Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Legenda zjednoczenia Część Trzecia: Memento Mori

vampire_princess ·

Część Trzecia: Memento Mori
Rozdział Pierwszy

Prowadził konia za wodze, delikatnie. Zatrzymał się nagle pomiędzy drzewami. Zagwizdał, naśladując odgłos rzadkiego ptaka. Z głębi lasu odpowiedziało mu takie samo gwizdanie. Odetchnął i pociągnął za wodze, pchając konia do przodu.
Zrobił zaledwie parę kroków i dojrzał kilka małych namiotów i puste palenisko. No i oczywiście jego towarzyszy.
Miaen, jak zwykle siłował się na ręce z Hethem, Kaptah ostrzył miecz, Aless bazgrał coś na nierównych kartkach papieru. Brakowało tylko...
- Ferhan!- Krzyknął Kaptah, podnosząc głowę znad klingi.- Jesteś wreszcie, ile można było na ciebie czekać?!
- Dobra, dobra, nie wściekaj się. Po prostu tak jakoś wyszło, że...
- Oczywiście. Tobie zawsze tak jakoś wychodzi. Przyjeżdżasz dwa dni po umówionym terminie.
- Daruj sobie kąśliwe uwagi. Co mamy?
- Dwie sakwy z niewielką ilością arenów, trzy pozłacane pierścionki o niezbyt dużej wartości, bransoletę i jakiś amulet chyba- odpowiedział automatycznie Aless nie podnosząc głowy znad swojej pisaniny.
- Niewiele- mruknął Ferhan, rozglądając się dookoła. Ich niewielki obóz wyglądał żałośnie. Od dawna nie mieli już żadnych zleceń, a do gildii nie mieli najmniejszego zamiaru wstąpić.- A jakieś zlecenie?
- Już wykonane- wycharczał Heth, próbując zrównoważyć siłę Miaena, który w siłowaniu na ręce był zdecydowanie najlepszy.
- Jak to wykonane?
- A skąd mielibyśmy to, co mamy?
- Że jak?- Oburzył się.- Wykonaliście za kogoś robotę za taką marną stawkę? Poodbijało wam, czy co?
- Ty lepiej tak nie kręć nosem, bo skończysz jak nasz dawny kompan.- Mruknął Aless, podnosząc głowę i patrząc świdrującym spojrzeniem na Przywódcę.
Ferhan nie zareagował. Wzruszył tylko ramionami, zręcznie przywiązał konia do drzewa i poczłapał w swoją stronę.
- Zawsze tak jest- odpowiedzieli równocześnie Miaen i Heth.
- Jasne, zawsze mu przechodzi po jakimś czasie- dodał Aless, a po chwili każdy zajęty był już czymś innym.

Ferhan usiadł na zwalonym pniu drzewa i patrzył z daleka na cztery niewielkie namioty, rozgrzebane palenisko przed nimi. Ech, czy oni się nigdy nie nauczą?- Pytał sam siebie. Nie możemy zawsze odwalać roboty za coś tak małego, że nie wystarczy nawet na jedzenie. Chociaż...z drugiej strony mało jest osób, które chcą się kogoś pozbyć. Może inaczej. Tych, które chcą się pozbyć, jest mnóstwo. Ale tych, którzy mają czym zapłacić, znacznie mniej. Ale w Gildii Skrytobójców jest zawsze robota...Nie. Nie do Gildii. Za nic w świecie nie będziemy pracować u tych przeklętych oszustów.
Przywódca Bandy swoim zwyczajem uśmiechnął się, unosząc jeden kącik warg. Oparł się leniwie o pień drzewa i patrzył w niebo. Niech się dzieje co chce.
Zawsze, kiedy nie chciał nic mówić, uśmiechał się tajemniczo. A że Ferhan nie należał do najbardziej gadatliwych, często się uśmiechał.
Nie był podobny do reszty kompanii- miał niebieskie oczy i ciemną grzywkę, opadającą na oczy. Przy każdym ruchu głowy, grzywka żyła swoim życiem, na swój sposób wyrażając uczucia. Nosił czerwony płaszcz ze złotymi zdobieniami, reszta ubioru była czarna. Nieodłącznym elementem był miecz, z wygrawerowanymi na klindze słowami w jakimś innym języku, których Ferhan nigdy nie odczytał, bo właściwie nie miał ochoty. A jego kompania?
Miaen był potężny i wysoki. Zielonkawo- brązowa kamizela ledwo się na nim zapinała, a rękawy zdawały się pękać przy każdym jego napięciu mięśni. Na kości policzkowej pod prawym okiem miał wyraźną bliznę po pamiętnym spotkaniu jego twarzy z ostrzem zatrutego noża, które pozostawiło czarne przebarwienie na ranie.
Heth był z natury ponurakiem o skłonnościach do narzekania na wszystko, co żyło bądź nawet nie żyło. Wszystko, co mógł skomentować, komentował i narzekał na wszystko, na co mógł ponarzekać. Był książkowym przykładem pesymisty, żyjącego według zasady: „Jeśli coś ma się nie udać, to lepiej nie próbować”. A ponury wyraz twarzy jeszcze pogłębiał to wrażenie. W jego ciemnych oczach zatapiało się tysiące niewinnych, młodych serduszek, ale Heth nie miał ochoty przyjąć żadnego z nich, bo uważał, że „jeśli coś może nie wyjść, to na pewno nie wyjdzie”. Młode dziewczyny odchodziły ze łzami w oczach.
Kaptah był typem często spotykanego twardziela- z mieczem się niemal nie rozstawał a jego pasją były wszelkie rodzaje walki i uzbrojenia. Można powiedzieć, że kompletnie zwariował na tym punkcie. Nie dał sobie jednak wmówić, że jego zamiłowania są nieczęsto przyjmowane jako pozytywne i nadal oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu- treningowi z mieczem. W wolnym czasie go ostrzył i polerował lub wybierał kolejny pas do przytroczenia nowego oręża. A ubranie Kaptaha było do walki niemal idealnie- żadnej peleryny, bądź czegoś, co mogłoby zawadzać, o co można by było się zaplątać czy w czym zgubić. Jedynie dopasowane spodnie, szeroki pas z dużą ilością przytroczonych do niego łańcuchów, dla utrzymania na nim jak największej gamy broni i kamizela, często nie dopięta lub srebrna kolczuga. Choć miał do tego jak najbardziej preferencje-fanki raczej za nim nie goniły. Wręcz przeciwnie. Dziewczyny unikały go jak ognia, a częste towarzystwo różnorodnych niebezpiecznych urządzeń nie zmieniało tego faktu. Choć właściwie jasne włosy i niebieskie oczy były niezawodnym wabikiem na osobniczki płci przeciwnej. Ale nie w jego przypadku.
Aless nie przypominał żadnego z nich- postura młodzieńca i młody wiek robiły swoje- nigdy nie wyglądał groźnie. Lub nie na tyle, żeby można było go porównać z towarzyszami. Krótko przystrzyżone blond włosy z zaplecionym z tyłu małym warkoczykiem także nie dodawały mu agresji. I to w nim głównie ceniono- nigdy nie starał się być kimś więcej, niż był. Po prostu był sobą.
- Właściwie dlaczego nie mielibyśmy zająć się czymś innym?- zastanawiał się herszt bandy.- Niewiele zysku, robota raczej należąca do tych z gatunku brudnych...
Dźwignął się mimo woli i wrócił do obozowiska. Zobaczył młodego mężczyznę w towarzystwie jego szajki. Zmierzył mężczyznę wzrokiem.
- Kim jesteś i czego chcesz?- zapytał go.
- Nieważne kim jestem. Mam dla was robotę- odpowiedział.
- Tego się domyśliłem, ale czy masz czym zapłacić, to jest pytanie.
- Mam czym zapłacić. I to całkiem słono. A zadanie jest łatwe. Tylko trzy osoby.
- Trzy? Kto, kiedy i dlaczego. I ile za to dostaniemy.
- Kto- moja kochanka, Minelltha. Jeden nieuczciwy tragarz, chyba Diere. I urzędnik, który zaszedł mi mocno za skórę. Imienia nie znam. Kiedy- jak najszybciej. Dlaczego nie powiem. A ile dostaniecie, to zależy.
- Od czego?- zapytał stojący za Ferhanem Heth.- Nasze usługi trochę kosztują. To nie jest łatwa robota.
- Dwieście arenów wystarczy?- zapytał przybysz. Aless uniósł głowę.
- Dwieście arenów?- powtórzył z niedowierzaniem. Potem dodał do siebie szeptem- Chyba musi ich szczerze nienawidzić. My na tym skorzystamy.
- Zgoda- Fehan uniósł głowę znad skórzanej sakwy, którą nieznajomy położył mu na dłoni, błyskając złotymi monetami.- Żadnego ograniczenia czasowego? Żadnych wskazań a propos wykonania zadania?
- W miarę możliwości Minellthę i urzędnika jak najszybciej. Diere może poczekać.
- Gdzie ich znajdziemy?
- W Astre-Kaas na południowy zachód od Kheyre.
- W Astre-Kaas?!- wykrzyknął Kaptah.- Przecież w ciągu ostatnich kilku dni bunt się rozprzestrzenił właśnie na te tereny. Mamy się pchać w środek potyczek zbrojnych?! O nie, ja bardzo dziękuję. Nie mam zamiaru nadstawiać karku tysiącom żołnierzy Elfickiej Królowej.
- Pojedziemy- wypalił natychmiast Ferhan, kopiąc dyskretnie acz mocno Kaptaha. Tamten przeklął tylko pod nosem i usiadł koło Alessa, szepcząc, że nie będzie się tak poświęcał dla jakiegoś gościa, któremu znudziła się kochanka.
Nieznajomy uśmiechnął się do siebie, wsiadł na konia i po chwili zniknął wśród drzew. Ferhan przeklął głośno i odwrócił się gwałtownie.
- Jasna cholera! Co ci przyszło do głowy?!- krzyknął., wskazując palcem w Kaptaha.
- Co mi przyszło do głowy? Co tobie odbiło! Z jakiej racji chcesz się poświęcać dla jakiejś łajzy której nawet nie znasz?!- warknął kompan z wyrzutem.
- Z całym szacunkiem, Kaptah, ale po pierwsze, to ja mam ostateczny głos. Po drugie, dwieście arenów piechotą nie chodzi, a po trzecie, to na tym polega nasza robota, że poświęcamy się dla ludzi, których nie znamy, a nawet więcej, bo podrzynamy gardła nieznanym nam ludziom, mości specjalisto, a po czwarte, to od kiedy straciłeś ochotę do pchania się tam, gdzie niebezpiecznie? O ile pamiętam, to ty pierwszy byłeś do bójki wtedy, w Meenes.
- Siedź cicho...
- O ile pamiętam, to ty wyzwałeś na pojedynek nachlanego karła w Irid-est...
- Siedź cicho, mówię....
- O ile pamiętam nie liczyłeś się z prawem w Kileeneth i przez przypadek poodżynałeś głowy kilku niewinnym ludziom...I o ile pamiętam nasz dawny kompan to ciebie wybrał na jednego z najśmielszych, żeby nas zdradzić...
- Zamknij się, do cholery!- wrzasnął Kaptah, podrywając się z miejsca. Chwycił rękojeść swojego świeżo wypolerowanego miecza i błysnął ostrzem przed twarzą Ferhana.
- Dlaczegóż to, mości kompanie? Bo co zrobisz? Zabijesz mnie? A może żebyś kogoś zabił trzeba ci zapłacić złotymi monetami?- zapytał drwiącym tonem. Jego pozorny spokój wkurzał Kaptaha. I to bardzo.
Zamachnął się i już miał zadać cięcie, gdy Ferhan z czystym opanowaniem po prostu uniósł klingę i się nią ochronił. Kaptaha wkurzyło to jeszcze bardziej, bo zawsze to robił. Zawsze Przywódca stał niewzruszony i oczekiwał na cios przeciwnika, który mógłby zręcznie sparować. Na tyle zręcznie, by przeciwnikowi odechciało się dalszej walki. Tak samo, jak teraz odechciało się Kaptahowi.
- Wybacz stary- burknął.
- Nie ma sprawy- odpowiedział Ferhan, uśmiechając się i chowając swój miecz.
Na tym polegała jego znaczna siła- w kilka sekund potrafił się opanować i nawet po wybuchu gniewu uśmiechnąć. Ale nigdy nie płakał. Nigdy. Według jego mniemania było hańbą dla mężczyzny, jeśli płakał. A zwłaszcza, jeśli widzieli to inni.
- A więc, kompania, wkrótce wybierzemy się do Astre-Kaas. Mamy do zlikwidowania tylko trzy osoby, z czego jednej nam się nie uda pozbyć, bo nie znamy nazwiska zleceniodawcy ani imienia, tego, którego mamy zabić. Więc tylko dwie osoby. Rysopisu też nie mamy, nie wiemy, gdzie bywają, generalnie jeden wielki znak zapytania. Szkoda, że nasz kupiec nie pomyślał o tym wcześniej, bo bez konkretnych informacji nie będzie możliwe podjęcie jakichkolwiek kroków. A wic, moi mili, możemy uznać sprawę za oficjalnie wykonaną.
Inni poparli go śmiechem zadowolonymi głosami. Oni, w przeciwieństwie do Kaptaha od razu wiedzieli, co planuje ich przywódca. Teraz wojownik stał pod drzewem obrażony na cały świat.
- Nie mogliście mi powiedzieć, że tak ma być? Że nie macie najmniejszej ochoty wykonać zlecenia?
- Ależ drogi Kolego, my mieliśmy ochotę wykonać to zlecenie, nawet bardzo, tylko, że zapomnieliśmy powiedzieć temu biednemu panu o kilku istotnych sprawach. Skleroza, drogi kolego.- odpowiedział ze śmiechem Miaen.
- Więc, kiedy wydamy naszą ciężko zarobioną małą fortunkę?- zapytał Aless, odrzucając swoje papiery i przeciągając się bezceremonialnie.
- Niedługo, mam nadzieję- znudziło mi się ciągłe mieszkanie w lesie. Dawno nie byliśmy w żadnym sporym mieście. No, może nie wszyscy- Heth spojrzał wymownie na Ferhana.
- Coś do mnie macie? Miałem jechać, to pojechałem. A teraz macie ni stąd ni zowąd do mnie pretensje? Banda hipokrytów.
- Tak. Którym przewodzisz, Ferhan, którym przewodzisz.

Rozdział drugi

Jechali całą grupą przez błotnistą ścieżkę. Dużo rozmawiali i humory im dopisywały. Heth starał się sprowokować Ferhana, żeby dokładniej opowiedział o pobycie w Kheyre, ale Przywódca nie miał na to najmniejszej ochoty. I to właśnie wzbudziło podejrzliwość u reszty kompanii i szajka swoją przewagą liczebną zmusiła go do mówienia.
- Dobra, dobra, dajcie mi spokój. Dlaczego tak was nagle naszło, żeby mnie męczyć?
- Nudzimy się. Jeszcze wczoraj zabrałeś nam sprzed oczu wizję pozabijania kilku ludzi, a to bardzo negatywnie na nas wpływa, Ferhan.
- Miaen, wiesz co? Udław się sianem. I daj mi spokój.
- Dam, jak tylko coś nam powiesz. W ogóle to dlaczego tak się bronisz? Masz coś do ukrycia?
- A nawet jeśli, to wam i tak bym nie powiedział, ale wcale nie mówię, że coś ukrywam. Po prostu nie mam ochoty na długie wywody jak na spowiedzi, co robiłem, kiedy, o której godzinie, z kim rozmawiałem...
- I już wiedzę pewną sprzeczność w twojej wypowiedzi, Ferhan. Ty wiesz co to spowiedź czysto teoretycznie.
- Jakbyś ty tak często się spowiadał- mruknął Aless. Miaen posłał mu miażdżące spojrzenie i krótką odzywkę, żeby się lepiej zamknął.
- Dobra, dobra. Ferhan, opowiadaj.- Heth chyba rzeczywiście się nudził.
- Niech wam będzie, ale do końca drogi dacie mi święty spokój- odpowiedział herszt, przewracając oczami. Grzywka opadła mu na oczy.
Reszta szajki spojrzała na siebie porozumiewawczo, tłumiąc śmiech. Oczywiście, że damy mu spokój. W przyszłym wcieleniu.
- Miasto się nic nie zmieniło, ciągle ten sam starosta. Wiecie, ten stary pryk, co ciągle mordę w kuflu moczy. Wybudowali chyba tylko jeszcze parę domków, ale poza tym wszystko po staremu. Pierwszego dnia złożyłem wizytę naszemu kumplowi Gheyinowi.
- Że jak?!
- Ano tak. Żyje mu się całkiem nieźle, nie ma najmniejszych wyrzutów sumienia co do naszej małej potyczki, a jego współpracownicy dalej się po świecie gdzieś szwendają i patrzą tylko co by podwędzić i komu tyłek pozawracać. Spotkałem się z nim w karczmie zupełnie przypadkiem, a ten łajdak z serdecznym uśmiechem na twarzy zaproponował mi kufel. Słowo daję, miałem ochotę go na miejscu głowy pozbawić.
- Ale się powstrzymałeś, draniu.
- Niestety. Opowiadał jak mu się żyje, że właściwie już z nikim nie ma problemów, że już nie miesza się w takie sprawy jak ostatnim razem.
- No tak. Ostatnio to on nam niezły numer wykręcił- poparł go młody.
- I mówił, że gdyby nie okoliczności, które go zmusiły do pewnych poczynań, to by nam włos z głowy nie spadł, a on sam chętnie by mnie i Ismenie pobłogosławił.
- A to skur...
- Tak, wiem. Też to samo mu powiedziałem. A on tylko wzruszył ramionami. To wyszedłem stamtąd i nie spotkaliśmy się już. Kilka kolejnych dni właściwie jakoś tak minęło...a w dniu wyjazdu przez przypadek natknąłem się na taką jedną dziewczynę i...
- Uuuuuu...- towarzysze po raz kolejny wymienili porozumiewawcze spojrzenia. I zaczęli zasypywać go pytaniami.
- Ładna jest?
- Jak długo się z nią widziałeś?
- Doszło do czegoś?
- Człowiek?
- Umówiłeś się z nią?
- Ile razy się spotkaliście?
- Zamknąć się! - krzyknął Ferhan.- Dajcie mi dokończyć. Nic nie zaszło, jasne?- po twarzach reszty kompanii można było wywnioskować, że nie bardzo wierzą w tę wersję wydarzeń.
- Oczywiście, że nic nie zaszło, nasz kochany Przywódco. Bo niby dlaczego miałbyś wracać dwa dni po umówionym terminie i migać się od opowiedzenia nam historii z pobytu, skoro do niczego nie doszło.
- Jesteście jak dzieci. Chcecie odpowiedzi na swoje pytania, czy nie?
- Chcemy- odpowiedzieli chórem wszyscy.
- Więc tak. Moje z nią spotkanie było całkowicie przypadkowe. Zastałem ją jak trenowała na jakimś placu. To Kotka. Całkiem nawet ładna, ale nie w moim guście. Walczyliśmy trochę, ale z mojej wrodzonej uprzejmości pozostawiłem tą walkę nierozstrzygniętą. Walczyła całkiem nieźle, ale...brak jej techniki. Robiła świetne akrobacje, ale to tylko z racji przynależności do swojej rasy, poza tym nie można tak po prostu pokonać kobiety, której się nie zna, co?
- Ale pozabijać to już można.
- Daruj sobie, Heth. Zostałem jeszcze dzień i wróciłem do was.
- Ona przez ten dzień była w mieście?
- Nie, wyjechała prawie natychmiast po naszym spotkaniu.
- Cóżeś ty jej takiego zrobił, że się tak spłoszyła, Ferhan?- zapytał młodzik z szerokim uśmiechem na ustach.
- Siana, Aless, siana. Jezu, wy naprawdę jesteście jak dzieci. Te z gatunku straszliwie męczących- uśmiechnął się i popędził konia.
Wiatr rozwiał mu ciemną grzywkę i po chwili już ścigał się mimowolnie z Hethem. Jednak ich wyścig nie trwał długo. Wjechali na wzgórze, ale kiedy tylko podjechali do krawędzi, uśmiech spełzł im z twarzy. Tam, w dole zobaczyli ślad po odbytej niedawno walce. Mnóstwo nie pochowanych trupów, ziemia przesiąknięta krwią. I unoszący się w powietrzu zapach zgnilizny.
- O mój boże...-wyszeptał Miaen, podjeżdżając do krawędzi. Podobnie zareagowała reszta.
Szybko zjechali na dół. Zsiedli z koni i przywiązali je możliwie jak najdalej od pobojowiska, żeby zapach krwi ich nie spłoszył. Przeszli między ciałami. Niektóre z mich były wręcz nieludzko skatowane- poodcinane głowy, pozostałości po wystrzeliwanych harpunach. Parę ciał miało więcej niż jedną śmiertelną ranę- rozcięty wszerz brzuch na tyle, żeby wnętrzności były widoczne, oderwane kończyny i każda z nich poprzebijana ostrzami. Kilka kości wystawało straszliwie przez zielonkawą skórę.
Aless nie wytrzymał- odwrócił się od reszty i gwałtownie zwymiotował. Oni też zabijali, ale nie katowali. Zabijali, ale nie maltretowali ciał. A zwłaszcza tych już martwych. A tymi ciałami ktoś zabawił się po śmierci.
Miaen wyrwał z jednego ciała złamany sztylet i przyjrzał się uważnie symbolom, wyrytym na ostrzu.
- Ihhici.
- Co?
- Byli tu Ihhici. To bardzo niebezpieczne plemię odmieńców, spod Góry Ognia, spod Vethe Viyen. Oni…zbierają części zwłok.
- Co? Po co im części umarlaków?!
- Mają doskonałych nekromantów. Ale nie ożywiają całej postaci umarłego, tylko zbierają części różnych ciał i łączą je w całość, tworząc swoich wojowników. A kalecząc zwłoki uważają, że stworzony przez nich wojownik będzie jeszcze silniejszy, gdyż więcej przeszedł.
- To potworne.
- Potworne? Spójrz na to- wskazał rów, nad którym stał.
Aless zwymiotował ponownie.

Wieczorem, kiedy słońce już zeszło z horyzontu i zaczynało się już robić ciemno, kompania rozbiła niewielki obóz z daleka od pobojowiska. Chcieli jednak tam wrócić, aby nazajutrz zakopać zwłoki elfickich żołnierzy. Albo raczej ich niewielkie części. Elf, czy nie i tak należał im się pochówek.
Ogień jasnym światłem omiatał smutne twarze ludzi Ferhana. Wszyscy zastanawiali się nad jednym: jak można uprawiać takie okrucieństwo? Jak można bezcześcić coś, co już nie żyje i nie może się obronić? Jak można nie pochować lub nie spalić ciał, lecz je beznamiętnie rozgrzebać?
Nagle Miaen zabrał głos, jakby chcąc wyjaśnić im ich myśli.
- Ihhici to plemię ze Wschodniego Królestwa. Mają długą tradycję i historię, ale najczęściej niezbyt przyjemną. Mam na myśli to, że to plemię jest bardzo niebezpieczne i bardzo agresywne, a większość ich historii to wojny. Jeśli chcecie, opowiem wam coś o nich.
- Mów- szepnął Aless. Widok w rowie bardzo nim wstrząsnął i inni byli pewni, że tej nocy nie zaśnie. Był jeszcze młody, nie osiągnął pełnoletności, a w kompanii znalazł się przypadkiem. A właściwie z obowiązku nałożonego na Hetha, który był jego przyrodnim bratem i musiał go wziąć w opiekę, gdy zginęli jego rodzice.
- Ihhici obecnie zamieszkują tereny górzyste na wschodzie Północnych Krain a także granicę między Północnymi Krainami i Wschodnim Królestwem, czyli Vethe Viyen i Vethe Wsschhaire. Lub jak kto woli Góry Viyen i Wsschhaire. Mają lekko zielonkawą skórę, a ich oczy nie mają białek. Ich białka są koloru szarego, tak, że zlewają się z resztą oka i właściwie z daleka można twierdzić, że to nie oko, lecz pusty oczodół. Mają może z 1,50m wzrostu, krótkie ręce i trójpalczaste dłonie, zakończone zakręconymi ku dołowi pazurami, z którymi nie radzę się spotkać, bo wasze twarze ozdobi jeszcze gorsza blizna niż moja, jeśli w ogóle zostaniecie przy życiu. Ihhici mają tylko dwie profesje: wojownik i nekromanta. Nekromanci mają na swoje usługi armie wojowników. Taka armia ma tylko jeden cel- rozbić dużą ilość nieprzyjacielskich wojsk, zmaltretować ciała i w zależności od rozkazów nekromanty, przynieść odpowiednie, brakujące części lub organy. Kiedy wszystko jest już gotowe, nekromanta złącza w całość wszystko, co ma i tworzy Nieumarłego Wojownika. Taki Nieumarły jest zazwyczaj dużo wyższy od Ihhity, ale mniej od niego sprawny. Przez rozkład swojego ciała nie może poruszać się zbyt szybko, ale zadane przez niego rany są bardzo trudne do wyleczenia, o ile nie śmiertelne. Nieumarli w służbie Ihhitów zazwyczaj posługują się maczugą, bo łatwo ją utrzymać w dłoni i może zadać duże straty.
- Zaraz zaraz. Ale jeśli mają tylko dwie profesje, to co robią i po co „produkują” Nieumarłych?- zapytał Aless, nie przestając wpatrywać się w płomienie.
- Widzisz, Nieumarli to inna sprawa. Ihhici tworzą armię Nieumarłych nie dla siebie. Część wojsk oczywiście pozostaje w górach, ale plemię wysyła swoją armię innym krainom. Są jakby „posiłkami dla wszystkich” to znaczy, że jeśli jakieś Miasto potrzebuje wsparcia, a nie może go uzyskać, to jeśli nie mają nic przeciwko bestialstwu, w jaki są tworzeni wojownicy, to może o nich poprosić. Oczywiście Ihhici żądają zapłaty, ale jest ona raczej symboliczna. Część wyprodukowanego w ten sposób wojska zostaje w górach, w razie ataku. Ale często jest ich zaledwie do dwudziestu, bo zawsze stacjonuje w mieście przynajmniej połowa wojowników.
- Dlaczego to plemię tak postępuje? To im się opłaca?
- I tu trzeba wrócić do ich historii. A właściwie mitu. Otóż, kiedyś Ihhici mieli własną krainę i ta część gór, w której mieszkali, była ich osobnym królestwem, tak jak dzisiaj ziemie we władaniu elfów czy ludzi. Nazywała się Ihhia, stąd ich obecna nazwa. Mit mówi o tym, jak pomiędzy władcą ich krainy a następcą tronu rozgorzał spór. Jeden z nich, Tryien chciał rządzić jako władca absolutny i krwawo tłumić wszystkie bunty, a Królestwa, które będą ich atakować po prostu rozgromić za wszelką cenę. Drugi- Fennkler miał większe prawa do tronu, ale wolał, żeby panowała demokracja. I wolał raczej drogę dyplomatyczną rozwiązywania konfliktów. Pewnego dnia Tryien zmówił się z władcą pobliskiego Królestwa, żeby przekonać Fennklera do zbrojnych działań, że zainscenizują najazd. Król miał za to dostać 300 skrzyń złota, a Tryien liczył na poparcie ludu, jeśli uda mu się przepędzić wrogów. Kiedy najazd nastąpił, Tryien stanął przed miastem i wygłosił wszystkie swoje teorie, ale niezbyt wiele ludzi chciało, żeby rządził: nie podobały im się tak Drakońskie kary i woleli dobrodusznego Fennklera. Ten natomiast, uległ namowom następcy tronu i postanowił zaatakować nieprzyjacielskie wojska. Tryien zdradził sąsiednie Królestwo, podając fałszywe informacje o swojej armii i miejscu ich stacjonowania, przez co Fennkler zaskoczył ich i spisek zamienił się w rzeź. Fennkler zwycięsko wyszedł z tej walki, gdyż Król nastawiony tylko na inscenizację i łatwy sposób zdobycia pieniędzy, nie wybrał najlepszych swoich wojowników, lecz jedynie kilku z nich było wojskowym z fachu. Tryien ponownie stanął przed miastem i tym razem oficjalnie ogłoszono go władcą Ihhiy, ponieważ sprawdziły się wszystkie jego teorie i przypuszczania. Postępowanie nowego Króla Ihhiy rozgniewało bardzo Wielką Boginię i zesłała klątwę na królestwo- wskrzesiła potępione dusze zabitych i umieściła je w ciałach żołnierzy Fenklera. Także dowódcę armii. Byli oni tylko marionetkami w ręku dowódcy, który wstąpił w ciało Fenklera. Kiedy dowiedział się o tym Tryien, usiłował uciec z miasta. Ale Bogini ukarała go za tak wielką żądzę władzy, nasyłając na niego armię Nieumarłych Dusz. Napadli oni na władcę, a kiedy umierał, zwrócił się do Wielkiej Bogini, z prośbą o łaskę. Bogini spełniła jego prośbę, ale spętała jego ciało i duszę, czyniąc z niego nekromantę i skazując na wieczne towarzystwo zawistnych nie myślących i widok żyjących rozkładających się ciał. Pogodził się z losem i starał się wykorzystać to, czym go obdarzono. Szybko odkrył, jakie siły mają jego podwładni i do czego najlepiej się nadają. Ale zauważył też, że Nieumarli potrzebują kontaktu ze świeżymi zwłokami, jeśli chcą długo przetrwać. Dlatego za pomocą nowo nabytych mocy rozkazał im napaść na niewielką grupę i zabić. Zażądał różnych części zwłok, ale nie mogły pochodzić od jednego dawcy. Stworzył pierwsze swoje dzieło, Nieumarłego Wojownika, którego udoskonalał przez lata. W końcu osiągnął satysfakcjonujący efekt. Stworzył szereg Nieumarłych i zaproponował współpracę zbrojną pomiędzy Królestwami. Ale Bogini nie dała mu swobody, rozkazała, by prowadził swą działalność na tyle, na ile może, ale zabroniła mu przyjmować kosztowności za to, co robi, żeby wiedział, że to kara i że będzie ciężko pracował, dostając za to niewiele. Wydawało mu się, że tylko na niego padnie taki los. Ale jego wszyscy potomkowie związani byli przez Boginię i cały jego ród został nekromantami. Reszta Ihhitów to wynik krzyżowania jego rodu z rasą Zachodu. W końcu wszyscy uzyskali taki sam wygląd i tylko niewielu pamięta, dlaczego rodzi się ze zdolnościami nekromanty. Więc właściwie profesja to nie jest. Oni się rodzą wyznaczeni do jakiejś działalności. Albo w szeregach armii, żeby wykonywać polecenia „sił wyższych” albo żeby rządzić na tyle, na ile pozwalają im więzy.
Miaen skończył swoją wypowiedź. Nikt nic nie powiedział, choć zastanawiali się, skąd o nich tyle wie.
- Idźmy spać. Czeka nas jutro ciężki dzień- odezwał się Ferhan, nie patrząc na nich.
Rzucił im wyjęte wcześniej koce i ułożyli się przy ognisku. Pierwszą wartę dostał Aless. Ale szybko zasnął, przerażony bliskością przyszłego cmentarzyska. Ciągle miał mnóstwo pytań.
Nazajutrz wszyscy poza młodym chłopakiem poszli grzebać ciała. Alessowi przyszło w udziale wykąpanie i nakarmienie koni, sprawdzenie ekwipunku, stworzenie listy niezbędnych rzeczy, potrzebnych do kupienia. Entuzjastycznie przyjął tę myśl, gdyż samo wspomnienie ludzkich organów wywoływało w nim dreszcze.
Heth cały czas tworzył drewniane krzyże, które wbijali później w kopce z ziemi.
Miaen i Ferhan, jako najodporniejsi z grupy, zbierali porozrzucane części żołnierzy.
Kaptah wyjmował bronie z ciał, starając się ich jeszcze bardziej nie zepsuć. Po kilku godzinach wyrósł przed nim pokaźny stos różnorodnego oręża. Zgodzili się, że zabiorą ze sobą to żelastwo i sprzedadzą. A niektóre miecze, harpuny, włócznie, tarcze i sztylety były warte naprawdę wiele.
Skończyli późnym wieczorem, a i tak mieli sporo szczęścia, że polana była stosunkowo niewielka. Byli bardzo znużeni, ale teraz ich wszystkich przelękła wizja nocowania w pobliżu świeżego cmentarza. Wyruszyli natychmiast.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...