Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Lor Norwen Wrota - Księga V \"Utracona nadzieja\"

alesor ·

I
- Trolle!!! Włócznicy na przód, łucznicy strzelać na mój rozkaz! - wrzasnął Dimitri. Do dowodzonych przez niego oddziałów zbliżał się szereg odzianych w grube, metalowe zbroje trolli - trzymetrowych stworzeń o szarej, oślizgłej skórze i dwóch rogach osadzonych po obu stronach ozdobionej ohydnym uzębieniem szczęki. Nie miały nosów, jedynie parę malutkich, czarnych oczu umieszczonych blisko siebie na odrażającej, płaskiej twarzy. Każdy z olbrzymów dzierżył w dłoni wielki, żelazny młot pokryty kolcami. Od elfów dzieliło ich zaledwie kilkanaście metrów.
- Strzelać!!!- wydał komendę Dimitri. Kilkudziesięciu łuczników wystrzeliło w zbliżające się trolle. Większość strzał odbiła się od zbroi, ale niektóre śmiertelnie raniły przerażające potwory.
- Włócznicy! Ustawić się w pozycji obronnej! - Wojownicy skoczyli do przodu i oparli trzony długich włóczni o ziemie. Mniej więcej połowa trolli nabiła się na elfie ostrza, lecz reszta miażdżyła już młotami najbliżej stojących przeciwników.
- Strzelać bez rozkazu!!! - Zawołał dowódca, po czym wyjął ze skórzanej pochwy lśniący miecz i ruszył w kierunku najbliższego olbrzyma. Ten zauważył go i wymierzył cios wielkim młotem. Dimitri uchylił się przed nim, a następnie uderzył ostrą klingą miecza w nieosłonięte zbroją miejsce na pokrytej oślizgłą skórą nodze. Troll jęknął i padł na ziemię, a elfy dobiły go, wykorzystując chwilową bezbronność.
Dimitri rozejrzał się. Reszta nie radziła sobie już tak dobrze, a inne flanki zaczęły się powoli wycofywać, tłumione przez wrogą armię. Jeden z kapitanów o imieniu Unar zjawił się nagle przy boku dowódcy i rzekł:
- Reomel i Jeler wycofują swoje oddziały! My też powinniśmy to zrobić! Sami nie damy im rady!
Dowódca kiwnął potakująco głową, mówiąc:
- Biegnij do Elenorela, niech przyśle tu centaurów. Będą musieli odpierać przez chwilę wroga, żebyśmy mieli czas uciec na skały - Ledwo skończył to mówić, Unar przeciskał się już pomiędzy wojownikami.
Nagle Dimitri usłyszał ogłuszający ryk. Spojrzał w górę i zobaczył jednego z Nekromenów, smoków, zwanych także demonami ognia. Smok, spowity płomieniami, wylądował tuż za Dimitrem, o mało nie przygniatając go długim ogonem. \"Jesteśmy bez szans\" pomyślał dowódca, a następnie zaczął uciekać od ognistego stworzenia, wołając:
- Zjawiły się Nekromeny!!! Wycofać się! Wycofać się na skały! Na skały, wszyscy na skały!!! - Tuż obok rozbiła się ognista kula. Wybuch odrzucił go na kilka metrów. Dimitri uderzył o skalne podłoże. Jego rękę przeszył ostry ból. Na przedramieniu widniała paskudna, skąpana w krwi rana. Odwrócił się i zobaczył, że to smok go zaatakował, a teraz pełznie ku niemu. Cały poobijany, dowódca podniósł się ledwo i zaczął uciekać od Nekromena, lecz ten był już prawie przy nim. I nagle ból w ręce ustąpił. Wtedy Dimitri wydobył ponownie miecz z pochwy, obrócił się i uderzył nim w wielki, płonący łeb. Smok ryknął, a następnie okropnie rozwścieczony stanął na dwóch łapach i plunął strumieniem ognia. Dimitri uniknął czerwonozłotych płomieni, jednak skrawek jego płaszcza zaczął się tlić. Zrzucił okrycie i przygotował się do zadania kolejnego ciosu lecz Nekromen był szybszy i uderzył długim ogonem w dowódcę tak, że ten przeleciał kolejne kilka metrów, spadając na dwóch wojowników. Wstał szybko i od razu odskoczył, bo ognisty demon znów się zamachnął, przygniatając obydwu elfów, a następnie popatrzył na to, co z nich zostało. Dimitri wykorzystał ten moment i wbiegł pomiędzy tłum walczących żołnierzy. Smok rozglądał się za nim uważnie, lecz po kilkunastu sekundach dał sobie spokój z poszukiwaniami i zaczął miotać ogniem w każdego przeciwnika napotkanego na swojej drodze. Wtedy nie wiadomo skąd nadleciała pojedyncza strzała, raniąc Nekromena prosto w oko. Zawył z bólu i zaczął się miotać, miażdżąc wszystkich wokoło. Nagle zastygł, widząc Dymitri\'ego tuż przed nim. Dowódca trzymał łuk, który smok szybko skojarzył ze strzałą ciągle tkwiącą w jego zalanym krwią ślepiu. Oszalały, rozdziawił paszczę i rzucił się na przywódcę elfów. Lecz on tylko na to czekał i gdy Nekromen był już wystarczająco blisko, wypuścił kolejną strzałę. Ta przebiła podniebienie potwora, który padł martwy na ziemię, przygniatając Dimitri\'a ogromnym cielskiem.

II
Genlair stanął na wzgórzu, a jego oczom ukazał się zadziwiający widok. Setki namiotów wojennych stały na wielkim, kwiecistym polu. Wszystkie były puste. Genlair wjechał wraz ze swoim orszakiem na ścieżkę biegnącą pomiędzy nimi. Od czasu do czasu można było zauważyć kobiety lub starców, siedzących na trawie i wypatrujących czegoś na linii horyzontu- jakby na coś czekali .
- Przybyliście!!! - ozwał się nagle ktoś, w kogo głosie można było wyczuć nieposkromioną radość.
- Jakież to szczęście, że w końcu nadeszliście - Naprzeciw orszaku stanął elfi rycerz, na jego twarzy widniał szeroki uśmiech.
- Wojska czekają za wzgórzem? Trzeba je szybko wysłać na Szare Równiny, bitwa już się tam toczy, Elenorel wyruszył zaledwie z oddziałami elfów oraz Centaurów, całkowicie stracił nadzieje na to, że ktokolwiek jeszcze się zjawi. A tu proszę, armia Elohiriama! Jak przypuszczam jesteś naczelnym dowódcą? - na te słowa Genlair zbladł.
- Ja... to znaczy... król... ja nie.... Znaczy król wysłał nas... ten orszak... sądził... chciał się dowiedzieć, o co w ogóle chodzi... dlaczego Elenorel tak panikuje – wyjąkał. Elf otwierał i zamykał usta, jakby chciał coś powiedzieć, po czym padł na kolana i zakrył twarz dłońmi. Słychać było tylko jego szept:
- Jesteśmy zgubieni, zgubieni…
- Nie powiesz chyba, że naprawdę odrodziły się oddziały diabelskie z czasów drugiej wojny? - zapytał posłaniec.
- Z czasów drugiej wojny? Nie, te są jeszcze potężniejsze - odpowiedział rycerz. Genlair patrzył przez chwilę na niego, po czym rzekł:
- Więc powiedz nam, gdzie toczy się bitwa. Jeżeli to, co mówisz jest prawdą, od razu wyprawię swoich gwardzistów do Elohiriama.
- Stąd jedźcie prosto na zachód, aż zobaczycie wielkie skały. To u ich podnuża trwa walka. - Elf wstał i wszedł do jednego z namiotów, ale w wejściu obrócił się, mówiąc:
- I to tam rozpocznie się zagłada tego świata - Genlair wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał wojownik, po czym zawołał do swojego orszaku:
- Więc jedziemy, zawracać! Jedziemy na zachód!

III
- Królu, królu!!! - Usłyszał Elenorel, rozejrzał się wokoło i zobaczył Unara wspinającego się po skałach.
- Och! Panie. Dimitri potrzebuje pomocy! Prosi, aby centaury zatrzymały wroga, by sam mógł wycofać wojowników. Elenorel spojrzał po raz kolejny na pole bitwy. Reomel i Jeler wycofali się już na skały, gdzie udało im się chwilowo zatrzymać wroga. Oddziały Dimitriego były prawie całkowicie otoczone - bez możliwości ucieczki.
- Pomożemy mu - przemówił mistrz centaurów, który zjawił się nie wiadomo skąd.
- Tak, ale jak tylko znajdą się pomiędzy skałami wy też musicie uciekać, ta bitwa jest już przegrana.
- Tak jak wojna - odpowiedział centaur.
- Może aniołowie ponownie przyjdą nam z pomocą.
- Nie tym razem - rzekł centaur, po czym zadął w wielki róg, a następnie zaczął zeskakiwać ze skały na skałę. Na polu bitwy pojawiły się oddziały centaurów. Zdawały się być księżycem, przedzierającym się przez nieskończoną czerń nocy.
- A co ja mam robić, panie? - zapytał Unar.
- Pójdziesz za mną po oddziały Reomel\'a i Jeler, wracamy do naszego kraju, nie ma sensu dłużej walczyć.

IV
Wokół słychać było wrzaski, brzęk mieczy uderzających o tarcze lub zbroje, wszystko spowite słodkim zapachem krwi. Dimitri leżał bez ruchu, przygnieciony ogromnym cielskiem smoka, nie był w stanie poruszyć nawet palcami u dłoni. Zamknął więc oczy i zaczął wsłuchiwać się w odgłosy bitwy.
- Strzelać! - usłyszał. Pewnie któryś z kapitanów przejął za niego dowodzenie. Krzyk Neunadelinów. „Pewnie mocno oberwali” pomyślał. Odległy tętent kopyt. „Może to centaury?” Tętent stawał się coraz głośniejszy, a Neunadelinowie zaczęli wrzeszczeć wniebogłosy.
„Tak, to na pewno centaury”.
- Gdzie Dimitiri? - spytał ktoś.
„O! Pytają o mnie”.
- Najpewniej poległ. - odpowiedział inny.
„Jak miło”.
- My zatrzymamy wroga. - powiedział któryś z centaurów.
- Mamy chwilę na ucieczkę, teraz!!! Biegnijcie na skały!!!
„Ciekawe czy ktoś mnie znajdzie?” Znowu, tylko świsty strzał, brzęk metalu, krzyki i tak przez jakieś pół godziny.
- Mistrzu centaurów, mistrzu centaurów! - usłyszał krzyk.
- O co chodzi?
- Wiem, gdzie jest Dimitri, a przynajmniej jego ciało.
- Więc prowadź.
- Jest tam, pod cielskiem Nekromena.
- Neklomien, Daimien, podnieście smoka –rzekł centaur. Dirmitri poczuł ogromną ulgę, a światło dzienne oślepiło go, mimo że niebo było całkowicie zachmurzone. Zdawało mu się, że spada w dół, w nieskończoną przepaść.

*
Otworzył oczy. Nad nim rozpościerała się aksamitna czerń, upstrzona świetlistymi punkcikami.
- Czy ja umarłem? Przecież nie mogłem, jestem wampirem. – wyszeptał.
- Och nie, przyjacielu, to tylko niebo nad nami. Chociaż przyznam, dla zwykłego człowieka kilkugodzinne leżenie pod Nekromenem skończyłoby się śmiertelnie. - Dimitri rozejrzał się. Przy nim szedł Elenorel, a on sam leżał na noszach niesionych przez dwóch elfów.
- Co się stało? - zapytał.
- Wycofaliśmy się, bitwa i tak z góry była przegrana, trzydzieści tysięcy wojowników przeciwko stu pięćdziesięciu tysiącom. Ach! Śpij, przyjacielu, śpij. - zakończył Elenorel, a następnie pogrążył się w myślach. Wiatr wiał łagodnie, wprawiając Dimitriego w senny nastrój. Dowódca poczuł, że powieki są coraz cięższe, aż w końcu ponownie zasnął.

V
Anenal jechał wąską ścieżką, a towarzyszyła mu uczennica, Ganlarien. Wokół zaległa nieprzenikniona ciemność, na niebie świeciły tylko pojedyncze gwiazdy. Po obu stronach drogi rosły drzewa: świerki, sosny, dęby, a każde z nich zdawało się być upiorem o wielkich, zakończonych szpiczastymi palcami dłoniach.
- Przestałam to czuć, mistrzu. - powiedziała Ganlarien rozdygotanym głosem.
- Tak, ja też. - odpowiedział Anenal.
- Czy to oznacza, że bitwa dobiegła już końca? - zapytała.
- Najprawdopodobniej. Dziwię się, że... – ale urwał, bo uczennica wrzasnęła, a po chwili wisiała już w powietrzu trzymana za ciemnobrązowe włosy przez jedno z ramion wielkiego jesionu. Czarodziej wyciągnął z pochwy miecz, lecz ten został mu wyrwany z rąk przez wielki dąb, który machnął gałęziami, zrzucając jeźdźca z siodła.
- Dogrian efto lore mekano! - zawołał czarodziej, wciąż leżąc na ziemi i wyciągając w kierunku drzewa Kielienon, z którego buchnął strumień ognia. Dąb stanął w płomieniach i machając konarami starał się dosięgnąć wroga, ale Anenal zdążył odczołgać się do tyłu.
- Pomóż!!! - usłyszał krzyk. Spojrzał w górę i zobaczył Ganlarien wciąż trzymaną przez jesion.
- O cholera - zaklął pod nosem. – Enerftrome! - Drzewo pokryło się lodem, upuszczając adeptkę. Spadła na ziemię, wydając z siebie tylko krótkie \"Auuu\".
- Las! Las ożył!!!- zawołała. Drzewa po obu stronach ścieżki wpadły w szał, zaczęły miotać potężnymi ramionami we wszystkie strony.
- Redariego! – wrzasnął Anenal. Nastała głucha cisza. Leśna gęstwina nagle zamarła.
- Szybko, musimy uciekać zanim zaklęcie przestanie działać. – wydusiła z siebie Ganlarien.
- To świadczy o tym, jak dużo musisz się jeszcze nauczyć - oświadczył czarodziej, po czym wyjął z kieszeni płaszcza małą buteleczkę z niebieskim płynem, odkorkował ją i powiedział:
- Nedelinao, okto le patrun. - Z buteleczki wydobyło się błękitne światło, przebiegając wzdłuż ścieżki.
- No, to teraz mamy jakieś pół godziny na wydostanie się z tego potwornego lasu. - powiedział, a następnie zaczął iść powoli drogą. Ganlarien dogoniła go, wołając:
- Tego nas nie uczyli!
Anenal uśmiechnął się do niej.
- Czemu nas zaatakowały? Myślałam, że drzewa na pograniczu Elfiego Królestwa są łagodne i spokojne – zapytała.
- Tak, są. Ale te tutaj musiały pić czarną wodę.
- Co to jest \"czarna woda\"?
- To woda, którą Ona włada. Łzy diabelskie, z których się zrodziła. Musiała napoić nią te biedne drzewa, dlatego zrobiły się takie dzikie i niebezpieczne... A teraz chodź, przed nami jeszcze długa droga.

VI
Zapadła noc. Genlair i jego orszak wciąż jechał we wskazanym przez elfa kierunku. Słychać było tylko stukot podków uderzających o kamieniste podłoże. Na niebie brakowało księżyca, który oświetlałby drogę. Nagle na zachodzie zajaśniała lekka, pomarańczowa poświata.
- Panie... - powiedział jeden z gwardzistów, lecz Genlair mu przerwał.
- Tak, widzę, to chyba światła pochodni. Na wszelki wypadek schowajmy się za kamieniami. - Cały orszak skrył się za najbliższymi skałami. Po chwili było już wyraźnie widać ogień pochodni oraz sylwetki niosących je wojowników.
- Dobra, wychodzimy, to elfy - zawołał Genlair i zaczął iść w kierunku armii elfów.
- No więc jednak udało wam się zwyciężyć wroga! I po co było tyle krzyku?! - zawołał. Wojownicy patrzyli na niego ponuro, jeden z nich szepnął coś na ucho drugiemu, po czym ten powiedział:
- Pójdź za mną, panie. - Genlair od razu wywnioskował z ich reakcji, że jednak się pomylił, więc kazał swoim ludziom maszerować obok wojsk, a sam poszedł za elfem. Szedł i szedł, mijając po drodze mnóstwo rannych, niektórzy niesieni na noszach, inni jęczący z bólu. Odór krwi i gnijących powoli ran roztaczał się wokoło, zapierając dech w piersiach.
- Kim jesteś? - usłyszał jakby z oddali pytanie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że było skierowane do niego. Popatrzył przed siebie. Zobaczył elfa odzianego w purpurowy płaszcz.
- Genlair, posłaniec Elohiriama. - odpowiedział. - Przybyłem...
- Wiem, po co przybyłeś - przerwał Elenorel.

VII
- Ruszać się! - dowódca minotaurów zadął w róg.
- Wstawać, podnieść te leniwe tyłki, już świta, zaraz ruszamy! - Niektórzy z mniotaurów zaczęli podnosić się z ziemi, lecz większość chrapała jeszcze głośno w namiotach, lub leżała pod kocami.
- Pobudka!!! - wrzasnął ponownie, pochwycił polano z paleniska i cisnął nim w najbliższego ze śpiących. Ten zawył i zerwał się natychmiast na nogi. Jego krzyk obudził resztę minotaurów, którzy zorientowawszy się, że nic się nie dzieje, zaczęli sięgać po broń i zakładać zbroje.
- Szybciej, gnidy, no szybciej mówię!!! - Uzbrojeni wojownicy mozolnie ustawiali się w szeregu, trwało to jakieś pół godziny i doprowadzało dowódcę, Nors\'a, do szału. Kilku ciągle jeszcze ziewało, albo raczej muczało donośnie. Nors zadął ponownie w wielki róg i ryknął:
- Ruuuuuuuszaaaaaaamyyyyyyyy!!! - Pięćdziesiąt tysięcy zbrojnych zaczęło maszerować na wschód. Nors szedł na ich czele. Nagle zatrzymał się, bo nie wiadomo skąd tuż przed nim pojawiła się wielka kałuża, jej woda była ciemna... zdawała się być nieskończoną otchłanią. Wynurzyła się z niej postać o czarnych, długich włosach i w białej, zdobionej srebrnymi wykończeniami sukni. Była piękna. Skóra gładka jak u brzoskwini, a oczy jak czyste złoto. Nors ukląkł przed nią mówiąc:
- Już wyruszamy, pani.
- Doskonale. Zabijcie wszystkich mężczyzn, a dzieci i kobiety weźcie na niewolników - rzekła Nott. Głos był słodki; wszystko, co powiedziała brzmiało jak piękna pieśń, mimo że były to słowa okrutne i pozbawione jakichkolwiek uczuć.
- Tak, pani. - odpowiedział minotaur.
- Więc idźcie! - rozkazała, po czym znikła w wodnej otchłani.

VIII
- To niemożliwe. - powiedział Genlair, wysłuchawszy Elenorela. Przystanął na chwilę i zakrył twarz rękami. Słońce podniosło się już znad horyzontu.
- Zarządź postój. W końcu maszerowaliśmy całą noc. Wyruszymy ponownie w południe. - rzekł elfi król do najbliższego z wojowników. Po dłuższej chwili cała armia się zatrzymała. Niektórzy zaczęli przygotowywać posiłki i rozpalać ogniska.
- Jak to możliwe? Kiedy zdążyła to zrobić? - zapytał Genlair.
- Sądzę, że ponad pięć tysięcy lat to wystarczająco dużo czasu. - odpowiedział mu Elenorel, po czym zaczął wpatrywać się we wschód słońca. Genlair przysiadł na kamieniu, pogrążając się w myślach.
- Panie! Dimitri, coś się dzieje z Dimitrim! - usłyszał Elenorel. Zobaczył elfa, biegnącego w jego kierunku. - Panie, za mną! Musisz coś z tym zrobić, on jest chyba opętany!
Król nie zadając zbędnych pytań, rozkazał:
- Prowadź!
*
Dimitri ocknął się. Nad nim pochylał się z zamkniętymi oczyma Elenorel, szepcząc elfie zaklęcia. Wokół stało mnóstwo nie mogących oderwać od nich wzroku wojowników.
- Nic mi nie jest. - powiedział Dimitri. Król otworzył oczy i uśmiechnął się. Wampir odwzajemnił uśmiech, po czym jego ciało ogarnęła ostatnia fala bólu. Wydał z siebie zduszony okrzyk i zemdlał.##edit_byfrija 2006-05-12 21:27:28##ed_end####edit_byfrija 2006-09-08 14:54:33##ed_end####edit_byfrija 2006-09-09 09:23:45##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...