Łowca
- Zaraz się z tobą policzę! - zawołałem, gdy ten latał wkoło doliny, ziejąc ogniem z paszczy. Umknąłem na moment i wyciągnąłem z za pazuchy zaklęcie Smocza Śmierć. Ponoć działa natychmiastowo, więc teraz będę miał okazję to sprawdzić. Stanąłem ze zwojem pośrodku doliny i złorzecząc, czekałem aż smok znów zanurkuje. Doczekałem się. Czerwony gad ruszył na mnie z furią, chyba dosyć miał tej gry. Już otwierał paszczę, aby spalić mnie na garść popiołu, gdy zdziwiony bardzo dostał w nią snop światła, który miał go uśmiercić. Nigdy nie wierz nieznanym handlarzom, powtarzałem później. Przez jakiegoś łachudrę omal nie zostałem usmażony na skwarek w moim pancerzu, który był przecież ognioodporny. Smok jednak dzięki tej sztuczce zupełnie stracił wątek i zawisł w powietrzu, machając skrzydłami. Zdziwił się przez chwilę na taki obrót sprawy, co ja wykorzystałem. Rozwarte szczęki nie zamknęły się, a gorący oddech zamarł w gardzieli. Chwyciłem wtedy miecz za ostrze jak dzidę i wbiłem mu go aż po skórę na grzbiecie. Oczywiście zrobiłem to z odpowiednim wyczuciem, aby brzeszczot nie uszkodził ognistych łusek. Gad dopiero teraz się wkurzył, ale ja już tego nie poznałem na własnej skórze. Spadł na ziemię i orał chwilę łapami, póki jego powieki nie zamknęły się na zawsze.
- I co, beczko ognia? Kto kogo przechytrzył? - wyciągnąłem ostrożnie miecz z zawartych konwulsyjnie chrap.
- Swoją drogą robicie się coraz mądrzejsze, życie daje wam szkołę. Jeszcze moment, a mi też dało by nauczkę. Niech no ja dorwę tego przeklętego kupczyka, nogi mu powyrywam! - odgrażałem się. Jednak, gdy już trochę ochłonąłem, zabrałem się do zbierania łupów po zdechłym smoku, nim do śmierdzącego cielska dobiorą się padlinożercy. Słońce już zachodziło, ostatnie jego promyki leżały jeszcze na łąkach, aby niechybnie zniknąć całkowicie. Dlatego trzeba się było spieszyć, ostatnio po zmroku robi się tu coraz bardziej niebezpiecznie. Nocą łażą tu dzikie zwierzęta, nie chciałbym się też natknąć na następnego smoka, przybyłego może w poszukiwaniu kolegi. Nie mam już tego fałszywego zaklęcia, które jednak, bądź co bądź, życie mi uratowało. Poza tym, tu nie smoki chodzi, z którymi przecież umiem walczyć. Górami przemierzają te okolice dużo gorsze stworzenia, a niektórzy mówią, że nawet... orkowie. Wolałbym nie natknąć się na żadnego z nich, chociażby dlatego, że działają w grupie i jeden zaraz zwoła innych. Ponoć gotuje się wojna z tym plugawym nasieniem, coraz mniej ludzi uczęszcza trakty, a w Smoczej Dolinie pozostali chyba już tylko smokobóje, tacy jak ja. Choć ostatnio nie widziałem ich za wielu... Może to znak, abym i ja zabrał się do miasta? Całe szczęście, że właśnie upolowałem tego przebrzydłego łuskowca, czatowałem na niego w okolicy już kilka dni, a gadzina nigdy nie chciała się pokazać na oczy. Teraz niech jego ścierwo rozszarpują orki, ja zadowolę się skórą, pazurami i kłami. Chociaż język też by się przydał... i serce, z którego zrobiłbym pyszny samogon... ogon to piękne trofeum.... a tam, nie mam czasu. Wolę życie niż bimber.
Zebrawszy wszystko, co mogłem udźwignąć ruszyłem ku jaskini, w której postanowiłem spędzić ostatnią już noc. Nim się spostrzegłem, ciemność ogarnęła mnie zupełnie. Wyjąłem pochodnię. Płomień rozświetlił nieco gęstość mroku, którego tak starałem się uniknąć. Niestety, teraz było za późno. Cóż, będę musiał wracać po ciemku, powiedziałem do siebie. Wtedy to usłyszałem. Przeciągłe wycie zwiastowało niechybne spotkanie z wilkami. Ich jednak nie obawiałem się bardzo. Postąpiłem kilka kroków. Czułem się coraz bardziej nieswojo, obawa narastała z każdą chwilą. Chciałbym być już w mojej ukrytej jaskini i móc spokojnie oddawać się w ręce mar sennych, pomyślałem. Rozmaite cienie i zjawy zaczęły się wyłaniać przede mną, aby po chwili okazać się kołyszącym krzewem na wietrze. Jednak coraz więcej z nich nie wydawało się już ułudą. Mógłbym przysiąc, że niektóre poruszały się i krążyły koło mnie, zacieśniając krąg coraz bardziej, jednak ja ich nie widziałem. Po jakimś czasie z wycia i charkania zwierząt wychodzących na łowy dało się wyodrębnić inne, złowrogie odgłosy. Byłem już pewny, że nie jestem sam. Kto tu? - zawołałem, rozglądając się dokoła, jednak widząc tylko wytwory mojej wyobraźni. Krążyłem tak wokół własnej osi, starając mieć oczy dookoła głowy. Tylko się nie zatrzymywać, pomyślałem. To jednak z każdym krokiem stawało się coraz trudniejsze. Strach zjeżył mi już wszystkie włosy na głowie, ciemność stawała się ciasna, niczym zaciskająca się na szyi pętla. Światło pochodni jakby przygasło. Dopiero po chwili zorientowałem się, że stoję w miejscu. Nieco za późno. Orkowy topór świsną, przeszywając powietrze.
*
Otworzyłem oczy. Leżałem na dość wygodnym łóżku, zwarzywszy, że ja sypiam jedynie na zimnym podłożu jaskini. Byłem w mrocznej komnacie, oświetlał ją tylko lichtarzyk na stoliku obok. Przez chwilę rozglądałem się dookoła, próbując przyzwyczaić oczy do półmroku.
- Witaj łowco. - odezwał się człowiek stojący przy mnie, którego dostrzegłem dopiero, gdy się poruszył. I tak w mroku widziałem ledwie jego zarysy. Tułów okalały mu długie poły czarnego płaszcza, choć nie jestem pewien, czy był on rzeczywiście czarny. Na wąskich plecach leżał kaptur owego płaszcza, który przypominał kostur zakonny. Człowiek splótł ręce w rękawach i przyglądał mi się badawczo. - Masz wielkie szczęście, młodzieńcze. Całe szczęście, że spojrzałem w kulę. - zrobił znaczącą przerwę. Spróbowałem się podnieść, a udało mi się nawet usiąść. O dziwo nie byłem się rozpołowiony przez orka.
- Kim jesteś? - zapytałem
- Nazywam się Xantos, jestem magiem i opiekunem tutejszej świątyni Heliana.
- Tutejszej?
- Ach, przecież ty nawet nie wiesz, gdzie jesteś, a tym bardziej, jak się tu dostałeś. Otóż, jak już mówiłem, miałeś szczęście, że spoglądałem akurat w moją kulę, która ukazała mi twoje niebezpieczeństwo. Gdybym nie teleportował cię tu w porę, było by po tobie! Znajdujesz się w szpitalu miasta Quesnel , choć z tej opresji wyszedłeś cało. Poleżysz tu do rana, a potem zobaczymy. - mag opuścił pomieszczenie, a ja znużony zasnąłem mimowolnie.
*
Obudziłem się, gdy słońce stało już wysoko nad horyzontem. Jego promienie wpadały do mej sali przez trzy okna, w pełni ukazując mi wnętrze. Oprócz mnie nie było tam nikogo. Szybko wstałem, ogarnąłem się i postanowiłem ujrzeć słońce z zewnątrz. Po wyjściu z sali przeszedłem do drzwi frontowych budynku. Nikt nie zatrzymywał mnie nawet na chwilę. Jednak musiałem znaleźć wczorajszego maga, chciałem dowiedzieć się, gdzie jest mój ekwipunek i oczywiście wczorajszy łup. Nachodziłem się trochę, zanim znalazłem świątynię. Jakoś nie bardzo odpowiadały mi spojrzenia ludzi, aby pytać ich o cokolwiek. Mieściła się ona dość na obrzeżu, przy samych murach. Jej opiekuna zastałem na medytacji. Teraz, w świetle dziennym jego twarz była dziwnie znajoma.
- Chwała Helianowi. - pozdrowiłem maga
- Pozostań z Helionem. - odpowiedział - Mam nadzieję, że wygodnie się spało.
- Jeszcze jak. Dawno nie było mi dane odpoczywać w tak wygodnym łożu.
- To dobrze. Twój ekwipunek spoczywa w zbrojowni wraz ze zdobytym towarem.
- Dziękuję.
- Nie dziękuj. Wiem, że dla łowcy smoków najważniejsza jest skóra.
- A tak właściwie, dlaczego sprowadziłeś mnie tu, do Quesnel? Prawdę mówiąc, wolałbym do Hartret, tam dają większą cenę za smoki...
- Sprowadziłem cię tutaj, a nie do Hartret, bo takie było moje życzenie. Dziękuj Helionowi, że w ogóle żyjesz.
- Tak, tak, oczywiście, że mu dziękuję. Złożę nawet datek na jego świątynię, jak tylko sprzedam skórę, aby miał jeszcze więcej takich pokornych sług. Pytam tylko, dlaczego?
- Teraz każdy miecz się liczy. Naszemu miastu zagrażają orki, niedługo zacznie się kolejna wojna. Największą przysługę Helionowi oddasz mężnie stawając w obronie jego świątyni.
Tyle, że ja w ogóle nie wierzę w żadnego Heliona, pomyślałem. Mag zrobił minę, jakby właśnie przeczytał moje myśli.
- Dobrze, zrobię to. Ale tylko ze względu na ciebie. - popatrzyłem badawczo na kapłana, a ten odpowiedział nie szczerym uśmiechem.
- No, mądra decyzja. Orków spodziewamy się pod murami po południu, choć nasi zwiadowcy donoszą coraz to świeższe nowiny o poczynaniach wroga. Wszyscy okoliczni mieszkańcy zbiegają się czym prędzej do grodu. Miasto pęka w szwach.
Istotnie, coraz więcej wieśniaków zbierało się przy bramie z całym swym ruchomym, a czasem i nie ruchomym dobytkiem. Przynajmniej będzie co jeść, pomyślałem. O ile wieśniacy wszystkiego nie zjedzą. Przyglądałem się temu obrazkowi chwilę, wreszcie pożegnałem się z magiem i ruszyłem w swoją drogę. Mam nadzieję, ze nie zabłądzę znów w tych uliczkach, choć mag dość jasno wytłumaczył mi drogę do zbrojowni. Szedłem sobie raźno, gdy zobaczyłem przy jakiejś kamienicy żebrzącą kobietę. Zerknąłem ukradkiem, a ta od razu postanowiła to wykorzystać.
- Wrzuć grosika, a powiem ci przyszłość. No dalej, nie ociągaj się. Dla ciebie to nic, a poznanie własnego losu jest bardzo ważne.
- Nie, dziękuję, może innym razem. - odparłem i ruszyłem dalej
- Zginiesz marnie z rąk szubrawców, stracisz cały majątek, a twój ród wygaśnie!... - zaczęła wrzeszczeć niezadowolona kobieta
- No, to już przepowiedziałaś mi przyszłość za darmo. - powiedziałem na obchodne. Tej dalsze słowa zamarły na ustach i z rozdziawioną gębą siedziała osłupiała.
*
Zaczęło się dokładnie wtedy, jak mówił mag. Hordy orków szły w bezładzie na miasto, rycząc dziko. Ich bronie były całe pordzewiałe i zaniedbane, zbroja ograniczała się tylko do ochraniaczy pewnych partii ciała, choć orkowie i tak mieli grubą skórę. Szli, a niektórzy jechali na swych orkowych psach dzierżąc w dłoniach topory, łuki, miecze, sztylety i Helion raczy wiedzieć, co jeszcze. Ich plugawe stopy niszczyły pola uprawne, palili wszystko wokół, co przyprawiło o spazmy płaczu okolicznych rolników. Czasem któryś już z daleka strzelał na popis z łuku, którego strzały rzadko kiedy dolatywały do murów, a jak już, to leciały z prędkością muchy. Nie dziwne, w końcu jak może szybko lecieć krzywa i źle zrobiona strzała? Cud, że w ogóle leci. Orkowi łucznicy znani byli ze swej małej przydatności w boju, którzy strzelali chyba tylko na wiwat, jednak piesi w dzikim szale wdzierający się na mury byli sporym przeciwnikiem. Dodatkowym ulepszeniem niektórych jednostek były psy orkowe, na których się poruszali, imitując konnicę. Jednak nie była z takiej kawalerii duża przydatność, gdyż psy były od urodzenia nieco ślepawe i za zwyczaj przy szarży potykały się o własne łapy.
Cała okolica stała się nagle zielono - czarna, nie wliczając brązowych psów. Ta armia była silna w starciu bezpośrednim, jednak nie miała prawie w ogóle machin oblężniczych. Co nie oznaczało, że nie potrafi zdobywać zamków. Można się jednak skutecznie im opierać i czekać, aż przybędą posiłki.
Pierwsze walki rozpoczęły się już niebawem, orkowie postanowili atakować na całym froncie. Przystawiali drabiny do murów i wdzierali się na nie szybciej, niż dolatywały do nas ich strzały. Ja, przybrany w moją piękną, wyczyszczoną zbroję i hełm stanąłem dumnie na murze wraz z innymi wojakami jak najbliżej kaplicy, w końcu to jej miałem być rycerzem. Plugawi wojownicy ryczeli w dole, a ja tylko nasłuchiwałem. Gdy dowiedziałem się od uszu, że jakiś jest już wysoko, zamachiwałem się moim wielkim dwuręcznym ostrzem na smoki, które w tym wypadku przechrzciłem ,,na orki''. Posoka lała się strumieniami, mój brzeszczot ledwo zatańczył w powietrzu, już spadał na karb jakiegoś psiego pomiota. Walki toczyły się gracko aż do wieczora, zobaczyłem, że ten kraj ma jednak niezłych wojowników. Nie mówiąc oczywiście o sobie, boć to ja wiodłem tam prym.
Zapał orków szybko osłabł, gdy uszczupliliśmy ich liczbę. Wieczorem walki ustały zupełnie, czasem tylko jakiś narwaniec wygrażał nam bądź wypuszczał strzały, za co dostawał natychmiast od dowódcy. Noc minęła szybko, a ja miałem nawet czas się zdrzemnąć.
*
Czasem przychodzi taki czas w życiu orka, kiedy jest tylko do wyboru: albo zginąć śmiercią chwalebną, albo pojmanym przez wroga. Akurat tak się złożyło, że orkowi szpiedzy w okolicy już zauważyli nadchodzące posiłki dla oblężonych. A orki, jak to orki, rozjuszone dzikimi emocjami, pójdą wszędzie. Ich dowódca wygłosił rano taką mowę, że wszystkie ruszyły z dziesięciokrotnym zapałem do boju. Nawet najlepsza gorzałka nie zagrzewa tak do walki, jako ta mowa ich zagrzała. Mieliśmy pełne ręce roboty, w ruch poszedł gorący olej, łuki, kamienie. Jednym słowem, kto co miał, tym walczył. Rycerze zebrali się głównie w wieżach, a na murach stali wieśniacy i mieszczanie, wszystkie cechy jak jeden brat waliły po łbach, tylko furkot szedł. Nawiedzony kapłan powiedział wieśniakom, że jak zginą tu śmiercią chwalebną, od razu pójdą prostą drogą do raju. Zdesperowani rolnicy, którzy i tak utracili już swe domostwa i majątki, chwycili za cokolwiek, a za nimi mieszczanie i dzielne cechy kowali, łuczarzy, mieczników i nie wiadomo, kto jeszcze. Walka była tak wspaniała, że powinno się to uwiecznić na obrazie. Istotnie, ktoś tam mazał w wierzy jakieś malunki. Tymczasem ja wraz z innymi rycerzami biliśmy się w odkrytej wieżyczce, która była tylko zaokrągleniem muru. Wtedy go zobaczyłem. Stał na podeście, w złotej zbroi wymachując rękami i rozkazując swoim podwładnym. Dowódca orków wyglądał z nich najplugawiej, miał jednak najwspanialszy ekwipunek. Zatrzymałem przez chwilę na nim wzrok. On, gdy mnie zoczył, pokazał mi dość jednoznaczny gest. Że też nie miałem przy sobie łuku! Został w mojej jaskini. Niedługo jednak zginął jakiś łucznik, którego broń była całkiem niezła. Jednym susem doskoczyłem do niego i błyskawicznym cięciem posłałem jego mordercę do piekła. Niestety, łucznik nie dychał już. Wziąłem jego łuk i ustawiłem się na dogodnej pozycji. Łeb dowódcy miałem idealnie na wprost, naciągnąłem cięciwę, wymierzyłem... nagle powstały gwar zdezorientował mnie właśnie w tej sekundzie. Wypuszczona strzała chybiła celu, strąciła jedynie hełm dowódcy. Zakląłem szpetnie, tak jakbym nie słyszał nagłych okrzyków walczących. Teraz dopiero mnie to zaciekawiło. Otóż nadciągała właśnie przepiękna szarża konnicy, tratująca wszystko przed sobą. Pognała orków precz prędzej, niż się tu zjawili. Niestety, dowódca uszedł z życiem.
*
Radość oblężonych była niezmierna, choć niektórzy zaczynali już opłakiwać zmarłych. Większość chłopów zaczęła się jeszcze tego samego dnia rozjeżdżać do zniszczonych domostw, choć nie była ta sytuacja dla nich takim zaskoczeniem. Wiele razy zaczynali już wszystko od zera, orkowie średnio raz na dziesięć lat muszą sobie najechać na tą krainę, ktoś powinien wreszcie z nimi skończyć. Rycerze i mieszczanie popili się w karczmach do cna, ja również miałem tam zaproszenie. Jako że wsławiłem się w boju, zaczęły mnie również poważać kobiety. Tutejszy zamtuz słynął z fachowej obsługi, miałem wreszcie okazję to sprawdzić. Nie wiem tylko, jak wyrobię się w karczmie. Tymczasem muszę trochę ochłonąć po walce i napić zimniutkiego beczkowego.
Najlepszym przykładem na powracanie miasta do normalności było stałe zajęcie biedoty.
- Takiej chwały toście mnie nie wywróżyli, wróżbitko. - powiedziałem do żebraczki spod kamienicy
- Nie bój się, moja klątwa jeszcze się spełni.
- Byle nie dzisiaj wieczorem. - powiedziałem i ruszyłem ku gospodzie. Niespodzianie spotkałem na ulicy Xantosa.
- Jesteś nareszcie! Wszędzie cię szukałem. Wiesz, jaką sławą się okryłeś? I jeszcze walczyłeś w imię Heliona!
Teraz popatrzyłem na niego trzeźwo i w scenerii podobnej sprzed kilkunastu dni moja pamięć przyklasyfikowała odpowiedniego człowieka do odpowiedniej twarzy.
- To ty sprzedałeś mi to parszywe zaklęcie! - mag na te słowa zmieszał się nieco
- Tak?... chyba mnie z kimś mylisz.
- Na pewno nie. Och ty, sługo Heliona! Zaraz zdegraduję cię do odpowiedniej funkcji, abym mógł skopać ci rzyć!
- Zaraz, zaczekaj. - mag skurczył się, gdy podniosłem do góry pięść - Kupię od ciebie skórę smoka za podwójną cenę niż w Hartret!
Moja twarz wypogodziła się zupełnie.
- Za nic mi zaszczyty, nic mi nie dadzą medale. Najlepszy interes to zawsze smokobójstwo.