Legenda o Błysku i Grzmocie
„Legenda o Błysku i Grzmocie”
spisana na nowo przez Fabiana zwanego Poetą
Gdy ich matka poczuła, że nadszedł dla niej czas rozwiązania, ogromne chmury zebrały się nad puszczą. Pierwszego z nich przywitały ogniste błyskawice, a były tak liczne, że przerażonym ludziom zdawało się, iż dzień jasny nastał w środku nocy. Temu nadano imię Błysk. Ale to nie był koniec. Drugiemu grzmoty głębokie towarzyszyły, a były tak silne, że wszyscy myśleli, iż ziemia się rozstępuje i wpadną do jej wnętrza. Temu nadano imię Grzmot. Kiedy już w pieluszki owinięci głośno krzyczeli, burza powoli odchodziła, a wraz z nią niestety słabł duch ich matki. Nie przeżyła tej nocy.
********
Błysk i Grzmot nabierali sił. Ciotka była im matką, a ojciec wzorem godnym naśladowania. Jednak pewnego razu nie wrócił z polowania. Pomimo tego, że mieli po dziesięć lat, całkiem nadzy ruszyli w ciemny las. Wrócili kilka dni później. Grzmot trzymał w ręku toporek ojca, a Błysk targał ze sobą skórę niedźwiedzia, którą mógłby się cztery razy owinąć. Wtedy to stali się mężczyznami.
Czerwona łuna rozpostarła się na wschodzie, nad nieprzeniknioną puszczą zawitał nowy dzień.
- Gotowy na polowanie? – cichym szeptem zapytał Błysk. Cała osada pogrążona była jeszcze w słodkim śnie.
Grzmot nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko na niego oraz na spowite półmrokiem chaty, po czym obrócił się i zostawiając wschód za swoimi plecami, wraz z bratem ruszył w ciemny las. Szli w milczeniu, prędko, nie zważając na gałązki i liście. Szum, trzask i szelest, jaki powodowali płoszył wszystko żywe, co było w ich pobliżu. Przechodząc koło starej leszczyny Błysk celowo nawet złamał gałąź, która stała mu na drodze, a ta puknęła z hukiem…
- Ooo…ty! – Upadł zaskoczony wbijając sobie łuk w plecy, po czym spojrzał za uciekającą zwierzyną.
- Widziałeś to – powiedział odrzucając ułamaną gałąź – skoczyła prosto na nas.
- Tak – potwierdził Grzmot – jak nie trzeba to nawet sarna wpadnie ci prosto na ogień – dodał podając dłoń bratu.
- Gdzie zakopałeś rzeczy?
- Na Grzybowej Polance – odpowiedział Błysk.
- Na polance? Postradałeś rozum?! – dziwił się Grzmot.
- Spokojnie - tłumaczył Błysk - ona jest grzybowa tylko z nazwy, nikt już tam nie chodzi.
- Obyś miał rację, chodźmy.
Skręcili delikatnie w prawo.
- Ach – warkną Grzmot ocierając się o ostrą korę. Z powodu panujących ciemności musieli uważać na rosnące drzewa, bo wyłaniały się niespodziewanie, niczym z gęstej mgły i stawały im dokładnie na drodze.
- To tutaj – w pewnej chwili powiedział Błysk. Grzybowa Polanka była jednym z nielicznych miejsc w puszczy gdzie mogłoby zmieścić się jeszcze jedno drzewo, ale nie wiedzieć dlaczego żadna roślina nie kwapiła się ku temu. Błysk z przejęciem zaczął rozgarniać stare liście, mchy, darnie oraz ziemię, robiąc przy tym spory bałagan. Wreszcie znalazł. Były to dwa skórzane plecaki upakowane po brzegi, z tym, że do jednego przywiązana była patelnia, a do drugiego garczek.
- Mój ulubiony garczek – oznajmił Grzmot zarzucając sobie plecak na ramiona.
Błysk jednak ciągle pochylony czegoś jeszcze szukał.
- A kołczany i toporki? – zapytał Grzmot.
- No…szukam – stękał Błysk – gdzieś tu muszą…o mam!
Wyciągnął zabrudzone ziemią, dwa dość duże toporki i cztery kołczany pełne strzał.
- Dobra, posprzątaj jakoś ten bałagan i idziemy dalej.
Błysk po chwili sprawił, że ściółka wyglądała zupełnie jakby rył w niej dzik.
- No! – Błysk dysząc jeszcze ze zmęczenia założył swój plecak, toporek wsunął za pas, kołczany przewiesił przez lewe, a łuk przez prawe ramię.
Ruszyli. Tym razem prowadził Grzmot. A była to trudna i skomplikowana droga, prowadziła przez liczne, sterczące korzenie, mokre liście, nawet przez dosyć szeroki strumyk.
- To było gdzieś tutaj, ale trudno w tym mroku coś dostrzec.
- Dlaczego patrzysz w górę? – obserwując brata zapytał Błysk.
- Tam, widzisz? – wskazał wiekowy dąb, po czym zrzucił wszystko i zaczął się wspinać. Wrócił z dwoma mniejszymi plecakami.
- No tak – patrząc na nie zmartwił się Błysk – ciekawe jak się teraz zabierzemy?
- To proste – spokojnie odpowiedział Grzmot – wystarczy, że założysz ten plecak na swój spasiony brzuch.
- Mmm.. jak pachnie – zachwycił się Błysk.
- Pamiętaj – od razu skarcił go brat – to jest prowiant na wiele dni! Rozumiesz?
- Nie jestem dzieckiem. Zakładaj manele i chodźmy wreszcie!
Ruszyli. W lesie delikatnie się rozjaśniło, co mogło świadczyć o tym, że słońce na dobre rozpoczęło swą wędrówkę, gdzieś tam ponad gęstą koroną drzew. Las na dobre zbudził się do życia.
- Słyszysz – szepnął Grzmot. W drzewo, obok którego stali głośno stukał dzięcioł. Na kolejnych drzewach swoje małe płuca ćwiczyły mysikróliki, dalej drozdy, po lewej ćwierkał wróbel, a gdzieś daleko darła się wrona. Tylko tyle rozpoznali, a była to przecież cała orkiestra przeróżnych dźwięków.
- Tak – po chwili słuchania odezwał się Błysk. Pięknie tu. Ale lepiej już chodźmy, bo jeszcze nam się odwidzi.
Posuwali się w milczeniu, delikatnie i bezszelestnie, tak by wyłapać jak najwięcej odgłosów nie zakłócając przy tym ich porządku. Po kilku godzinach zrobili sobie przerwę.
- Jak myślisz, będą za nami tęsknić?
- Pewnie tak – odpowiedział Grzmot – najbardziej jednak martwię się o naszą ciocię. Chyba złamaliśmy jej serce odchodząc tak bez pożegnania.
- A myślisz, że puściłaby nas gdyby wiedziała, co zamierzamy?
Grzmot ironicznie uśmiechnął się, a po chwili dodał:
- Możliwe, że popełniamy największy błąd w naszym życiu, ale czymże jest życie bez ciekawości?
- Tak – potwierdził Błysk. – Ale jak myślisz? – oczy mu rozbłysły – jeśli ta puszcza gdzieś się kończy, to co za nią się znajduje?
- Hmm, trudno powiedzieć. Prawdopodobnie znajduje się tam morze..
- Morze! – krzyknął Błysk – dawne mieszkanie Welesa…
- Może są tam góry…
- Góry! – powtórnie krzyknął Błysk – mieszkanie Peruna…to byłoby coś. Zobaczyć domostwa naszych bogów.
- A może – spokojnie zawyrokował Grzmot – nie ma tam nic, czego byśmy już nie znali. Zapewne ta puszcza ciągnie się i ciągnie w nieskończoność, a jeśli gdzieś się urywa to nad jakąś przepaścią, która jest nie do przebycia.
- Nie, to niemożliwe, tam musi być coś innego, coś niezwykłego – tłumaczył sobie Błysk – zobaczysz, tam będą cuda.
- Może tak, może nie. Zjedzmy coś.
- Tak, tak – uśmiechną się Błysk – dobry pomysł.
Po chwil ruszyli dalej. Mijali drzewa, których jeszcze nie widzieli, ale jakże one wszystkie były do siebie podobne. W pewnym momencie Grzmot zaczął nucić pod nosem. Nucił długo, aż wreszcie półmrok zamienił się w mrok.
- Tutaj będziemy nocować. – Przerwał swoją melodię.
Rozniecenie ogniska nie zajęło im wiele czasu. Umieścili nad ogniem ulubiony garczek Grzmota, wrzucili do niego trochę słoniny, a gdy ta rozpuściła się zaczęli smażyć marynowane mięso.
- Taka uczta może się już więcej nie powtórzyć – ostrzegł swoje brata Grzmot.
- Cieszmy się więc póki możemy.
Gdy już oblizywali swoje palce, usłyszeli złowieszczy odgłos lasu.
- Zaczyna się – ostrzegł Grzmot. – Śpisz pierwszy, w środku nocy się zmienimy.
Rano zjedli na prędko coś suszonego i ruszyli w swoją podróż. Każdy kolejny dzień podobny był do poprzedniego. W dzień mogli rozkoszować się ćwierkaniem ptaków, w nocy z przejęciem słuchali wycia wilków. Piętnastego dnia podróży skończyły im się zapasy.
Sarna z rozkoszą skubała znalezioną kępkę trawy. Wiatr leciutko powiewał, muskając delikatnie jej grzbiet, a następnie milutko głaskał łeb. Spokojnie żując obserwowała otaczające ją drzewa i nasłuchiwała. Schyliła się po trawę, po czym ponownie wyprostowała. Niczego nie było w oddali. Spojrzała w dół na ostatni kęs, jaki jej został. Schyliła się po niego. Gdy podnosiła łeb usłyszała coś dziwnego. Chciała dostrzec, co wydaje tak nieokreślony dźwięk. Było już wtedy za późno. Strzała tkwiła głęboko w jej brzuchu. Ból ją sparaliżował i padła prosto na ogołoconą z trawy ziemię.
- Trzeba rozpruć i poporcjować
- Przyniosę plecaki – zadeklarował Błysk.
Koło sarny zeszło im parę godzin. Co się zmieściło wrzucili w pojemniki z solą, a resztę mocno zasmażyli. Ale tego dnia czekała ich jeszcze jedna niespodzianka. Gdy już powoli, gdzieś tam u góry zachodziło słońce, trafili na drzewo. Samo w sobie nie było to wydarzeniem godnym odnotowania, jednak ów jesion posiadał szczególne walory widokowe.
- Mów Błysku, co widzisz! – krzyknął z dołu Grzmot.
- Trochę mnie słońce oślepia, ale widzę… las, widzę też więcej lasu, po prawej rosną drzewa, a po lewej…po lewej, tak, też drzewa! Możemy iść przez miesiąc i na nic innego nie trafimy – powiedział patrząc już na Grzmota. – Możemy tak iść… GRZMOCIE! – krzykną nagle.
- O co chodzi? – zapytał zdziwiony, ale nie potrzebował odpowiedzi.
Wilk głośno warczał. Musiał wyczuć smakołyki, jakie nieśli ze sobą.
- POSZEDŁ! AAA! BU! KRA KRA!!! U! U! – obydwoje robili tyle krzyku ile się dało.
Wilka trochę to przeraziło, ale wcale nie miał zamiaru uciekać. Błysk szybko zaczął schodzić z drzewa, ale był bardzo wysoko. Krzyki jednak szybko bardziej tylko rozdrażniły bestię, która robiła odważne kroki w stronę Grzmota. Ściskał on w swoim ręku toporek. Dobrze pamiętał poprzedniego właściciela owej broni i to, czego dokonał dla jej odzyskania. Nie czekał. Z dzikim krzykiem rzucił się do przodu celując w łeb jednak wilk zdążył odskoczyć drapiąc przy tym przedramię Grzmota. Zaczęli krążyć wkoło. Obydwoje w tym momencie grali o wysoką stawkę. Pokazywali sobie kły, wyli, balansowali ciałem gotowi do ataku lub uniku jednak nie podejmowali kolejnego starcia. Nagle ni stąd ni zowąd obok Grzmota znalazł się równie wściekły i rozjuszony Błysk. Dwóch na jednego - nawet wilk mógł zrozumieć, że jego szanse zmalały. Warknął na nich jak tylko mógł najgłośniej i zniknął za drzewami. Błysk szybko naciągnął łuk, wycelował, puścił strzałę, ale ta trafiła w sosnę.
Od tamtego wydarzenia minął miesiąc. Wiele się zmieniło. Nie zastanawiali się już, co znajduje się za puszczą, ćwierkanie ptaków nie sprawiało im przyjemności. Mało spali.
W nocy wilki podchodziły bezczelnie blisko i zmuszały braci do dawania haraczu w postaci upolowanych królików czy też innych, większych stworzeń. Zaczynali przeklinać tą wyprawę.
- Cośmy zrobili najlepszego – narzekał Błysk – w wiosce nas opłakują, myślą pewnie żeśmy zmarli, a tymczasem na łasce wilków spoczywamy i kto wie czy jutra dożyjemy. Mówię ci Grzmocie, wracajmy póki jeszcze jest szansa.
Grzmot zatrzymał się, powoli obrócił w stronę Błyska i spojrzał na niego
- Chcesz wrócić?- zapytał.
- Sam widzisz, że ta puszcza ciągnie się w nieskończoność. Cośmy nowego odkryli oprócz watahy wilków? – tłumaczył.
- Ale obiecaliśmy sobie, że choćby śmierć naszym tropem podążała to nie ulękniemy się.
- Ale ja się nie boję – deklarował Błysk – nie dostrzegasz, że to, co robimy po prostu nie ma sensu? Tam – wskazał palcem przed siebie – tam na zachodzie rozciąga się puszcza i nic więcej! Nie rozumiesz tego?
- Nie! – krzyknął Grzmot – nie rozumiem tego, że ta puszcza może być nieskończona!
- Ale sam mówiłeś, że tak może być! – podniósł ton Błysk.
Grzmot nie odpowiedział. Nie wiedział, co ma powiedzieć. Czy przyznać się, że być może bardziej niż Błysk marzył o odkryciu czegoś nowego, czy też przyznać mu rację i wracać do domu?
- Nie szkoda ci – zmienił temat – tych wszystkich straconych dni?
Błysk zastanowił się, po czym powiedział:
- Szkoda.
- Jeszcze parę dni – z żalem zapewnił Grzmot – a jeśli nic nie znajdziemy to wracamy.
- Parę dni – powtórzył brat.
Kolejnego, czterdziestego siódmego zdaniem Grzmota, a czterdziestego szóstego zdaniem Błyska dnia, znaleźli tak upragnione przez siebie drzewo, z którego można było coś dostrzec. Wdrapali się tam obydwoje. Tym razem słońce wzeszło niedawno, więc było za ich plecami i doskonale mogli obserwować interesującą ich przestrzeń.
- A niech mnie! – zdziwił się Błysk – spójrz tam, trochę na północ.
- Co to jest? – zapytał Grzmot.
- Nie wiem, ale na pewno nie jest to las.
- No, ale jak myślisz? – z uśmiechem na twarzy ciągnął Grzmot
- Nie wiem. Takie to trochę ciemne, musi być wysokie.
- Góry są wysokie – przypomniał Grzmot.
- Góry… - zastanowił się Błysk – dom Peruna!
- Coś mi się wydaje, że nie będziemy zawracać!
Ta noc była wyjątkowo ciężka.
- Może lepiej zawracajmy! – krzyczał Błysk
- Dokąd chcesz zawr… ach ty! POSZEDŁ!!! – Wilk mało co go nie ugryzł.
- Dołóż do ognia!
- Nie ma czym – krzykną Błysk – chyba nie odpuszczą.
- Daj im drugiego królika!
- Już dałem!
- Co?! – warknął Grzmot.
- A co miałem… O żeż ty CHAMIE!!! ARRRR!!!
- Nic ci nie jest?
- Nie!
- Wracajmy do kręgu!
Wskoczyli w płomienie. Było to specjalnie rozpalone, olbrzymie ognisko w kształcie koła, w środku zaś było goła ziemia.
- Mamy jeszcze coś dla nich?
- Nie – Błysk sprawdził plecaki.
- Dobra, robimy tak! Bierzemy to, co mamy, chwytamy topory oraz kije z ogniem i prujemy ile wlezie przed siebie i – słuchasz mnie?
- No, prujemy i co?
- I wspinamy się na pierwsze lepsze drzewo!
- I to ma nas uratować? Myślisz, że wilki nie potrafią się wspinać?
- Ale łatwiej będzie pokonać jednego niż całe stado na raz!
- Nie podoba mi się to – powiedział Błysk – ale siedzenie tutaj jest jeszcze gorsze. Dobra!
- Bierz ogień! Gotowy?!
- AAAA!
- ARARRA!
Jakież było zaskoczenie wilków, gdy ich dwie ukrywające się ofiary wybiegły wprost na ich pyski machając i krzycząc przy tym jak obłąkane. Zniknął problem ognistej zapory, wystarczyło już tylko ich złapać.
- Biegną za nami?
- A jak myślisz? AAAA!! BU!! BU!!
- OOUU! OU! Tam bracie! – wskazał Grzmot – nasze drzewo!
Wilki były tuż za nimi. Grzmot, który pierwszy wskoczył na drzewo obrócił się by pomóc Błyskowi, ale wilki były szybsze.
- Auu… - zawył przeraźliwie.
- Trzymam cię braciszku – krzykną Grzmot.
- Moja noga…
Kły dzikiej bestii wbiły się głęboko w jego łydkę. Grzmot trzymając jedną ręką płaczącego z bólu brata dobył toporek swojego ojca i cisnął nim prosto w łeb wilka. Puścił. Grzmot wciągał swojego brata coraz wyżej, zapominając o ekwipunku. Znaleźli się bezbronni na szczycie drzewa.
- No chodźcie małe skurczybyki! – krzyczał Grzmot
Na szczęście nie wdało się zakażenie. Prawie wszystkie sprzęty, w tym toporek i garczek udało się odzyskać. Błysk całe dwa dni spędził na owym drzewie, podczas gdy jego brat zajmował się polowaniem. Po kilkudniowym postoju, pamiętając o dziwnej rzeczy na północnym zachodzie, ruszyli dalej. Las stał się trochę rzadszy, spomiędzy konarów przebijało słońce. Dni spędzali na odpoczynku, a noce na heroicznej walce. Jednak drzewa okazały się dobrym schronieniem. Co prawda nie można było się należycie wyspać, ale za to wilki bardziej straszyły niż dokuczały.
- Jak tam noga?
- W porządku. - Bolała zapewne bardziej niż deklarował Błysk, ale z drugiej strony, nie była rozszarpana.
Wędrowali powoli przez ponad czterdzieści dni, nocując na drzewach, co doprowadzało wilki do istnej furii. Po jakiś trzech miesiącach od wyruszenia stała się dziwna rzecz.
Zapadła kolejna noc. Błysk i Grzmot nie mogli wyjść z podziwu.
- Gdzie u licha są wilki?
- Nie wiem – odpowiedział Grzmot.
- Słyszysz? - przestali oddychać – zupełna cisza.
- Zaraz, zaraz – szepnął Błysk – posłuchaj… coś idzie.
Kroki były coraz wyraźniejsze. Narastały na sile, a wraz z tym powiększały się rozmiary istoty w wyobrażeniu siedzących na drzewie.
- Niedźwiedź?
- Niedźwiedzie nie tupią… i nie są tak wielkie.
Coś olbrzymiego przemknęło tuż pod ich stopami, chociaż znajdowali się wysoko nad ziemią.
Niewiele brakowało a krzyknęliby z przerażenia. Kroki oddalały się, a w pewnym momencie po prostu urwały.
- Chyba właśnie coś odkryliśmy – ucieszył się Błysk.
- Raczej coś o mało nie odkryło nas!
Nigdy przedtem nie zdarzyło się by wilki zaatakowały podczas dnia. Do czasu.
- Słyszysz to?
- Co takiego?
- Coś jakby warczenie…
Pomimo środku dnia zostali otoczeni. Było mnóstwo drzew, a zza każdego wyłaniało się kilka pysków. Zamiast przerazić się i uciekać, stali zmartwieni.
- To po to było tyle wysiłku?
- Szliśmy, by zostać pożarci?
- Opłaca się uciekać?
- A jak tam twoja noga?
- Sprawna.
Bestie stroszyły futro.
- Nie uciekniemy nawet na kilka metrów.
- Zawsze to kilka metrów dalej w spełnieniu naszego celu.
Spojrzeli na siebie całkowicie zapominając o świecie.
- Przepraszam, jeśli wyrządziłem ci jakąś krzywdę. – W oczach Grzmota zakręciła się łza.
- Ja również przepraszam. – Błysk także nie krył wzruszenia - Byłeś najlepszy!
- Ty również! – Podali sobie dłonie, jak gdyby chcieli się przywitać, ale było to pożegnanie.
- To co, lecimy?
- Tak – otarł łzy Błysk – możemy.
Biegli razem, bok w bok, czując, że każdy krok może być ich ostatnim.
Pierwszy krok był wspomnieniem matki. „Umarłaś byśmy mogli żyć. Przepraszamy za niewykorzystane szanse”
-Wilki były blisko-
Drugi był wspomnieniem ojca. „Byłeś dla nas dobry, ale nie martw się, pomściliśmy twoją śmierć”
- Wilki były bliżej-
Przy trzecim wspomnieli ciocię. „Byłaś dla nas jak matka, a my uciekliśmy od ciebie. Przepraszamy za niewdzięczność”
- Wilki już dotykały ich stóp-
Wiedzieli, że czwarty jest ostatnim. W jednej chwili przemknęły im przed oczyma wspólne polowania, przygody i zabawy. Także ta ostatnia, która jeszcze trwała.
- NIEEE!!! – warknęli obydwoje. „To nie może się tak skończyć, nie po tym wszystkim, nie teraz! Bogowie! Czy naprawdę nie macie litości?! Cóż uczyniliśmy takiego, że mamy zostać zapomnieni i zjedzeni przez te stwory! Gdzie wasza sprawiedliwość? Gdzie to wasze dobro? Gdzie się podziały?!”
Gdyby się uspokoili i przestali biec, dostrzegliby, że wilków nie ma. Oni jednak pozostali w swojej pasji i biegli niczym sarna spłoszona przez byle huk. W końcu jednak dotarło do nich, że biegną i to z zamkniętymi oczyma. Zatrzymali się i rozglądnęli wokoło. Nie było już lasu. Został za ich plecami.
Ciąg dalszy nastąpi...