Legenda zjednoczenia Część Druga: Miasto
Rozdział pierwszy
Jedynie Cleo i Ayris wzięły sobie do serca, że są teraz kompanią i starały się rozmawiać normalnie i nie okazując zniechęcenia. Ale tylko one. Pozostałe dwie towarzyszki przeszkadzały sobie jak mogły. Zajeżdżały drogę, wyprzedzały, klęły jedna na drugą. W końcu zaczęły się ścigać.
Rennée zapomniała na chwilę o wszystkim i znów wstąpiła w nią radość. Znowu czuła wiatr na twarzy i wszechogarniające szczęście.
Lyvie natomiast zmrużyła oczy i popędzała konia. Wygram, wygram, wygram. Kiedy wydawało się już, że jest tak niedaleko pagórka, na którym miał zakończyć się wyścig, obydwóm drogę przecięła Elfka, pędząc na swojej rączej klaczy.
Teraz rywalizacja pojawiła się między całą trójką.
Szybko wyprzedziła swoje przeciwniczki Rennée, lecz przewagą nie cieszyła się długo. Zaraz za nią z szerokim uśmiechem na twarzy gnała Elfka, a jej półprzeźroczysta suknia frunęła za nią jak na skrzydłach. Wiatr rozwiał długie rękawy i blond włosy.
Rennée odpowiedziała jej uśmiechem i przez chwilę wydawało się, że ściana lodu pomiędzy nimi lekko stopniała. Obydwie popędziły konia i z dzikim okrzykiem na ustach ruszyły przed siebie. Zajeżdżając sobie drogę śmiały się i wyglądało to bardziej na przyjacielskie zawody niż otwartą wrogość.
Natomiast Lyvie pędziła po wygraną. I tylko to się liczyło. Wykorzystała to, że tamte dwie się wygłupiają i ruszyła jak tylko mogła najszybciej przed siebie. Tamte jeździły zygzakiem i często zawracały, a ona prosto. Jak po strzale. Jeszcze kawałek, kawałek. Niewielki kawałeczek i wygram! Wygram! Wygram!
Wygrała. Po kilku sekundach dołączyły do niej Rennée i Ayris, które zaśmiewały się tak bardzo, że o mało nie pospadały z koni.
- No no, chylę czoła. Fantastycznie jeździsz- pochwaliła Rennée zwyciężczynię.
- Dziękuję bardzo. I wy też jesteście niezłe.- Odpowiedziała, potrząsając brązową grzywką i odrzucając włosy na plecy.
Z drzewa zeskoczyła Kotka, obserwująca całe widowisko. Pogratulowała chłodno Czarodziejce, do której ciągle nie była pewna i szybkim krokiem znalazła się przy klaczy Ayris.
- Jak to zrobiłaś? W kilku susach byłaś tuż przy niej…to znaczy przy Rennée, a jechałaś daleko za nimi!
- Słodka tajemnica- rzuciła Elfka, ściszonym głosem. Mrugnęła porozumiewawczo.- Nie męczy cię taki nieustanny bieg? Nie chcesz odpocząć? Może- zawahała się. Dalej, Ayris, jesteście tu razem i musicie współpracować. Jeśli ta podróż potrwa miesiącami, to nie możesz na wszystkich warczeć. A to będzie pierwszy do tego krok. Przełam się. Wyciągnij do niej rękę.- Może...Pojedziesz ze mną? Na moim koniu?
- Z tobą? Chcesz, żebym jechała z tobą?
- Hej, długo tam będziecie stać?- Krzyknęła Lyvie stojąca już jakiś kawał od nich.
- Wsiadaj. Jak będziesz wolała podróż naziemną albo nadrzewną, to zsiądziesz. A teraz, dopóki mogę ci to zaoferować, usiądź za siodłem- podała jej rękę. Cleo zawahała się.
Mimowolnie ogon zaczął szybciej chodzić. Zamrugała kilka razy, wpatrując się w rękę Elfki. Po kilku sekundach jednak, położyła łapkę na jej ręce i starając się nie wbić pazurów, podciągnęła się w strzemionie. Usiadła za nią i chcąc nie chcąc, objęła ją w pasie.
Elfka uśmiechnęła się do siebie. A więc pierwsze koty za płoty, pomyślała. To przysłowie wydało jej się szczególnie trafne. Zaczęła powoli podjeżdżać do pozostałych towarzyszek podróży. Lyvie spojrzała krzywo na Cleo, siedzącą razem z Elfką, gdyż pamiętała dobrze, że jeszcze dwa dni temu jej odmówiła, gdy zaoferowała jej przejażdżkę. No nic. Nie obchodzi mnie to. Jeśli ona sobie znajdzie przyjaciółkę, to może mnie odeśle. Nie będę się tułać za nią po świecie tylko, dlatego, że ma taką zachciankę. Tylko, dlatego, że wydaje się jej, że spłacę dług pokoleń. Pomarzyć dobra rzecz.
- Właściwie nic o sobie nie wiemy- zaczęła nagle Łuczniczka.- Może z grubsza się sobie przedstawimy?
- Nie głupi pomysł.- Podsumowała Lyvie, starając się, choć w małej części nawiązać kontakt z kompanią.- To kto zacznie? Ayria?
- Ayris.- Poprawiła ją Elfka.- No, niech będzie. Jestem Elfką z Esterliethu. Służyłam u królowej, w pałacu.
- Kim byłaś?- Zapytała z zaciekawieniem Rennée.- Wybacz, że ci przerwałam.
- Kimś w rodzaju uczonego. Czytałam księgi, zwoje i pergaminy i wiedzą dzieliłam się z Jej Wysokością. Wieczorami, przy szkarłatnej świecy czytałam jej fragmenty ksiąg, które najbardziej lubiła. Studiowałam historię naszego Plemienia, uczyłam się ważenia eliksirów i napojów, przez pewien czas szkolono mnie w magii ofensywnej. Przeszłam też szkolenie na wojowniczkę, ale tylko w połowie. Mistrzowie uważali, że lepiej, bym siedziała przy książkach, niż walczyła. Uważali, że jestem zbyt delikatna na wojnę. Ja jednak nie chciałam siedzieć bezczynnie i kiedy w Plemieniu wybuchł bunt przeciwko królowej, stanęłam incognito w szeregach gwardii. Szybko jednak …- niech to. Zaplątałam się. Teraz musze im powiedzieć prawdę. Trudno. Najwyżej mnie wyśmieją. A w najgorszym przypadku dowiedzą się o mnie wszystkiego i zabiją przy pierwszej lepszej okazji. Wszystko jedno. Niech się dzieje co chce.- Szybko jednak gwardia została rozbita, a ja ciężko ranna. W pałacu uważano mnie jednak za zdrajczynię i mówiono, że spiskuję za plecami królowej i nie udzielono mi pomocy. Regenerowałam się sama, ale było to trudniejsze, niż normalnie ze względu na rozprzestrzeniający się bunt. Więc jeszcze nie do końca w pełni sił, spakowałam kilka map i ksiąg, których jeszcze nie studiowałam, założyłam inne ubranie, niż na co dzień i uciekłam z miasta. Jak zwyczajny zbieg, uciekłam. Oskarżono mnie o zdradę stanu i podsycanie buntu, więc wysłano za mną zbrojnych, żeby mnie ścigali. A ja uciekałam. Wodziłam ich trochę za nos, ale w końcu, kiedy doszłam do granicy Ain Este, zgubiłam ich. Taką przynajmniej mam nadzieję. Chciałam zatrzeć o sobie pamięć, dlatego szukałam pomocy w Bruinnen. Bo tam nikogo nie obchodzi, kim jesteś. Ale zaatakowała ludzka kawaleria. Dalszą część znacie.
Przysłuchiwały jej się w milczeniu, a jedyne, co przerywało ciszę, to rytmiczny stęp koni. W końcu Lyvie zabrała głos.
- Ja żyłam spokojniej niż Ayris. Mieszkałam w domu, z rodziną i służącą Asse. Byłyśmy sobie jak siostry, ale kiedy miałam osiem lat wykryto u mnie Talent. Posłano do normalnej szkoły, a wieczorem odwiedzałam Mistrza, który uczył mnie wstępnych ćwiczeń. Egzamin zdałam, kiedy miałam trzynaście lat. Wtedy rodzice przekonali się, ze Talent jest u mnie silny i chcieli z niego skorzystać. Posłali mnie więc na praktyki do szkoły Esalithe del Esetth, największej skarbnicy wiedzy o magii, jaką kiedykolwiek wzniesiono. Tam nauczyłam się wszystkiego, co teraz umiem. Od prostych gestów i formułek, do złożonych, stopniowych zaklęć i uroków. Kiedy ukończyłam pierwszy rok praktyk w Esalithe del Esseth, otrzymałam stypendium. Doceniono mnie i dano szansę na Szkolenie Czarodziejek. Pamiętam, jak bardzo się wtedy cieszyłam. Na Szkolenie wybierano tylko najlepsze, a każda z nas, która Szkolenie ukończyła zasłużyła się jakoś w historii i jej imię nigdy nie było już zapomniane. Dostałam taką szansę. Łamiąc reguły, ubłagałam Mistrzów, by pozwolili mi pojechać samej na to Szkolenie, bym mogła się wykazać, że nie tylko potrafię zrobić użytek z magii, ale i orientację dobrze opanowałam, co jest dla Czarodziejek ważne. Po wielu naleganiach zgodzili się. Żegnała mnie rodzina i Asse, kilka moich przyjaciółek płakało. A ja byłam z siebie dumna. Dumna, że ich opuszczam, by stać się kimś więcej. Ale na Szkolenie nie dotarłam. Szkolenie miało być w Bruinnen, dzień po tym, jak przyjadę. Ale jeszcze w nocy wymordowano moich przyszłych nauczycieli . Moja szansa na zaistnienie legła w gruzach. Nikt nie przekazał mi tej wiedzy i nikt już nie przekaże jej innym. Najstarszy Mędrzec Plemienia, Uczony, Honorowy Mistrz Magii, zginął od ludzkiego miecza. Resztę znacie.
Nikt jej nie przerywał. Słychać było tylko jej głos i dzwonienie podków o kamienie.
- Wybacz, że pytam- zaczęła nagle Rennée.- Kim była dla ciebie Asse?
- Siostrą. Choć tak naprawdę tylko służącą, oddaną mojej rodzinie na pokrycie długów.
- Nie to miałam na myśli. Chodziło mi o rasę.
- Człowiekiem.
Znów zapadła cisza, przerywana jedynie rżeniem koni. Rennée spojrzała na Kotkę, jakby zachęcając ją, by mówiła pierwsza. Skinęła głową.
- Ayris, możesz podjechać, bym widziała do kogo mówię?- Zapytała nieśmiało Elfkę.
- Oczywiście.
- Więc ja…ja nigdy nie znałam swoich rodziców. Wychowywała mnie jakaś rodzina. Jedyne, czego się od niej nauczyłam, to to, że Świątynia Płomieni jest miejscem, gdzie wszyscy są równi w oczach Bogini. Nie uczyli mnie sprawności, nie uczyli, jak zdobywać jedzenie. To opanowałam sama. Oni nauczyli mnie tylko posłuszeństwa dla Bogini. Kiedy uznali, że to pojęłam, porzucili mnie i od tego czasu mieszkałam sama. Wędrowałam, gdzie tylko chciałam i robiłam co chciałam i to było cudowne. Zapuszczałam się nawet w nieznane części lasu, zabronione dla Kotek. Kilka razy zakończyło się to niemal tragicznie, ale zawsze jakoś mi się udawało. W końcu opuściłam moją dawną rodzinę i całe Plemię i po kryjomu zamieszkałam w mrocznej części Ain Este. Tam zmieniłam się częściowo: nauczyłam się nie ufać nikomu i zależeć tylko od siebie. Jestem z tego dumna, bo nie raz uratowało mi to życie. I nawet jeśli dla kogoś jestem słodkim kociaczkiem, to ja wiem swoje. Nie ufaj nikomu i niczemu, a przeżyjesz. Tak żyłam, tak żyję i tak żyć będę. Według tej zasady. Z czasem jednak zaczęło mi się robić samotnie. Każdy jednak, kto przechodził przez moją część Ain Este nie widział mnie i ja starałam się nie zwracać uwagi na nikogo. Jednak zawsze przez las przechodził człowiek, ale dwa dni temu, po raz pierwszy zobaczyłam Elfa. Z tego, co słyszałam, zrobiłam to, co kazało mi sumienie. Zabić i rozszarpać. Ale Elfka okazała się sprytniejsza. Potem pomogła mi Czarodziejka. A potem spotkałam Łuczniczkę. I jestem tu z wami, bo Ayris otworzyła przede mną możliwość odnalezienia legendarnej Świątyni. I niemalże stanięcia oko w oko z Boginią.
Słuchały jej w ciszy, przerywanej jedynie szumem drzew stojących przy drodze i cichym śpiewem ptaków. Rennée wiedziała, że teraz jej kolej.
- Mnie od samego początku uczono na łuczniczkę. Całe dzieciństwo chodziłam po lesie lub strzelałam do tarcz rozstawionych na placu. Nigdy mi się to, o dziwo, nie nudziło. Przedstawiacie sobie, co może czuć dziecko, które z łukiem na krok się nie rozstaje? Jest pewne, że to w nim zaklęty jest jego los. Ja też tak myślałam i miałam rację. Niedawno ogłoszono mnie Mistrzynią Fachu i całe miasto już wie, kim jestem. Pozwolono mi na opuszczenie miasta, wyjechałam więc. Najbliżej było Bruinnen. Dalej wiecie, co było.
- Krótka ta historia- mruknęła Lyvie, skracając wodze.
- I nieciekawa, tak, wiem. Ale chciałyście wiedzieć, kim jestem. Powiedziałam.
Znów zapadła cisza. Tym razem nic jej nie przerywało. Każda z dziewczyn ze sprzecznymi w sobie uczuciami, milczała uparcie. Przeszły do kłusa i do galopu. Nie odezwały się do siebie, aż do czasu popołudniowego postoju.
Rozdział drugi
Rozbiły niewielki obóz z tego, co ze sobą miały, a że było tego niewiele, to i obóz był raczej malutki. Ostatnia rozmowa przybliżyła je do siebie i teraz mniej więcej wiedziały, z kim jadą. Reszcie grupy postać Ayris wydała się bardzo intrygująca i Lyvie nawet nie była pewna, czy powinna wierzyć w jej polityczną niewinność. Kotkę uznano za osóbkę, która wie, czego chce, Lyvie lekko rozwiała swoją aurę zgryźliwości i niedostępności, ale mimo wszystko była uparta we wszystkim w czym się tylko dało, rozpoczynając od miejsca na rozbicie obozu aż po to, gdzie powinny rozpalić ogień. Rennée? O niej jednej nie wiedziały co myśleć. Nie odsłoniła się za bardzo. Ale to było na swój sposób intrygujące.
Postój był właściwie zbędny- jedynie konie potrzebowały przerwy. Mimo to z radością powitały możliwość pospacerowania po wilgotnej trawie lub po prostu poleżenia przez chwilę na trawie. Rennée rozpaliła ogień przy którym przycupnęła razem z Ayris. Cleo nie wydawała się zmęczona ani troszkę- hasała i przeskakiwała po gałęziach drzew. Wypróbowywała wszystkie możliwości wyginania się i akrobacji zarówno nadrzewnych, jak i naziemnych. Ayris przyglądała jej się leniwie z nieukrywanym podziwem. Lyvie znudziła się oglądaniem dzikiej Kotki i siedziała po prostu podparta o pień drzewa, przypominając sobie przydatne zaklęcia, które mogłyby się w tej podróży przydać. Choć od środka coś nie dawało jej spokoju- Świątynia Płomieni nie istnieje. Nie istnieje i już. Po co wiec jej szukać, skoro jest pewne, że przejedziemy cały świat i nic nie znajdziemy? Zaraz, zaraz. To jest dobre pytanie- gdzie właściwie prowadzi nas ta elfka? Nikt nie wie, gdzie ona się znajduje, o ile w ogóle się gdzieś znajduje. Ona sama przecież twierdziła, ze ta jej inskrypcja się urwała i nie wie, gdzie Świątynia jest. Więc co my tu robimy? I na jakiej zasadzie nas wlecze akurat tą drogą?
Wstała gwałtownie. Nie zwróciła nawet specjalnej uwagi na gałąź, która mocno uderzyła ją w tył głowy i ruszyła zdecydowanym krokiem do ogniska. Usiadła przy Ayris i wojowniczym tonem zadał pytanie:
- Gdzie jest ta Świątynia?
Ayris wydawała się zdziwiona tym pytaniem. Oderwała wzrok od szalejącej Kotki i spojrzała pytająco na Czarodziejkę. Napotkała stalowe spojrzenie, na widok którego wzdrygnęła się lekko. Od pewnego czasu miała nadzieję, że nikt jej o to nie spyta, bo nie miała gotowej odpowiedzi- po prostu w jednej, krótkiej sekundzie swojego życia zełgała o Świątyni Płomieni i jej to ktoś wypomniał. W jednej chwili stała się przewodniczką ekipy dążącej do legendarnej Świątyni, o której prawda, naczytała się, ale była tak samo pewna, że nie istnieje, jak niektóre z osób, z którymi przyszło jej podróżować. Nie panikuj, Ayris. Wymyśl coś. Wymyśl, szybko. Cokolwiek. Nie, nie kłam. Jak mówić prawdę, to prawdę. Nigdy więcej kłamstw. Chwilę...Mam pomysł. Dawaj, Ayris.
- Nie wiem- odpowiedziała szczerze. Dzielnie wytrzymała świdrujące spojrzenie Lyvie.- Ale się niedługo dowiem.
- Co?- Odpowiedziała z pogardą Czarodziejka, nie bardzo chyba dowierzając w to, co właśnie usłyszała.
- Tak, nie wiem, gdzie jest ta Świątynia. Ale się dowiem. Prowadzę nas do największej biblioteki w jakiejkolwiek kiedyś byłam. Tam znajdziemy o niej informacje, sklecimy wszystko w całość i wyruszymy we wskazanym kierunku- wyrzuciła jednym tchem Elfka, starając się, żeby jej głos brzmiał tak, jakby to sobie dokładnie przemyślała. Była z siebie dumna- przydała jej się umiejętność trzeźwego myślenia i dokładnego planowania. Tak, jak chciała, Czarodziejce wydało się, że to rozsądne wyjście i rzeczywiście ma sens. Ale szybko doszła do wniosku, że nie jest tak idealnie.
- Co będzie, jeśli znajdziemy tylko ludowe podania, stek bzdur, wykluczających się nawzajem? Co będzie, jeśli nic nie znajdziemy, dla odmiany? Co będzie, jeśli przerzucając stosy pożółkłych kartek nie znajdziemy o niej za dużo i po prostu dalsza podróż będzie całkowicie bezsensowna i z niej zrezygnujemy? Wrócimy wtedy do domu? A co jeśli ktoś potem nie będzie miał gdzie wrócić?
Ayris zawahała się. Pytania były postawione jasno i widać było, że dręczyły ją przez jakiś czas. Tymczasem po prostu musiała rozważyć postawione pytania. Nie chciała odpowiedzieć prosto z mostu, wolała raczej narazić się na złość swojej rozmówczyni, zwlekając z odpowiedzią, niż znowu kłamać. Bo przecież...Skłamałaś tylko raz, Ayris, prawda? Powiedziałaś, że zmierzasz do Świątyni, a to, że prowadzisz je teraz do tej biblioteki to był twój plan. Nie kłamstwo. Plan. Więc nie powinnaś mieć wyrzutów sumienia.
- Nie jestem pewna co byśmy zrobiły. Oczywiście, jest bardzo duża prawdopodobność, że nie dowiemy się za dużo, ale to właśnie w tej bibliotece czytałam o niej najwięcej. A i pomoc tamtych ludzi może okazać się potrzebna. Słyszałam też o Kapłankach Świątyni Płomieni, które niosą do teraz po świecie to, co o niej wiedzą. Może nakierują nas na ich ślad? Może wystarczą nam księgi i nie będziemy ich musiały szukać? Każda z nas ma powody, by tam dotrzeć. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Zapadła cisza, przerywana odległymi trzaskami gałęzi, trącanych przez Cleo. Lyvie spuściła oczy. Ona naprawdę wie, co mówi- pomyślała Czarodziejka.- Mówi rozsądnie. Zresztą nie mam wpływu na to, co się ze mną dzieje. Szkoła w której miałam się szkolić spłonęła i moja kariera razem z nią. Nie mam po co wracać do miasta, nikt już na mnie nie czeka. Prawda, mogłabym tęsknić za Asse, ale...to chyba wszystko. To chyba jedyna osoba, za którą mogłabym tęsknić.
- Co będzie nam potrzebne w tej podróży?- Zapytała nagle Lyvie.
- Słucham?- Odparła ze zdziwieniem Elfka, całkowicie zbita z tropu.
- Co będzie nam potrzebne?- Powtórzyła pytanie.
- N- nie wiem...nie jestem pewna...ale wydaje mi się...że wszystko, czego będziemy potrzebowały zdobędziemy w mieście. Poczytamy parę rzeczy, dowiemy się, co może się okazać przydatne, co niezbędne, a co całkowicie niepotrzebne, skompletujemy nasz ekwipunek według odpowiednich wskazówek.
- Dobra. Może byśmy się tak zbierały? Ruszały dalej? A tak w ogóle...jak nazywa się to miasto, do którego jedziemy?
- Zaraz ci pokażę- oparła Ayris i wstała szybko. Podeszła do swojego konia i zdjęła z siodła przywiązaną do niego torbę z prywatną niewielką kolekcją ksiąg i wyjęła tą samą, co w Ain Este- mapy w skórzanej, brązowej oprawie. Wróciła do Lyvie, zdziwiona tym, że jeszcze się nie pokłóciły, choć były o krok od konfliktu po niezręcznym pytaniu. Usiadła przy niej i odszukała odpowiednią mapę.
- Gdzie to jest?- Zapytała Czarodziejka. Jej wątpliwości zostały częściowo rozwiane przez Elfkę. Lyvie zapomniała nawet na chwilę o swojej zgryźliwości i po prostu odczuwała wewnętrzną potrzebę pogadania z kimś szczerze, choć niezbyt zobowiązująco.
- Tu- odpowiedziała szybko Elfka, wskazując smukłym palcem na małą kropkę na północ od Bruinnen i Ain Este.- Kheyre.
- Kheyre? Nigdy nie słyszałam o tym mieście. Jesteś pewna, ze to na pewno to?
- Oczywiście- odpowiedziała szybko, lekko oburzona.- Jest tam największa biblioteka Północnych Krain. Dostaniemy się tam, jeśli pojedziemy...Tędy- wskazała drogę wzdłuż jeziora i poprowadziła palcem do jej końca.- Kiedy przestanie nas prowadzić Srebrne Jezioro, udamy się na wschód i po dniu drogi powinnyśmy zobaczyć Kheyre.
- Droga zajmie nam cztery dni przynajmniej. To daleko. Zanim dotrzemy do Jeziora miną dwie doby. Potem dzień na drogę wzdłuż Jeziora...Jak nic. Przynajmniej cztery dni.
- Ale nie musimy się spieszyć. Mamy na drogę do Świątyni całe życie.- Przeciągnęła się i ułożyła na trawie. Poczuła, jak łaskocze jej policzki i ręce.
Lyvie podniosła się z ziemi, otrzepując zieloną suknię z liści i tego, co się mogło do niej przykleić. Rzuciła powolne spojrzenie na Kotkę, a potem na Rennée, która dla zabicia czasu strzelała do drzew, a kiedy to wydało się zbyt proste, w gałęzie i mniejsze gałązki. Jest całkiem niezła, pomyślała Czarodziejka. Wie, co robi, jest spokojna i opanowana, a pomimo to, niezwykle szybka. Powinna być przydatna, szczególnie w naszej podróży.
Nagle Cleo saltem w tył zeskoczyła z gałęzi drzewa i wylądowała tuż przed Lyvie. Potrząsnęła czarną grzywą i jedno z jej uszu skierowało się do przodu, a drugie drgnęło w górę i w dół bardzo szybko, jakby chciała strzepnąć coś, co się mogło przyczepić do jej czarnego futerka. Zapytała nagle:
- Kiedy jedziemy?
Lyvie spojrzała na Łuczniczkę i Ayris i głośno zawołała:
- Jedziemy?
Ayris się podniosła, a Rennée zaczęła chować strzały do kołczanu, więc chyba oznaczało to zgodę na to, by jechały teraz.
- Zbieraj się.- Rzuciła do Kotki, która po raz pierwszy od pewnego czasu się do niej uśmiechnęła. Czarodziejka jednak chyba nie miała ochoty na pojednanie z nią, bo ciągle pamiętała wyścig przed bramami Bruinnen i śledzenie w lesie.
Cleo z satysfakcją obserwowała, jak Lyvie odwraca się do niej plecami i wywraca oczami. Wydało się to jej nagle niezwykle zabawne. Wiele słyszała, że wkurzone Czarodziejki są groźne. Ta jednak była tylko słowna i nigdy nic im nie zrobiła jeszcze. Ciekawe, czy jeśli ją porządnie wkurzę ciągle będzie tak nas lubiła. O, przepraszam. Ona nikogo nie lubi. Zawsze siedzi sama, ewentualnie jak z kimś gada, to uważa się za panią świata i udaje, że zjadła wszystkie rozumy. Niektórzy to się w ogóle nie zmienią.
Ostatni raz zatopiła pazury w korze, żeby je trochę stępić, a potem wsiadła na konia za Ayris. Lyvie unikała jej wzroku. Rennée mocowała się z zapięciami przy siodle, aż w końcu i ona znalazła się na koniu. Ayris i Lyvie popatrzyły na siebie. Lyvie zrobiła minę pod tytułem „wszystko-muszę-zaw(...) i zabrała się do wyjaśnień.
- Jedziemy do Kheyre, tam dowiemy się możliwie najwięcej o Świątyni i rozpoczniemy właściwą podróż. Pojedziemy wzdłuż Srebrnego Jeziora.
Popędziła konia i wkrótce za nią, zrobiły to pozostałe.
W Ayris przez ułamek sekundy pojawiła się zazdrość. To ona wszystko wymyśliła a ta Czarodziejka przywłaszcza sobie wszystkie jej pomysły. Nie, Ayris. To nie powinno być tak. Nie masz powodów do zazdrości. Zresztą...Za wiele już namieszałaś. Przyśpiesz lepiej, bo cię zostawią w tyle.
Rozdział trzeci
Niewiele rozmawiały. Przy rozbijaniu wieczornego obozu prawie w ogóle się do siebie nie odzywały poza „Rennée, proszę, rozpal ognisko” czy „Możesz podać mi koc?”. Rano było podobnie. Podczas drogi także. Każda pochłonięta była swoimi myślami i, o dziwo, w ogóle nie potrzebowały towarzystwa. Nawet Srebrne Jezioro nie wywołało w nich nic, co można by nazwać konwersacją. Rozległo się tylko kila „achów!” Gdy dotarły do lśniącej tafli bezkresnej wody, ale to wszystko.
W całkowitej ciszy podróżowały trzy dni. Kiedy na horyzoncie zamajaczyło im Kheyre, milczenie złamała Rennée.
- To tutaj?
- Tak –odpowiedziała Elfka, błogosławiąc chwilę, w której może z kimś porozmawiać. Cisza zaczynała ją męczyć.- Rennée, jeśli możesz, jak tam dojedziemy, prosiłabym cię o możliwe odstawienie naszych koni. Cleo i Lyvie postaracie się o zakwaterowanie, a ja sprawdzę, kiedy najszybciej będziemy mogły się dostać do tej biblioteki. Zgoda?
Cleo zmrużyła lekko oczy i uśmiechnęła się do swoich myśli. Cóż za przypadek, że znowu przyjdzie im pracować razem...
Lyvie natomiast wydała się oburzona tą decyzją i już miała ochotę wykrzyczeć, że nie będzie nigdzie łaziła z tym futrzastym stworzeniem, ale ugryzła się w język.
Rennée pokiwała głową i ściągnęła wodze. Potem znajdą się w bibliotece i jak dobrze pójdzie, to już jutro wyruszą do Świątyni Płomieni. Ciekawe, czy Elfia panna mówi prawdę i czy Świątynia naprawdę gdzieś tam jest? Jużem wszystkie chyba historie o niej słyszała, ale w żadnej z nich ani krztyny prawdy nie było.
Wszystkie zgodnie przyspieszyły, mając na horyzoncie mury miasta. Jechały szybko. Rennée wysunęła się z szeregu i popędziła przodem, jak tylko mogła najszybciej. Znowu wiatr uderzył jej w twarz. Przy bramie znalazła się szybko. Rude loki przecięły powietrze, kiedy odwracała głowę, by spojrzeć na towarzyszki, które powoli zbliżały się do niej.
Kiedy były już wszystkie razem, mocno uderzyła zaciśniętą pięścią w bramę. Jeszcze raz. I jeszcze raz. Gruby strażnik popatrzył na nie i warknął:
- Czego?
- Przyjechałyśmy, żeby przeczytać parę ksiąg z Biblioteki Północnych Krain.- Odpowiedziała szybko Lyvie.
- Chyba nie myślicie, ze wam uwierzę?
- A to dlaczego nie?
- Bo po co komuś jechać przez pół świata do biblioteki?
- Pan wybaczy- przerwała mu Ayris, lekko zdenerwowana.- Ale skąd pan wie, ze przejechałyśmy pół świata? Może mieszkamy kilka mil stąd i przyjechać tu nie było żadnym wysiłkiem? Poza tym w tym mieście jest ogromna biblioteka, na której właśnie nam zależy, a jeśli nam pan nie wierzy, to po co pan w ogóle pyta? Równie dobrze mogłybyśmy powiedzieć, że do karczmy i by nam też nie uwierzono. Więc?
Strażnik zamyślił się bezmyślnie. W końcu wydał z siebie ciche burknięcie i niechętnie otworzył bramę. Cleo słodkim głosikiem mruknęła „Dziękujemy bardzo” i po chwili wszystkie zsiadły z koni, by je przeprowadzić przez bramę. Przed ich oczyma rysował się krajobraz zupełnie inny niż w Bruinnen. Tu było mnóstwo domów, jeden przy drugim, uliczki wykładane kocimi łbami były tak wąskie, że ledwo mogły się minąć dwa wozy i kilka przekupek. W Bruinnen najważniejszy budynek był naprzeciwko bramy wjazdowej do miasta, tu jednak najwyższy budynek stał daleko od nich, trochę na lewo. Lyvie dojrzała wielkie skupisko ludzi. Pewnie to rynek, pomyślała.
- Dajcie swoje konie. Odprowadzę je- zwróciła się Rennée do kompanii.- Spotkamy się potem przy tym dzwonie- wskazała na zawieszony wysoko nad miastem mosiężny dzwon. Nie trudno go było odnaleźć, więc pewnie dlatego Rennée uznała go za punkt zbiórki. Potwierdziły kiwnięciem głowy.
Oddały jej wodze i po chwili Rennée zniknęła w tłumie ludzi. Spojrzały po sobie. Ayris kiwnęła głową porozumiewawczo i po chwili i ona rozpłynęła się wśród mieszczan Kheyre. Cleo skierowała wzrok na Czarodziejkę, uśmiechając się lekko. Lyvie przewróciła oczami i rzuciła krótkie „chodź”. Obydwie skręciły w stronę targu i minęły stragany. Przepychały się wśród ludzi, próbując znaleźć kawałek wolnego miejsca na chodniku. Było duszno, ogarniało je stopniowe otępienie przez ogromną rozmaitość zapachów unoszących się nad straganami. Handlowano gdzie się dało. Większość straganów uginała się od ilości wyłożonego na nich towaru, niektórzy sprzedawcy sami prezentowali swoje skarby. Wysoka kobieta obwieszona była milionami paciorków, naszyjników i pierścionków mieniąc się od tego na wszystkie chyba możliwe kolory i zachęcała głośnymi okrzykami do kupna łańcuszków i ozdób. Koło niej stragan miał gruby jegomość z bronią. Miał na nim prawdziwie rzadkie okazy- miecze, jedne z najlepszych w Północnych Krainach, wyjątkowe łuki, strzały z twardym grotem po dwa areny za sztukę. Wszelkiego rodzaju hełmy, tarcze. Wiele amuletów ozdobnych i chroniących przed szkodliwym działaniem wrogich zaklęć, sztylety faliste i proste. Szpile długie i ostre. Buteleczki z podejrzanymi płynami. Wszystko, po prostu wszystko, co mogło być potrzebne na polu walki. Wiele osób zarówno kupujących, jak i sprzedających było nietrzeźwych i czuć było od nich zapach mocnych alkoholi.
Cleo przedzierała się sprawniej od Czarodziejki i w końcu udało jej się wydostać z dusznego terenu targu. Kiedy dołączyła do niej Lyvie, zdecydowane, poszły w tym samym kierunku- okolice biblioteki otoczone były przez rozmaite karczmy. Weszły do pierwszej z nich, ale nie miały szczęścia. Ledwo Lyvie uchyliła drzwi, poleciał w jej stronę zardzewiały sztylet. Szybko podniosła ręce i stworzyła wokół siebie niematerialną tarczę ochronną, od której odbiło się ostrze i z głośnym brzękiem spadło na podłogę. Łaski bez, pomyślała Lyvie i zatrzasnęła drzwi. Nie jest to jedyne miejsce, w którym można się zatrzymać.
Cleo spojrzała na nią pytająco.
- Coś nie pasuje?- zapytała.
- Nie zatrzymamy się tu, jeśli mają w zwyczaju mordować gości. Sprawdzimy następne.
Tym razem Cleo weszła do środka, ale wyszła po kilku sekundach, krztusząc się dymem. Sprawdziły już całe mnóstwo knajp, gospod i noclegowni. W końcu jednak znalazły- mały, niepozorny domek wyglądał jakby się kurczył w stosunku do innych. Kiedy jednak tam weszły od razu pomyślały: „Tu może być”- było tam mało osób, zaledwie trzy i miejsce przypominało im przyjazne odmieńcom Bruinnen. Kilka stolików z wypalonymi prawie całkowicie świeczkami, cisza, przerywana od czasu do czasu cichym śmiechem.
Lyvie podeszła do młodej dziewczyny za ladą.
- Przepraszam, szukamy noclegu.
- Słucham?- odpowiedziała młoda osóbka budząc się z otępienia.- Ach tak, oczywiście. Dla was dwóch?
- Nie, jest nas cztery.
- Oczywiście, oczywiście, nie będzie problemu. Chcą panie teraz zobaczyć pokój, czy panie jeszcze wychodzą?
- Wrócimy niedługo. Musimy załatwić jeszcze parę spraw.
- Oczywiście, oczywiście. Będziemy czekać.
- Dziękujemy bardzo.
Opuściły gospodę. Cleo przebiegła wzrokiem po dachach budynków i błyskawicznie odszukała dzwon. Ruszyły w jego kierunku. Na miejscu zobaczyły Rennée, siedzącą na niewysokim murku. Po chwili dołączyła do nich także Elfka z rozradowaną miną.
- Biblioteka dostępna będzie od jutra rana. Możemy tam spędzić tyle czasu, ile tylko będziemy chciały.
- Fantastycznie- powiedziała Łuczniczka, kiwając głową.- Konie są w oberży przy kaplicy. Napoją je tam i nakarmią, kiedy będziemy wyjeżdżać, zapłacimy.
- Znalazłyśmy miejsce do spania- odrzekła Cleo, ruszając uszkami do tyłu i do przodu. – Czekają na nas wieczorem. Możemy też pójść teraz.
- Idźmy teraz- zaproponowała Rennée. – Straszniem zmęczona.
- Dobrze- przytaknęły po kolei i udały się we wskazane przez Czarodziejkę miejsce.
Wchodząc do pokoju, poczuły znużenie i chęć odpoczynku. Szybko zasnęły, choć było jeszcze wcześnie i słońce dopiero dwie godziny temu zeszło z horyzontu.
Rozdział czwarty
Kiedy Renée się obudziła, promienie słońca prześwitywały nieśmiało zza zaciągniętych zasłon, a w pokoju dało się wyczuć zapachy porannych posiłków innych gości noclegowni.
Renée spojrzała na towarzyszki- wszystkie spały. Ayris w ogóle się nie przykrywała, czemu trudno się było dziwić, bo z tego, co słyszała, Elfki nie czują zimna. Czarodziejka miała na twarzy chyba najłagodniejszy wyraz, jaki kiedykolwiek udało się jej zobaczyć. No tak. Przynajmniej we śnie nie jest upierdliwa. Cleo natomiast zwinęła się w kłębek i położyła głowę na łapkach. Od czasu do czasu poruszała delikatnie ogonem.
Łuczniczka postanowiła ich nie budzić. Ubrała się po cichu w swój brązowy kubrak, spodnie i wysokie buty, zabrała łuk, z którym nie rozstawała się na krok i starając się nie robić hałasu, opuściła pokój. Ruszyła korytarzem i zeszła po drewnianych schodach. W głównej sali karczmy panowało poranne zamieszanie- kilku kupców sprzeczało się głośno, czy towar, który sprzedają powinien być droższy niż teraz, czy jeszcze bardziej spuścić cenę. Ale kupcy byli ludźmi. Renée rozejrzała się po sali, kiedy sobie to uświadomiła- wszyscy tu byli ludźmi. No tak, pomyślała, przecież to nie Bruinnen. Nie wszędzie akceptują odmieńców. Ale podobno tu jest wielka biblioteka, to powinni się przyzwyczaić do dużej liczby niespodziewanych gości.
Wyszła z gospody i natychmiast poczuła muśnięcie wiatru na twarzy. Odetchnęła głęboko, wdychając czyste powietrze. Przymknęła nawet na chwilę oczy. Kiedy je otworzyła, zobaczyła duży ruch na ciasnych ulicach, mieszczan rozmawiających ze sobą i nerwowo wyjaśniających sobie sprawy obecnej gospodarki.
Nagle usłyszała melodyjny głos, cichy, przenikliwy szept, jakby przeznaczony tylko dla niej. Wypowiadał imię, czyjeś imię. Znała je dobrze, wiedziała przecież! „Sheena...” Kim była Sheena? Łuczniczka znała to imię, bardzo dobrze. Imię jakiejś królowej bodaj...Albo kogoś ważnego...Nie mogła sobie przypomnieć.
Przekonując sama siebie, ze musi sobie przypomnieć, ruszyła mechanicznie uliczkami, nie patrząc, gdzie idzie. Rozglądała się dokoła, ale nie widziała i choć słuchała, nie potrafiła wyłowić słów. Jedyne, co przykuwało jej uwagę to nierówne kocie łby i ta myśl. Nie wiedzieć czemu, dręczyło to ją. Nie jest chodzącą encyklopedią, nie pamięta każdego imienia, ale to było po prostu tak znane, ze podskórnie wiedziała, że jest jakoś związane ze wszystkim.
Nagle podniosła nerwowo głowę i rozejrzała się wokół siebie. Stała na czymś w rodzaju lodowej posadzki, koło niej filary sprawiające wrażenie, jakby były z kruchego szkła...
- Niemożliwe, gdzie ja jestem?- Powiedziała na głos.
Odpowiedziała jej cisza. Nagle poczuła za sobą czyjeś kroki. Wyuczonym już ruchem zsunęła łuk z ramion i szybko napięła cięciwę. Odwróciła się. Celowała w powietrze, nikogo za nią nie było. Powolnym krokiem, uginając kolana i starając się stąpać jak najciszej i podchodziła powoli do kolejnych filarów. Pomimo, iż sprawdziła wszystkie kolumny, ciągle czuła się śledzona. Coś nie spuszczało z niej wzroku. Usłyszała kroki za sobą. Szybko się odwróciła...i krzyknęła. Coś uderzyło ją mocno w twarz.
- Renée! Renée!
Poderwała się. Rozejrzała się i ku swojemu zdumieniu zauważyła, że jest w pokoju noclegowni, a przy jej łóżku siedzą jej towarzyszki. Cleo przy niej z podniesioną łapą. Nagle wszystko zaczęło się układać. To tylko sen...To tylko był sen...A jużem myślała, że ze mną gorzej. Uświadomiła sobie, jak została obudzona. Rzuciła gniewne spojrzenie na Kotkę.
- Mówiła żem, żebyś tak nie budziła!- Warknęła.
- Krzyczałaś, to obudziłam, jak umiem najlepiej- odpowiedziała obojętnie Kotka, przeciągając się bezczelnie.
Renée podarowała sobie uwagi. Ayris szybko wstała z brzegu łóżka, podeszła do zawieszonej na drewnianym krześle torby i zaczęła wyciągać znaną już niebiesko-białą tkaninę.
- Ubierzemy się, zejdziemy na dół i coś zjemy, a potem udamy się do biblioteki. Im szybciej zaczniemy szukać, tym dla nas lepiej.
- Tak od rana?- Spytała z wyrzutem Czarodziejka.
- A dlaczego nie?- Odparła pytająco Elfka.
Lyvie ostentacyjnie wzruszyła ramionami, ale reszta była pewna, że gdy tylko się odwróci, przewróci oczami. Miały rację.
Najszybciej ubrała się Cleo. Podczas, gdy inne ciągle szamotały się ze swoimi ubraniami, ona przycupnęła na łóżku i łapką zaczęła czyścić uszka, jak to koty mają w zwyczaju. Wyczesała też pazurami z ogona kilka paprochów i skoczyła z posłania. Towarzyszki były już ubrane, więc stanęła przy drzwiach, machając lekko ogonem. Ayris włożyła na ramię skórzaną torbę, Lyvie przywiązała do pasa zielonej sukni sakwę ze złotymi arenami, a Renée zabrała łuk i wyszły z pokoju.
W głównej sali, kiedy weszły, wszystkie oczy skierowały się na nie. Łuczniczka poczuła się trochę zmieszana, Cleo zaczęła szybciej ruszać ogonem, okazując nerwowość i to, że ciągle żyje wg zasady „nie ufaj nikomu i niczemu, a przeżyjesz”. Ayris starała się ignorować śledzące spojrzenia, a Lyvie prychnęła pogardliwie. Ale wszystkie pomyślały o tym samym: musimy wyglądać dziwnie. Nie widuje się zazwyczaj Łuczniczki, Kotki, Elfki i Czarodziejki razem, prawda? A takie zestawienie rozmaitych mocy może być niebezpieczne. Nie bez powodu przecież nazywa się nas Wojowniczymi Plemionami.
Odruchowo odrzuciły od siebie tą myśl i straciły ochotę na jedzenie. Poszły więc prosto do biblioteki.
Ukazał im się ogromy budynek z ciemnego marmuru i wielkimi mahoniowymi drzwiami z potężną, złotą kołatką na nich. Ayris weszła po schodach i mocno nią zapukała. Drzwi ustąpiły same. Odwróciła się do towarzyszek, żeby im pokazać, że droga jest bezpieczna i zniknęła w głębi pomieszczenia. Stała pośrodku obszernej sali lustrzanej, naprzeciwko mahoniowych drzwi zobaczyła solidne, kręcone schody. Zaszła nimi na samą górę i tam zobaczyła widok, jakiego było jej brak od pewnego czasu- labirynt korytarzy, a każda jego ściana była półką z książkami, ciągnącą się od podłogi, aż do wysokiego sufitu. Na mocnych półkach były księgi każdego rodzaju- małe, kolorowe, jak z bajkami dla dzieci, ale też i niebezpieczne, zamknięte w kącie pomieszczenia za żelazną kratą, do której można było się dostać tylko łamiąc potężną kłódkę. Co kilka regałów był szerszy korytarz- ze stołami i ławami do studiowania ksiąg.
Skręciła w prawo i ruszyła przed siebie, oglądając bogate arrasy na ścianach biblioteki. Jednocześnie odliczała też dwadzieścia dwa regały. Kiedy doliczyła, skręciła w prawo i jej oczom ukazała się niewielka budka dozorcy biblioteki.
- Przepraszam?- Odezwała się.
- Słucham, panienko.- Odpowiedział stróż.
- Chciałabym przejrzeć księgi biblioteki, przychodzę więc wpisać się na listę.
- Ach, tak, tak, bardzo dobrze- szepnął do siebie, podsuwając jej wielkie, gęsie pióro i oprawioną w bordową skórę księgę, przykutą łańcuchem do jego stanowiska. Ayris zostawiła w niej swój elegancki podpis, podziękowała i wróciła do głównego holu po dziewczyny.
Tak jak się podziewała, czekały na nią.
- Więc która od czego zaczyna?- Spytała Czarodziejka, kiedy Elfka do nich dołączyła.
- Mogłabym poczytać o potrzebnym orężu i sposobach walki, a także o ekwipunku, jaki będzie nam potrzebny- zaproponowała Renée.- Trochę się na tym znam.
- Dobrze- przytaknęła Ayris.- Ja poszukam podań o Świątyni Płomieni i informacji o Kapłankach.
- Więc może zajmę się zaklęciami, które się nam mogą przydać?- Podsunęła Lyvie.
- Znajdę coś o magicznych stworzeniach, zwłaszcza tych niebezpiecznych, żebyśmy sobie umiały z nimi poradzić, w razie ataku.- Dodała Cleo.
- Zgoda. - Powiedziała Ayris, równocześnie idąc korytarzem.- Poszukajcie swoich książek i umówmy się, że będziemy czytać w jednym miejscu, żeby się nie zgubić. Jak znajdziecie, przyjdźcie tu. Potem skręćcie w prawo i odliczcie piętnaście regałów, tam są najbliższe ławy.
Kiwnęły głowami i każda poszła w innym kierunku.
Lyvie zdecydowanym krokiem ruszyła do zakratowanej części biblioteki. Z daleka przyglądała się kratom i kiedy bezpośrednio do nich doszła, z radością stwierdziła, że kłódka, wyglądająca tak solidnie z daleka, wcale taka nie jest w rzeczywistości. Rozejrzała się, żeby sprawdzić, czy ktoś nie idzie i wypowiedziała najprostsze zaklęcie otwierające. Ku jej zadowoleniu, kłódka puściła od razu. Lyvie przyjrzała się tytułom. Zrezygnowała z Zaawansowanej magii dla czarodziejów pierwszej kategorii z prostego powodu: była Czarodziejką drugiej kategorii. Pominęła też Podręcznik pętania magii dla początkujących i Jak nauczyć się rzucać podstawowe zaklęcia. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tak beznadziejne książki były w dziale ksiąg zakazanych. Szybko jednak znalazła odpowiedź na swoje pytanie: wszystkie one dotyczyły czarnej magii. Czarna magia była powszechnie zabroniona. A ona nie miała ochoty łamać tego zakazu. Już miała ponownie zakładać kłódkę na kraty, kiedy nagle dojrzała odpowiednią książkę: Zaawansowana magia obronna. Porwała książkę i założyła kłódkę na kraty. Potem rzuciła proste zaklęcie zamykające, zdając sobie sprawę, że nawet najstarsze i najmniej działające zaklęcie będzie mocniejsze od tego, jakie tu zastała. Trudno, najwyżej ktoś się troszkę pomęczy.
Ayris dokładnie wiedziała, w którą część biblioteki się udać, by znaleźć interesujący ją temat. Największy problem był jednak z wybraniem właściwej książki. Miliony tomów nosiły nazwę „Świątynia Płomieni” ale każda była innego autora. Wzięła pierwszą lepszą i obiecała sobie, ze przeczyta je wszystkie, jeżeli będzie taka potrzeba.
Renée musiała zapytać parę osób o to, gdzie może znaleźć książki o broni białej i ekwipunku podróżniczym. Ku jej niezadowoleniu okazało się, że dwa piętra wyżej. Pobiegła, we wskazanym kierunku i przemierzając korytarze, przyglądała się tomom. Większość z nich dotyczyła tylko jednego rodzaju broni, ale w końcu odnalazła Posługiwanie się bronią białą i jej praktyczne użycie. Zabrała też Broń biała dla każdego z nas- wybierz swoją i zaczęła drogę powrotną.
Cleo naszukać się musiała dużo. Prawda, wiele książek dotyczyło niebezpiecznych stworzeń, ale część z nich nie dawała się otworzyć, bo była zapieczętowana zaklęciami, a część tak ciężka, że nie mogła jej unieść. Po chyba dwunastej książce, która ją oparzyła albo uderzyła, kopnęła zrezygnowana w regał i oparła się o niego plecami. Okazało się to być błędem, bo kilkakrotnie musiała się uchylać przed jakąś spadającą księgą. Część należała do tych, niestety, ciężkich. Parę kartek się wyrwało, a kilka okładek niestety nie wyglądało już jak okładka książki. Pozbierała szybko z podłogi księgi, poukładała je w równym słupku przy regale, zabrała odpowiedni tytuł, jaki przypadkiem spadł jej na głowę i najszybciej, jak tylko mogła, ulotniła się, mając nadzieję, że hałas nie przyciągnie dozorcy.
Ayris przybyła na umówione miejsce najszybciej z nich wszystkich. Potem dotarła Renée, Cleo i Lyvie. Wszystkie usiadły bez słowa przy jednym stole i zagłębiły się w swoich lekturach.
Słońce za oknem szybko zmieniało swoją pozycję na niebie i zanim się obejrzały, był już wieczór. Właściwie mogłyby tam zostać nawet do rana, ale głód im na to nie pozwolił i to właściwie on i ciemność za oknem przypomniała im bożym świecie. Ayris wsunęła książkę do torby, zapisując jednocześnie tytuł zabranej ze sobą książki do kolejnej bordowej księgi, przytwierdzonej na stałe do stołu. Renée i Cleo zrobiły to samo. Lyvie poprosiła je, żeby już szły, a ona jeszcze coś tylko sprawdzi. Kiedy wyprzedziły ją o parę kroków, pochyliła się nad księgą i zmyśliła tytuł wypożyczonej książki- zawartość zakratowanego obszaru biblioteki można było wypożyczyć tylko za pisemną zgodą Pierwszej Bibliotekarki, której ona oczywiście nie miała. Zmyśliła też nazwisko osoby, która książkę wypożyczyła i podpisała się nieistniejącym podpisem. Wzięła książkę pod pachę i w biegu dogoniła towarzyszki.
Wieczorem, przy obiado- kolacji, udało im się ściągnąć na siebie mniejszą ilość nieprzyjaznych spojrzeń. Jedząc, Ayris czytała, Lyvie obserwowała innych biesiadników, a Renée i Cleo prowadziły rozmowę o tym, co przeczytały. Obydwie ciągle nieszczególnie pałały do siebie sympatią, ale po prostu miały ochotę z kimś porozmawiać. Rozmowa jednak nie była długa- Szybko zjadły i poczuły zmęczenie. One jako pierwsze wróciły do pokoju, prawie kwadrans później wróciła też Lyvie.
Ayris natomiast nie miała takiego zamiaru- przeczytała już połowę książki, ale była tak wciągająca, że nie chciała przestać czytać.
Godziny mijały jak sekundy i zanim się spostrzegła, zasnęła z twarzą na stoliku.
Rozdział piąty
Kilka kolejnych dni upłynęło im prawie tak samo, jak ostatni- wychodziły rano, wracały wieczorem, z książką pod ręką. Tego dnia jednak, postanowiły odpocząć od biblioteki, której zasoby w pewnym stopniu już pochłonęły- Lyvie przeczytała już kilka książek o zaklęciach i kiedy tylko mogła, wypróbowywała ich działanie. Ayris doliczyła się siedmiu książek o tym samym tytule, ale żadna jak dotąd nie mówiła dokładnie, gdzie ona jest. Cleo po pewnym czasie była istną kopalnią wiedzy o niebezpiecznych stworach. Przechodząc koło targu potrafiła powiedzieć co za stworzenie jest w klatce, ile ma lat, mniej więcej z jakiego obszaru Północnych Krain pochodzi i jak jest niebezpieczne. A Renée posiadała sporą wiedzę o różnorakim użyciu broni białej i o tym, jak powinno się wybierać broń dla siebie, pod jakimi kryteriami i co brać pod uwagę. Czytając, z zadowoleniem przyznała też, że jej łuk jest do niej znakomicie dopasowany.
Zrobiły sobie przerwę od czytania, głównie dlatego, że Łuczniczka skończyła już swoje księgi i postanowiły znaleźć dla siebie odpowiedni oręż, nie mogą bowiem podróżować, będąc nieprzygotowane i nieuzbrojone. A w broń musiałyby się zaopatrzyć i tak, gdyby jechały na zachód- podobno wybuchły tam bunty, ogarniające powoli cały tamten obszar państwa.
Udały się na targ w dniu, kiedy ludzi było mniej i nie trzeba było się przeciskać. Poszły też rano, bo wtedy mało osób cokolwiek kupowało i nie było zazwyczaj kolejek do straganów. Renée prowadziła. Co jakiś czas stawała przy straganie, brała miecz do ręki i oceniała, czy takiego rodzaju klinga jest im potrzebna, czy też nie. Długo kręciła nosem, aż znalazła stragan, na którym według niej była broń wysokiej klasy.
- Która najpierw chce coś dla siebie?- Zapytała towarzyszki. Zgłosiła się Ayris.
- Weź to- podała jej miecz ze srebrną klingą.
Ayris chwyciła miecz. Nie miała jeszcze nigdy w ręku miecza, jednak natychmiast czuła, jak kształt rękojeści dopasowuje się do dłoni. Był też zaskakująco lekki. W sam raz dla Elfki. Jakby specjalnie dla niej robiony.
- Połóż sobie miecz na palcu wskazującym tak, żeby klinga była po jednej stronie, a rękojeść po drugiej.
Ayris wykonała polecenie. Klinga była idealnie wyważona, jak poinformowała ją Łuczniczka, a rękojeść niemal szerokości ostrza. Następnie miała wykonać kilka prostych cięć i chwycić w jedną rękę i poruszyć nadgarstkiem. Nie wyczuła nic specjalnego, więc Renée uznała, że broń jest dla niej doskonała.
Przy radach Łuczniczki, Cleo wybrała dla siebie średniej wielkości dwa sztylety faliste Fairi, które mogła wsunąć w cholewę buta.
Lyvie długo się opierała, mówiąc, że ona nie potrzebuje broni, bo zna się na magii wystarczająco potężnej, by unieszkodliwić wroga. Jej pewność siebie zabiła Kotka, która oparta leniwie plecami o domek po drugiej stronie ulicy trafnie spostrzegła, że jeśli będzie wyczerpana, to nie będzie w stanie rzucić zaklęcia, a coś do ręki będzie mogła wziąć zawsze. Czarodziejka niechętnie przyjęła do wiadomości, że ten przerośnięty futrzak ma rację.
Wybierała długo. Nie chciała miecza, ani sztyletu. Nie chciała też łuku. W końcu dojrzała długi, dębowy kij, przewiązany w połowie materiałem i przyozdobiony na górze kilkoma piórami. Od razu uznała go za coś dla siebie i nie pozwoliła wmówić niczego innego.
Mimo to, nikt już nie miał ochoty z nią dyskutować, bo ostatnio i tak kłóciły się dosyć często i jak zwykle praktycznie o nic.
Mieć broń to nie wszystko- trzeba jeszcze z niej umieć korzystać. W związku z tym, Renée postanowiła przeprowadzić szkolenie bojowe, mające na celu zrobienie z nich mistrzynie swojego fachu. Miały na to dużo czasu- w mieście mogły zostać jak długo im się podobało, trenować mogły, kiedy im się podobało, czytać, kiedy chciały. Właściwie nic ich nie goniło, poza uczuciem, że powinny jechać, albo zdecydować się na jakiś termin wyjazdu bądź odwołanie akcji.
Szkolenie zaczęło się po południu- znalazły kawałek zieleni, otoczony kamiennym murem, zza którego nie były zbyt widoczne, więc nie wzbudzały zainteresowania. Każda z nich wzięła, co nabyła i przebrała się w stroje, które były już zniszczone i właściwie się do niczego nie nadawały poza jeszcze większym zniszczeniem. Tylko Cleo jakimś sposobem nigdy nie brudziła ubrania, które zawsze było czyste, schludne i pachnące.
Renée miała na sobie bardzo wysokie, czarne buty, zakrywające ¾ nóg i luźną bluzkę, nie krepującą ruchów. Było ciepło, więc nie musiały przejmować się dodatkowo, czy nie zmarzną. Słońce świeciło wysoko.
Lyvie zaskoczyła wszystkich rozpuszczonymi, długimi włosami, bluzką zawiązaną powyżej pępka i spodniami podartymi na jednym kolanie.
Ayris dla odmiany włosy spięła w kok i założyła podobny gorset do tego, jaki był częścią jej błękitno- białej sukni, ale ten był kremowy, a obcisłe spodnie- oliwkowe.
Ayris jako pierwsza przyjęła lekcję u Łuczniczki, która okazała się być bardzo wymagającą nauczycielką. Najpierw pokazała jej, jak miecz powinien leżeć w dłoni i jak nim operować, by nie złamać sobie nadgarstka. Ale kiedy tylko Elfka miała odłożyć i chwycić miecz, chwyciła źle, czego Renée nie omieszkała jej wytknąć. Dalej- pierwsze kroki z mieczem i kilka podstawowych pchnięć musiała opanować perfekcyjnie. Parę razy Łuczniczka sama brała oręż do ręki i pokazywała jej wszystko od początku- jak powinna przenieść ciężar ciała w chwili pchnięcia, na jaką odległość wysunąć miecz, gdzie stanąć, by dobrze wycelować. Na trudniejsze manewry nie było na razie co liczyć- niektórzy nawet słabi żołnierze trenują przez kilka lat, ale nie osiągają zadowalających wyników. A one z pewnością nie miały kilku lat, może tydzień, góra dwa.
Ayris po pierwszym treningu odeszła na chwilę, zwalniając miejsce Czarodziejce. Jej także nie poszło lepiej. Cleo też się nie wykazała choćby najmniejszą wiedzą. Czarodziejka wiedziała, jak rzucać zaklęcia, a Kotka, jak powinna skakać i wyginać się, żeby osiągnąć to, co chce, ale na broni nie znały się zupełni i troszkę je to onieśmielało.
Trenowały do wieczora i chętnie trenowałyby dalej, ale tak jak w sprawie biblioteki- głód im na to nie pozwolił. Obiecały sobie trenować od jutra rana.
Tak, jak postanowiły- znalazły się na miejskim zielenisku prawie po wschodzie słońca. Łuczniczka wykombinowała skądś drugi miecz, dodatkowe dwa sztylety i jeszcze jeden bukowy kij. W ten sposób mogła łatwiej je testować i uczyły się przy okazji manewrów. Tradycyjnie ekipa usiadła pod murem, a Renée wybrała, która z nich zacznie trening jako pierwsza. Padło na Cleo.
Kotka wstała, wyjęła sztylety z cholewy buta, machnęła groźnie ogonem i wykonała mały pokaz swoich możliwości jako gotowość do walki. Potem razem z Łuczniczką przesunęły się na środek zielonego placu.
Renée wyciągnęła swoje sztylety. Były trochę krótsze niż te Kotki, ale to nie powinno mieć znaczenia. Łuczniczka odliczyła głośno do trzech. Na „trzy” obydwie wystartowały. Cleo wykorzystała to, że stałą dość daleko od przeciwniczki i wzięła rozbieg. Kiedy zaledwie kilka kroków dzieliło ją od niej, odbiła się mocno od ziemi i przeskoczyła nad Łuczniczką, wykonała szybki obrót i natarła na nią ze sztyletami, ale nauczycielka sparowała atak. Odsunęła się kawałek, lecz po chwili znowu zaatakowała. Wymierzyła jeden sztylet w brzuch, drugi w ramię, ale atak się nie udał, gdyż Renée przewidziała to i po prostu się odsunęła, odbijając tylko jeden sztylet. Po chwili jednak noże ponownie szczęknęły, a przy innych starciach posypały się złote skry.
Renée wydawała się nie do pobicia, pomimo akrobatycznych wyczynów Kotki. Była niesamowicie skupiona i pewna siebie, każdy ruch był zamierzony i wszystkie potrzebne, żadnego zbędnego. Cleo ciągle dawała się przyłapać na prostych manewrach, takich jak mylne wysunięcie ostrza, a potem kosę ze strony przeciwniczki. Kotka podnosiła się wtedy z ziemi z głośnym prychnięciem, machała nerwowo czarną kitą ogona i potrząsała gniewnie głową. Ale każda porażka przynosiła zamierzony skutek- była coraz bardziej skupiona, częściej myślała nad tym, co robi i lepiej wykorzystywała swoje zdolności, łącząc je odpowiednio z improwizacją. W końcu jednak udało jej się to, do czego tak próbowała ją skłonić przeciwniczka: nie korzystała tylko ze sztyletów.
Trening trwał już pewien czas. Cleo po kolejnym wytrąceniu z równowagi była już zmęczona i naprawdę wściekła. Postanowiła sobie, że tym razem jej pokaże, że nikt nie będzie nią pomiatał. Natarła na Renée, odbijając jej sztylety, w końcu korzystając z nadarzającej się okazji, wykopała jej jeden z nich. Automatycznie się odwróciła i lewą ręką przyłożyła ostrze do gardła Łuczniczki. Byłoby to korzystne zagranie, gdyby za ich plecami była ściana, ale kamienny mur stał około 5 metrów dalej. Kotka uklękła, obliczając szybko swoje szanse i podcięła Łuczniczkę. Chłodna stal Fairi po raz kolejny dotknęła szyi Renée, która tym razem już głowy nie mogła cofnąć. Żeby mieć pewność, że wygrała, Cleo położyła jeszcze kolano na jej brzuchu i przytrzymała przez chwilę.
- Gratulacje, całkiem nieźle- powiedziała nauczycielka, podnosząc się z ziemi.- Naprawdę dobra akcja.
- Dzięki –mruknęła akrobatka, ocierając pot z czoła czarną łapką i odchodząc w cień muru, pod którym siedziała Ayris i Lyvie.
Ayris uśmiechnęła się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech na tyle, na ile pozwalało jej zmęczenie. Ta krótka sesja pochłonęła jej całe siły.
Renée usiadła koło niej przy murze.
- Dużo już umiesz. Jużem myślała, że nie wygrasz, a tu taki pomysł. Naprawdę dobrze sobie poradziłaś. Mówiła żem, że trening nie będzie trudny.
- Nie będzie trudny?- Powtórzyła po niej Kotka z niedowierzaniem.- Jeśli to było łatwe, to chcę zobaczyć co według ciebie jest ciężkie.
Siedziały przez chwilę w milczeniu. Słońce zaczynało dawać się we znaki, silnie nagrzewając ziemię. Nawet ptaków nie było widać, być może one też wolały siedzieć w koronach drzew, ukryte przed światłem i wysoką temperaturą.
- To czyja teraz kolej?- Zapytała z uśmiechem Renée. Spojrzały na nią z wyrzutem, a już najbardziej Czarodziejka. Cleo udawała, że nie słyszy i oparła głowę o chłodny kamień.
- Niech będzie. Ja- Zgłosiła się Ayris.
Nie minęła minuta, a już stała pośrodku polany, widząc, jak Łuczniczka biegnie szybko w jej kierunku. Ayris odruchowo odparła atak, uderzając mieczem w ostrze przeciwniczki. Renée wykorzystała lekką dezorientację Elfki i zrobiła kilka szybkich ruchów mieczem i zanim Elfka zareagowała, stała plecami do ściany, z mieczem na ziemi. Jedyne, co usłyszała, to „jeszcze raz” i zaproszenie Łuczniczki z powrotem na środek.
Tym razem obiecała sobie, że nie może dać się wyprowadzić z równowagi i trzymając się tej zasady, utrzymała się na polu jeszcze przez jakiś czas, ale niewiele dłużej, niż ostatnim razem. Renée była bezlitosna. Nawet do tego stopnia, ze wykorzystała półpiruet, którego nie nauczyła jeszcze Ayris. Zaowocowało to rozcięciem na ramieniu Elfki.
Kolejne starcie. Ayris uderza od góry, Renée broni. Łuczniczka opuszcza szybko broń i wykonuje pchnięcie w okolicach brzucha Elfki, ale ta uskakuje i klęka, osłaniając się od góry ostrzem. Potem następuje odważny przewrót a tyle udany, na ile pozwalał jej sztywny gorset i obrót połączony z pchnięciem w stronę Renée. Renée jednak zareagowała szybko i odsunęła się o pół kroku, po czym doskoczyła błyskawicznie do Ayris, która zdążyła podnieść się z ziemi. Łuczniczka wykonała kombinację ruchów, by ją zdezorientować, podskoczyła i zaatakowała z powietrza. Elfka nie odsunęła się, lecz uniosła miecz i z głośnym zgrzytem ostrza zwarły się w szaleńczym tańcu. Ponownie skry spadły na zieloną trawę. Odskok Elfki, wypróbowany już półpiruet Łuczniczki. Lecz tym razem Elfka nie dała się nabrać i odbiła ostrze, wykonując jednocześnie pchnięcie. Po nadgarstku Łuczniczki popłynęła wąska stróżka krwi. Po chwili namysłu obrała inną niż dotychczas strategię- pozwoliła Elfce, na przyszpilenie jej do ziemi. Elfka myślała, ze wygrała, ale Łuczniczka ochraniając się mieczem od góry wykonała niewielkie salto w tył i kiedy Ayris do niej podbiegła, podkosiła ją. Położyła lewą rękę na jej gardle, a w prawej trzymała uniesiony miecz. Elfka po raz kolejny przegrała. Mimo to, nauczycielka pozwoliła jej odejść.
- Było naprawdę dobrze- powiedziała jej.- Choć musisz popracować nad koncentracją. Nie możesz się dekoncentrować, bo wtedy zapominasz o tym, co robisz. I staraj się przewidywać ruchy przeciwnika.
- Jasne. Dzięki.
Lyvie nie czekała na zaproszenie. Minęła Elfkę w połowie drogi do muru i wykorzystała już pierwszą nadarzającą się okazję- Renée usiała zmienić broń, ale Czarodziejka nie brała tego pod uwagę. Zaatakowała, kiedy Renée była do niej odwrócona tyłem. Na szczęście refleks łowiecki nie pozwolił jej się zaskoczyć i kucając, uniknęła ataku. Czarodziejce pośpiech nie wyszedł na dobre, bo nie zdążyła się odwrócić i otrzymała cios w głowę. Zachwiała się, ale chciała walczyć. Rzuciły się na siebie, odbijając zręcznie ataki. W Lyvie wzbierała prawdziwa nienawiść i gdyby nie to, że wmawiała sobie, że to zwykłe ćwiczenia, naprawdę byłaby ją gotowa zabić. Renée zresztą też. W obydwu obudziła się nienawiść do wrogiego plemienia. Walka jednak nie była fair. Łuczniczka wykonywała skomplikowane ataki, złożone i podstępne, których istnienia w ogóle trudno się było domyślić, a Lyvie korzystała z zaklęć, dodając na przykład siły zadanemu przez siebie ciosowi.
Ayris szturchnęła Kotkę i ta poszła rozdzielić walczące, bo nie wyglądało to już jak nauka, lecz jak istna rzeź. Po policzku Renée płynął strumień krwi, na nodze Czarodziejki widoczny był ogromny, fioletowy siniak. Rana na czole zlepiała powoli rozpuszczone włosy, tworząc zakrzepły strup. Renée cały czas mierzyła w głowę, Lyvie zaś atakowała ręce i nogi. Nadgarstek Łuczniczki był już silnie opuchnięty. Na szczęście zadane uderzenia były stosunkowo słabe, bo w przeciwnym razie Łuczniczka mogłaby się pożegnać z używaniem jednej ręki na co najmniej kilka miesięcy.
Cleo jako pierwszą odciągnęła Lyvie, dając jej mocno łapą po twarzy, zostawiając też czerwony ślad po pazurach, a następnie kopiąc dotkliwie Renée w brzuch. Kłótnia była zakończona. Kotka wróciła zadowolona pod ścianę.
- Nie dało się delikatniej?- Zapytała ją ostro Ayris.
- Nie- odpowiedziała jej krótko, czyszcząc łapkę.
Rozdział szósty
Ayris została obudzona dość brutalnie- krzykami kłócących się Renée i Lyvie. Otworzyła niechętnie oczy, dostrzegając, że Kotka nic sobie z kłótni nie robi i dalej słodko śpi. Ile byś dała, Ayris, żeby być na jej miejscu, nie? Pewnie teraz przyjdzie ci je uspokajać.
- To twoja wina! Zawsze wszystko musisz zepsuć!- Krzyknęła Czarodziejka
- Wszystko? I jakie zawsze? Nie zepsułam jeszcze niczego! Dziękuj mi, że w ogóle chciałam cię uczyć!- Warknęła Łuczniczka.
- Też mi coś! Nie prosiłam cię, żebyś to robiła!
- Łaski bez! Chcesz się uczyć sama, to powodzenia życzę, zobaczymy, jak sobie panna poradzi! Nawiasem mówiąc, byłaś beznadziejna!
- Beznadziejna?! Licz się ze słowami! Kto ci obił nadgarstek i rozciął policzek jak nie ja?!
- Też mi wyczyn!
- Nie obrażaj mnie!
- Jak mogę cię obrażać, mówiąc prawdę?!
Ayris dostrzegła w oczach Czarodziejki niebezpieczny błysk. Pstryknęła palcami i zawieszony na krześle łuk Renée wylądował w jej oczekującej ręce. Elfka czuła, że niedługo stanie się coś niedobrego.
- Zamierzasz mnie dalej obrażać, czy wolisz się pożegnać z łukiem?- Zasyczała Lyvie.
- Nie ośmielisz się.
- Taka jesteś pewna?- łuk uniósł się w powietrze nad rozłożoną ręką Lyvie. Spojrzała z satysfakcją na Łuczniczkę i zaciskając pięść spowodowała pęknięcie cięciwy. Renée wydała z siebie zduszony jęk.
- Przesadzasz- wrzasnęła nagle Ayris, ujawniając, że już nie śpi.- Przesadzasz i to grubo. Oddaj łuk.- Żadnej reakcji. –Oddaj łuk, mówię.- Żadnej reakcji, jedynie szerszy uśmiech na twarzy, mówiący „bo co?”. –ODDAWAJ!- Zawyła Elfka. W jej głosie dało się wyczuć nutę zawodzenia, jaką paraliżowała wrogów. Teraz jednak siłą swojego głosu opętała Czarodziejkę, narzucając jej swoją wolę. Powoli łuk zaczął lewitować ku swojej właścicielce, która wyjęła zapasowe włosie, zastępujące cięciwę do czasu, aż kupi odpowiednią.
Lyvie zamknęła oczy i zachwiała się. Kiedy je otworzyła, błądziła wzrokiem po pokoju, nieświadoma jakby tego co się stało, a jej spojrzenie było martwe, niewidzące przedmiotów, na których się zatrzymywało. Podeszła do juków, wyjęła ćwiczebne ubranie, przebrała się i wyszła, zabierając swoją broń. Kiedy mijała Renée, ta spojrzała na nią zawistnie i zaklęła pod nosem.
No, brawo Ayris. Jak coś przez ciebie się stanie, to...Zresztą nieważne. Dobrze, że się nie zaczęły bić.
Elfka odrzuciła zwinięty koc, leżący u wezgłowia łóżka, zeszła z niego sprawnie i szturchnięciem próbowała obudzić Kotkę. Nic. Szturchnęła mocniej. Nic. Popchnęła. Nic.
- Cleo?
Nic. Zapytała jeszcze raz. Nic.
- Ten leniwy kocur się nie ruszy- powiedziała cicho Łuczniczka.
Myliła się. Nagle Kotka ze złością gwałtownie poderwała się z posłania, skacząc prosto na Renée. Wczepiła się pazurami w jej ramię, ciągnąć je ku dołowi. Renée krzyknęła żałośnie.
- Co się z wami wszystkimi dzieje?!- Krzyknęła Ayris, odpychając Kotkę i wyjmując z torby opatrunki. Nie zdążyła jednak podejść do Łuczniczki, bo Cleo przyszła się zemścić- podcięła ją i zrobiła to, co robiła najlepiej, przynajmniej według jej mniemania, czyli dała jej mocno po twarzy, zostawiając krwawy ślad.
Elfka odepchnęła ją, ale widocznie akrobatka osiągnęła już, co chciała, bo nie zaatakowała więcej. Wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami.
Renée nie okazała podziękowania. Po prostu spojrzała na Ayris, wciąż leżącą na podłodze i wyszła
Bez słowa. Po jakimś czasie Ayris też opuściła pokój.
Każda poszła w inną stronę.
Lyvie popychała stłoczonych ciasno w jednym miejscu ludzi, czując, że zaraz eksploduje. Nikt nie będzie mnie poniżał. Nikt. Już na pewno nie jakiś futrzak, dzikuska z łukiem i cholerna miłośniczka czytania. Nie pozwolę się tak traktować. Och, czy ci ludzie muszą wychodzić z domu o jednej porze?
Ktoś ją nadepnął, jakaś gruba kobieta, koło niej szło stadko małych dzieci. W tłoku trudno było rozpoznać twarze. Stary, siwiejący mężczyzna, młoda kobieta o arystokratycznych rysach, niska brunetka z wielkimi oczami. Plątanina barw, z których każdy przemieszczał się w swoim kierunku, w swoim tempie. Młoda, krótko przystrzyżona blondynka w białej tunice.
Lyvie nie określiła jeszcze gdzie pójdzie, ale postanowiła oddać ukradzioną książkę do biblioteki i przeczytać kolejną. Była prawie pewna, że zastanie tam którąś z towarzyszek, ale nie obchodziło ją to. Zatłoczone ulice miasta doprowadziły ją prosto do ogromnych drzwi ze złotą kołatką. Po raz kolejny od kilku dni czuła się śledzona.
Ayris wyszła właściwie bez celu, nie wiedziała dokąd właściwie chce się udać. Postanowiła więc zrobić sobie króciutki spacer po mieście, w którym była już kilka dobrych dni, a nie miała jeszcze okazji go zwiedzić. Poprawiła torbę i skręciła w niewielką uliczkę zaraz za targiem.
Cleo poszła prosto na miejskie zielenisko. Tam, gdy tylko się znalazła, wzięła rozbieg i zaczęła swoją tradycyjną porcję ćwiczeń. Skoki, salta, przewroty- to wszystko przychodziło jej z wielką łatwością. Wyjęła więc z cholewy buta Fairi i zaczęła prywatny przegląd swoich umiejętności. Nagle stal ostrza szczęknęła o ostrze wcale nie należące do niej.
Renée odszukała odpowiedni stragan, ten, na którym poprzednio kupowała broń i spędziła kilka dobrych chwil na szukaniu odpowiedniej cięciwy. Kaprysiła, ale tylko dlatego, że sprzedawca usiłował wcisnąć jej jakąś chałę zamiast czegoś porządnego.
- Nie, to zdecydowanie nie- odrzuciła kolejną propozycję.
- Ja bym się na twoim miejscu zastanowiła- usłyszała za sobą głos, nie będący głosem sklepikarza.
Odwróciła się szybko.
Lyvie wchodziła po krętych schodach, w jednej ręce trzymając zakazaną księgę, drugą zaś podtrzymując skraj sukni. Wszystko złożyło się dobrze- nie napotkała nikogo po drodze, odłożyła księgę na miejsce, ponownie odnawiając zaklęcie wiązania, potwierdziła zwrot nieistniejącej książki i po raz kolejny podpisała się jako osoba, która nigdy się nie narodziła.
W zakratowanej części zbioru nie znalazła nic, co by ją interesowało. Chodziła sobie korytarzami, oglądając brzegi tomów, raz po raz czytając bezmyślnie tytuły. Potknęła się jednak o ustawiony równo pod regałem stos powyrywanych kartek i okładek. Nogą trąciła część z nich i zauważyła nagłówek Kapłanki Świątyni Płomieni. Porwała wycinek i usiadła pod regałem, zagłębiając się w lekturze drobnych literek.
Kapłanki niosą światu wieści o Świątyni Płomieni, a że prowadzą życie wędrowne, trudno je odszukać. Bywają zazwyczaj wszędzie tam, gdzie wrze zabawa- Bogini nauczyła je ponoć świetnie tańczyć i to w ten sposób oddają jej chwałę. (...) Ponieważ jednak niewiele osób chce obecnie ich słuchać, jest ich coraz mniej i często zdarzają się zaledwie dwie bądź trzy w jednym pokoleniu. Jeśli jednak pomoc Kapłanki jest potrzebna, ona zjawia się zanim ktoś zdąży wypowiedzieć prośbę o jej przybycie.
Serce Lyvie zabiło szybciej. Jeśli Kapłanki opowiadają o Świątyni, to może po prostu je zapytamy? Ale gdzie są? Tam, gdzie wrze zabawa... Ale zarazem zjawia się zanim ktoś zdąży wypowiedzieć prośbę o jej przybycie...Więc może Kapłanki wiedzą, że potrzebujemy ich pomocy?
Czarodziejka wstała gwałtownie, schowała wyrwaną kartkę do sakwy z pieniędzmi i wybiegła z biblioteki. „Muszę im o tym powiedzieć.”
Cleo odskoczyła zadziwiona. Stał przed nią mężczyzna o niebieskich, figlarnych oczach, czarnej, nieregularnej grzywce opadającej na oczy. Uśmiechał się.
Kotka cofnęła się o krok, osłaniając się sztyletami. Nieznajomy uśmiechnął się szerzej. Jednak w jego uśmiechu było coś zdradliwego.
- Pozwól, że się przedstawię- zaczął.
- Nie musisz- burknęła Kotka, a odruch nerwowego machnięcia ogonem nie dał się ominąć.
- Hm...Pyskata bestia- stwierdził teatralnym szeptem ni to do siebie, ni to do niej. Ale ciągle uśmiech nie schodził mu z twarzy. Przyglądał się jej uważnie.
- Tylko nie bestia- prychnęła, ocierając skrajem sztyletu o drugi. Ostrze wydało żałosny jęk.- Przyjmiesz wyzwanie?- Zapytała, ruszając uszkami. Futerko na łapach zmierzwiło się od lekkiego powiewu wiatru.
- Oczywiście, z przyjemnością- odpowiedział nieznajomy. W jego oczach dostrzegła dziwny błysk.
Rzuciła mu jeden ze sztyletów i ledwo zdążył go złapać, a zaatakowała. Tak, jak się uczyła- przewiduj ruchy przeciwnika, maskuj swoje. Mężczyzna zrobił mały wypad do przodu. Pchnięcie i sparowanie ataku prze Kotkę. Teraz jej kolej. Odbiła głośno ostrze przeciwnika, sprowokowała go do chwilowej walki, patrząc mu w oczy. Ciągle złośliwa iskierka gdzieś się tliła. I ona się złowrogo uśmiechnęła i przykucnęła. Próbowała go podciąć, ale jej się nie udało. Kiedy wstała, osobnik płci przeciwnej po prostu pchnął ją mocno, więc musiała dać sobie chwilę przerwy, leżąc na ziemi. Stanął nad nią, przysłaniając jej słońce. Niezła jesteś. Ale brak ci wprawy. Uczysz się, prawda?
- Chciałbyś- mruknęła i odbiła się mocno nogami od ziemi.
Obróciła rękojeść sztyletu kilka razy w dłoni, wyrzuciła go do góry. Rozpędziła się, odbiła, wykonała zgrabną śrubę w powietrzu, złapała w locie broń i zaatakowała z powietrza. Przeciwnik nie spodziewał się tego typu ataku i nie zdążył się uchylić. Chłodna stal przecięła mu niegroźnie przedramię. Przerzucił broń do lewej ręki i zamachnął się. Cleo odbiła ostrze. Chwilę siłowali się, aż w końcu na twarz nieznajomego znowu wrócił uśmiech. Opuścił sztylet i ku zaskoczeniu Kotki, rzucił go jej.
Mrugnął do niej szelmowsko i usiadł spokojnie pod murem, jak gdyby nigdy nic. Potem ruchem ręki zachęcił ją, żeby usiadła koło niego. Chwilę się wahała. Podeszła, ale nie usiadła obok, kucnęła jakiś kawałek dalej i położyła delikatnie rękę na ostrzu. Przechyliła pytająco głowę i zastrzygła czarnymi uszkami.
- Dlaczego nie chciałeś dalej walczyć?- Zapytała.
- Tłuklibyśmy się do wieczora- odpowiedział krótko.
- Jesteś pewny?
- Jestem- uciął. O dziwo, ta krótka odpowiedź jej zdecydowanie wystarczyła.
- Nie chcesz znać mojego imienia? –Zapytał ją, uśmiechając się ponownie. Za każdym razem stosował inny uśmiech. Miał ich chyba całą gamę.
- Dlaczego pytasz?
- Chcę poznać twoje.
- Dlaczego miałabym ci je zdradzić?
- Może