekhm... – chrząknięcie niewątpliwie wydał z siebie Saldor, który do tej pory przysłuchiwał się całej rozmowie – Cedillo, chyba wystarczy jak na początek.
- Nie miałam zamiaru zadawać jej więcej pytań. – w odpowiedzi mężczyzna parsknął śmiechem, ale po chwili, zreflektowawszy się, posłał niziołczycy przepraszające spojrzenie. – Aa, miałeś na myśli opowieść, której, prawdę powiedziawszy, jeszcze nie zaczęłam.
- Nie chciałem cię urazić.
- Nie uraziłeś. Saldorze, czy ty potrafiłbyś zachować się nieuprzejmie? Szczerze wątpię. – kobieta uśmiechnęła się dobrotliwie, po czym ponownie skupiła się na Anie. – Zaczyna się ściemniać, powinnaś więc zabierać się już do roboty. Masz sporo do zrobienia.
- Ja? – zdziwiła się – Przecież jeszcze nawet się nie wprowadziłam...
- No i to właśnie będzie twoje zadanie na dziś – doprowadzić swoją część namiotu do stanu używalności. Chodź! – ruszyła w kierunku drzwi, zabierając swój płaszcz – Dobranoc, Saldorze. Proszę, powstrzymuj w miarę możliwości tę hołotę przed wdarciem się do nas. Chciałabym spędzić najbliższe noce w miarę spokojnie.
- Oczywiście – puścił jej oczko, na co Cedilla zareagowała, nie wiedzieć czemu, chichotem. Ana spojrzała na nią, najwidoczniej nie rozumiejąc. Wzruszyła ramionami, wstała i wyszła, rzucając w kierunku Saldora „do zobaczenia niebawem”. Po minucie niziołczyca dołączyła do niej i żwawo ruszyła przed siebie, co rusz wskazując naokoło i objaśniając ciemnowłosej co i gdzie się znajduje. Zatrzymała się dopiero przy końcu obozu. Przed nimi stał pokaźnych rozmiarów namiot, otoczony ogródkiem. Z grządek uśmiechały się zachęcająco marchewki, rzepy i inne warzywa, a kwiaty, okalające użytkową część podwórza, rozchylały swe wielobarwne główki łapiąc ostatnie promienie słońca. Cedilla weszła pierwsza, gestem zapraszając Anę dalej.
- Proszę, nie krępuj się. – wpuściła ją do korytarza wewnątrz. Po obu jego stronach znajdowały się „drzwi” prowadzące do poszczególnych pokoi. Miły zapach unoszący się w powietrzu przywodził na myśl dom babci, w którym zawsze znaleźć można szarlotkę lub inne pyszności, przygotowane przez sędziwe ręce. Materiał, z którego wykonano tutaj „ściany” był gruby i do łudzenia przypominał mury. Jednak wystarczyło go dotknąć, by pozbyć się tego złudzenia; miękki niczym futerko królika ustępował delikatnie odchylając się w tę i tamtą stronę. Niziołczyca skręciła w bok, ciągnąc Anę za sobą. Znalazły się w pomieszczeniu zagraconym do granic możliwości. Stało tam wszystko, poczynając od wielkiego łóżka z baldachimem, poprzez sztalugi, zardzewiałe kawałki zbroi i stare sprzęty ogrodowe, a kończąc na niezliczonej ilości kwitnących kwiatów w doniczkach.
- Nie miej takiej zdumionej miny, dziecko. Obozujemy tutaj tak długo, iż zdążyło się już co nieco uzbierać w moim składzie rupieci. Na pewno znajdziesz tutaj coś, co ci się przyda. Resztę przenieś po prostu do drugiego pokoju.
- Nie sądzi pani, że rozsądniej byłoby wyrzucić część z tych rzeczy?
- Rozsądniej? To byłby szczyt głupoty i marnotrawstwo. Coś mi mówi, że niejedna osoba przewinie się jeszcze przez moje domostwo, a kto wie, jakie sprzęty mogą być tym gościom potrzebne.
- Skoro tak... – ciemnowłosa rozejrzała się, a jej wzrok padł na stojące w kącie smukłe, wysokie lustro w złotej ramie. – Pani... Pani jest Lantyjką?
- Jesteś bystra, jak na ludzką kobietę – uśmiech, który pojawił się na jej ustach był dziwnie dziewczęcy i beztroski. Nie pasował zupełnie do wizerunku, jaki wytworzył się do tej pory w głowie Verinn; widać nie wystarczyła krótka rozmowa, by poznać charakter Cedilli, która wydawała się teraz jeszcze ciekawszą postacią. – Ale zastanawiam się, czy zdajesz sobie w pełni sprawę, czym grozi zatajenie tego, co właśnie odkryłaś o mnie.
- Tutaj podobno nie ma podziałów. Saldor mówił...
- Saldor jest naiwny. Wierzy w ludzką dobroć i szlachetność uczuć, a do tego ufa każdemu, kto da słowo, że nie działał nigdy przeciw Krainie. Nie ma gorszego połączenia, niż te dwie cechy. Mimo wszystko, ten mężczyzna ma zadziwiające szczęście; wątpię, by stało mu się cokolwiek. Ameril ma w opiece głupców.
- Chyba nie wierzy pani w te brednie o bogach?
- Owszem, wierzę. I proszę, złociutka, zwracaj się do mnie po imieniu.
- Stwarzanie pozorów zażyłości – mruknęła cicho, tylko do siebie, jednak kobieta dosłyszała.
- Może i tak. Podporządkuj się więc – pamiętaj jednak, że tak jak już wcześniej powiedziałaś, to tylko pozory.
- Postaram się.
- W takim razie nie mam ci już nic do powiedzenia. Teraz. – dodała, choć rozumiało to się samo przez się - Weź się za porządki, ja tymczasem skończę ciasto.
- Ciasto?
- Chodzi o zapach, kochanie. W domu zawsze powinny znajdować się świeże wypieki. To tworzy atmosferę – powiedziała i wyszła, pozostawiając Anę samą. Ciemnowłosa zabrała się za tworzenie przytulnego „gniazdka”, co było pracą czasochłonną, ale przyjemną. Po kilku godzinach wysiłków nikt nie poznałby w tej siedzibie dawnej rupieciarni. Pokój przypominał za to do złudzenia sypialnię zamożnej szlachcianki. Czyli cel, do jakiego dążyła Ana został osiągnięty.

Tego wieczoru położyła się wcześnie. Cedilla nie pojawiła się w zasięgu wzroku, a Ana nie chciała jej wołać. Zresztą, nie miała ochoty na rozmowę. Ściągnęła suknię i położyła się, starając uwolnić od wszelkich myśli. Nagły szelest zwrócił jej uwagę; zwróciła wzrok na płótno, gdzie po chwili dostrzegła niewyraźną sylwetkę. Ktoś przechadzał się wzdłuż namiotu, a światła pochodni trzymanych przez wartowników czyniły noc jasną jak dzień. Widziała dokładnie ciemny zarys sylwetki. Po chwili pojawił się kolejny cień...

***
- Jesteś pewny, że nikt nas tu nie przyłapie? – młody chłopak niespokojnie poruszył się i nerwowo skubnął rękaw.
- Nie bądź dzieckiem, Let. Po kiego czorta ktoś wystawiałby nochal spod pierzyny? – klepnął młodzika po plecach. – Masz pietra, co? Mamuśka nie kazała zadawać się ze złymi włóczęgami – Let zgiął się pod ciężarem łapy towarzysza, na co ten zareagował gromkim śmiechem.
- J-ja tylko... – zająknął się.
- Dobrze już, dobrze. Mów co wiesz. Mam zamiar tej nocy ogołocić nieco zapas piwa w waszych składach. Marnuje się tylko...
- A-a więc...
- Chłopcze, szybciej.
- Vart Zallen został zamordowany wczorajszej nocy. Podobno stoi za tym Aeyinntar.
- To wszystko? „Panie, mam dla ciebie zaskakujące wieści. Musisz się o tym dowiedzieć”. Te twoje „wieści” niewarte są złamanego grosza. Zmykaj stąd, nim wypróbuję na tobie mój topór – mówiąc to przejechał palcem po ostrzu zatkniętej za pasem broni. Let przełknął głośno ślinę.
- To nie wszystko. Zbliża się armia... Wielka armia...
- Masz zwidy, mały. Armia? Tutaj? Do kroćset, to by dopiero było! W końcu te zapyziałe dupki miałyby szansę się wykazać.
- Ja... ja ich widziałem.
- Widziałeś, tak? Smarkaczu, kogo ty chcesz nabrać? Nie mogłeś ich widzieć, straże podniosłyby alarm, gdyby znaleźli się w promieniu mili. Mamy zwiadowców...
- Przybędą tu za... za dwa dni.
- Skąd ta pewność?
- Widziałem... widziałem we śnie. – krasnolud nie powstrzymał chichotu; śmiał się aż do łez.
- Zrywasz mnie w środku nocy i odciągasz od kufla tylko po to, by mi swoje sny streszczać?
- To jest prawda. Ja... ja to wiem.
- Zmykaj, nim się zdenerwuję. – popchnął chłopaka, który jak długi wywrócił się w pył drogi, po czym odszedł w kierunku składu żywności, robiącego tymczasowo za karczmę. Let nie wstał. Dosłyszał jakiś ruch i coś kazało mu pozostać w tym miejscu, udając, że nie istnieje.
- Co ty tutaj robisz? – rozległ się zimny, kobiecy głos tuż obok niego.
- P-pani... J-ja tylko...
- Czekam – chłopak z lękiem podniósł wzrok. Jego spojrzenie spotkało się z parą iskrzących, zielonych oczu. Ta kobieta...
- Ninna Lestey – szepnął.
- Coś ty powiedział? – ciemnowłosa spojrzała na niego. Tym razem w jej twarzy dostrzegł strach.
- To pani... – Let podniósł się, stając przed nią. – Pani odpowiedzialna będzie za śmierć... ich... nas wszystkich. – zatoczył ręką koło w powietrzu. Słowa same płynęły z jego ust, choć nie pochodziły od niego. – Wywołany z ciemności potwór nie odejdzie, nim nie nasyci się krwią. A i wówczas będzie mu mało. Rozstąpi się jasność... Zniknie światło... Mrok i szarość... Szkarłat krwi...
- Zamilknij! – krzyknęła. Jej dłoń zacisnęła się na ramieniu chłopaka, aż do bólu. – Ani słowa więcej!
- ...nic tego nie zatrzyma. Ofiara z dobroci i łatwowierności, złożona przez tchórzy nie przyniesie rezultatu, nie udobrucha bestii. Krew, tylko krew... Ty sprowadzisz karę na tych, którzy byli ci przychylni... Odpłacisz nienawiścią na okazaną przyjaźń. Nie będziesz człowiekiem... Ty i On... Razem...
- NIE! – krzyknęła rozdzierająco, a jej głos poniósł się echem po obozie, wywołując panikę. Zbiegli się zbrojni, przybliżyły się pochodnie.
- ...zniszczysz to, co gromadzili przez wieki... Pozbawisz wiary i nadziei serca. Staniesz się taka, jaką On chciał cię widzieć. A później... później przyjdzie śmierć! – jego głos urwał się nagle, Let opadł bezwładnie na piach. Wokoło kobiety utworzył się krąg, falujący od szeptów i niespokojnych spojrzeń. Nagle chłopak ponownie otworzył oczy.
- Jutro... Przed zachodem słońca... rozpocznie się zniszczenie... Pierwsza zginie litość...

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...