Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Marmurowa wieża

numiria ·

Jej szare migdałowe oczy odbijały się w czystej tafli szyby. Była skupiona i widać w nich było zimne wyrachowanie wprawnego łowcy. Źrenice nawet nie drgnęły, gdy zwierz rzucił się na szybę. Ona patrzyła, cierpliwa i pewna, widziała swe odbicie w oczach bestii i niemym rozkazem nakazała jej posłuszeństwo. Olbrzymi kocur usiadł na zadzie i oblizał bielusieńkie kły, zdolne rozszarpać dwuroga w ułamek sekundy. Cień uśmiechu przemkną przez jej blade i wąskie usta. Jednak stała nie wzruszona, a kocur walczył całą swą wolą o odrobinę dzikości jaka w nim została. Mrugnęła, a źrenice zwężyły się jeszcze bardziej stanowiąc kroplę atramentu na skalnym bloku jej tęczówek. Tysiące sugestii ruszyło ku zwierzęciu, które w końcu się poddało.
Meshara z triumfem oglądała swe dokonanie, jednak była to kropla w morzu wielu treningów, a jej sugestie skutkowały zbyt wolno. W starciu na otwartej przestrzeni jej psychiczny atak nie uratowałby jej, a tylko rozjuszył dzikiego zwierza. Pstryknęła smukłymi palcami uwalniając kocura spod swego wpływu, a ten od razu rzucił się na szybę chcąc ją rozszarpać. Usiadła do niego tyłem przy stole pokrytym pergaminami, książkami i starożytnymi woluminami dawno zapomnianych ras. Od dawna szukała klucza do prastarej wiedzy, który umykał jej jak cień demona. Przerzuciła kilka pożółkłych pergaminów i podtrzymała głowę rękom. Migreny zdarzały się coraz częściej i były bardziej natarczywe. Porzuciła zamysł studiowania ksiąg i podeszła do okna. Z jej mrocznej wieży z czarnego marmuru rozciągał się widok na posępne bagna, ponure trzęsawiska i cmentarz. Była to wymarzona okolica dla okultystów i dla niej z początku też. Lecz tęskniła za wrzeszczącymi dziećmi, które zamieniała w przeróżne stworzenia,
aby dały jej pracować w ciszy. Teraz miała jej aż nadto, a wymarzone lokum stało się jej więzieniem. Przytuliła bladą twarz do okiennej ramy i popatrzyła przed siebie, ale nie fizycznymi oczami, ale trzecim, psychicznym okiem Rasha, które z tej wieży przemierzało lądy i oceany dzieląc się wrażeniami ze swoją panią. Ze smutkiem przyglądała się północnemu królestwu Laron, w którym królowa właśnie powiła bliźnięta. Za trzy miesiące zdziesiątkuje je zaraza nie oszczędzając dwu różowych z wysiłku niemowląt. Odszukała komnatę króla, umięśniony i sędziwy właśnie zdradzał żonę z jej dwórką. Jego nie będzie żałować, jego zabije żona, a królestwo padnie pod władzą tyrana ze wschodnich gór. Ileż razy widziała ten przeklęty scenariusz? Już nie zdawała sobie z tego sprawy. Stulecia spędzone między takimi jak ona nauczyły ją, że wszystko prócz nich przeminie. Z gorzkimi łzami, których nie wypuściła na wolność patrzyła dalej. Rasha znalazło małą, wiejską szkółkę opuszczoną przez pedagogów.
Uczniowie czekali lecz nikt się nie zjawiał, ich nauczyciel leżał przebity bełtem w korycie płytkiego strumienia nieopodal wioski.
Tylko zło, ból i śmierć widziało Rasha, ale przecież sama go tego nauczyła. Szczęśliwe i pełne miłości miejsca omijało z niesmakiem i wrogością filozofa przekonanego, że końcem drogi jeśt śmierć i tylko ona się wobec tego liczy.
Pomyślała o zabawie...,w jej kręgach było to wzywanie umarłych i kontrolowanie ludzi. Kiedy ostatni raz naprawdę się bawiła? Kiedy czuła pod stopami miękką trawę i mocne letnie słońce na bladej twarzy? Nieświadomie sprawiła, że jej komnata tak właśnie teraz wyglądała, iluzja życia. Czasem zazdrościła śmiertelnikom ich krótkiego, acz szczęśliwego życia. Ona nigdy się nie śmiała, nie zakochała...nie rozczulała się nad sobą, przyjmując łzy za oznakę słabości. Gdy tak myślała Rasha nieświadomie znalazło miejsce nędzy i rozpaczy, w którym o dziwo pełno było miłości. Meshara przyjrzała mu się z ciekawością młodej adeptki, która po raz pierwszy składa ofiarę z blondwłosej dziewicy, o które było coraz trudniej.
W małej chatce przytulonej do zbocza góry znalazła dzieci, tylko one jeszcze żyły. Nie starsze niż siedmio-wiosenna winorośl, tuliły się do siebie targane spazmami płaczu. Rodzice leżeli na zakrwawionych siennikach, a śmierć roztaczała swe skrzydła wokół nich.
Pod wpływem impulsu Meshara przeniosła się do tej małej, zapomnianej przez wszelkich bogów chatki. Jako kruk spoczęła naprzeciw rozdygotanych podrostków. Człopiec cisną w nią kamieniem, który pośpiesznie wyjął z poszarpanej tuniki. Kamień zatrzymał się w pół drogi, a kruk przybrał swą naturalną postać. Siedziała naprzeciw nich odganiając śmierć, którą zwykła witać jak dobrego przyjaciela. Dzieci zasnęły, zasnęły na trzy miesiące i przebudziły się obok królowej, która zabiła męża, a je powitała jako własne pacholęta.
Kiedy zrobiła coś dobrego? To było jak sen szalonego człowieka widzącego więcej niż ten, który uważa się za normalnego.
Leżała z kocurem na podłodze i wołała śmierć, która musnęła ją skrzydłem i zabrała do siódmego kręgu podziemi.
Meshara już nie otworzyła szarych, zimnych oczu, które nigdy się nie śmiały. Nigdy nie zaznała miłości dołączając do królestwa wiecznych cieni.

***

Muzyka rozbrzmiewała wszędzie dokoła mieszając się z ludzkim śmiechem niczym zaraza rozprzestrzeniająca się z morowym powietrzem. Mimo to cały gwar dochodził jakby przytłumiony. Rozejrzała się dokładnie jakby czekając na odpowiedni moment by się ulotnić. Już ostatecznym błędem było pojawienie się na weselu siostry, a ona nie chciała się bardziej pogrążyć. Siedziała na drewnianym krześle, którego poręcze kończyły smocze głowy, tak prawdziwe, że nie było się pewnym czy zaraz nie odgryzą siedzącemu dłoni. Jak dała się na to namówić?! Jak w ogóle mogła o tym pomyśleć?! Czuła na sobie wzrok kilku gości i szybko się od niego uwolniła jeden z nich nagle zaczął się dusić.
Ell spojrzała w drugą stronę i napotkała karcące spojrzenie martwej siostry. Wzruszyła ramionami i zajęła się pieczenią na talerzu. Mimo pozornego zainteresowania potrawą, cały czas obserwowała siostrę. Isha tańczyła ze swym wybrankiem wśród kwiatów i innych par. Jej zielona suknia wirowała wokół smukłych nóg, a obszyta złotem opaska podkreślała rudy kolor włosów dziewczyny. Jej nowy mąż w skórzanym kaftanie pląsał do koła niej niczym baletmistrz na polu pełnym bomb fosforowych.
Ell znów poczuła na sobie czyjeś spojrzenie, lecz nie znalazła jego właściciela. Dosyć! Wstała od stołu, ale biesiadnicy nie zwrócili na nią uwagi. Zawsze tak było, w końcu była INNA! Nawet uratowanie tej przeklętej osady przed śmiercią nic nie zmieniło, bo i tak zawsze patrzyli na Ishe.
Weszła do swojego starego domu i przestąpiła próg izby gdzie wszystko się zaczęło... Nawet zapach pozostał ten sam, woda z octem nadal unosiła się w powietrzu. Tu właśnie zogniskowała się zaraza jątrząc jej siostrę. Widziała matkę klęczącą przy jej sienniku, jej zapuchnięte od płaczu oczy, nie dbała czy się zarazi musiała być przy swoim skarbie. Gdy do niej podeszła wiedziała, że zbliża się koniec, czuła chłód i tysiące szeptów nawołujących duszę chorej. To ty powinnaś tu leżeć, a ona biegać i śmiać się... usłyszała z ust swej rodzicielki. Te słowa nie bolały bardziej niż inne, bo słyszała je już od wszystkich. A ona zamiast ich znienawidzić, pomogła jej. Dała jej istnienie oparte na życiu innych. Ich matka była pierwszą...
Wyszła z pokoju i po chybotliwych schodkach weszła do swojej zaciemnionej izby z wyrysowanym na podłodze pentagramem. - Wracam. powiedziała donośnie w przestrzeń, a z rysunku trysnął zielony ogień. Wszelkie jej rzeczy samoistnie uniosły się i wpadły w zieloną kaskadę na środku pokoju. Rozejrzała się i upewniła, że ma wszystko i sama wstąpiła w zielony snop.
W pokoju było cicho i jasno. Posypały się iskry i pojawiła się właścicielka onyksowej wieży.
Usiadła w ulubionym fotelu i pomyślała o wczorajszym dniu. Jej siostra usidliła kolejnego młodzieńca. Ell dawała mu tydzień rozkoszy i dzień bólu. Nikogo nie zastanawiało, co tak szybko zabijało wszystkich mężów Ishy. Każdy współczuł rudowłosej piękności z Northcave, która tak szybko wdowiała. Jedynie ona znała sekret siostry. Tak Isha była przebiegła i dobrze wtapiała się w zwykłych ludzi z pogranicza, nie to co ona. Przeraźliwie blada, szarooka okultystka z darem jasnowidzenia. Splecione w warkocz brązowe włosy opadły jej na kolana, gdzie spał mały smok. Jej pieszczoch był coraz bardziej niebezpieczny, a dla niej gotów na wszystko.
Przez te kilka dni wśród kmieci z pogranicza podjęła ważną decyzję. Kochała siostrę, ale to co robiła Isha było już ponad jej siły. Połowę brzozowego cmentarza zapełniali jej mężowie, ale tylko Ell nosiła im kwiaty przy święcie nowiu.
W onyksowej wieży dało się słyszeć skwierczenie, a płyty podłogi niebezpiecznie się wybrzuszyły. Oto i ona - pomyślała Ell. Spektakularne wejścia były w jej stylu. Usłyszała sapanie i do pokoju wpadła Isha. Sztylet zawirował i zatrzymał się stopę od serca Ell. Nagle zawrócił i opadł w ogień paszczy smoka.
-Ty ladacznico! - krzyknęła Isha.
Ell pomyślała, że może jednak jej mąż wytrzymał krócej jej mroczne pocałunki.
-Zostawiłaś to umyślnie! Rzuciła jej pod nogi ogrzy kieł.
-Czyżby Ywaan jeszcze samodzielnie myślał i oddychał? Zapytała niewinnie Ell.
-A ja zastanawiałam się dlaczego jeszcze dycha! On żył ze mną za długo! Jej chłodne spojrzenie nie przebiło tarczy chłodu okultystki.
-Zbyt wielu zabiłaś by żyć, a żyjesz dzięki mnie, więc zginiesz gdy tak zdecyduję. Ile dusz masz w tym swoim wisiorku? Nie wiesz? To jedna więcej nie zrobi różnicy, idź upoluj ostatniego, bo potem połączysz się z ziemią, z której powstałaś.
Isha rzuciła jej w twarz potok ostrych słów i próbowała spoliczkować.
-Widzę, że już nadeszła pora by przywrócić sprawom należyty bieg. Umrzesz tak jak powinnaś to była zrobić pięćdziesiąt lat temu.
-Nie ... jeszcze nie... - zaskomlała - oszczędź...
-Nie!...

Po środku komnaty leżała kupka popiołu, zaś wieża wyglądała na opuszczoną. Jedynie parujący fotel wskazywał, że coś stało się tu stosunkowo niedawno.

***


Wrota nieśmiało ustąpiły wpuszczając do czarnej wieży snop słonecznego światła. Młoda dziewczyna weszła do przestronnego pomieszczenia, a drzwi zatrzasnęły się z głuchym łoskotem i jękiem agonii. Przestrzeń wieży wypełniła się szlochem młodziutkiej istoty, która osunęła się na podłogę pozbawiona wszelkich perspektyw na dalsze życie przy Grzbiecie Świata.
Nagle w umyśle tego przerażonego stworzenia pojawiła się myśl. Nieokiełznane pragnienie pozostania tu na zawsze. Trwania w onyksowej wierzy. Jej zgnębione i schowane ja zaczęło rozwijać skrzydła. Podniosła się z zimnej, kamiennej podłogi i otarła łzy, które z takim trudem maskowała przed mężem. Nie, nigdy więcej, pękła tama maskująca jej dar. Teraz czuła w sobie moc, swoją i swoich poprzedniczek, była jej świadoma. Zapragnęła światła i cała wieża rozjarzyła się przymglonym blaskiem świetlnych kul.
Sama budowla wydawała się być zadowolona iż odnalazła nowego mieszkańca, więc podsuwała dziewczynie myśli tak szalone i nieokiełznane, że aż nieprawdopodobne.
Lexla ruszyła do góry oglądając zasłane kurzem i książkami pokoje, aż dotarła na rozległy taras z widokiem na jej stary, przeklęty dom.
Bardzo szybko zniosła wszelkie bariery, a żal i gniew spotęgowały wewnętrzną moc tak bardzo, że po tygodzniu wieża wyglądała jak za jej poprzedniczek. Wokół budowli zaś znów wyły wilki, a wioska w której mieszkała stanowiła jedność z ziemią, na której stała.
Tak właśnie Czarna Wieża znów miała swą marionetkę w ludzkim wymiarze...


Plaża była pusta i spokojna. Wieczorna mgła zaległa na jeszcze ciepłym piasku jak welon na twarzy panny młodej. Kontury zamazywały się, po woli i skutecznie mgła zasłaniała drewniane pale falochronów, i wpełzała coraz głębiej w spokojne morze. W wieczornym, przytłumionym przez mgłę świetle słońca, które już prawie schowało się w morskie czeluści, widoczna była sylwetka. Humanoid siedział po turecku na jednym z pali i nie poruszał się. Na wyciągniętych przed sobą przedramionach trzymał miecz. Klinga zdawała się absorbować wszechobecne zjawisko atmosferyczne i zamieniać je na energię, wewnętrzne światło, ostatnie schwytane promienie słońca.
Postać była nieruchoma, wyglądała jak twór z mgły i kropel słonej wody. Nagle humanoid wykonał młynka mieczem i zwinnie poderwał się na nogi. W mroku nocy dało się słyszeć gniewny okrzyk, a właściwie ryk rozjuszonego zwierza. Klinga w zwinnych rękach poruszała się z niewiarygodną szybkością i gracją zawodowego łowcy. Niespodziewanie słabe światło ostrza zdało się blaknąć zbroczone ciemną posoką. Na piasek upadła głowa, wykrzywiona przez gniew i strach. Fizys łypała na swego kata lampionowatymi ślepiami. Tymczasem miecz wytarty w piasek znalazł się znowu w pochwie u boku swej pani. Srebrzysty warkocz huśtał się jeszcze, wprawiony w ruch ostatnim piruetem, a niesforne kosmyki tańczyły wokół młodej elfiej twarzy, której stalowa barwa doskonale komponowała się z księżycem.
Nocny łowca podążył na południe, poprze wydmy do swojej ojczyzny, gdzie obudziła się Czarna Wieża.

***

W mrokach nocy dało się słyszeć jedynie szept tysiąca drzew okalających wzgórze. A każde z nich opowiada inną historię, bo każde jest inne i doświadczyło czego innego. Stary klon pochylał się nad wysychającą sadzawką otaczając to małe bajorko konarami niczym matka osłaniająca swe niemowlę. To tutaj każda z nich przychodziła by słuchać, bo drzewa zawsze coś mówią. Zawsze szepczą czule wiatrom by niosły wieść w świat, to one spisują historię ludów. To kronikarze życia. Czerwony liść opadł do sadzawki i zmarszczył kryształową taflę mętnej wody. Każda zmarszczka była przewracaną stronicą pędzącej niestrudzenie historii. Gdzieś zaświergotał ptak, gdzieś zawył samotny wilk.
Na kamieniu siedziała smukła postać. Jej skóra wchłaniała odbite promienie księżyca, po policzkach ciekły łzy, a wyglądały one niczym płynne diamenty. Łza po łzie kapała z delikatnie zarysowanej brody wprost na spodnie do konnej jazdy. Ręce miała złożone na podołku, z dala od zimnej rękojeści miecza. Dlaczego w ogóle go przyjęła? To on skazał ją na życie, którego nie chciała i nienawidziła. Każdy jest kowalem własnego losu, ale jej los już dawno zaśpiewał hartowany w ogniu wojny i krwi przez wyższą, nie znaną nikomu siłę. Ona nie żyła, ona istniała by wyplewić to, co zagrażało śmiertelnym. Nie była wojowniczką, nigdy się nią nie czuła, nie była natchnionym rycerzem dobra, ale marionetką. Owszem, umiała zabijać, ale po co jej to?! Od zagrożenia do zagrożenia z nadzieją, że w końcu polegnie. Ale nareszcie zbliżał się koniec. Kolejna łza wypłynęła spod przymkniętych powiek. Dla jednych morderczyni, dla innych bohaterka. Kim była ta spłoszona istota? Drżącą rękom dotknęła rękojeści, była zimna i straszna, cała we krwi. Gdy tylko zamykała oczy widziała ich makabrycznie powykręcane twarze i ciała, wołali ją, czekali, byli cierpliwi, każdy przecież kiedyś umiera, na każdego przychodzi pora.
Oparła się o stary klon, on szeptał tak jak od setek lat...

...usłyszysz krzyk, a potem szept
tak delikatny jak anioła zew
i zewsząd ogień zapłonie.
Ogień nadziei w to, co przeminione...

...a ona chciała słuchać...

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...