Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Legenda o upadku

darco ·

Krok po kroku dążyła do celu. Pokonując rozliczne przeszkody w rodzaju półmetrowego murka lub płotu otaczającego wzgórze, niestrudzenie parła naprzód. Ignorując okrzyki rodziców i rodzeństwa szukającego jej po polach w końcu wspięła się na sam szczyt zakazanego wzgórza. Wzgórze było, bardzo wysokie i miało nadzwyczaj regularny kształt, porośnięte małymi krzewami na samym środku widniały ruiny jakiejś kamiennej budowli. Rozglądając się dookoła miała szeroki widok na okolice. Spojrzała w dół widząc maleńkie sylwetki rodziców pomachała im. Jeden z jej braci – pewnie Cedrik- on zawsze był bystry, zauważył ją machającą i zawołał coś do rodziców. Ojciec w końcu też ja zauważył i rzucił się w kierunku wzgórza. Pomyślała, że chyba nie będzie zadowolony, ale miała jeszcze chwilkę czasu zanim wejdzie na wzgórze.. jej zajęło to prawie cały dzień... tymczasem postanowiła obejrzeć ruiny. Weszła do środka odgarniając bluszcz i krzewy porastające mury z wielkich luźno poukładanych kamieni. Zobaczyła resztki zbutwiałej drabiny prowadzącej na wyższe piętra. Wieża nie miała sufitu. Zdawała się byś ucięta wielkim nożem nieco ukośnie na pół, jednak wzdłuż murów zachowały się drewniane podesty przy oknach. Dziewczynka pomyślała, że w ty, domku musiało być kiedyś bardzo ciemno. Malutkie okienka były o wiele mniejsze niż okna ich chatki. Weszła ostrożnie po drabinie. Jedyne ocalałe okno wychodziło na Zachód. Wspięła się na palce i spróbowała zajrzeć- zobaczyła rozległe śnieżnobiałe ruiny... Zniszczone miasto ciągnęło się jak okiem sięgnąć. Spróbowała podciągnąć się jeszcze wyżej, lecz straciła równowagę i... runęła w tył.
- Mam Cię! – Usłyszała lądując bezpiecznie w ramionach ojca. Kochany Tatuś - pomyślała mdlejąc z nadmiaru wrażeń.
Obudziła się już w domu. Zatroskane spojrzenie matki siedzącej przy jej łóżku mówiło, że coś jest nie tak. Przez błony okien przeglądało światło – znak, że był środek dnia. A matka jeszcze nie zagoniła jej do żadnej ze swoich robót. Spróbowała się podnieść, ale opadła bezsilnie.
- Cii, maleńka. Musisz odpocząć. Zaraz przyniosę Ci pożywnego bulionu. – dziwne zachowanie matki nie pozostawiało wątpliwości że jest chora. Dziewczynka pamiętała jak kiedyś zachorował jej braciszek, ten najmłodszy – też dostawał bulion. I pocił się. A potem umarł.
- Mamoooo! Czy ja też umrę? – rozpaczliwie cienki głosik wytracił garnek z rąk Matki, ta momentalnie odwróciła siei przybiegła do łóżka pozostawiając rozlaną zupę na posadzce, i otwarte palenisko.
- Ciri, kto naopowiadał Ci takich głupstw. Przestań natychmiast! – matka nigdy jeszcze nie krzyczała tak łagodnie.
- Ale mały Rilian umarł- rzuciła z pretensją dziewczynka – też mu robiłaś bulion! Matka przecząco pokręciła głową.
- To było co innego, Rilian był niegrzeczny i dostał zapalenia płuc. Ty jesteś po prostu osłabiona – nie jadłaś nic przez cały dzień i włożyłaś wiele wysiłku żeby wspiąć się na tę przeklęta górę. – Matka przypomniała jej o czymś
- Mamo, a co to za ruiny widziałam tam na dole?? Powiedziała już silniejszym głosem.- Nie wiem maleńka, wróci tatuś to Ci opowie bajeczkę. A teraz się zdrzemnij – dodała widząc jak małej zamykają się oczy.

Obudziła się wieczorem. Widząc cala rodzinę w domu; matkę cerująca porwaną odzież chłopców i rodzeństwo bawiące się jak zawsze po zmroku w kącie izby uśmiechnęła się. Ale przypomniała sobie o czymś.
- Mamo, mamo , a gdzie jest Tatuś? Miał mi opowiedzieć bajeczkę o tym zamku - natarczywie dopominała się Ciri. Matka oderwała znużony wzrok od chłopięcych ciżemek i już miała coś odpowiedzieć, gdy wszedł Ojciec. Porozumiewawczym wzrokiem porozumiał się z Matką i zaraz podszedł do wyciągniętych rączek małej.
- Jak się czujesz, księżniczko? – delikatnie objął ją rękoma. Zdziwiła się, że nie ma rękawicy na prawej ręce, wciąż jątrzącej się od poparzeń.
- Mama mówiła że opowiesz mi o tamtym mieście za górą!- nalegała – zawsze prosiliśmy Cię byś nam opowiedział o tych ruinach, górach i miastach a ty zawsze mówiłeś że później. Ja nie chce już później. – Ojciec znów spojrzał na matkę która tymczasem odłożyła igłę, a potem na bawiące się rodzeństwo, które uważnie przysłuchując się wszystkiemu zapomniało że ma się bawić.
- Dobrze, zatem- ojciec skinął przyzwalająco na chłopców, a ci zaraz zbliżyli się ochoczo- opowiem wam co wydarzyło się na tych ziemiach niemal ćwierć wieku temu. – dzieci nie wiedziały nawet że Ojciec jest taki stary. Zbolałym wzrokiem spojrzał na poparzoną dłoń. Po czy przetarł zdrowe oko, i ciągnął dalej - wydarzenia te łączą się bezpośrednio z moimi ranami. Kiedyś, dawno temu - jego wzrok stracił ostrość- istniało tu wielkie miasto. Wzgórze za naszym polem było tylko jedną z jego strażnic, chroniących przed wrogimi armiami.
Strażnice spełniały swą role bardzo dobrze, ale nie mogły zapobiec upadkowi Anghkoru. Bo upadek tego, największego miasta Północy nie był wynikiem ataku jakiejś armii. Spowodował go jeden człowiek. A raczej Mag. Swą, złowrogą mocą zburzył mury i wybił niemal sto tysięcy mieszkańców miasta. Ta moc miejscami nadal utrzymuje się w ruinach, a także w tej strażnicy, do której weszłaś córeczko. Dlatego właśnie nie możecie tam już chodzić. Ciri nie zemdlała z powodu zmęczenia, to ta moc wciąż tam jest i szkodzi – szczególnie małym dzieciom.
- Ale ja już prawie nie jestem dzieckiem – zaprotestował najstarszy z braci – Mari
- Siedź cicho i nie przerywaj - skarcił go ojciec – opowiem wam jak to było, jestem jednym z, niewielu którzy to przeżyli. Miałem 15 lat chyba. Szkoliłem się na żołnierza. Byłem akurat w zachodniej wieży. Mimo że z zewnątrz murów niczym się nie wyróżniała to akurat tutaj było ukryte przejście- dlatego przeżyłem. – ojciec poprawił się na brzegu łóżka, pogłaskał główkę córki i znów zatopił się w wspomnieniach.
- Nagle usłyszeliśmy dźwięk dzwonów bitewnych z Trzeciej stanicy. Chwile później stanicy nie było. Wszyscy rzuciliśmy się do zbrojowni - porzucając kości i karty, ale ja zdążyłem zerknąć w okno - na drasianskim trakcie była samotna postać, na biało ubranego jeźdźca. Pamiętam był ubrany na sposób Nomadów Południa. Luźne białe szaty, na głowie biały turban, twarz osłaniał mu kawałek materiału. Pamiętam tą scenę - jego czarny rumak stanął dęba a on zerwał maskę z twarzy i ruszył na miasto. Byłem nieco zdziwiony, przerażeniem starszych towarzyszy...

- Teraz poniosą karę – pomyślał Venthrix – nikt już nigdy nie zapomni... a Rada.. wybaczy tą manifestacje potęgi. Cóż, już nie ma odwrotu – spiął konia i postawił go na tylnych nogach, po czy ruszył galopem w kierunku głównej bramy. Zdjął maskę w pędzie, by nie przeszkadzała mu w oddychaniu. Wkrótce, gdy powietrze będzie ciemne od dymu będzie musiał ją znów założyć, ale teraz niech widzą, kto ich zabija - stwierdził.
Pogonił rumaka do najszybszego biegu – musiał zdążyć nim zmobilizują wszystkie siły, Andorfal galopował tak pewnie, że mag mógł skupić się na trudnych obliczeniach zaklęcia – ukucie odpowiedniego zabrało mu sporo czasu był już na długość strzału z łuku, kiedy mógł wreszcie uwolnić zaklęcie. I zrobił to w końcu zielony promień poszybował wprost w niebo wywołując małą trąbę powietrzną, która zaczęła zasysać chmury – nad miastem robiło się ciemno. A to był dopiero początek. Zły uśmiech wykrzywił jego wargi - z niechęcią oderwał wzrok od nieba - w samą porę by zobaczyć grad spadających strzał. Oczywiście podniósł już wszelkie zapory. Strzały odbijały się od jego niewidzialnej tarczy bezgłośnie - nie płosząc nawet jego wiernego rumaka. Mógł już wyraźnie rozpoznać twarze na murach. Potarł czerwony pierścień na lewej rękawicy, wyszeptał odpowiednią inkantacje i skierował zaciśniętą dłoń z pierścieniem na szczyt murów. Laserowy promień przebił pył i dotarł na sam szczyt - przecinając w pół zbroje żołnierzy ich samych, ich tarcze, łuki i wszystko, co napotkał na swojej drodze. Osadził konia w miejscu. Skoncentrował wole i moc – pomiędzy wyciągniętymi dłońmi zaczęły przeskakiwać ładunki elektryczne o zielonym zabarwieniu. Nasilały się aż przeistoczyły się w kule gorącej plazmy. Kula pęczniała z każdą sekundą- nawet przez iperytowe rękawice czuł jej moc. Gdy uznał, że wystarczy wysłał ją w kierunku bramy - pomknęła z prędkością strzały a gdy uderzyła w bramę nastąpiła wielka eksplozja zielonego płomienia i ładunków energii. Gdy opadł gruz i deski z rozbitej bramy w murach widniała już tylko dziura. Jedna z baszt okalających bramę zawaliła się druga wyglądała jakby zaraz miała runąć.. Venthrix popędził konia. Widział, że do wewnętrznego zamku jeszcze daleka droga. Będzie się musiał przebijać przez setki, jeśli nie tysiące zbrojnych a na końcu, czeka go starcie z kilkoma magami i gwardią miejską. Siły były nierówne.. nie mieli szans...
Przejeżdżając przez bramę powalał zabójczym promieniem kolejnych żołnierzy i podpalał zabudowania. Gdy przejechał przez bramę odwrócił się i z wielkim wysiłkiem umysłu zwalił drugą basztę. Całość podpalił zielonym płomieniem... niech nikt nie wydostanie się już przez tą bramę. – wszyscy tu zginiecie!! – wykrzyknął - zginiecie marnie!

- To był straszny widok. Mury płonęły na zielono. Fosa i baszty runęły. Domy biedoty miejskiej która budowała dom przy domu, przy samych murach - tam było najtaniej - wesoło płonęły na zielono niebiesko i nikt nawet nie próbował ich gasić. Gaszono jednak domy bogatych kupców i patrycjuszy miejskich – nie wiedząc chyba że murowane domy i tak stanowią mniejsze zagrożenie niż drewniane chatynki z których ogień mógł się łatwo rozprzestrzeniać dalej. Nie widziałem maga - widziałem tylko efekty jego mocy. Zachodnia wieża była najbliżej ratusza. Ale dosyć daleko od walki. Widziałem jak rozbłyski mocy i światła przemieszczają się wzdłuż głównej arterii miasta w stronę zamku. Widziałem jak kolejne domy stają w ogniu lub obracają się w ruinę. Dziwny strach opanował mieszkańców. Gdyby choć połowa ze 100 tysięcy jego mieszkańców stawiła opór - nikt nie mógł by z nimi wygrać. Ale oni woleli uciekać. I ginąć. A ja stałem i patrzyłem jak ginie mój dom.
Myśleliśmy że to już koniec. Że gorzej być nie może. Ale było. samo niebo sprzymierzyło się z Magiem na naszą zagładę. I runęło nam na głowy

Zajęty dewastowaniem kolejnych elewacji, i przywoływaniem nowych golemów i demonów mag nie zauważył ze przed nim zrobiło się cicho i pusto. Gdy rozwiał się nieco dym spowijający już większą część miasta zobaczył nowe zagrożenie. Królewską kawalerie. Zdążył pomyśleć jeszcze że to bardzo głupia nazwa w księstwie bez króla gdy niebo przeszyła pierwsza błyskawica. Spojrzał do góry z zadowoleniem. Na burzowym niebie pojawił się pierwszy ciemny płonący punkt. Wszystko układało się po jego myśli..
Pierwszy meteor runął na miasto w pobliżu zachodniej bramy. Nie widział zbyt dobrze zniszczeń ale widział ogień. W tym samym momencie kiedy pierwszy meteor się roztrzaskał zza chmur wychynął drugi.. i trzeci... i cały tysiąc wielkich, płonących kamieni majestatycznie leciał by zniszczyć miasto.
Rozprawiwszy się z kawalerią. pogalopował już prosto do ratusza. Ratusz okazał się już płonąć. Zatem zawrócił w stronę zamku. Wysoka bryła zamku górowała nad resztą miasta.

- Wieść niesie że Mag zaprzysiągł nam wszystkim śmierć. Przysiągł że wszyscy mieszkańcy Anghoru zginą - za zniewagę którą mu kiedyś uczyniono. Książe naszego grodu podniósł rękę na ukochaną Maga. Porwał ja i uwięził sądząc że zmusi tym Maga do posłuszeństwa. Jednak Owa elfia piękność nie wytrzymała podłego traktowania, braku słońca i złego jedzenia, i umarła. A mag zapałał rządzą zemsty. Książe uciekł wraz z wojskami pod opiekę samego Imperatora który był jego teściem – i był bezkarny. Mag postanowił więc zemścić się na nim w inny sposób. Lucius był księciem Anghoru - po zniszczeniu miasta straciłby tytuł książęcy a więc i opiekę cesarza. Tak rozumując Mag postanowił odebrać mu tytuł książęcy niszcząc miasto.. gdy setki płonących kamieni z nieba niszczyło nasze domy - miasto stanęło w płomieniach - dziwnych zielonych płomieniach, które nie dawały się ugasić wodą ... miasto miało tylko dwie bramy Dolną i Górną – pierwszą zwalił Mag - druga prowadziła do Zamku. Płonące miasto stało się pułapką. Tysiące ludzi umierały w płomieniach. Nasz sierżant zarządził odwrót. Mieliśmy otworzyć tajną furtka a część z nas miała wyjść na miasto aby ewakuować ludność... byłem w tej grupie - ruszyliśmy na miasto szukać kobiet i dzieci i ewakuowaliśmy kogo się dało - miasto wyglądało jak wcielone piekło... co chwila walił się jakiś budynek pogrążając w gruzach swoich mieszkańców. Większość miasta już płonęła, staraliśmy się wyważać drzwi i ratować zagrożonych - oczy mężczyzny zaszkliły się - w jednym z walących się budynków była wasza matka...
- Wasz ojciec uratował mnie i moich rodziców, ale sam został poparzony – wtrąciła się wzruszona kobieta. Potem pomagaliśmy sobie w czasie ucieczki, przez pola otaczające miasto uciekaliśmy do lasu. Kiedy ostatni raz obejrzałam się by popatrzeć na mój dawny dom zobaczyłam tylko płomienie - złe zielone płomienie... i Maga na szczycie zamkowego wzgórza... rozglądał się z dumą i kierował pociskami w mniej zniszczone rejony miasta. Jakby jego gniew wymagał żeby zabić wszystkich....w pewnym momencie - spojrzał się w naszą stronę...a my z odległości kilku mil zadrżeliśmy widząc że poprzysiągł nam śmierć.
- Ponad dziesięć lat uciekaliśmy - nazwa wyrzutkowie z Anghoru stała się wręcz przysłowiowa. Aż w końcu jakieś piętnaście lat temu urodził nam się syn - tak to Ty Mari – postanowiłem w końcu osiąść i założyć normalny dom. To miejsce wydało mi się bezpieczne - po drugiej stronie wzgórz otaczających ruiny - które do dziś emanują tajemniczym i niszczącym promieniowaniem, powodują niepłodność i kalectwo u niemowląt – okolice miasta stały się ziemiami zakazanymi. tak blisko Anghoru – na tyle blisko by nikt nie podejrzewał że tu mieszkamy - a na tyle daleko by nie podlegać zgubnemu promieniowaniu... nikt nas tu nie będzie szukać. A ty , córeczko wchodząc na te wieże dostałaś się pod wpływ złej magii która szaleje tam do dziś...- ojciec zmęczony wspomnieniami i długa jak na niego przemową ułożył córkę do snu. – no dzieciaki – pora spać rzucił w stronę chłopców. Ci niechętnie ruszyli się do misy z wodą. Matka ostatecznie odłożyła przybory do szycia.
-Tato?? – rozległ się szept małej - czy my jesteśmy już na pewno bezpieczni??
- Oczywiście malutka - zdziwił się ojciec.
W tym momencie usłyszeli walenie do drzwi.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...