Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Lost. Zagubieni inaczej

hasta ·

Kiedy ostatnie promienie zachodzącego słońca zniknęły za horyzontem, Hasta i sir Roger zatrzymali konie. Znaleźli dobre miejsce na obóz. Nikt nie nazwałby go najlepszym, ale w środku lasu jeźdźcy nie mieli dużego wyboru. Od razu zabrali się do roboty. Hasta zajął się wierzchowcami, a sir Roger sprawdził bezpieczeństwo okolicy i rozpalił ognisko. Mężczyźni w milczeniu zjedli kolację w postaci resztek mięsa i suszonych owoców. Potem położyli się obok siebie i zasnęli.
Sir Roger znów śnił o domu, o prawdziwym domu, który znalazł wśród elfów. Widział Salix, swoją ukochaną i ich małą córeczkę. Znów śpiewał Pieśń Poranną z Hastą, by obwieścić mieszkańcom wioski, że wstał nowy dzień. Po raz kolejny wędrował bez celu po wiosce czując, że został przyjęty do społeczności elfów. Śmiał się i płakał razem z nimi. Był jednym z nich.
Obudził go śpiew. Tak dobrze mu znany ton, spokojny i delikatny jak wiosenny poranek. Sir Roger otworzył oczy. Przy nowo rozpalonym ognisku, nad którym piekł się świeżo upolowany zając, siedział Hasta i śpiewał Pieśń Poranną, tak pięknie jak zawsze. Rycerz przyłączył się do śpiewu, na co Hasta zareagował lekkim uśmiechem.
Po śniadaniu mężczyźni ruszyli w dalszą drogę. Już dzisiaj mieli wjechać między ludzkie siedziby. Ta myśl dodawała sir Rogerowi sił, nie widział innego człowieka od prawie siedmiu długich lat. Hasta czuł nie mniejsze szczęście, mimo iż był elfem, miał wśród ludzi wielu przyjaciół.

Mężczyźni galopem wjechali do miasta, jednak po kilkunastu metrach wstrzymali konie i rozejrzeli się dookoła. To co zobaczyli, zupełnie nie przypominało małego średniowiecznego miasteczka, z którego pochodził sir Roger... Wszystko tu było za duże i zbyt szare, nawet twarda droga, na której konie nie zostawiały śladów. Dookoła piętrzyły się ogromne budynki, które nie dość, że nie przypominały dawnych, krytych strzechą chat, to jeszcze były ich zupełnym przeciwieństwem. W ogóle nie można było dojrzeć ich dachów, były błyszczące, można było się w nich przejrzeć jak w zwierciadle.
- Cóż to jest?! - zawołał Hasta.
- Co za moce nieczyste ogarnęły to urocze miejsce? - wykrzyczał sir Roger.
Mężczyźni rozejrzeli się uważnie. Ludzie, którzy przechodzili obok, usiłowali nie zwracać na nich uwagi, jednak zdarzało się, że ten i ów młodzian chichotał pod nosem, gdy ich dostrzegał. Wszyscy ci ludzie byli przedziwnie ubrani, w zupełnie niepraktyczne, zupełnie niekolorowe lub aż za bardzo ubarwione rzeczy. Rzadko która kobieta nosiła suknię, większość ubierała się jak mężczyźni.
Wędrowcy zsiedli z koni. Sir Roger podszedł do jakiegoś starca, prowadząc konia za sobą.
- Wybacz, mości panie, iż zakłócam Ci spokój - zagadnął - lecz czy byłbyś łaskaw wyjaśnić mi cóż to za przedziwne budowle sięgające nieba?
Starzec przyjrzał mu się znad okularów.
- A idź ty młokosie skubany - zaskrzeczał. - Bo jak laską przez grzbiet przejadę to ino roz! Nie będę odpowiadał na żadne pytania! - odszedł mamrocząc pod nosem. -Ankietery durne... Zaraza...
Sir Roger stał w miejscu zaskoczony. Hasta zaczepił dwie młode panny, z których jedna bardziej była zainteresowana jego koniem.
- Przepraszam panienki - mówił Hasta. - Powiedzcie mi proszę...
Zamilkł zdumiony patrząc jak jedna z dziewcząt wyciąga z ucha kawałek sznurka z metalową końcówką.
- Możesz powtórzyć? -zapytała.
- Oczywiście panienko. Powiedzcie mi proszę, czym są te przedziwne budowle, czy to jakieś świątynie?
Dziewczęta rozchichotały się.
- Oczywiście, że nie przystojniaku - powiedziała ta, która mówiła już wcześniej. - To zwykłe bloki mieszkalne. A kościół jest dalej... Na drugich światłach w lewo - wskazała kierunek.
Hasta zdumiał się.
- Na światłach...? A cóż to takiego?! Och jej!!!
Tuż przy tylnych nogach wierzchowca elfa zatrzymał się z demonicznym warkotem i wrzaskiem wielki blaszany korpus na kołach. Trochę przypominał on wóz, ale nie był zaprzęgnięty. Z tej dziwnej machiny wyszedł człowiek, był bardzo zły. Dziewczęta odeszły ukradkiem.
- Co to za nowe zasady?! Tu się nie jeździ konno! Coś pan se kurna myślał?! Mogłem panu zwierzę rozjechać! Zaraz zadzwonię na policję!
Człowiek wyjął ze swego ubrania jakiś mały przedmiot i po prostu rozpoczął dość niecenzuralną mowę do jednego z jego końców. Hasta wrócił do sir Rogera.
- Rogerze! To mi się bardzo nie podoba! Tu naprawdę muszą rządzić jakieś złe czary. Może szatan przejął władzę nad tymi ludźmi?
- To rzeczywiście jest bardzo nietypowe Hasto... Sam nie wiem czy mamy nawracać tych ludzi, czy też lepiej byśmy opuścili to przeklęte miejsce?
- Odejdźmy stąd natychmiast.
Wędrowcy dosiedli koni i ruszyli w drogę powrotną, jednak rycerz nie mógł się powstrzymać przed wykrzykiwaniem:
- Ludzie! Nie dajcie się usidlić szatanowi! Zwalczajcie moce nieczyste! Wyrzeknijcie się diabła!
Ci których mijali, klepali się po czołach.

Mężczyźni wyjechali z miasta. Kilka minut potem Hasta ustrzelił z łuku przebiegającego obok niewielkiego psa, trafiając bezbłędnie w samo serce. Nie przepadali za psim mięsem, ale nic lepszego pod ręką. Rozbili obóz za zabudowaniami. Rozniecili ognisko i upiekli pieczeń z psa. W trakcie jedzenia zbliżyło się do nich kilku mężczyzn. Nie odpowiedzieli oni na zaproszenie do posiłku, stali tylko obok w milczeniu. Kiedy dwaj wędrowcy skończyli się posilać, do ogniska podszedł jeden z owych mężczyzn.
- Nazywam się John Summer z komendy miejskiej policji. Słyszałem, że panowie zakłócają porządek.
Hasta i sir Roger wymienili spojrzenia.
- Me imię, panie, to sir Roger Henryk Cadovesson IV – odpowiedział rycerz . – A to mój przyjaciel i brat Hasta, syn władcy elfów znad Jeziora Lustrzanego. Musiałeś się panie pomylić, nigdy nie zhańbiliśmy się nieodpowiednim zachowaniem.
Mężczyźni stojący z boku zaśmiali się cicho, jednak na znak Johna Summera ucichli.
- Doszły nas słychy, że panowie bestialsko zabili psa jednej z obywatelek. Będą panowie musieli...
- To była dobra śmierć – przerwał mu Hasta. – Mimo to odniosę właścicielowi skórę zwierzęcia na znak szacunku, jak nakazuje tradycja.
Elf wyciągnął krótki nóż i zbliżył się do szczątków psa.
- Niech się pan wstrzyma! – krzyknął na niego Summer. – Będziecie panowie musieli odbyć karę aresztu i zapłacić grzywnę. Proszę za mną. Pójdziemy na komendę i wszystko załatwimy.
Mężczyzna wrócił do swoich ludzi, po chwili odwrócił się. Hasta i sir Roger stali w bojowych pozycjach z bronią gotową do użycia.
- Proszę to odłożyć – rzucił któryś z mężczyzn. – Komuś może stać się krzywda.
- Nie zamkniecie nas w lochach nędzne psy! – krzyknął sir Roger.
Ludzie Summera wyciągnęli dziwne kije i ruszyli w ich stronę. Jednak już po chwili dwaj najbliżsi padli nieżywi, jeden przebity strzałą, a drugi bez głowy. To na chwilę powstrzymało napastników, ale po kilku chwilach zaatakowali z większą furią. Wędrowcy dwóch ludzi położyli jeszcze trupem, nim w końcu ich obezwładniono.

Gdy sir Roger się przebudził szumiało mu w głowie. Rozejrzał się. Dookoła siebie zobaczył tylko białe ściany. Znajdował się w pomieszczeniu, w którym nie było żadnych drzwi ani okien. Rycerz próbował się podnieść, ale utrudniała mu to da ciasna, biała tunika, której o wiele za długie rękawy zaplątały mu się na plecach i nie potrafił ich rozplątać. Usiadł pod ścianą i próbował przypomnieć sobie wydarzenia ostatniego wieczoru. On i Hasta bronili się zaciekle... Ale gdzie jest Hasta? Co zrobili z jego elfim przyjacielem? Dlaczego ich rozdzielili? Chyba go nie zabili? Na te pytania rycerz nie potrafił sobie odpowiedzieć, a w tym pomieszczeniu nie było niczego, co mogłoby go naprowadzić na jakąś myśl.
Po nieokreślonym czasie w jednej ze ścian otworzyły się drzwi, których sir Roger wcześniej nie dostrzegł. Weszła przez nie młoda kobieta cała w bieli, niosąca kilka dziwnych rzeczy. Podeszła do niego. Prawie siłą włożyła mu w usta dwie twarde kulki, po czym pomogła napić się wody z kolorowego naczynia.
- Połknij to – powiedziała, jej głos był ciepły i spokojny.
Rycerz wykonał polecenie, chociaż prawie się przy tym udusił. Po kilku minutach poczuł, że jest mu cieplej, ale mniej odczuwał przynależność do otoczenia, jakby siedział za ścianą.
- Chciałabym z tobą porozmawiać – powiedziała kobieta.
- Oczywiście, pani – rycerz usłyszał własne słowa.
- Czy masz coś przeciwko temu, żeby nasza rozmowa była nagrywana?
- Cóż to znaczy „nagrywana”?
- Uważam to za zgodę – kobieta wyjęła ze swojego ubrania małą kwadratowa rzecz i nacisnęła ją. – 27 czerwca 2008 roku godzina 1530. Nazywam się Julia Wong i rozmawiam z pacjentem 36C. Czy mógłbyś mi coś o sobie powiedzieć? Kim jesteś?
Sir Roger milczał długą chwilę.
- 2008 rok? XXI wiek?
- Dokładnie tak. Mamy 2008rok.
- Nie! Przecież jest rok 1428! Panuje nam dobry król Robert II!
Kobieta pokręciła głową.
- Jestem całkowicie pewna, że jest rok 2008, a ten król już dawno nie żyje. Ale wróćmy do tematu... Opowiedz mi o sobie – poprosiła.
To nie może być prawda. Przecież nie było go tylko przez 7 lat... Czy powinien zaufać tej kobiecie i opowiedzieć jej swoją historię? Może lepiej będzie milczeć i mieć nadzieję, iż się znudzi i odejdzie? Sir Roger milczał kilka minut, ale wyraz twarzy kobiety się nie zmienił i rycerz postanowił mówić.
- Jestem rycerzem króla Roberta II. Nazywam się sir Roger Henryk Cadovesson IV. Kiedyś zdarzyło się, że na swej ścieżce spotkałem elfa. Był bliski śmierci z łap demona, wysłannika piekieł. Miał ciężkie rany. A nazywał się Hasta, był synem władcy elfów znad Jeziora Lustrzanego. Pomogłem mu i dzięki mnie przeżył. Zaprosił mnie do wioski swego ojca. To miejsce złapało moje serce i nie wypuściło go już ze swych objęć. Zamieszkałem wśród elfów i założyłem nawet rodzinę... – sir Roger zamyślił się na chwilę. – Kilka dni temu opuściliśmy wioskę, by odwiedzić przyjaciół z miasta. Gdyśmy jednak przybyli tutaj, odnaleźliśmy tylko siły nieczyste i ani jednego znanego oblicza.
Rycerz umilkł.
- Więc twierdzisz, że twój przyjaciel jest elfem? – zapytała kobieta. –Nieśmiertelnym, mitycznym stworzeniem ze szpiczastymi uszami?
- Nie obrażaj elfów jeśli ich nie spotkałaś! Hasta jest elfem z krwi i kości, ale nie wiem o co chodzi z nieśmiertelnością... Elfy są śmiertelne tak samo jak ludzie – wyjaśnił rycerz.
- Mhmm... Czy chciałbyś jeszcze coś dodać?
- Byłbym wdzięczny za pomoc zdjęcia tej tuniki, krępuje ona bowiem moje ruchy.
Kobieta ponownie nacisnęła urządzenie, po czym wstała.
- Dziękuję ci za rozmowę sir Rogerze. Sądzę, że niedługo znów się spotkamy.
Wyszła.
Sir Roger był zaskoczony. Jeśli ta kobieta mówiła prawdę, to znaczyło, że w ciągu siedmiu lat upłynęło około sześciu wieków. Ale to jest przecież niemożliwe! Czy kobieta mogła kłamać? Nie wyglądała na oszustkę...
Ten potok myśli przerwał mu jakiś hałas poza pokojem, a potem ponownie w ścianie otworzyły się niewidoczne drzwi i wbiegł przez nie Hasta. Elf był całkiem wolny, nie miał na sobie białej tuniki, która krępuje ruchy. Hasta podbiegł do sir Rogera.
- Musimy się spieszyć przyjacielu – powiedział pomagając mu w zdjęciu tuniki. –Niedługo spostrzegą, że im umknąłem.
- Jak udało ci się tego dokonać? – sir Roger był pełen podziwu dla sprytu i odwagi kompana.
- Tak związane rękawy nie są w stanie mnie powstrzymać – rzucił Hasta.
Sie Roger wstał i po chwili obaj ruszyli do drzwi.
- Jak myślisz, gdzie jest nasza broń? – zapytał rycerz gdy wyszli z pomieszczenia.
- Teraz nie mamy czasu, by zajmować się tak błahymi sprawami – odpowiedział elf. – Ruszajmy!
Pociągnął człowieka za rękę i pobiegli razem jednym z korytarzy. Kierowali się strzałkami narysowanymi na zielonych tabliczkach w nadziei, że one doprowadzą ich do wyjścia.
Nagle dookoła rozległ się jazgot, przenikliwy niczym wrzaski potępionych dusz i pod sklepieniem zaczęły migotać czerwone lampiony. Mężczyźni przyspieszyli biegu, przeczuwając tarapaty. Długo błądzili wśród korytarzy nim udało im się dotrzeć do przeźroczystych drzwi. Za sobą słyszeli krzyki ludzi zbliżające się do nich. Wolność była tak blisko, a jednak niedostępna, drzwi były zamknięte. Sir Roger uderzył w nie pięścią, ale nic to nie dało. Hasta rozejrzał się dookoła, podniósł z kąta coś co przypominało dużą czerwoną manierkę i uderzył nią w drzwi. Szyba pękła przez całą długość. Wędrowcy słyszeli już stukot butów swojej pogoni, musiała ona być już blisko. Elf ponownie zaatakował drzwi, tym razem z powodzeniem rozbił je w drobny mak. Mężczyźni ostrożnie wyszli na zewnątrz i popędzili jedną z twardych szarych dróg, o włos unikając pochwycenia.
Na zewnątrz panowała noc, jednak nie było ciemno. Światło padało z okien budowli i bardzo wysokich latarni, w których jednak nie płonął ogień. Gwiazd nie było widać, a wąski sierp księżyca był prawie niewidoczny poprzez gęste chmury.
Dwaj wędrowcy biegli, nie wybierając nawet kierunku, aż zabrakło im tchu, ale w końcu dotarli do otwartej przestrzeni. Z boku usłyszeli końskie parskanie. Z radością stwierdzili, że podążali w dobrym kierunku i dotarli do miejsca swojego ostatniego obozowiska, w którym ich zaatakowano. Ich wierzchowce czekały tu na nich. Mądre zwierzęta szkolone przez elfy nie pozwoliły odprowadzić się z tego miejsca, ani nawet podejść do siebie obcym ludziom. Hasta uspokoił zaniepokojone konie. Znalazł swój zapasowy łuk przewieszony przez siodło. Potem razem z sir Rogerem dosiedli wierzchowców i odjechali w ciemność, w stronę lasu.
Gdyby spojrzeli w stronę miasta, zobaczyliby biegających z latarniami ludzi szukających ich, jednak wędrowcy nie spojrzeli już więcej na miasto.

Przyjaciele zatrzymali się dopiero o świcie. Ich konie wymagały odpoczynku po całonocnym biegu między drzewami. Pogoń nie ruszyła w las, więc wędrowcy odpoczęli nad ranem.
- Opowiedz mi o swoich przeżyciach od czasu naszego rozstania – poprosił sir Roger, gdy razem z Hastą siedzieli już w miękkiej trawie.
Hasta rozmyślał przez chwilę.
- Nie ma zbyt dużo do opowiadania Rogerze. Przebudziłem się leżąc na jakimś stole, a dookoła mnie krążyli ludzie ubrani w dziwne, białe stroje. Mówili coś, ale nie rozróżniałem słów... Potem pytali mnie o przeróżne rzeczy, ale nie potrafiłem mówić. Me zmysły były zawodne. Miałem mgłę przed oczami... Czułem się jak po jednej z całonocnych, hucznych biesiad winnych. Na koniec ubrali mnie w taką tunikę jak ciebie i zamknęli w samotności.
Zamilkł.
- Jak udało ci się zbiec? – zapytał rycerz.
- Ręce związane na plecach uwolniłem bez trudu, każdy elf by tego dokonał, ale potem nie zdołałem odnaleźć drzwi. Szczęściem otworzono je i do środka wszedł mężczyzna, którego jednak wkrótce pozbawiłem zmysłów. W ten sposób się wyswobodziłem. Potem sprawdzałem każde pomieszczenie, jednakże niejeden człowiek jeszcze zakosztował mojej pięści. Wreszcie udało mi się ciebie odszukać. A jak to było z tobą Rogerze? – zakończył Hasta pytaniem.
Sir Roger położył elfowi rękę na ramieniu, a oczy mu błyszczały. W kilku słowach opowiedział o swoich przygodach.
- Ruszajmy w drogę, przyjacielu – powiedział na zakończenie.
Mężczyźni dosiedli koni i ruszyli w dalszą drogę. Niebawem odnaleźli wąską ścieżkę prowadzącą do wioski elfów. Kierując się nią, w ciągu kilku dni dotarli na miejsce.

- Czyżbyśmy zbłądzili? – zapytał sir Roger.
- Nie jest to możliwe, bracie – Hasta rozglądał się w zdumieniu i krążył dookoła zostawiwszy konia samemu sobie. – Zbyt dobrze znam tę okolicę, by zbłądzić.
- Wiem to... Sam znam to miejsce równie dobrze, jednak wioski tu nie ma... Hasta...?
Elf gorączkowo kopał ziemię za wielkim głazem. Odsłonił spod ziemi kilka średnich kamieni – resztki ruin, przyklęknął przy nich oniemiały i nie ruszał się. Sir Roger zbliżył się i spojrzał na odkrycie Hasty. Na starym, pokrytym mchem kamieniu widniał naznaczony przez czas znak jego ojca – pieczęć władców.
- Hasta... – sir Roger poprowadził go daleko od głazów klepiąc pocieszająco po ramieniu.
Usiedli w milczeniu pod starym dębem. Elf zaczął szeptać Pieśń Umarłych, a rycerz zatopił się w myślach.
Wioski nie było. Pozostało po niej tylko kilka kamieni zarośniętych zielskiem. Co tu się stało? Czyżby naprawdę upłynęło prawie sześćset lat? Co teraz zrobią? Wrócą do ludzi czy spróbują przetrwać w lesie? Rycerza przejęła straszliwa tęsknota za domem. Chciał wrócić do pani swego serca i do małej córeczki, która nigdy go nie poznała...
Rozważania przerwał mu nagły okrzyk Hasty. Elf wskazywał ręką ponad korony drzew, sir Roger spojrzał w tym kierunku i zobaczył smużkę dymu bardzo blisko nich. Mężczyźni rzucili się do koni i popędzili w stronę dymu. Po kilku zaledwie chwilach ujrzeli swój cel.
Dym wydobywał się z komina całkiem normalnej, tradycyjnej, elfiej chatki krytej strzechą. Gdy jeźdźcy zbliżyli się z domu wyszedł człowiek rozkładając ręce w geście powitania.
- Witajcie szlachetni panowie! – zawołał. – Kim jesteście i skąd przybywacie? –zaprosił ich gestem do chaty.
Hasta i sir Roger wymienili spojrzenia, ale skorzystali z zaproszenia.
- Nazywam się sir Roger Henryk Cadovesson IV, a to mój kompan Hasta, syn władcy elfów – odpowiedział rycerz.
Mężczyzna był w szoku, ale zaraz roześmiał się promiennie i uśmiech jeszcze długo nie znikał z jego twarzy.
-Haha!.. Ach panowie, można powiedzieć, że wieki na was czekałem! Proszę, raczcie usiąść szlachetnie urodzeni. Czy zechcecie zaszczycić mnie towarzystwem przy posiłku?
- Nie czujemy się głodni panie – odpowiedział nadal przygnębiony Hasta nie rozumiejąc zachowania gospodarza.
- W takim razie możemy od razu przejść do rozmowy – ucieszył się mężczyzna.
Hasta przyjrzał mu się uważnie.
- Panie, czy ty nie jesteś elfem? –zapytał.
- Podejrzewałem, że o to zapytasz – zaśmiał się gospodarz. – Nie jestem elfem, ale płynie we mnie elfia krew. Rzec można, że jestem elfem w ludzkim ciele. Ale... Pewnie jesteście zaniepokojeni tym co zobaczyliście i nie wiecie co o tym sądzić?
- Dokładnie tak... – odpowiedział rycerz.
Gospodarz rozsiadł się wygodniej i zapalił fajkę.
- Pozwólcie więc, że opowiem wam o wszystkim. Wyruszyliście – zaczął – z wioski elfów by odwiedzić ludzkie siedziby, jednak długo nie powracaliście. Mijały dni, tygodnie, lata, a wasi bliscy czekali. Wy jednak nie wracaliście... Uznano was za zmarłych. Niebawem stosunki między elfami poczęły się psuć. Część z nich buntowała się i wielu odeszło do miast ludzkich i nigdy już nie wracali. Ci, którzy zostali w końcu pomarli, bo przecież nikt nie jest nieśmiertelny... Wioska zmieniła się z czasem w ruiny, nikt tu nie pozostał. Tylko jeden ród, który obiecał przekazać wam wiadomość w przypadku waszego powrotu zawsze ma tu potomka, który na was czeka. Straciliśmy już nadzieję, że wrócicie, a teraz widzę was przed sobą. Was, których nie było tu sześć stuleci, owianych legendą Wędrowców. Mogę przekazać wam wiadomość od waszych najbliższych – zakończył.
Przyjaciele wstrzymali oddech.
- Więc jak ona brzmi? – zapytał sir Roger.
Gospodarz wziął głęboki oddech.
- „Pospieszcie się, bo obiad stygnie!!!”

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...