Magna Roma
powiedzenie Brennusa,
wodza galijskiego
Patrycjusz Marek Tretoniusz, namiestnik Galii Belgijskiej i konsul kazał
kierować lektykę do domu swego przyjaciela, Klaudiusza Lepcisa, gdyż przed
wyjazdem chciał koniecznie go zobaczyć. Niewolnicy z lektyką na barkach
potruchtali do ogrodu, a Markus, zarzuciwszy na barki białą tunikę ruszył
do drzwi willi na obrzeżach Rzymu. Natychmiast otworzyły się przed nim i
po raz kolejny mógł podziwiać kunszt malowideł naściennych domu, który
uważany był za jeden z najwytworniejszych w mieście.
Gospodarza domu zastał w osobistej termie zażywającego kąpieli, otoczony
przez niewolnice, które na widok przyjaciela odesłał precz.
- Bądź pozdrowiony, Klaudiuszu.
- Witaj, Marku. Dawno nie widziałem cię w stolicy. - Klaudiusz wyszedł z
termy i zaczął ubierać przy Marku, co było zupełnie normalne.
- Bo i dawno mnie tu nie było. - Marek Tretoniusz usiadł przy ławie,
wkrótce dołączył do niego ubrany już gospodarz - Wiele spraw mam na głowie
w Galii, dzieją się rzeczy przeróżne. Barbarzyńskie plemiona stały się
coraz bardziej zuchwałe, a wieść niesie, że od wschodu ciągną jeszcze
Hunowie.
- Hunowie? - zdziwił się Klaudiusz - Przecież nasze wschodnie rubieże są
przez nich grabione. Cóż oni chcą od ciebie?
- Zapewne splądrować Galię. Mówię ci, nadchodzą ciężkie czasy dla Rzymu,
zewsząd hordy barbarzyńców, a z nikąd pomocy. Zaciągam coraz więcej wojska
z plemion, które osiedlają się już jak w swojej Galii, inne rabują zewsząd
przygraniczne włości, a ja mam za małą armię, by móc wszędzie dopilnować
porządku. Dlatego przyjechałem osobiście do cesarza prosić go o armię, ale
ten ani myśli mi pomóc. Germanie rosną w siłę, pomórz mi choć ty.
- Jesteś pewien, że Hunowie nadciągną?
- Tak, a wraz z nimi ruszą inne plemiona: Goci, Wandalowie, Frankowie,
Sasi, Swebowie... długo by wymieniać. Jak mi Bóg miły, bez naszej
interwencji uczynią sobie państwa w Galii i Hiszpanii, a kto wie, jakie
to może przynieść konsekwencje dla Rzymu.
- Niech pomyślę... Mam cztery legiony i zawsze jakieś pieniądze na
zaciągi. Dziś mam pod komendą siedem tysięcy ludzi, głównie rzymian z krwi
i kości.
- Chwała Zeusowi. To znaczy, chwała Bogu, jak wprowadził cesarz Teodoryk.
Czy tobie też wydaje się, że nasi bogowie z Zeusem na czele nie są równi
Bogu chrześcijan? Wcale nie podoba mi się takie odstępstwo, ludzie w Galii
jak czczcili, tak czczą starych bogów. Ale to własne to, czego się
najbardziej obawiam. Nadchodzi czas zmian, Roma robi się coraz bardziej
dla mnie nie znajoma. Tak jakbym nie mieszkał w swoim kraju.
- Cóżesz mówisz, nic takiego się nie dzieje. Jeszcze wrócą dawne dni
świetności Rzymu, a Konstantynopol jak chce, to niech zarządza wschodem, a
tu, w Italii zawsze będzie rządził Rzym.
- Piękne słowa, mój Klaudiuszu. Ale czy tak będzie zawsze? Musimy wziąć
sprawy w swoje ręce, tak czy inaczej, jedź ze mną do Moguncji. Z twoim
starym, wprawionym żołnierzem i niebawem nowo zaciągniętym wojskiem wśród
germanów będziemy silni i nie damy się już plądrować.
- Dobrze więc, jedźmy. Oby tylko na czas naszej nieobecności nie wydarzyła
się kolejna wojna domowa lub najazd plemion barbarzyńskich. Ostrogoci coraz
częściej zaglądają na ziemie Rzymu.
- Sam widzisz, musimy działać.
- Dobrze więc, ale zadziałajmy jutro, gdyż rozmawiamy już przeszło trzy
godziny, zaczęło się zmierzchać. Germanie poczekają, a dziś wieczorem
urządzimy ucztę w starym stylu, gdy wszyscy leżąc jedli winogrona!
*
Wielki pochód przeszedł wtedy przez Rzym. Mówiono o tym jeszcze przez
wiele tygodni, ludzie byli bardzo zaniepokojeni. Czyżby nadchodziła nowa
wojna? Odpowiedzi nie chcieli udzielić dowódcy, a zwykli żołnierze o
niczym nie wiedzieli. W każdym razie coś się gotowało. Nie bez powodu
Klaudiusz Lepcis wyszedł z Rzymu z całym swym wojskiem, którego w obozie
przy mieście było zaledwie dwa tysiące, a ludzie mówili potem, że rozesłał
także gońców do wszystkich swoich legionów, aby czym prędzej łączyły się z
pochodem. Najdziwniejsze było to, że sam cesarz i inni dostojnicy nic o
tym nie wiedzieli. Wyjechał tak nagle i bez pożegnania. Cóż, był
człowiekiem bogatym i miał swoje wojsko, więc mógł z nimi robić, co
chciał. Cesarz Walentynian domyślał się wprawdzie, kto za tym stał i dokąd
wojsko zmierza, ale nie zamierzał ich zatrzymywać. Niech się tam powybijają
- mówił sam do siebie. I powybijali.
Galia Zaalpejska była to wtedy kraina jeszcze bogata, aczkolwiek wszędzie
było widać znaki barbarzyńców. Popalone wsie tliły się jeszcze niedawną
pożogą, sterczące kikuty wierz obserwacyjnych i garnizonów były przestrogą
i najlepszym przykładem, że źle się dzieje w państwie rzymskim. Najgorzej
sytuacja wyglądała na pograniczach, Klaudiusz Lepcis przekonał się o tym,
gdy sam zobaczył. Marek Tretoniusz specjalnie wybrał taką trasę, aby
ukazać mu ową szarańczę, która wkrótce miała zalać całe cesarstwo. Z
wiosek było coraz mniej pożytku, większość na wschodzie i północy od
Moguncji była popalona bądź splądrowana. Rozmaite znaki na niebie i ziemi
zwiastowały nadzwyczajne zdarzenia. Rzekłbyś, że dowódcy rzymscy chyba
spoczęli na laurach, a dzikie plemiona robiły, co chciały.
Moguncja była dość silnym miastem. Dość silnym, aby utrzymać w ryzach
okolicznych bandytów, ale nie całe szczepy germanów, którzy przybyli z
barbarzyńskiej północy. I o dziwo wielce mądrych dzikusów, którzy robili,
co mogli przeciw państwu rzymskiemu, nie tracąc przy tym wielu swoich
ziomków. Toczyli wojnę podjazdową, napadali na bezbronne wioski i
zastawiali pułapki w lasach. Ale nie chcieli stanąć do otwartej walki.
Tacy byli już ci barbaricus, niby nie pozorni, ale Rzym zdobyli.
*
Pochód kilku tysięcy zbrojnych ludzi słychać było już dużo wcześniej,
niż widać z murów Moguncji. Taki hałas czynili tylko legioniści w swoich
ćwiekowanych butach. Można sobie wyobrazić, jaka była radość mieszkańców,
którzy od dawna wyczekiwali tego zbawiennego tupania. Orszak powitano
kwiatami i brawami, powszechnie uważano ich za zbawicieli. W oczach nie
nawykłych do widoku prawdziwej armii siedem tysięcy zbroi mieniących się w
słońcu było czymś nadzwyczajnym. Jednak zbyt małym w porównaniu z siłami
okolicznych połączonych plemion i goniących ich siłą na Rzym Hunów. Hunów,
ludowi wtedy jeszcze nie znajomemu ani plebejuszom ani żołnierzom, jedynie
niektórym patrycjuszom. Toteż wielkie zdumienie zrobiły na wszystkich te
hordy dzikich ludzi, które były opiewane jedynie w legendach, jako
krwiożerczy czarnoksiężnicy pod rządami człowieka o barbarzyńskim imieniu
Attyla. Nie długo potem przekonali się i ci przestraszeni i ci nie
dowierzający w ich potęgę, że oto zbliża się początek końca cesarstwa
zachodnio - rzymskiego.
Przez kilka następnych dni po przybyciu orszaku do miasta nic nie
wskazywało na jakąkolwiek działalność wroga. Zaciągnięto nowe wojska wśród
germanów i galów. Ludzie myśleli, że barbarzyńców skutecznie odstrasza tak
silna załoga Moguncji.
- Mówiłeś o tak dużym nasileniu ataków, a jak na razie od czterech dni nic
się nie wydarzyło. - powiedział Klaudiusz Lepcis skończywszy obiad - Może
boją się nas i już nie nadciągną?
- Nadciągną, i to niebawem. Mam dobrych szpiegów w okolicy. Widziano ich
już o dwa dni drogi stąd. - odpowiedział Markus Tretonius
- I co z tego? Rozbijemy ich przy pierwszym uderzeniu, dzikusy nie dadzą
rady Nieśmiertelnej Romie.
- Ponoć mają wielką siłę militarną, a determinacji dodaje im magia i
tajemnicze mikstury.
- Niech sobie będą, jacy tylko chcą waleczni. Rzym od tego nie zginie.
Moich ludzi nie długo roześle się po kilka kohort na posterunek graniczny
na najbardziej narażonym odcinku. Wtedy zgnieciemy ich jak muchy,
zadepczemy jak robaki...
Nagle Klaudius Lepcis przerwał swój zachwyt własną potęgą. Magle Klaudius
Lepcis zobaczył nowego wroga, takiego, jakiego jeszcze nie widział. I coś
się w nim przełamało. Nie pokazywał tego po sobie, ale było to widać na
pierwszy rzut oka. Na około całego miasta gromadziło się tysiące
barbaricus do oblężenia. Jedni maszerowali z długimi pikami, inni jechali
na małych koniach z łukami przewieszonymi przez plecy. W żadnym z nich nie
widać było strachu, za to było w nich pełno nienawiści i żądzy. Te dzikie
plemiona zdawały sobie sprawę, na kogo się podniosły i jak straszliwa może
być zemsta Rzymu, jeśli posuną się dalej. Oni jednak drwili z tego. Byli
całkowitym zaprzeczeniem dotychczasowych twierdzeń o niemożliwości
otwartego ataku na cesarstwo rzymskie. Teraz chyba nawet byli przekonani o
powodzenie takiego planu.
- Czy nadal umarzasz, że nie są oni zagrożeniem, że zgnieciemy ich jak
mszyce? - zapytał z drwiną Marek Tretoniusz
- To... niemożliwe. - wystękał Klaudiusz - Skąd wzięło się ich tyle,
przecież są regularnie tępieni... To nie może czekać zwłoki, od razu
zgłaszam to cesarzowi. - ostatnie zdanie powiedział już całkiem normalnie
i tak, jakby znowu mówił o ataku szarańczy na pola uprawne.
- Teraz nie zgłosisz tego nikomu, i módl się, żeby dane ci było jeszcze
cokolwiek powiedzieć. Hunowie ponoć wyrywają języki swoim jeńcom.
- O czym ty znowu mówisz! - rozsierdził się Klaudius Lepcis - Jakie
wyrywają! Ja karzę ich wszystkich ukrzyżować, a przywódców tej hałastry
napoić gorącą smołą!
- Nie wiem, jak chcesz tego dokonać. Nasza załoga liczy coś ponad dziesięć
tysięcy, ich jest co najmniej siedemnaście. Nie wierzył bym też do końca
tym nowo zaciągniętym germanom.
- Więc według ciebie zginiemy tu marnie?
- Nie, oczywiście, że nie. - Markus był zadowolony z efektu, jaki wywarły
na przyjaciela jego ostatnie słowa - Posłałem już po posiłki do cezara,
oby tylko nadeszły na czas.
- Przecież cesarz nie chciał dać ci wojska ostatnim razem.
- No właśnie, tego się najbardziej obawiam.
- Vae Victis! Vae Victis! - począł krzyczeć Klaudius jak w malignie
*
Moguntiacum był to silny i dobrze obwarowany obóz. Rzymscy żołnierze
Klaudiusa Lepcisa walczyli mężnie, ramię w ramię stojąc na murach i
wałach, broniąc ich do upadłego. Dzięki temu wytrzymali ponad dwa
tygodnie. Krwawe dwa tygodnie, przepełnione dzikością i odwagą barbaricus,
nieugiętymi karkami rzymskimi. Dwaj dowódcy czekali na posiłki z
utęsknieniem, lecz te nie nadchodziły. Cesarz, tak jak początkowo Lepcis,
drwił sobie z Hunowego zagrożenia i nie miał zamiaru wysyłać im wojsk.
Poza tym, nie lubił obu panów i szczerze chciałby, aby postradali tam
wojska i majątki. A najlepiej również życie. Tymczasem walki pod murami
Moguncji nie ustawały. Początkowo przeważali germanie, atakując z dziką
furią i czyniąc popłoch wśród wroga. Wkrótce jednak niezwyciężeni
Rzymianie nauczyli się odpierać ich ataki i sami czasem pognali ich do
lasu. Szybkie wypady konnicy i powrót za mury grodu był najlepszym
sposobem na uszczuplenie sił piechoty nieprzyjaciela. W pewnym momencie
barbarzyńcy nie odnosili już większych sukcesów, za to coraz więcej strat.
Cofnęli się do lasu i tam zalegli przyglądając się i złorzecząc Rzymianom.
Wtedy Markus wpadł na świetny jego zdaniem pomysł. Postanowił wziąć
najlepszych legionistów i zorganizować wycieczkę do lasu. Miało pójść
gładko i zadać ostateczny cios wrogowi.
Prawdę mówiąc, nikt nie kwapił się do realizacji tego planu. Ponoć
barbarzyńcy poddawali jeńców strasznym torturom, każdy rzymski wojownik
wolał już zginąć na polu walki niż sczeznąć w obozie Germanium. Tretoniusz
na taką reakcję odpowiedział, że nie wypłaci żołdu za całą ich tutaj
służbę. Cóż było robić.
- Wskażcie mi najodważniejszych wśród was, a jeśli naprawdę okażą się
bohaterscy w walce, sowicie ci wynagrodzę.
- Najwięksi wojownicy walczą w Legio Magnum, nazwanym tak przez pana
Klaudiusza. Możecie z nimi iść, panie.
- Dobrze więc, zobaczymy, czy są tak wielcy, jak nazwał ich Klaudiusz.
Wyruszyli późną nocą, chcieli wykorzystać zaskoczenie german. Wyszli z
obozu niemal bezdźwięcznie i czym prędzej czmychnęli do lasu. Myśleli, że
wyrżną ich jak kaczki. Niestety, przeliczyli się. Hunowie czekali na nich
z czymś specjalnym, czym chcieli i tak już nie długo zdobyć cały obóz. To
była broń całkowicie nie znana Rzymianom i innym plemionom, ale jej
znajomość posiedli dzicy. Legendy mówiły o tajemnych mocach german, ich
czarodziejskich runach i zaklęciach, ale wkładano to między mity. Do
czasu.
Na znak Markusa powoli i bezdźwięcznie wysunęli miecze z pochew.
Przykucnięci starali się nie oddychać i nie robić najmniejszego hałasu.
Wrogowie jednak wiedzieli już o nich od dawna i przygotowali
niespodziankę. Gdy wszyscy weszli już do lasu, rozległ się niespodziewany
huk, a wraz z nim snop gorąca. Spalił on doszczętnie połowę legionistów,
reszta w popłochu uciekła do obozu. Tak zakończył swój żywot Markus
Tretonius i zapoczątkował opowieść o magicznych Hunach, siejących popłoch
wśród swoich wrogów niezwykłą mocą. Szpiedzy donieśli Klaudiuszowi o tym,
co się tam stało. Ten posłał gołębicę nocą z wiadomością do znajomych mu
druidów w Lugdunum, aby coś zaradzili na wrogich magików. Następnego
jednak dnia zginęli wszyscy rzymianie, nie pozostał świadek klęski,
spalony obóz zionął śmiercią. W kolejnej bitwie druidzi uśmiercili
magików, co zadało wielki cios Hunom. Ci jednak nie cofali się. Ich
ekspansja posuwała się dalej, plądrowali i grabili Galię, ani myśleli się
z niej wycofać. Na szczęście Aecjusz, wódz rzymski rozbił ich ostatecznie
na Polach Katalaunijskich. Jednak inne plemiona nie poprzestawały w
najazdach i gnębiły coraz bardziej państwo rzymskie. W noc sylwestrową
406r. po zamarzniętym Renie Alanowie, Swewowie i Wandalowie przeszli na
teren państwa rzymskiego, a dwa lata później stali się panami Hiszpanii.
Napór innych plemion na cesarstwo zachodnio - rzymskie doprowadził do jego
całkowitego upadku. Wódz barbarzyński Odoaker odebrał władzę ostatniemu
cesarzowi.
*
- Rozbijemy ich przy pierwszym uderzeniu, dzikusy nie dadzą rady
Nieśmiertelnej Romie.
- Ponoć mają wielką siłę militarną, a determinacji dodaje im magia i
tajemnicze mikstury.
Niech sobie będą, jacy tylko chcą waleczni. Rzym od tego nie zginie.
* Vae victis! - biada zwyciężonym!##edit_byevil_joshua 2006-01-03 21:29:19##ed_end##