Legenda zjednoczenia Część Pierwsza: Spotkania
Niegdyś cztery Wojownicze Plemiona toczyły między sobą zażartą wojnę i pałały do siebie gniewem i nienawiścią od niepamiętnych czasów. Każde z nich było niezwykle silne i walki pomiędzy nimi trwały latami. Wojnę tę nazwano Wojną Wieków, gdyż nawet potomkowie, pamiętając urazę dawnych pokoleń, rzucali się w wir walki. Plemionami były: Czarodziejki, Łuczniczki, Elfki i Kotki.
Czarodziejki były niedościgłe w magii- doskonale znały się na urokach żywiołów i ani uzdrawianie, ani nekromancja nie były im obce. Łuczniczkom nikt nie dorównywał siłą i precyzją, z jaką wyrzucały strzały z kołczanów. Były harde i nikt nie stawał im na drodze. Elfki wykorzystywały siłę natury i znały jej moc. Warzyły lekkie jak mgła substancje, lecz i otępiające, mętne wywary działające jak najsilniejsza trucizna. Kotki były niesamowicie zwinne- łamały wszystkie bariery ciała swoimi akrobacjami. Widziały w ciemności, więc osłabiały siłę swoich przeciwniczek nocnymi starciami.
W końcu one wszystkie zawarły rozejm- obiecały sobie nie wchodzić wzajemnie na swoje terytoria i trzymać się z dala od siebie, w zamian za ustanie Wojny.
Od tamtego czasu, żadna przedstawicielka jednego z Plemion nie chodziła samotnie- jedynie w grupie, gdyż, choć zaprzestały wzajemnych ataków, ciągle skakały sobie do oczu.
Jednak wydarzyło się coś niespodziewanego- niemalże w tym samym czasie, młode dziewczyny, po jednej z każdego Plemienia odłączyły się od rodzinnych stron i każda z nich zaczęła swoją wędrówkę. Nie wiedziały, że staną się Legendą Zjednoczenia.
Część Pierwsza: Spotkania
Rozdział Pierwszy
Ayris, niebieskooka Elfka o długich blond włosach, szła uparcie przed siebie, lawirując pomiędzy drzewami gęstego lasu. Poprawiła brązową torbę, wypełnioną grubymi księgami i znowu szła dalej. Choć szła już długo i była zmęczona, nie stawała. Chciała uciec, znaleźć się jak najdalej od Esterliethu. Nigdy już tam nie wróci, nie chce. Woli błąkać się po tym lesie w nieskończoność, niż wrócić.
Wtem, uświadomiła coś sobie. Jestem...Jestem w...Usiadła szybko na powalonym pniu i odnalazła w torbie właściwą księgę. Otworzyła ją i spojrzała na mapę.
- Zacznijmy od początku. Byłam...Tu- mówiła do siebie, wskazując rozległe miasto.- Szłam...Tędy, więc teraz będę gdzieś...Tutaj- poprowadziła smukłe palce wzdłuż wytyczonej drogi, aż natrafiła na las. Westchnęła, kiedy przeczytała jego nazwę. Ain Este- Las Kotek. – Fantastycznie!- Powiedziała ironicznie.- Tylko tego mi brakowało. Jeśli jakaś z tych dzikusek mnie napadnie, to obiecuję, że ją rozszarpię.
Delikatnie schowała księgę, zarzuciła torbę na ramię i gwałtownie wstała. Może zbyt gwałtownie, bo zakręciło jej się w głowie. Znów przysiadła na pniu. „Boże, co ja tu robię. Jeśli znajdzie mnie któraś z tych bestii to albo ona zginie, albo ja. Albo znajdzie mnie martwą.”- Pomyślała.
Rozejrzała się - przez gęste korony drzew sączyło się blade światło, zapadał zmrok. Pnie pokryte były mchem, a wszechobecna wilgoć męczyła i utrudniała oddychanie. Runo było rozmiękłe i pleśniejące. Wszystko wydawało się rozpływać w duchocie, ale mimo to roślinność była niezwykle bujna i bardzo utrudniała dalszą podróż.
Elfka podniosła się, nie pozwalając sobie użalać się nad sobą i znów poszła dalej. Przeskoczyła zręcznie nad rozpadającą się kłodą, ominęła krzak kolczasty. W końcu dojrzała niewyraźną ścieżkę. W jednej chwili pojawiło się w niej nowe uczucie: radość. Może wreszcie wyjdę z tego lasu? Nie jest taki, jakie lasy znałam wcześniej. Jest zapuszczony, trudno to nazwać lasem. To dzicz. Pleśniejąca i gnijąca, a jedyne, co chce tu mieszkać, to robactwo i te...Kotki. Mutanty. Pół-dziewczyny, pół-koty.
Starała się oczyścić myśli całkowicie, próbowała się skupić na pozytywach tego, że tu jest. Nie znalazła jednak żadnych. Próbowała znaleźć dobre cechy tego lasu. Ale nie znalazła żadnych. Próbowała o niczym nie myśleć. Ale jej się nie udało. Cały czas myślała o Kotkach.
Od czasu do czasu z zamyślenia wyrywało ją to, że musiała klękać, by wyjąć skraj spódnicy z plątaniny korzeni. W końcu jednak była Elfką, więc była ostrożna i je możliwie omijała. Stąpała tak lekko, by żadna gałązka się pod nią nie ugięła.
Nagle odwróciła się gwałtownie- była pewna, że coś słyszała. Bzdura, Ayris. To tylko ten przeklęty las. Idź dalej, a skończy się ta mordęga.
Las powoli się rozrzedzał, a Ayris odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła nieśmiało wyglądający księżyc zza koron drzew. Znalazła wyjście. Jednak pomimo pozytywnego uczucia, jakie ją napełniło, tkwił gdzieś zalążek niepokoju. Wydawało jej się, że ktoś ją obserwuje.
Rozdział Drugi
Siedziała wysoko, w konarach stuletniego drzewa. Stamtąd miała doskonały widok na okolicę. Przeciągnęła się leniwie i ułożyła na gałęzi, kiedy nagle dostrzegła coś dziwnego. Jakąś jasnobłękitną plamę. Obudziła się w niej czujność i natychmiast zeszła niżej, by przyjrzeć się, co to takiego. Dojrzała smukłą postać dziewczyny, idącej z grubą torbą przez las. Miała na sobie błękitno-białą suknię, składającą się z niebieskiego gorseciku, spódnicy i kwadratowych rękawów przypominających rękawy jukaty.
No, no, tego się nie spodziewałam- powiedziała do siebie w myślach, podpierając się o niewielką gałąź.- Kto by pomyślał, że ktokolwiek zechce nas tu odwiedzać? Szkoda, że pożałuje, że tu w ogóle przyszła.
Spojrzała jeszcze raz- dziewczyna była blondynką. W mętnawym świetle, jej włosy lśniły nienaturalnie.
No cóż...Zobaczmy, z jakimi zamiarami przychodzi.
Przeskoczyła zwinnie z jednego drzewa, na drugie i nie spuszczając zielonych ślepi ze swej ofiary, wymierzyła następny ruch. Wskakiwała na wyższe i niższe gałęzie. Wyżej, niżej, z jednej na drugą. Przeskakiwała z niesamowitą lekkością, pazury prawie nie raniły kory, a jednak szła jak burza. Rozłożyste korony drzew niosły ją jak na skrzydłach, kamuflując ją i jednocześnie dając możliwość ścigania dziewczyny. Odbijała się, wznosiła i opadała z prawdziwą gracją.
W końcu znalazła się niemal za plecami nieznajomej, która usiadła po raz drugi na kłodzie. Przyglądała się jej uważnie i drwiący uśmiech wstąpił na jej usta. Zobaczyła, kim jest ta dziewczyna -tylko jedna rasa ma długie uszy- Elfki. A one nigdy nie przychodzą z dobrymi zamiarami. Odsunęła się od niej i wskoczyła wyżej. Jej czarna kita śmigała nerwowo. Zastrzygła uszami i pozostając już w tym samym miejscu, obserwowała, jak Elfka co chwilę rozgląda się wokół siebie. Wyglądała na lekko przestraszoną. Znakomicie.
Jej obserwatorka oparła ręce na gałęzi i przerzuciła nogi nad siebie. Ze stójki zeskoczyła na ziemię. Z satysfakcją zobaczyła, jak blondynka odwraca się za siebie. Nie opuści tego lasu. Nie, kiedy ja tu jestem. Szła ścieżką tuż za nią, najciszej, jak tylko mogła. Skradała się ku niej coraz bliżej, była niemal za jej plecami. Gdyby się teraz odwróciła...Ale nie zrobi tego. Nie teraz. Nie pozwolę jej na to. Idę ścieżka prostą i wyraźną, kilka centymetrów od niej. Ale się nie odwróci. Nie, kiedy ja tu jestem. Nie wyjdzie z tego lasu. Nie pozwolę jej na to.
Tuż przed postacią, za którą szła zobaczyła wyjście z lasu. Teraz albo nigdy.
Skoczyła.
Rozdział trzeci
Ayris chwyciła mocniej za ramiączko torby. Teraz nie wydawało jej się, że ktoś ją obserwuje. Była tego pewna. Niemal słyszała za sobą lekkie kroki... To paranoja! Ayris, uspokój się! Za chwilę stąd wyjdziesz i przestanie ci się wydawać, że coś cię napadnie. To tylko twoja wyobraźnia. Ale nie zaszkodzi sprawdzić...Nie. Ayris, nikt cię nie śledzi. Ale może tylko się odwrócić...Dziewczyno, zaczynasz wariować. Stań spokojnie i odetchnij głęboko. Jasne. I daj się zamordować.
Odwróciła się.
Jedyne, co zobaczyła, to zielone, pionowe źrenice i coś dorzuciło ją do tyłu. Siła uderzenia była jednak tak duża, że zamiast zatrzymać się na ofierze, napastnik przeturlał się przez jej ciało. Ayris pospiesznie wstała. Naprzeciwko siebie widziała jedną z nich. Tego potwora. Kotkę. Bladą dziewczynę z zielonymi, pionowymi źrenicami, długimi, czarnymi włosami. Na ich końcach miała powplatane koraliki pod kolor oczu. Ale w Ayris wzbudziły wstręt jej czarne, kocie uczy, czarny, koci ogon i ręce, pokryte futerkiem od łokci w dół, zakończone pazurami. Miała na sobie dopasowany, czarny strój, składający się z bluzki na grubych ramiączkach i spodni. Dopełniały to także wysokie buty. Na dekolcie i przy kolanach, a także na wierzchu butów miała poprzyszywane takie same koraliki jak na włosach. Wygląda całkiem przyzwoicie. Nie, Ayris. Nie myśl tak. To morderca. Choćby najpiękniejszy na świecie.
Kotka chodziła chwilę wokół niej, usiłując zapędzić w ślepy kącik. Nie udało jej się dokładnie tak, jak chciała, ale nie było czasu. Nie zauważyła choćby nuty strachu w jej oczach, jedynie złość i determinację. Była bardzo pewna siebie. Może nawet za bardzo. Elfka, ku zaskoczeniu swojej przeciwniczki, zaatakowała pierwsza.
Kotka odparła atak, rzucając się z pazurami, ku twarzy Elfki, która zmuszona była zrobić unik. Kotka jednak przewidziała to i zanim blondynka zdążyła upaść, kopnęła ją mocno w brzuch. Elfka osunęła się na ziemię. Nie poddam się- myślała gorączkowo. –Nie pokona mnie ta mutantka.
Walka trwała długo. Co chwilę jedna z nich czuła na sobie potężny cios przeciwniczki, ale nie poddawała się. W końcu obydwie straciły rachubę czasu. Ayris osiągnęła już granicę wściekłości i zdecydowała się na desperacki krok- podczołgała się szybko do leżącej kawałek od niej torby i podniosła się z ziemi. Chwyciła oburącz za ramiączka. Chodź tu- pomyślała.
Kotce wydawało się, że udało się jej zastraszyć Ayris. Skoczyła więc w jej stronę, ale nie zauważyła torby w jej rękach. Zanim zorientowała się, co jej grozi, Ayris odwróciła się i z rozpędu uderzyła twardymi księgami w głowę Kotki, która po zetknięciu się z woluminami, straciła przytomność.
Ayris zachwiała się. Choć przed chwilą gotowa była zabić, to teraz torba wysunęła się z jej drżących palców. O, mój Boże. Co ja zrobiłam? Co ja najlepszego zrobiłam? Czuła osobliwy wstręt do tej istoty, ale mimowolnie klęknęła przy niej. Sprawdziła puls. Żyła.
- Czyli tylko ją oszołomiło- powiedziała cicho.- Ayris, w niczym się od niej nie różnisz. Mało brakowało, a też zostałabyś morderczynią. No i co teraz zrobisz?
Było to dobre pytanie. Nie miała ze sobą nic, poza książkami. Nic, z czego mogłaby jej udzielić pomocy. Nawet jedzenia. Uciekając z Esterliethu, książki były dla niej najcenniejsze. Nie przygotowała się do podróży. Nie wzięła opatrunków. Tylko książki. I bukłak z wodą. I trochę pieniędzy.
- Zaraz, zaraz. Ja nic nie zrobiłam. To ona mnie napadła. A ja chciałam się bronić. Broniłam się i wygrałam. Nie do mnie, więc należy składać zażalenia. Sama chciałaś.- Powiedziała donośnie, jakby sama siebie usiłując przekonać do tego, co mówi. Podskórnie czuła, że ma rację, ale z drugiej strony czuła się winna.
- To nie moja wina!- Krzyknęła w noc.- Nie moja!
Szarpnęła torbę i zostawiając Kotkę tam, gdzie leżała, wybiegła z lasu. Byle jak najdalej stąd. Znowu uciekała.
Rozdział czwarty
Łuczniczka wiązała swój ciasny kaftan, zakładała buty. Jeszcze tylko kołczan i łuk i będzie gotowa. To dziś. To już dziś.
- To dzisiaj jest dzień, w którym udowodnię wszystkim, że jestem najlepsza. To dziś ogłoszą mnie Mistrzynią Fachu i nikt mnie już nie zatrzyma. Będę chodziła gdzie chcę i kiedy chcę. I nikt mi nie zabroni. Będę tylko ja i moja przyszłość.
Zdjęła ze ściany bukłak i napełniła go wodą. Przygotowała juki. Zapięła pas kołczanu i przełożyła łuk przez plecy. Wyszła z domu na brukowany dziedziniec, gdzie gwizdem przywołała swojego gniadego ogiera. Pogłaskała go czule po białej gwieździe i przytroczyła swój niewielki dobytek do siodła konia. Odprowadziła go do stajni, przywiązała i charakterystycznym dla siebie krokiem ruszyła na główną część rynku. Już na nią czekali, była tego pewna.
Na drewnianym podwyższeniu stał już prawdziwy tor przeszkód. Skrzynie i liny, huśtawki i drabinki. Pomiędzy tym wszystkim niewielkie czerwone kulki, jakby kłębki nici, porozrzucane niedbale przez dzieci. Jednak wiedziała dobrze, czym są. To w nie będzie musiała trafić.
Na podwyższeniu stało już kilka innych kandydatek do tytułu Mistrzyni Fachu. Rozejrzała się - wszystkich nie znała, ale była pewna, że wszystkie znają ją. Dojrzała swoją przyjaciółkę.
- Alea!- Krzyknęła do niej. Płowowłosa dziewczyna odwróciła się i pomachała jej.
- Renée! Już myślałam, że nie przyjdziesz!- Odpowiedziała z uśmiechem.
- Miałabym ominąć coś takiego?
- No tak. Ty ciągle jesteś przekonana, że wygrasz.
„Nawet nie wiesz, jak bardzo.”
Rozejrzała się i zauważyła już Przewodniczkę Turnieju. „Nareszcie. Zaraz się to skończy i wyjadę. Zaraz wszyscy się dowiedzą, że jestem najlepsza.”
Przewodniczka Turnieju stanęła naprzeciw Swoich dawnych adeptek
I przemówiła donośnym głosem :
- Dziś, moje drogie, wyłonimy spośród was najlepszą. Otrzyma ona zaszczytny tytuł Mistrzyni Fachu i będzie mogła stąd jako jedyna w mieście wyjechać w samotności. Jeśli jednak zdecyduje się zostać, zostanie mianowana Najwyższą Łuczniczką Miasta i będzie jego największą obrończynią. Wydaje mi się, więc, że rozumiecie, o co walczycie. Wyjaśnijmy więc zasady. Musicie trafić do wszystkich czerwonych kulek ze wszystkich obiektów, jakie są na podwyższeniu. Będziecie startować po kolei.
Renée odetchnęła głęboko. Startowała jako ostatnia, więc miała dużo czasu, na przyjrzenie się błędom przeciwników i obmyślenie sensownej taktyki.
Rozpoczęła Alea. Renée starała się zrozumieć jej taktykę, ale po kilku zupełnie bezsensownych posunięciach, zrozumiała, że Alea taktyki nie ma i po prostu idzie na żywioł. Z góry wiedziała, że to nierozsądne i takim sposobem nie wygra. Alea też nie. Zwłaszcza po tylu pudłach, jakie załatwiła.
Kilka osób przed nią także nie miało najmniejszych szans- popełniały głupie błędy i zapominały o podstawowych technikach, które dla Renée były już nawykiem. Ominęły też niesamowitą ilość przeszkód albo podpór, no i żadna z nich nie trafiła do wszystkich kulek. W końcu przyszła pora na nią.
Stanęła na drewnianej skrzyni rozpoczynającej turniej. Od razu wyciągnęła łuk i strzeliła celnie do wszystkich kulek, jakie widziała. Przewiesiła łuk przez ramię i spokojnym krokiem obeszła dookoła skrzyni, wypatrując kulek i przyglądając się kolejnym platformom. Wskoczyła na większość platform niż jej przeciwnicy. I jak dotąd ustrzeliła wszystkie kulki. Była absolutną faworytką. Kiedy skoczyła na prawie ostatnią z nich, dojrzała kolejną przeszkodę. Za nią ostatnią kulkę. Najbliżej niej była lina. Jak dotąd, każdy ją pomijał, ale ona chciała przejść wszystko. Szybko obliczyła swoje szanse.
Jeśli na nią wskoczę, to trafię do kolejnej kulki. Ale będę potrzebowała wolnych rąk. Zaraz, zaraz, to przecież lina! Mogę z nią zrobić, co chcę!
Rozpędziła się i wskoczyła na linę. Zwolniła jedną rękę i zawiązała na niej gruby supeł. Podciągnęła nogi ku górze i objęła nimi supeł. Tym sposobem miała ręce wolne. Wyjęła łuk i wycelowała w kulkę. Wisząc do góry nogami co prawda, nie było to łatwe, ale starała się, jak mogła. Wiedziała, jaka jest stawka. Jeśli jej się uda, zostanie Mistrzynią Fachu. Strzeliła.
Trafiła.
Zeskoczyła i rozejrzała się po osłupiałych twarzach uczestniczek. Wygrała. Pokazała, kim jest. Że jest najlepsza.
Kilka chwil później, galopowała na swym ogierze. Rozpierała ją duma. Już nikt jej nic nie rozkaże! Jest wolna!
Rozdział piąty
- Asse! Co mam ze sobą jeszcze wziąć?
- Niczym się nie przejmuj, wszystkim się zajmę. Za piętnaście minut zejdź do stajni, tam będzie stał twój koń.
- Dziękuję, ci, jesteś cudowna!
Lyvie otworzyła obszerną szafę. Założyła grubą suknię z zielonego materiału na grubych ramiączkach, z golfem. Bardzo ją lubiła, ze względu na haftowane złotą nicią fale na końcu sukni i w okolicach wcięcia w talii, co u Lyvie bardzo podkreślało jej idealną figurę.
Ubrała się i zeszła na dół.
Żebym tylko niczego nie zapomniała. Koń gotowy, fantastycznie.
Strzeliła palcami, a w jej dłoniach znalazły się wodze. Wsiadła na konia i spokojnym kłusem wyjechała za bramy miasta, żegnana przez dawnych nauczycieli. I choć niechętnie łamali tradycję podróży w grupie, to szkolenie Czarodziejki było ważniejsze.
Mijała rozległe jeziora, kuszące migotliwą taflą wody, a smukłe drzewa przy drodze zdawały się zachęcać by je podziwiano. Postrzępione pasmo gór było granicą nieba błękitnego i stalowoszarego. Zapadał zmrok. Lyvie zwolniła. Stanęła na skraju lasu. W środku było już zupełnie ciemno.
- Ain Este- powiedziała do siebie.- Niewielu przeszło przez ten las, choć ja muszę przejechać. Widzisz, jak to jest- zwróciła się do konia.- Idziesz i idziesz a kiedy już jesteś blisko to natrafiasz na taką przeszkodę, która ci niemal gwarantuje, że do celu nie dotrzesz, bo jest dla ciebie zbyt wysoka.
Była jednak zdecydowana. Musiała tędy przejechać. Musiała się dostać na jego drugą stronę. Choćby kosztem morderstwa kilku barbarzyńskich istot.
Skrzyżowała palce i przyłożyła je do skroni. Przymknęła oczy. Skupiła się na miejscu nad głową k0nia, a po chwili zawisła tam świetlista kula. Popędziła konia.
Las wydał jej się zimny i nieprzyjazny, a gęstniejący mrok i duchota jeszcze pogarszały sytuację. Nie zatrzymuj się, myślała. Nie zatrzymuj. Jechała możliwie jak najszybciej, przeskakując gałęzie i pnie. Starała się nie patrzeć na boki i skupić na tym, co ciągnęło się przed nią- niewyraźna ścieżka. Zobaczyła jednak coś dziwnego- ktoś tędy przechodził. Nawet dwie osoby. Obydwie stąpały lekko, ale nie były obydwie Kotkami. Nagle jedne ze śladów się urwały. Podjechała bliżej za ich tropem i o mało nie spadła z siodła- pod jednym z drzew, siedziała podparta o pień dziewczyna o czarnych włosach. Kotka, której zielone oczy świeciły złowrogo w ciemności. Wpatrywała się jednak w nią spokojnie.
Lyvie, kiedy to zobaczyła nakazała koniowi cofnąć się znacznie. Jednak kiedy strach minął, „Zdjęła” znad głowy konia świetlistą kulę i lewitując nią w powietrzu, zbliżyła światło do postaci. Zsiadła z konia i podeszła do niej. To szaleństwo- myślała.- Więc czemu to robię?
Patrzyła na Kotkę, wyczekując gwałtowniejszego ruchu lub czegoś podejrzanego. Podeszła jeszcze bliżej. Omiotła światłem twarz Kotki, aż doszła do lewego policzka. Wzdrygnęła się.
Tam, na kości, miała widocznego siniaka, szpecącego prawie połowę twarzy i wyglądała na lekko zamroczoną. Ale pozwoliła przy sobie uklęknąć. Szarpnęła się tylko energicznie, kiedy Lyvie usiłowała jej dotknąć.
- Zostaw mnie – warknęła.
- Chcę ci tylko pomóc. Spokojnie.
- Ty? Pomóc? Mnie? Łżesz! Takie jak wy nie pomagają! Tymi waszymi zaklęciami niszczycie świat, nieustannie pogrążacie go w chaosie, dręczycie ludzi, zamykając ich w pułapkach własnych umysłów i pozwalając, by oszaleli, przez co wy byłybyście silniejsze!- Jej rozpaczliwy krzyk niósł się martwym echem po lesie, a potem zamierał w ciemności. Szarpnęła się mocniej, ale przed jej oczami pojawiły się czarne plamy, więc zmuszona była na chwilę spuścić głowę i odetchnąć głęboko.
- Kłamstwo! Wcale nie jesteśmy takie! I nie torturujemy dla przyjemności, jeśli to miałaś na myśli! To wy święte nie jesteście, bando dzikusek, napadających na kogo się da, dla własnej korzyści! Wykorzystaj to, że chcę ci pomóc, a nigdy więcej się już nie spotkamy. Ty pójdziesz w swoją stronę, ja w swoją. I na tym skończy się historia. Układ?- Wyciągnęła rękę. Kotka spojrzała na nią chłodno, ale uścisnęła dłoń.
W obydwu wydarzyło się coś dziwnego: podskórnie odczuły falę ciepła, przepływającą przez miejsce, którego dotyka druga. Ale to nie parzyło, lecz rozlewało się po ciele przyjemnym ciepłem. Obydwie na siebie spojrzały i jakby złagodniały. Opadły wcześniejsze emocje. I negatywne i pozytywne, gdyż tych drugich zabrakło zupełnie. Biała kartka.
- Pozwolisz, że ci pomogę?- Zaczęła Czarodziejka. Kotka kiwnęła głową.
- Jesteś uczulona na magię? Nie zażywasz eliksirów, albo fale magiczne wywołują u ciebie jakieś niepożądane skutki?
Kotka milczała, ale pokręciła przecząco głową. Ciągle jednak cofała się przed ręką Czarodziejki, już nie ze swej wrodzonej czujności, ale ze strachu.
,„Jeśli ona mnie dotknie, będzie mogła robić ze mną niemal co zechce. A jeśli kłamie, to jestem stracona. Ale ja obietnicy nie złamię. Nie mogę.”
Pozwoliła Czarodziejce dotknąć policzka. Nawet nie zasyczała, kiedy jej palce zetknęły się z siniakiem. Przyzwyczajano ją do tego od dawna. Do tego, że ból można znosić, do tego, że ból można zadać i do tego, że ból można zwyciężyć. I tego trzymała się od dziecka. Więc było to już dla niej niemal nawykiem.
Lyvie „odstawiła” świetlistą kulę na ziemię i stworzyła coś w rodzaju łańcuszka zielonych kulek, niezwykle podobnych do koralików Kotki. Zaklęciem założyła je na szyję dziewczyny i chwilę potem, cała jej postać owładnięta była lekko zieloną mgiełką, a tam, gdzie mgiełka się znalazła, nie widać było ran. Kiedy mgiełka rozpłynęła się w dusznym powietrzu, na jej szyi wciąż zostały koraliki. Kotka zapytała o nie.
- To dar. Żebyś wiedziała, że nie wszystkie Czarodziejki tylko szkodzą. Potrafią też pomagać.
- Dziękuję- odpowiedziała po raz pierwszy po chwili podania rąk.- Dziękuję ci.
Podniosła się z ziemi i jakby zapominając o wszechogarniającej słabości, jaka ją przed chwilą ogarniała, wskoczyła zręcznie na gałąź nad sobą.
- Dokąd zmierzasz?- Zapytała Czarodziejkę.
- Do Bruinnen, za lasem.
- To daleko.
- Wiem.
- Jechała z tobą…- Zawahała się.- E…elfka?
- Elfka? Ze mną?- Lyvie była zdziwiona, że w ogóle o to pyta.- Nie, dlaczego? Ja nie przyjaźnię się z Elfami. Ani z Łuczniczkami.
- Z Kotkami też- dokończyła za nią dziewczyna. – To, że mi pomogłaś, nie oznacza, że zmieniłam zdanie o was. Zmieniłam zdanie o tobie, a to różnica. I mnie nie przekonasz, że wszystkie jesteście tak niewinne i przyjazne.- Nagle pojawił się u niej wyzywający, wojowniczy ton. Swoją śmiałością zaskoczyła czarodziejkę. Dla niej było normalne, że nie może pokazać słabości.
- Ale ja mówię prawdę!- Żachnęła się Lyvie.
- Nie obchodzi mnie to! Mam w głębokim poważaniu, co wy myślicie o mnie, lub o nas, jak wolisz. Ale ja wiem swoje- mówiła twardo, wpatrując się złowieszczo w Lyvie. Uczucie podzięki i wiary zniknęło bezpowrotnie. Znów obudził się w niej instynkt samozachowawczy i jedna z jej głównych cech: stanowczość i upór. A także lęk, maskowany warczeniem na każdego, kto się tylko do niej odezwie.- Ja wiem swoje. –Powtórzyła, akcentując wyraźnie każde słowo.- To Czarodziejki, nie Elfy i nie Łuczniczki, ale Czarodziejki wybiły mi rodzinę. A jeśli ja chcę żyć, to nie mogę o tym zapomnieć. Więc żegnaj, litościwa czarodziejko i spiesz się. Noc tu już głęboka, a z lasu wyjść ciężko. Żegnaj.- Ukryła się w koronie drzewa. Przez chwilę widoczny tylko był jej czarny ogon, ale i on w końcu zniknął w ciemności.
- Zaczekaj!- Krzyknęła za nią czarodziejka.- Może teraz ty pomożesz mnie?- Odpowiedziała jej cisza.
Martwa cisza.
Jednak w momencie, kiedy zwątpiła i już miała zacząć kląć, Kotka zwiesiła się na nogach z gałęzi i patrzyła na nią wisząc głową w dół. Jej długie, czarne włosy zamiotły leśne runo.
- Jak miałabym ci pomóc, mości czarodziejko?
- Wyprowadź mnie z lasu. I porzuć ten drwiący ton.
- Nie ty będziesz mnie pouczać, jak mam mówić.- Sarknęła.- Ale z lasu cię wyprowadzę. Masz szybkiego konia?
- Mam.
- Doskonale. Śledź mnie, biec będę po drzewach, pokazując się od czasu do czasu.
- A nie możesz wsiąść na konia ze mną?- Zapytała Lyvie.
- Konie się mnie boją. Zresztą nie tylko konie. Więc goń za mną, albo zostań tu.- Podciągnęła się na nogach i znów stała się niewidoczna.
- Zaczekaj!
Ale młoda dzikuska była już kilka metrów przed nią. Lyvie w pośpiechu wsiadła na konia i pogalopowała za nią, przeskakując co się da i możliwie skracając sobie drogę. A biegła długo, nawet z niezawodną przewodniczką.
Dotarła w końcu do skraju lasu. Widać było czyjeś kroki. Lekkie kroki na leśnym podłożu. Elfki?
- To tu, jak widzisz- oznajmiła Kotka. Jak zauważyła Lyvie, Kotka zupełnie nie była zmęczona, wręcz przeciwnie. Wyglądała, jakby miała ochotę na dalszy bieg.
- Dziękuję ci. Zapomnisz o mnie, jeśli będziesz chciała. Ale jeśli będziesz potrzebowała pomocy, znajdź mnie w Bruinnen.
- Nie znam twego imienia.
- Lyvie.
- Żegnaj, Lyvie.
- Zaczekaj!- Powtórzyła po raz kolejny Czarodziejka.- Ja wciąż nie znam twojego imienia.
Kotka się zawahała. Nie słyszała tego imienia od dawna. Od dawna nikt z nią nie rozmawiał. Trudno było powiedzieć, czy jest jeszcze tą samą Kotką, jaką była kiedyś i czy jeszcze nosi to samo imię.
- Cleo.
- Żegnaj, Cleo.
Rozdział szósty
Ayris biegła brukowaną drogą jak mogła najszybciej. To nie twoja wina, Ayris, nie twoja. Broniłaś się. Co to? Miasto? Świetnie, może się to wreszcie skończy.
Miasto obwarowane było kilkumetrowym, drewnianym płotem. Było pilnie strzeżone: strażnicy na basztach, na blankach, stojący przed bramą. Ogrodzone było też drzewami, które nie były już częścią Ain Este, które znikło za nią zupełnie dopiero niedawno.
Bruinnen było chyba najlepszym miejscem, w jakim się mogła schronić- udzielali pomocy każdemu. Elfce, Czarodziejce, Łuczniczce, Kotce albo ludziom. A i Kapłanki czasem tu bywały.
Zaciśniętą pięścią uderzyła kilka razy w bramę. Strażnicy przyjrzeli się jej podejrzliwie, ale w końcu wpuścili ją.
Miasto stanęło przed nią otworem: małe, przytulne domki, w których każdy z mieszkańców dziennie miał do wyżywienia około pięciu wędrowców, sklepiki magiczne, jak i zupełnie zwyczajne, a pośrodku rynku największa chluba miasta: ogromny budynek, największa karczma w mieście, z tysiącem pokoi dostępnych po przystępnej cenie, najlepsze jadło i trunki. No i tylu tam odmieńców, że nikt nie zwraca już uwagi na to, kim lub czym się jest, po prostu rozmawia się z osobą siedzącą najbliżej ciebie i nikt nie ma do ciebie pretensji. Nikt nie wypomina dawnych urazów. Po prostu się jest i za to ci dziękują.
Poprawiła torbę i ruszyła do karczmy. Po drodze mieszczanie witali ją uśmiechem, proponowali nocleg. Nie chcieli za to opłaty, oczekiwali tylko miłego gwarzenia przy kominku lub jakiejś ciekawej historii z jej życia. Jedna kobieta nawet wcisnęła jej do rąk bochenek chleba i odeszła, cała w skowronkach. Ci ludzie są dziwni. Ale czy to właściwie źle?
Ayris uchyliła drzwi karczmy i od razu poczuła duchotę i ostry zapach alkoholu. Gospodarz w jednej chwili znalazł się przy niej.
- Witamy, panienko w Bruinnen. Panienka życzy sobie usiąść? Czy stolik w tamtym rogu panience odpowiada?
- Jak najbardziej. Dziękuję bardzo.
Skierowała się we wskazanym kierunku. Położyła torbę na stole i usiadła na ławie. Rozejrzała się. Nikt tu nie siedział normalnie- jedni kładli się na stołach, inni na podłodze, jeszcze inni siedząc tak jak ona, na ławie, usiedli po turecku i zajmowali się swoimi sprawami, najczęściej piciem do upadłego.
Więc i ona usiadła po turecku i znów wyciągnęła jedną z ksiąg.
Przyda mi się wiedzieć, gdzie iść dalej- myślała, przyglądając się studiowanej już wcześniej mapie.- Jestem tu. Choć właściwie...Czy muszę stąd odchodzić? Jestem daleko od Esterliethu, a w Bruinnen docenią moją odmienność. W każdej chwili mogę wyruszyć albo równie dobrze mogę tu zostać. Więc zostaję.
Nie wiedziała, że jeszcze trzy inne osoby zmierzały do Bruinnen. Te trzy osoby miały rozpocząć nowy rozdział w jej życiu. Może najważniejszy.
Rozdział siódmy
Ruda łuczniczka o brązowych oczach pędziła na swoim ogierze tam, gdzie ją tylko oczy poniosły. A że oczy widziały Bruinnen tuż przy linii horyzontu, to tam postanowiła dojechać.
Bruinnen wyglądało teraz pięknie- niezliczona ilość mniejszych i większych światełek tonących w mgle i ciemnościach, a samo świeciło jak latarnia morska, wskazują, gdzie jechać. Po prostu raj na ziemi. Pojadę, odpocznę, może zanocuję. A dalej się okaże- myślała.
Znowu poczuła się wolna. Robię, co chcę! Jadę, gdzie chcę i nit nie ingeruje w moje życie! Dalejże, pokaż, co umiesz, Rennée, czy jesteś tak dobra w jeździe konnej jak w strzelaniu?
Popędziła konia do galopu. Wstąpiła w nią dzika euforia. Pędziła, przed siebie, dalej, i dalej, szybciej, i szybciej. Wiatr rozwiewał jej rude loki, a na policzki wystąpiły rumieńce. Powietrze było ciepłe, ale ona czuła tylko, jak ją omija i uderza w twarz zimno północnego wiatru. Dalejże! Korzystaj z życia! No, ogierze! Pokaż, żeś rączy! Dalejże, przed siebie! Miasto coraz bliżej! Pokaż, Rennée, z jakim hukiem potrafisz zawitać do jego bram! Szybciej, szybciej! Do cwału! Do cwału!
Pędziła, gnała i w końcu bramy miast wyrosły przed nią niemal w kilka sekund. Tych cudownych sekund, w których się czuje, że żyjesz. Tych sekund, których się nie zapomina. Tych sekund, które trwać powinny godzinami.
Skokiem zeszła z konia i z szerokim uśmiechem na twarzy walnęła potężnie w bramę.
Wpuszczono ją. Podziękowała grzecznie, skłaniając lekko głowę. Rozglądała się i nie mogła nadziwić, że to wszystko, co słyszała o „Stolicy Pokoju” to prawda. Rzeczywiście, każdy rozmawiał z każdym jak równy z równym. To cudowne. Podeszła do pierwszej osoby, jaką napotkała.
- Przepraszam bardzo, pani, zapytać żem tylko chciała, czy możliwy jest tu gdzieś nocleg?
- Ależ oczywiście, kochaniutka! Gdzie tylko chcesz! Jeśliś przyjechała dopiero, to zapraszam do mojej chaty, odpoczniesz, napijesz się czegoś ciepłego, ogrzejesz przy ogniu. Albo oczywiście, wróć, kiedy będziesz znużona, a w tym czasie możesz zwiedzić nasze piękne miasto. Trochę tu tłoczno, ale jest to jak najbardziej pozytywna jego cecha. No i oczywiście zapraszam do Wielkiej Karczmy, tam na pewno znajdziesz towarzystwo.
- Dziękuję bardzo za życzliwość. Rzeczywiście, jestem trochę zmęczona. Byłabym jednak wdzięczna, gdyby odpowiedziała mi pani, gdzie mogłabym nakarmić Ressetha, mojego konia.
- Kochaniutka, nie przejmuj się tym! Powierz go mnie, a pod wieczór będzie mu dobrze, jak w niebie! Umyje się go, nakarmi, grzywę rozczesze. Wszystko, czego tylko sobie zażyczysz.
- Złota jesteście, pani. Dziękuję bardzo. Wżdy nie zawsze pomoc otrzymujemy, gdy o pomoc prosimy. W takim razie Resseth zostanie tu, jeśli mogę o to prosić. Obiecuję pod wieczór wrócić i opowieścią z podróży się podzielić, złota pani.
- Czekać będę, kochaniutka! Wracaj, kiedy tylko ci się podoba! Opowieści wysłucham chętnie!- Odpowiedziała z uśmiechem i poklepała łuczniczkę po ręce. Zdawała się nikogo nie bać, nawet jej, choć kołczan miała pełny i łuk przewieszony przez ramię.
- Do widzenia, pani. Wrócę.- Pożegnała się.
Odwróciła się i szybko weszła na główną drogę, wyłożoną kocimi łbami. A główna droga, z tego co słyszała, choćby najbardziej kręta, zawsze prowadzi w najciekawsze miejsce. I miała rację- po krótkiej chwili podróży wyrosła przed nią Wielka Karczma.
Znów wypełniło ją szczęście. „Tak, to po to się żyje! To po to cierpi się, by potem zostać nagrodzonym i szczęście prawdziwe odkryć. Po to się szkoli i trenuje, by potem móc zależnym być tylko od siebie. Po to się żyje. By znaleźć szczęście. Choćby krótkie, ale prawdziwe!”
Pchnęła drzwi i przyjrzała się wnętrzu- Obszerna sala, wypełniona na ścisk różnego rodzaju stołami. Kanciastymi, równymi, okrągłymi i podłużnymi. W całej sali nie było też chyba dwóch takich samych krzeseł- różnorodne ławy lub pufy. Pojedyncze krzesła lub całe ich łańcuchy, ustawione równo pod ścianą. Wykonane z drewna i metalu, jasne i ciemne, wąskie i szerokie. Cały wachlarz kształtów: wysokie i niskie, łamliwe i mocne, chwiejne i stałe.
A na prawie wszystkich krzesłach różnorodni odmieńcy: chyba wszystkie rasy i gatunki świata się tu zebrały. Sala tonęła w mieszaninie kolorów: szaty, nakrycia głowy, różnorodna biżuteria. Wszystko błyszczało i mieniło się, zachęcało do oglądania. Zapewne nie jeden zapatrzył się i wyszedł stąd po miesiącu, ciągle nie mogąc nadziwić się przepychowi. Chyba były tu też wszystkie możliwe rodzaje broni: łuki, miecze, worki z pyłem, ale także składniki i wywary magiczne: nad kilkoma stolikami unosił się niemal bezbarwny płyn, z którego każdy brał i pił z powietrza, z kufli dymiło, rozlewając mętnawą mgłę po podłodze. Prawda, większość piła normalny alkohol, a niektórzy z nim mocno przesadzali: Rennée dojrzała grubego gnoma, śpiącego na stoliku, na którym miejsca już nie było, tyle tam było pustych i potłuczonych naczyń. Jakaś czarodziejka wstała i po chwili wszystkie rozbite części szkła lewitowały w powietrzu, składając się w dzban. Ozdobiła go nawet, rysując na nim płomienne wzory. Kiedy był gotowy, ostrożnie postawiła go na najwyższej szafie w pomieszczeniu, ale jej wysiłki okazały się marne, gdyż para nietrzeźwych krasnoludów w tańcu wpadła na szafę, strącając dzban, który znów stał się tylko kawałkami rozbitego szkła. Śpiący gnom nawet się nie obudził, zachrapał tylko. Czarodziejka prychnęła i usiadła przy swoim stoliku, potrząsając gniewnie szarą grzywą.
Rennée dojrzała w kącie szczupłą osóbkę w błękitnej sukni i wydała jej się najspokojniejszą z reszty towarzystwa, więc postanowiła się do niej przysiąść. Nieznajoma pochylona była nad grubą książką i palcem wodziła po stronicy.
- Przepraszam, czy dosiąść się wolno?- Zapytała ją. Dziewczyna podskoczyła.
- Ależ tak, proszę.- Nerwowo omiotła spojrzeniem całą postać i zrozumiała od razu, że jest Łuczniczką. Muszę uważać. One są podstępne. A ja już dziś pokazałam jednej, kim jestem. Niech się druga przekona. Nie! Ayris, opanuj się! To jest Bruinnen, tu panuje tolerancja dla wszystkich! Zabrała ze stołu torbę i uśmiechnęła się sztucznie, pokazując wolne miejsce.
- Dziękuję bardzo. Jestem Łuczniczką, zwą mnie Rennée.
- Witam- odpowiedziała z odrazą. Starała się tego nie okazywać, a zawsze w tym była doskonała. Nikt jeszcze nie odgadł o czym myśli i co o tym sądzi, jeśli sama nie chciała tego powiedzieć. Domyślano się tylko, ale ona wszystko zawsze trzymała w sobie. Nigdy nie ukazywała swoich myśli. Nie było takiej potrzeby.- Jestem Ayris. Jestem Elfką- powiedziała dumnie, prostując się i odrzucając do tyłu blond włosy.
Łuczniczka w środku odczuła, że część jej wielkiego szczęścia gdzieś się ulatnia. Ale zaczęła rozmowę, to ją skończy. Choćby ze skutkiem negatywnym, ale ją skończy. Nie stchórzy. Nigdy nie odwracaj się tyłem do swojego przeciwnika. Nigdy.
- Miło mi poznać- odpowiedziała, zastanawiając się dlaczego mówi dokładnie odwrotność tego, co czuje.
- Mnie też. Co sprowadza ciebie, Łuczniczko, tutaj, do Bruinnen?- Zapytała z udawaną ciekawością.
- Podróżuję bez celu. Szukam tego, co niezauważalne i słucham tego, czego nie sposób usłyszeć. A ty?
- Szukam…miejsca, gdzie…-wypaliła, ale szybko skarciła się w duchu. Nie możesz powiedzieć o twoich prawdziwych zamiarach. Nie możesz się przyznać wrogowi, że uciekasz!- Szukam Świątyni Płomieni- zełgała szybko.
- Świątyni Płomieni?- Powtórzyła wolno Rennée.- Ona nie istnieje.
- Istnieje- oświadczyła wolno, choć właściwie sama przeczyła swoim słowom. Była przekonana, że Świątynia nie istnieje.- Trzeba tylko wiedzieć, gdzie jej szukać. Jak jej szukać. „I sprostać próbie, którą na ciebie nałożono, a znajdziesz ją i Wieczny Płomień wypełni twoje wnętrze, oczyszczając duszę”- zacytowała uczenie. Miała nadzieję, że wywrze to oczekiwany skutek na łuczniczce. Dezorientację lub zaskoczenie. Nie udało jej się. Łuczniczka wydała się tym zaciekawiona, nie zdezorientowana.
- Naprawdę?- Zapytała, tym razem już szczerze.- Żem słyszała o niej, ale jako o budowli nieosiągalnej, jak wy to mówicie…duchowej?
- Rzeczywiście- poparła ją Ayris.- Aby do niej się dostać, musisz stworzyć więź mentalną z...Wybacz, Łuczniczko, ale tu część inskrypcji się urwała i nie doczytałam więcej. A żadna inna księga tej prawdy nie zawiera. Dlatego więc do Świątyni nie można dotrzeć. – Po sekundzie dotarło do niej, co powiedziała.
- Nie można dotrzeć, powiadasz, a szukasz wejścia do niej?
- T…to znaczy…- zaplątała się. Przeklęła w duchu, usiłując się ratować. Szybko wpadła na pewien pomysł.- Udowodnić mogę, że istnieje. Pójdź ze mną, a pokażę ci, że istnieje.- To było jeszcze gorsze, pomyślała. Jeszcze gorsze! Jeżeli ona się do mnie przyłączy...To będę musiała przez tyle czasu ją niańczyć albo bać się, że mnie zabije. Albo w końcu ją zabić. Sama na siebie wyrok wydałam.- Lecz ty uważasz, że ona nie istnieje.
- Ale zawsze odczuwałam głęboką ochotę popatrzenia na coś, co nie istnieje. Do zobaczenia zatem rano.
- Do zobaczenia, Łuczniczko.- Pożegnała się, stosując sztuczny uśmiech nr 68.
Wyszła, a Ayris przeklęła głośno. Bardzo głośno. Cała gospoda ją usłyszała.
Rozdział ósmy
Lyvie spokojnym kłusem przemierzała drogę z Ain Este do Bruinnen. „Jeszcze tylko trochę. Jeszcze kawałek, pójdę spać, a następnego dnia czeka mnie szkolenie. Kiedy je ukończę, wrócę i pokażę, że nie popełnili błędu, wyróżniając mnie.” - Myślała.
Wtem, poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła się za siebie. Nikogo nie zobaczyła. I pojęła w lot. Chcesz się ścigać? Proszę bardzo. Przeszła do galopu. Ciągle czuła, że jest obserwowana. Czyli miała rację. Szybciej. Szybciej.
Niecałych kilka metrów przed Bruinnen, wstrzymała gwałtownie konia- na drogę wyskoczyła znajoma już zielonooka Kotka.
- Czyli jednak- przywitała ją opryskliwie Lyvie.
- Czarodziejko, przeprowadź mnie przez bramę miasta. Niczego więcej nie chcę.
- Nie jeździsz konno.
- Nie jeżdżę. Ale ty jeździsz. Wchodząc do miasta przepuścisz mnie przez bramę. I nasze drogi więcej się nie spotkają. Ty pójdziesz w swoją stronę, ja w swoją. I na tym skończy się historia. Układ?- Powtórzyła ironicznie słowa Czarodziejki.
- Dlaczego miałabym cię posłuchać? I czemu znów ci pomagać? Przecież według ciebie Czarodziejki to zakała świata. Sprawiają, że trupy mówią i chodzą po ziemi, jak gdyby nigdy nic i dręczymy ludzi, zamykając ich w pułapkach własnych umysłów i pozwalając, by oszaleli, przez co byłybyśmy silniejsze- I ona powtórzyła ironicznie słowa rozmówczyni.
- Odkupisz tak grzechy twojego gatunku. Zapomnę o doznanej krzywdzie.- Powiedziała poważnie Cleo. Czarodziejka prychnęła z pogardą.
- Nie będę wykupywać win moich przodków.- Odpowiedziała i wyminęła ją. Chwilę później pędziła już do Bruinnen, zostawiając ją daleko w tyle.
- Chciałaś wojny, będziesz ją miała- powiedziała do siebie Cleo.
Zmrużyła zielone ślepia i rozpędziła się. Biegła, jak potrafiła najszybciej. Futro na uszach i ogonie, zdawało się rozczesywać przez pęd powietrza. Chcąc biec jeszcze szybciej, postawiła i kocie łapy na ziemi i biegła na czterech. O dziwo, proporcje jej ciała były idealne zarówno jak dla kota, jak i dla dziewczyny. Zdawała się skurczyć, by posiąść szybkość zwierzęcia.
Wyprzedziła wściekłą czarodziejkę. Biegła, szybciej, szybciej. Najpierw przednie łapy, potem tylnie nogi. Ogon śmigał z jednej strony, na drugą.
W końcu miała przed sobą mury miasta. „Jeśli nie chce mnie wpuścić, sama się tam dostanę. Pokażę jej, że Kotka wygra z Czarodziejką!”.
Rozpędziła się najbardziej, jak mogła i skoczyła. Długim susem skoczyła. Kiedy była dostatecznie wysoko, położyła przednie łapy na górnej granicy muru i przerzuciła nad sobą nogi. Stała na blance, ku zdziwieniu patrolującego żołnierza. Próbował krzyknąć, ale przyłożyła mu lewą łapę do ust, wbijając z przyzwyczajenia delikatnie pazury w jego policzki, a głową wykonała przeczący ruch.
- Nikomu o tym nie powiesz, rozumiesz?- Zapytała trzymanego przez nią strażnika. Pokiwał głową. Puściła go.
Odwróciła się i szybko znalazła Lyvie- była jeszcze jakiś dobry kawałek od niej. Uśmiechnęła się do swoich myśli i saltem w tył zeskoczyła z podwyższenia. Wylądowała na prostych nogach z niezachwianą równowagą. Zaczęła odliczać. Trzy, dwa, jeden...I Lyvie wpadła do miasta jak burza, niemal wyrywając bramę z zawiasów.
- Czego ode mnie chcesz?- Warknęła do Cleo, która uśmiechała się złośliwie.
- Teraz już niczego, mości czarodziejko. Próbowałam po dobroci. Dałam ci szansę zmycia twoich win. Zrezygnowałaś. Przykre. Jednak jesteś taka sama, dokładnie taka sama, jak Lyvienne. Jak morderczyni mojej rodziny.
Cleo odeszła, prężąc ogon, a Lyvie ciągle dźwięczały w uszach jej ostatnie słowa: „Jak Lyvienne. Jak morderczyni mojej rodziny. Jednak jesteś taka sama, dokładnie taka sama, jak Lyvienne. Jak morderczyni mojej rodziny. Jednak jesteś taka sama, dokładnie taka sama, jak Lyvienne. Jak morderczyni mojej rodziny.”
Lyvienne? Lyvienne? Lyvienne? Czy na pewno to właśnie to imię usłyszała? Czy na pewno? Przypomniała sobie, jak kiedyś tak nazywała matkę.
„ - Lyvienne!- Wołała mała dziewczynka.
- Nie mów do mnie po imieniu. Mów do mnie mamo- odpowiedziała dorosła kobieta i wzięła ją na ręce”
Nie mogła w to uwierzyć. Moja matka jest morderczynią. Zabiła jej rodzinę. Całą.
Ale zamiast pójść za Kotką, stłumiła w sobie wszelkie uczucia i natychmiast zapomniała o wszystkim. Ważne było Szkolenie. I tylko Szkolenie. Zsiadła z konia.
Rozdział dziewiąty
Ze snu wyrwały Rennée przerażone okrzyki ludzi. Była tak zmęczona, że położyła się spać w ubraniu, więc wsunęła tylko buty na nogi, chwyciła za łuk i wstała z łóżka. W drodze przez wąski korytarz, uspokoiła uprzejmą gospodynię, która udzieliła jej noclegu i otworzyła drzwi. Ku jej zaskoczeniu zobaczyła tam Ayris.
- Co się dzieje?
- Nie ma czasu! Ludzka kawaleria dotarła do Bruinnen i likwiduje wszystkich nie-ludzi. Zostałyśmy tylko my, jakaś Czarodziejka i narwana Kocica. Reszta pouciekała. I lepiej my też się zbierajmy, jeśli nie chcemy wylądować na stryczku.
- Co? O czym ty mówisz?
- To, co słyszysz. Wiejmy!- Warknęła Ayris i odepchnęła się od odrzwi i wybiegła za bramę.
Rennée szybko za nią pobiegła, zapinając na piersi kołczan.
Na polanie przed bramą, stały już wszystkie osobistości, o których mówiła ta dziwna Elfka. Teraz jeszcze jej brakuje i nie tylko wykończy nas kawaleria, ale same między sobą się pozabijamy.
Kiedy wyszła zza bramy, trzy głowy obróciły się w jej stronę. Wydawały się na nią czekać. Pierwsza przemówiła Kotka.
- Ze względu na to, że jesteśmy tym, czym jesteśmy, to się nie bardzo lubimy, ale jeśli się nie postaramy, miejsce naszego schronienia stanie się tylko marnym pyłem.
- To nie gadaj, tylko ich powstrzymaj!- Warknęła Ayris.
- A co ty o tym możesz wiedzieć?- Zapytała retorycznie Czarodziejka.
- Na pewno więcej od ciebie!- Wepchnęła się Łuczniczka.
- Cisza!- Krzyknęła Cleo. – Chronimy miasto, tak, jak umiemy. Potem- spojrzała z uśmiechem na Czarodziejkę.- Nasze drogi się rozejdą. Każda pójdzie w swoją stronę i więcej się nie spotkamy. Umowa?- Wiedziała, co te słowa wywołają w Czarodziejce. Gniew. Nieograniczony. O to chodziło. Jeśli się wkurzy, to lepiej i szybciej zlikwiduje wrogów.
- Niech ci będzie- odpowiedziała Łuczniczka.- Ale potem się już nie spotkamy.
- Ja ci to mogę obiecać- sarknęła złośliwie Ayris, zapominając, że miała poprowadzić ją do nieistniejącej Świątyni Pł0mieni.
Stanęły w równym szeregu, ostentacyjnie daleko od siebie. Na horyzoncie pojawiła się spora grupka wojsk. Rennée z zadowoleniem naciągnęła cięciwę łuku. Czarodziejka masowała nadgarstki, na twarz Ayris wstąpił uśmiech satysfakcji, a Cleo usiadła na trawie i zaczęła ostrzyć pazury. Kawaleria zbliżała się. Cleo wstała. Byli coraz bliżej. Czarodziejka wyciągnęła przed siebie ręce. Niemal mogły rozpoznać ich twarze. Ayris zrobiła krok do przodu i ze świstem wciągnęła powietrze. W jednej chwili, jak na rozkaz, Rennée puściła cięciwę, trafiając pierwszego z nich, Cleo rzuciła się z pazurami, ściągając z konia jednego z kawalerii, Czarodziejka wskrzesiła z ziemi grube pnącza, które sparaliżowały część jazdy, a Ayris wydychając powietrze zawyła przeraźliwie. Ten zawodzący jęk zdezorientował większość z ich przeciwników. Wszędzie, gdzie było ją słychać, roznosiło się echo niosące fale głosowe o tak dużej sile, że większość żołnierzy po prostu oszalała lub nie mogła wytrzymać z tak dużym natężeniem dźwięku.
Pnącze Czarodziejki odpychały i raniły. Rzucały się zaciekle, uniemożliwiając przybliżenie się do obrończyń miasta.
Cleo skakała po wszystkim i wszystkich, co się dało. Parę razy pazurami rozszarpała gardło, parę razy po prostu popchnęła kawalerzystę i został stratowany przez konie, które miażdżyły ciała tych, którzy jedynie spadli.
Lawina strzał trafiała z niesamowitą precyzją. Rennée nie potrafiła pozwolić sobie na porażkę, więc strzelając nawet czterema strzałami na raz, wszystkie trafiały idealnie. Prosto w serce lub głowę. Kilka razy przebiły też krtań.
Choć wcale nie umawiały się, nie obmyślały strategii, niemal bezbłędnie przewidywały, co zrobi ich pseudotowarzyszka. Po niedługiej chwili walki, wygrały, a zielona polana zamieniła się w pobojowisko, gdzie nic nie było takie, jakie zastały, zanim przyjechały.
- Gratuluję siły- Odezwała się po walce Ayris do Rennée. Miała nadzieję, że zapomniała o Świątyni.
- Gratuluję zdolności- odwdzięczyła się Rennée.
- Gratuluję zwinności- powiedziała czarodziejka Kotce.
- Gratuluję wytrwałości – odpowiedziała jej Cleo trochę przymusowo.- Gdzie teraz wędrujecie?- Zapytała.
- Elfka obiecała mi dojście do Świątyni Płomieni- odpowiedziała Rennée.
- Doprawdy?- Zdziwiła się Lyvie.
- Doprawdy- odpowiedziała chłodno Ayris.
- Chcę to zobaczyć- podsumowała Cleo.
- Co?
- To, co słyszałaś. Idę z wami.- Odparła.
Ayris jęknęła w duchu. To wyrwało Lyvie ze stanu otępienia.
- Słucham? Idziesz z nimi?- Zapytała.
- Tak. A ty, o ile się nie mylę, jesteś mi coś winna, więc by spłacić dług idziesz ze mną. Jakie to urocze. Cztery skłócone plemiona wędrują razem.
Bardzo urocze, pomyślała Lyvie ze zrezygnowaniem. Psychopatyczna Elfka, wydzierająca się tak, że uszy bolą. Wojownicza Łuczniczka. Narwana Kotka i że tak powiem, cholerna Czarodziejka, która odkupuje winy swojej rodziny. Doprawdy urocze.
Rozdział dziesiąty
Promienie słońca rozjaśniały polanę, na której leżały cztery dziewczyny. Chociaż noc była zimna, każda leżała w jakichś pięciu metrach odstępu od drugiej.
Cleo przebudziła się. Przez chwilę zastanawiała się z zamkniętymi oczyma, dlaczego jest tak jasno, ale kiedy przypomniała sobie, co wydarzyło się wczoraj, pomyślała, że to sen.
Zerwała się na równe nogi i rozejrzała. Niestety, tak, jak się spodziewała, zobaczyła trzy obce postacie. Na dodatek Elfkę, Czarodziejkę i Łuczniczkę.
Zaraz, ale co ja tu robię? I kim one są? Ayris, Lyvie i Rennée…skąd je znam? Och, już pamiętam. Tylko po co ja to powiedziałam? Po co ciągnę za sobą tą dziewczynę? Przecież dobrze wiem, że nic dla mnie nie zrobi tylko dlatego, że jestem Kotką. Zresztą, czy to ważne? Idę do Świątyni Płomieni! Do czarownego miejsca o którym mówią legendy! Do miejsca, gdzie każdy jest równy w oczach Bogini.
Nagle stanęła za nią Łuczniczka.
- Dzień dobry, witam towarzyszkę podróży- zakpiła.
- I ja witam- ukłoniła się Cleo przekornie. Dlaczego ja tu jestem? I co ja tu robię? Dlaczego sama nie mogłam pójść do tej Świątyni?! Dlaczego z nimi?!
- Tak wcześnie wstajemy? Podobno koty w słońcu powygrzewać się lubią. Przeciągnąć i poleniuchować.
- Nie wszystkie- odpowiedziała chłodno.- Niektóre wstają co świt i starają się iść, gdzie iść mają.
- Rozumiem. Poczekajmy, aż one się obudzą i ruszajmy.
- Czekać? Po co czekać?- Odpowiedziała jej szybko akrobatka.- Ja je zaraz obudzę- dokończyła ze złowieszczym błyskiem w oczach.
- Nie waż się!
- Nie ty będziesz mi mówiła, co mam robić!
W kilku krokach podeszła do leżących i obydwóm zafundowała pobudkę, dając im mocno po twarzy. Czarodziejka wstała natychmiast, wydzierając się, że nie będzie tego tolerować, a Elfka usiadła na trawie i rozcierała obolałe miejsce. Choć bardzo się starała nie słuchać o czym rozmawiają, to była pewna, że nie tylko ona je usłyszy, ale i cała okolica.
- Nie życzę sobie, by traktowano mnie jak śmiecia!- Wrzeszczała Lyvie.
- Ja nie życzę sobie, byś mówiła do mnie tym tonem- warknęła Cleo.
- Nie masz tu nic do gadania!
- Doprawdy? Gdyby nie ja, dalej siedziałabyś w tym lesie, szukając drogi!
- Poradziłabym sobie!
- Zaraz, zaraz- wtrąciła Ayris, a obydwie głowy zwróciły się w jej stronę.- To wy się znacie?
- Znamy się mało, ale aż za bardzo!- Odpowiedziały jej równocześnie, po czym każda z nich odeszła wściekła w druga stronę.
Na chwilę zapadła cisza. Błoga cisza. Ciszę przerwała Cleo.
- Wiem, że nie za bardzo się lubimy...
- To już słyszałyśmy- wtrąciła Rennée.
- Posłuchacie mnie w końcu!?
- Niech będzie. Dziewczyny, zamieniamy się w słuch- Rennée dokończyła złośliwie.
- Dziękuję bardzo- prychnęła Kotka.- Każda z nas ma powody, żeby dotrzeć do tej Świątyni. Im prędzej tam trafimy, tym szybciej się rozstaniemy, więc może zaczniemy drogę?
- Ty naprawdę wierzysz, że ona istnieje?- Zapytała Lyvie, patrząc na nią krzywo.
- A ty nie?
- Nie. Dla mnie to bujda. Szukamy czegoś, do czego nie można trafić. Poszukujemy sfery duchowej, która nie istnieje. Więc...
- A według mnie, Kotka ma rację- wtrąciła się po raz kolejny pomiędzy ich konwersację Elfka. Rennée wytrzeszczyła na nią oczy. Przecież jeszcze wczoraj wieczorem zakładała, że nie ma takiego miejsca. W rzeczywistości, Ayris chciała pokazać, że nie łże i zakładając, że Świątynia istnieje, pełnić rolę wiarygodnej przewodniczki. Powiedziała przecież Łuczniczce, że jest takie miejsce na tym małym świecie, więc czemu miałaby od tego odstąpić? No tak. Próbowała się wykręcić, ale tylko po to, żeby uniknąć podróży z tą dziwaczką. W końcu i tak się jej to nie udało.
- Dlaczego tak sądzisz?- Zapytała spokojnie Kotka, która władać nad emocjami nauczyła się szybko.
- Czytałam wiele na ten temat. Do Świątyni prowadzi każda droga, jeśli idzie się odpowiednią drogą duchową...
- Przestań bredzić, powiedz po prostu gdzie jest- Rennée nie wytrzymywała.
- Przecież mówię- powtórzyła z naciskiem.- Nie znajdziesz jej na mapie. Pojawia się, kiedy nawiąże się kontakt mentalny z kimś lub czymś...Więcej nie wiem. Mówiłam ci już, że inskrypcja się urwała i nie doczytałam więcej.
- Gdybyś doczytała, bardzo by nam to pomogło- sarknęła pod nosem Czarodziejka.
- Czy wy jesteście głuche? Przecież mówię, że...A zresztą nieważne. Na konie, na drzewa, jak wam się podoba. Ja prowadzę. I proszę, nie zadawajcie więcej pytań, bo jesteście w tym beznadziejne. Idę znaleźć sobie jakiegoś konia.