Mgły spoza obrębu czasu
Arlon, tak go nazywano. Imieniem możnych. Nie był on jednak, jednym z wielkich Vājazich, nie nosił też znaku żadnego plemienia. Podobno urodził się w dalekiej krainie, gdzie pamięć o dawnych dniach była ciągle żywa. Miał on tam pobierać tajemne nauki. Rzekomo naznaczono go nawet na jednego z Avatarich. Nikt nie wiedział, czy to prawda. Pewne było tylko jedno. Do Adaronu przybył z Północnych Pustkowi leżących na wschodzie.
***
Szedł pieszo. Poły długiego, szarego płaszcza ciągnęły się za nim po przemierzanych bezdrożach. Głowę miał opuszczoną, wzrok wbity w ziemię, krok powolny i niespieszny. Biła od niego rezygnacja. Wyglądem swym przypominał postać z mitów i legend – wiecznego Wędrowca przemierzającego śnieżne pustkowia.
Szedł, jak skazaniec z trudem powłóczący nogami, odwlekający koniec. Tylko że, jak na razie, końca nie było widać. Miast niego, wszędzie zalegał srebrzący się w promieniach słońca, śnieg. Ziemie, które przemierzał Arlon, wydawały się straszne w swym ogromie i swej jednolitości. Były żywym odbiciem wszystkich starożytnych podań i bajań o mistycznej północy i Krainie Bezkresu.
Mimo wszystko, śnieżna pustynia była, na swój sposób, piękna. Tajemniczy Wędrowiec w szarym płaszczu, doskonale o tym wiedział. Dostrzegał to sercem. Tym samym jednak sercem, nienawidził jej. Przejmujący chłód i przeszywające, zimne wiatry nie były tego jedyną przyczyną. Monotonne krainy, rozpościerające się po horyzont jednolitym krajobrazem, były przytłaczające i niemiłe, same w sobie.
Czasami bywały niewypowiedzianie wręcz przerażające. Wtedy na przykład, gdy przemierza się je od wielu dni, a nawet tygodni, i otaczający cię krajobraz nie zmienia się ani na jotę. Jeszcze gorzej jest, kiedy skończą ci się zapasy żywności. Niektórzy w takich sytuacjach popadają w panikę i od razu spożywają resztki prowiantu.
Wędrowiec nie należał do tego typu ludzi. Całą drogę, nader ostrożnie racjonował sobie zapasy. Cóż jednak z tego, skoro skończyły mu się już dwa dni temu?
Odkąd zjadł ostatni posiłek, zatrzymywał się o wiele rzadziej niż poprzednio. Szedł przed siebie całymi godzinami; bez większej nadziei i ochoty. Tak właściwie, to stracił już niemal całą nadzieję. Mimo to, nie zatrzymywał się, szedł dalej. Robił to, ponieważ nie cierpiał przegrywać, bardzo nawet. Śmierć zaś byłaby w tej chwili porażką, która przyćmiłaby wszystkie jego dotychczasowe zwycięstwa. I, co najważniejsze, nie dawała szansy na rewanż. Nie miał więc wyboru. Musiał iść.
***
Nikt w Adaronie nie wiedział właściwie, jak się to wszystko zaczęło. Mówiono, że sprawił to przypadek lub złośliwy los. Tylko nieliczni ośmielali się twierdzić, że Arlon z góry zaplanował to spotkanie. Niczego nie można było być pewnym. Prócz jednego. Wszyscy, bowiem wiedzieli, jak skończyło się pierwsze spotkanie Wędrowca z Adarończykami.
***
Arlon już drugi dzień szedł bez jedzenia i picia. Mógł oczywiście pić roztopiony śnieg, niemniej wolałby wino. To jednakże, skończyło mu się wczoraj. Nic, więc dziwnego, że był zły, a nawet wściekły. Wszystko przecież miało być inaczej. Jakkolwiek, tylko nie tak, jak było.
Śnieg sięgał mu powyżej kostek. Skrzypiał przyjemnie przy każdym kroku i próbował wsypać się do butów. Nie udawało mu się to. Wędrowiec nosił wysokie, jeździeckie buty z cholewami. Nie sposób było po nich poznać, jak wielkie odległości przebył w nich Arlon, nie sposób było sobie tego nawet wyobrazić.
Teraz, Wędrowiec szedł po łagodnej skarpie. Śnieg osypywał się przy każdym jego kroku. Należało uważać. Nigdy nie wiadomo, co kryje pod sobą biały kobierzec. Pod jego cienką warstewką kryć mogły się dziury, ostre kamienie lub śliskie kałuże lodu. Arlon nie zawracał sobie jednak głowy ostrożnością. Leżała ona bowiem w naturze jego kroków.
Na kolejne przemierzane pagórki i wzniesienia, również nie zwracał uwagi. Był zamyślony. Rozpatrywał wydarzenia ostatnich kilku tygodni. Bardzo bolesnego i brzemiennego w skutki, okresu. W pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że od jakiegoś czasu słyszy, zbliżających się jeźdźców. Było za późno by się przed nimi ukryć.
Powoli, niby od niechcenia, uniósł głowę i omiótł ich uważnym spojrzeniem. Było ich trzech. Przed chwilą widzieli przemierzającego pustkowia człowieka, który, jak sądzili, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że zbliżają się do niego jacyś ludzie. Teraz, gdy zobaczyli, jak na nich spojrzał – a zrobił to, jakby tylko upewniał się, że są tam gdzie powinni być – stracili to przeświadczenie. Dali wierzchowcom ostrogę. Mimo iż dzieliła ich od Arlona znaczna odległość spostrzegł on, że wszyscy byli przy broni. Mogli okazać się niebezpieczni. Zwłaszcza ze względu na jego pochodzenie.
Nie zatrzymał się, nie zwolnił i nie przyspieszył. Szedł tak, jak dotychczas. Z tą tylko różnicą, że teraz, bacznie przyglądał się trzem jeźdźcom. Jak na razie żaden z nich nie dobywał broni.
– Stój! – krzyknął rozkazująco jeden z mężczyzn, gdy dzieliły go od Arlona, nie więcej niż cztery lidie.
Wędrowiec zatrzymał się. Milczał.
– Coś za jeden? – zapytał najwyższy z jeźdźców, próbując uspokoić drepczącego w miejscu darenia.
Darenie nie były końmi, nie były też reniferami, choć po trosze przypominały oba te gatunki. Arlon wiedział o nich tylko tyle, że żyły w tutejszym, mroźnym klimacie i służyły ludziom za wierzchowce.
– Hayhe, wędrowcy – odparł w końcu. – Spotykamy się na drodze i mam nadzieję, że owo spotkanie okaże się szczęśliwe, a czas jego będzie pomyślny. Imię moje brzmi Arlon, a przybywam z daleka.
Miny jeźdźców mówiły same za siebie. Zdziwienie, zaskoczenie, niepewność, może nawet strach.
– Kim jesteś? – zapytał najpostawniejszy z nich.
Wędrowiec ocenił, że jest on wśród jeźdźców najmniej znaczny. Zwalisty i na najbrzydszym dareniu. Najpewniej zwykły sługa. Nie odpowiedział mu. Czekał.
– Lepiej mów, chłopcze – rzucił ten, który przemówił wcześniej jako pierwszy. W głosie miał jeszcze więcej wyniosłości niż poprzednio. Najwyraźniej spostrzegł, że rozmawia z młodzieńcem i nie wierzył, by ów rzeczywiście zwał się Arlonem. Imiona ze żmijomowy nadawano wyłącznie naznaczonym na Avatarich. Chłopak był za młody na bycie jednym z nich. Żmijem też raczej nie był. – I pospiesz się, bo nasze spotkanie może okazać się o wiele mniej szczęśliwe i pomyślne, niż byś tego chciał.
Arlon spojrzał na niego wyzywająco i uśmiechnął się bezczelnie. Jeździec mimowolnie wzdrygnął się ujrzawszy złowrogi wyraz oczu chłopaka. Bez wątpienia jednak były to ludzkie oczy. Chyba.
Wędrowiec zauważył, że wzbudził w jeźdźcu niepewność. Musiał to wykorzystać. Nie tracąc ani chwili, zaczął intonować szeptem tajemną formułę. Uniósł spojrzenie na darenia dosiadanego przez najwyższego z mężczyzn. Wypowiedział w jego kierunku kilka tajemnych słów. Zwierze zarżało przejmująco i cofnęło się o krok.
– Przestań wędrowcze! – wykrzyknął jeździec, ściągając wodze spłoszonego darenia.
Arlon ocenił, że był to przywódca napotkanej kompanii. W jego spojrzeniu pojawił się lęk. Chłopak złowił też przestraszone spojrzenie najpostawniejszego z mężczyzn. Ponownie się uśmiechnął. Jeszcze bezczelniej i zuchwalej niż poprzednio. W oczach pojawił mu się niebezpieczny błysk. Wzięto go zapewne za jednego z Vājazich. I dobrze.
Odczekał chwilę. Musiał dać jeźdźcom czas na oswojenie się z tą myślą. Nie dał się obrażać, wcześniej okazał jednak dobrą wolę. Teraz, wszystko zależało od ich decyzji. Przez chwilę przyglądał im się, zuchwale na pozór, w rzeczywistości dokładnie. Musiał ich wybadać.
– Słyszeliście może o wielkich Vājazich? O Żmijach.
Wyraz twarzy każdego z nich, świadczył o tym, że słyszeli. I to zapewne niemało.
Teraz był najważniejszy moment. Teraz zapewne, podjęta zostanie decyzja.
Dwaj jeźdźcy, przywódca i rycerz, spojrzeli na siebie. I wszystko było jasne. Arlon wiedział. Być może, wcześniej niż oni sami. Nie tracąc ani chwili czasu, skoczył ku jeźdźcom. Ukucnął, chwycił w dłonie sypki śnieg i doskoczył jeszcze bliżej. Teraz dzieliła go od mężczyzn i ich wierzchowców, nie więcej niż lidia odległości. Wziął zamach i krzyknąwszy sypnął śniegiem w jeźdźców. Wyglądał przy tym, jak cyrkowy magik. Mężczyźni, zapewne wybuchnęliby śmiechem, gdyby nie pewien szczegół. Mianowicie, ich darenie spłoszyły się, gdy na nie krzyknięto i obsypano śniegiem. I to spłoszyły się nie na żarty. Wszystkie trzy stanęły dęba, rżąc trwożnie. Przednimi kopytami młóciły powietrze.
Arlon, odbiwszy w prawo, skoczył ku bokowi jednego z dareni. Dosłownie o mały włos, uniknął uderzenia kopytem. Teraz zaś dosyć ryzykancko zbliżył się do najroślejszego jeźdźca, który, jak mniemał, był nie tylko najsilniejszy, ale i najgłupszy z całej kompanii. Okazało się, że miał rację. Zwalisty mężczyzna, w obecności wroga, wszelką uwagę poświęcał utrzymaniu się w siodle i uspokojeniu wierzchowca. Wyszkolony Avatari, jakim był Wędrowiec, mógł na ten widok poczuć wyłącznie pogardę. Arlon poczuł jednak coś więcej. Ulgę.
Skoczył bliżej ku osiłkowi, chwycił go za kołnierz kożucha i pociągnął ku sobie. Nie zdołał osiągnąć zamierzonego celu. Nie zwalił draba na ziemie. Z siodła go jednak ściągnął. Stopy jeźdźca utknęły mu w strzemionach i zwisał on teraz, na dziwnie wygiętej nodze. Cichy chrzęst i nieco głośniejszy trzask, jaki usłyszał Arlon, świadczyły o tym, że owa noga, złamała się przed chwilą, przynajmniej w dwóch miejscach.
Wędrowiec wcale na to nie zważał. Krzyk osiłka spłoszył darenie jeszcze bardziej. Dało to Arlonowi kilka bezcennych sekund. Bez zbędnej ostrożności, dopadł do juków darenia, na którym zwisał drab. Chwycił za krótką włócznię i wyszarpnął ją energicznym ruchem. Towarzyszył temu głośniejszy wrzask zwisającego mężczyzny. Nie dało się jednak słyszeć żadnego trzasku, więc nic poważnego mu się nie stało.
Nie tracąc ani chwili, Arlon błyskawicznie doskoczył do darenia, na którego grzbiecie siedział przywódca jeźdźców. Ujął włócznię, jak kij i z bezpiecznej odległości uderzył wierzchowca jej drzewcem w zad. Kątem oka dostrzegł, że siedzący na rumaku mężczyzna, próbuje dobyć broni. Nie zdołał. W ostatniej chwili mocniej złapał lejce i jakimś cudem utrzymał się w siodle, galopującego w dal darenia.
Pozostał już tylko jeden przeciwnik. Wędrowiec obrócił się ku niemu. Ten był z nich najlepszy. Mimo że jego rumak był przerażony najbardziej ze wszystkich i strasznie mocno wierzgał, zdołał on dobyć włóczni i nawet się nią zamierzyć. Arlon również się zamierzył. I żaden z nich nie rzucił broni w przeciwnika. Przeciwnie, niemal zastygli w bezruchu i oczekiwaniu.
Jeździec uspokajał darenia, a Wędrowiec szukał najlepszej pozycji i najpewniejszego podłoża. Obaj bacznie się sobie przyglądali. Arlon musiał docenić przeciwnika, nie spodziewał się bowiem z jego strony takiego postępowania. On sam, jako Avatari miał pewność, że natychmiastowy rzut byłby nierozwagą. Ale jego przeciwnik nie był Avatarim. Niezależnie od tego, czy wiedział o tym, jak należy postąpić, czy może podpowiedział mu to instynkt, okazał się godnym przeciwnikiem. Lepszym, niż można było przypuszczać.
– Jesteś niezwykle pewny siebie – oznajmił Wędrowiec. – Mimo, iż odgadłeś, kim jestem, nie rzuciłeś włóczni. Sądziłeś, że jeśli ja zrobię to pierwszy, to zdołasz się uchylić?
– Sądzę, że obaj dobrze wiemy, czemu żaden z nas, nie zaatakował – odparł jeździec, już bez poprzedniej buty i wyniosłości. Mówił powoli, cały czas bacznie wpatrywał się w Arlona, nie dawał zdekoncentrować się rozmową. Był dobry. – Obaj byliśmy w ruchu, dareń wierzgał jak szalony; zawsze można nie trafić, musnąć tylko, chybić nawet. Można się potknąć, można uniknąć ciosu. A walka bezbronnego ze zbrojnym to już co innego.
– Ano, co innego – przyznał Wędrowiec, a w duchu uśmiechnął się. Spostrzegł bowiem, że tak jak on jeźdźca, tak jeździec jego, próbuje zdekoncentrować rozmową. Postanowił to wykorzystać. – Bacz jednak, że pieszy i bezbronny przeciwko trzem konnym i zbrojnym, to również, co innego.
Jeździec uśmiechnął się.
– Zaskoczenie matką tchórzy – odparł pozornie beztrosko.
– Masz więc przewagę – rzucił na pozór zapalczywie Arlon. – Uderzaj zatem.
– Rozsądek cnotą jest walecznych – odparł sentencjonalnie jeździec.
Wędrowiec był już szczerze poirytowany. Nie sądził, że napotka kogoś, kto będzie w stanie podjąć tak niebezpieczną grę. I kogoś, kto byłby w niej taki dobry.
– Rozsądku w tobie nie widzę – Odrzekł z prawdziwą złością. Szybko się jednak powściągnął.
– Skąd jesteś, Vājazi? – zapytał jeździec.
Arlon uśmiechnął się złośliwie.
– Nie jestem Żmijem – odparł. – Źle mnie zrozumieliście. – W jego głosie dało się słyszeć złośliwą satysfakcję, nieudawaną wcale.
Jeździec nie miał zamiaru wierzyć w jego słowa. Ktoś, kto w taki sposób pokonał dwóch konnych i zaszachował trzeciego, po prostu nie mógł być zwykłym człowiekiem. Z drugiej jednak strony, oczy młodzieńca, choć były straszne, nie wyglądały na żmijowe. Przynajmniej, nie tak je opisywano w legendach. Czy to możliwe, by był taki młody i taki zdolny, a…?
Mężczyzna zastanowił się chwilę nad słowami przeciwnika. I okazało się, że wcale nie jest taki dobry. Popełnił błąd i musiał za niego zapłacić.
Dziej – Od zmierzchu do świtu
Niebo odlane było z ołowiu, a przynajmniej takie sprawiało wrażenie. W kilka godzin po tym, jak Arlon zdobył wierzchowca i prowiant, ciemne chmury przesłoniły, zazwyczaj błękitno-szary, nieboskłon. Wiatr, który je przygnał, wiał z północy. Ze stron, z których, pochodziły darenie. Tam też wedle legendy rozlewało swe wody wielkie Morze Bezmiaru. Kraina ta, nazywała się Adaronem. To zawsze od niego, ciągnęły wszystkie chmury burzowe. Podobno z powodu istnienia legendarnego morza.
Arlon był skłonny wierzyć, że nie jest to wyłącznie bajką. Nie miało to jednak dla niego większego znaczenia. Do Adaronu zmierzał wszak w, innych niż turystyczne, celach.
Powoli zapadała noc, nadchodził zmierzch, nastawały ciemności. Zbliżał się czas śmierci i demonów. Z nieba zaczynał prószyć śnieg. Białe drobinki z gracją opadały na ziemię. Nie powinny. Coś było nie tak.
Wędrowiec, po raz pierwszy od czasu opuszczenia Zatan Agasty, poczuł niepokój. Z chmur, rozpościerających się nad jego głową, powinien padać deszcz, nie śnieg.
Popędził darenia i zagłębił się w rozmyślaniach. Nie sądził, by na otwartej przestrzeni, mógł natknąć się na coś, czego nie byłby w stanie pokonać. Tyle, że owa przestrzeń, mogła się w każdej chwili skończyć. Nie znał tych terenów, ale wiedział, że skoro napotkał ludzi, to może też trafić na ich siedziby. Zdawał sobie też sprawę z tego, że jeśli się tak stanie, to nie będzie potrafił odmówić sobie, złożenia w nich wizyty. Na samą myśl o łóżku, zrobiło mu się dziwnie przyjemnie.
Rozważania przerwał zapach. Młodzian osadził darenia nagłym szarpnięciem za lejce. Towarzyszyło temu, wzbicie się w powietrze chmury sypkiego śniegu. Zwierz zarżał i zastrzygł uszami. Arlon wsłuchiwał się. Podczas jazdy nie był w stanie wyłapać dalekich odgłosów. Teraz jednak wyraźnie słyszał to, co przed chwilą poczuł. Nie czekając ani chwili, dał dareniowi ostrogę.
Po kilkunastu minutach galopu, zza jednego z pagórków wyłoniły się zielone szczyty drzew. Podjechawszy bliżej, Wędrowiec, ujrzał też ogromną rzekę, wypływającą wprost ze ściany sosnowej puszczy, dzielącą ją na dwa lasy. Widoku tego Arlon wypatrywał od wielu dni wędrówki.
Rzeka z wolna toczyła swe wody z południowego-wschodu ku północy. Dzieliła wielką puszczę na dwa bory, stanowiła też naturalną granicę Adaronu. Z pewnych względów była to najbezpieczniejsza granica całej Krainy Bezkresu. Jednak naznaczona za to cena, była perwersyjnie wysoka.
Las pachniał igliwiem i żywicą. Panowała tu bajeczna atmosfera. Wszędzie wokół unosiła się aura swojskości. Wędrowiec czuł z tego powodu niepokój, nie ufał lasowi. Tak ogromna puszcza, powinna być raczej majestatyczna, nie zaś urocza. Może i widział przed sobą piękną knieję, ale wyczuwał w niej zdradę. Tak jakby spostrzegł jej ducha i złośliwą naturę, ukryte w cieniu drzew. Nie miał jednak wyboru. Musiał wjechać w ów ostęp.
***
O lasach, rozpościerających się na południowej granicy Adaronu, mówiono wiele. Głównie o tym, że coś tam straszy. Dla przeciętnego Adarończyka z północy kraju, czy mieszkańca wybrzeża, które miało leżeć nad Morzem Bezmiaru, była to groźna, ale i daleka kraina. Dla mieszkańców pogranicza, była to jednak żywa legenda. Powszechnie wiedziano, że w lesie coś się kryje, coś straszy, coś zabija, coś czai się w cieniu drzew. Ale bezpośrednich działań, tego czegoś, doświadczali wyłącznie mieszkańcy podlesia z południa.
Od wieków walczyli oni z wielkim borem i kilkakroć już próbowali go spalić. Każda podejmowana próba, kończyła się jednak fiaskiem. Winić za to, należało zapewne tutejszy klimat i złą organizację ludzi. Adarończycy wierzyli jednak, że las chroni potężna magia i to ona nie pozwala im, na spalenie go.
Tak właściwie, to nikt dokładnie nie wiedział, co kryją w sobie ostępy Stracholasu. Niewątpliwie znajdował się tam jednak jeden z trzech mostów, zbudowanych nad rzeką „graniczną”. Każdy z nich wzniesiono w różnych stronach krainy Adaronu. Prowadziły one w innych kierunkach i były od nich też nazywane. Most z lasu nosił miano południowego. Z dosyć oczywistych względów, był najrzadziej uczęszczany; mimo że do pozostałych dwóch było bardzo daleko i stanowiły one jedyną możliwość przeprawy przez „graniczną”.
Jeżeli ktoś tylko mógł, to nadkładał drogi. Arlon jednak nie mógł. Miał na to za mało żywności i cierpliwości. Gdy znalazł się na skraju boru, przypomniał sobie, że druga nazwa mostu południowego, to „przeprawa śmierci”. Ci, którym udało się ją samotnie przebyć, okrywali się sławą. Nikt dotąd nie podjął się tego nocą. Wędrowiec był pierwszym, który się odważył.
***
Dareń był niespokojny, cały czas się płoszył. Dla własnego bezpieczeństwa, Arlon musiał z niego zejść i prowadzić go za uzdę, kilka bowiem razy, gdy spłoszony czymś zwierz poniósł, o mało nie wpadli obaj na drzewo. W chwili obecnej, gęstość zalesienia, wymagała maksymalnej ostrożności w tym względzie.
W głębi lasu coś trzeszczało. Sprawiało to wrażenie, jakby wszystkie drzewa pękały i miały się za chwilę rozpaść. Mimo to, wędrowiec starał się zwracać teraz uwagę, na każdy, choćby najcichszy odgłos. To nie była już otwarta, w miarę bezpieczna przestrzeń. Rozpoczynała się gra.
Każdy kolejny trzask doprowadzał Arlona do obłędu. Nic dziwnego, że przypisywano temu lasowi przydomek straszny. Śnieg nadal skrzypiał przy każdym kroku. Robił to jednak, w jakiś dziwnie zdradziecki sposób. Jakby ze zgrzytem.
Poza tym, panowała nienaturalna cisza. Nawet trzaski drzew, nie mogły zagłuszyć odgłosów życia lasu. Nie było ich jednak słychać. Nic dziwnego, że dareń był niespokojny. W puszczy okazało się być gorzej, niż można było przypuszczać. Gdyby Arlon mógł cofnąć czas, to nigdy by tu nie wszedł.
Oprócz trzasków, najgorsze było nieodparte i strasznie silne wrażenie, że jest się obserwowanym. Zagrożenie zdawało czaić się dosłownie wszędzie. Wędrowiec zastanawiał się, co muszą czuć w lesie ludzie, którzy w przeciwieństwie do niego, nie byli po licznych treningach Avatarich.
Tu naprawdę wszędzie, nawet w powietrzu, panowało szaleństwo. Arlon podziwiał wytrzymałość darenia, który dotąd jeszcze nie oszalał. Postanowił mu pomóc i uspokoić go. Zresztą, trwożliwe rżenie zwierzęcia, które rozlegało się co chwila, było nader denerwujące.
Wędrowiec zatrzymał się, pogładził wierzchowca po szyi i wyszeptał mu coś do ucha. Nie pomogło. Dareń tylko parsknął. Trudno. Trzeba było iść dalej. Dla pewności, młodzian najważniejsze bagaże, odpiął od juków i zarzucił sobie na plecy. Poszedł dalej, ciągnąc za sobą przerażonego wierzchowca.
Zrobiło się już naprawdę ciemno. Mimo śniegu, który każdą noc czynił raczej jasną. Posępne cienie drzew kładły się na niego i odbierały mu srebrzysty blask. Szarawy dzień odchodził w niepamięć. Nastał zmierzch. Wiele legend, podań i bajek, mówiło o tym, jak to jakiś młodzieniec lub dziewczyna, spędzają całą noc w nawiedzonym lesie, pełnym upiorów.
Arlon uznał, że owe upiory będą dla niego podczas zbliżającej się nocy, najmniejszym problemem. Najgorszy był oczywiście sam strach. Opanowywał umysł, mieszał myśli i był po prostu niemożliwy do zniesienia. Żadna klechda, którą pamiętał chłopak, nie dość szczegółowo oddawała grozę nawiedzonego lasu. Żadna nie przedstawiała go tak, jak powinna. Nic zresztą dziwnego. Panującej w takich miejscach atmosfery, po prostu nie sposób opisać. Nie da się tego oddać słowami.
Twarz Wędrowca wykrzywił grymas. Właśnie złapał się na dekoncentracji i zamyśleniu. O starożytnych mitach i legendach, tudzież klechdach narodów północy. Ostatnie kilka tygodni drogi przez Śnieżne Pustkowia spędził właśnie na takich rozmyślaniach. Wtedy musiał je prowadzić. Myśląc, ucieka się od zmęczenia i rozpaczy. Czasem można się też nim ochronić przed szaleństwem.
Rozmyślanie jest dobre, ale nie wtedy, kiedy należy uważać na każdy krok. Nie wtedy, gdy jest się w lesie takim jak ten. Teraz w każdej chwili potrzebna jest czujność i gotowość do działania. Wędrowiec musiał być ostrożny i uważny. Musiał, więc był.
***
Czasami Stracholasy przyoblekały się w mleczną mgłę rozlewającą się daleko poza granice puszczy. Jej gęste opary częstokroć sunęły poprzez lasy południowego Adaronu. Wieść niosła, że ludzie i zwierzęta dostający się w obręb jej oddziaływania, tracili zmysły i biegli przed siebie, szukając śmierci. W ich oczach płonąć miało szaleństwo. Bano się ich.
Istniał przesąd, że w szczelnie zamkniętym budynku, mgła nie mogła człowiekowi zaszkodzić. Czasami okazywał się prawdziwy. Często nawet. Nie przeszkadzało to jednak niektórym, szczelnie zamkniętym w swych domach, roztłukać sobie głów o ściany. Tak naprawdę, najlepszą ochroną było zebranie się wielu osób w jednym miejscu. Najwięcej bowiem przypadków postradania rozumu przydarzało się samotnym. Głównie mężczyznom.
Mgła podobno miała być wytworem, nie tyle jakiejś konkretnej magii, co samego zła, którego była personifikacją. Kto wymyślił tę głupotę, nie wiadomo. Faktem było jednak, że wielu ludzi w nią wierzyło. Sądzono, że jest to kara bogów lub Boga, za jakieś dawne grzechy prarodziców, Adarończyków.
Nie miało to jednak większego znaczenia. Najważniejsze było unikanie styczności z samą mgłą. Najlepiej zaś było jej nigdy w życiu nawet nie zobaczyć.
***
Arlon sam nie wiedział, kiedy zabłądził. Tak właściwie, to było to raczej niemożliwe. Avatarim się to nie przydarza. Mimo to, jemu się przydarzyło. Cały czas szedł rozległym starorzeczem i w pewnym momencie uświadomił sobie, że nie słyszy płynącej obok rzeki. Spojrzał w bok i ujrzał tylko las, żadnej wody. Najgorsze zaś było to, że wcale się tym nie przejął. Niepokoiła go własna obojętność. Czuł się do tego dziwnie ociężały, potrzebował odpoczynku. W końcu pewnie zachorował. Jako Avatari był bardzo odporny na zimno, ale wielotygodniowa wędrówka przez zamiecie i ośnieżone pustkowia, przy rozpiętym kołnierzu płaszcza, zapewne mu nie służyła. Próbował pocieszać się, że trzaski drzew cichną i że już niedługo dotrze do Adaronu. Nie udawało mu się. Wcale go to nie cieszyło. Głównie ze względu na cel, z jakim zmierzał do tej krainy.
Lawirujące w powietrzu płatki śniegu, których taniec męczył oczy, były niezwykłą osobliwością. Dziwne było też to, że Wędrowiec był niemal przekonany, że Wielkiej Rzeki nigdy nie było w miejscu, w którym się znalazł. Czuł, że nie powinno jej tu być. Niepokojące było też przeświadczenie, że powinien się martwić i niepokoić, a nie potrafi. I ta mgła… Pojawiła się, nie wiedzieć kiedy. Nagle była po prostu wszędzie. Arlon bał się jej, przynajmniej do tego był zdolny.
Prowadził darenia za uzdę. Szedł coraz wolniej, czuł się coraz gorzej. Przyłożył dłoń do czoła i zdało mu się, że płonie. Zgrabiałe palce przeszył rozrywający ból. Musiał mieć naprawdę wysoką gorączkę. Akurat teraz.
Brodząc po kolana we mgle, uparcie parł przed siebie. Widoczność pogarszała się z każdą chwilą. Odgłos skrzypienia śniegu dochodził do niego dziwnie stłumiony, zdawał się być bardzo odległy. Usypiający.
Dareń nie szarpał się już. Szedł ze spuszczonym łbem. Jak na rzeź.
Niepokoiło to Arlona. A powodów do niepokoju było więcej. Po pierwsze, śnieg, który padał z burzowych chmur. Po drugie, dziwna mgła powstała w niewiadomo jaki sposób. I ta ciągle pogarszająca się widoczność… Tyle problemów…
…a ja jestem taki zmęczony…
…nie mam siły się martwić…
Przez lata wędrówek i nauk u Avatarich, Arlon mógł być w życiu pewien przynajmniej jednego. Mianowicie tego, że nigdy nie zabłądzi. Pobłądził jednak. Nie był w stanie nawet określić kierunków.
Zdawało mu się, że czas przestał istnieć. Wszystko było coraz cichsze, coraz odleglejsze. Zmysły powoli przestawały funkcjonować, zasypiały. Pozostawał tylko wirujący przed oczami śnieg i wijąca się u stóp mgła.
…dziwne postrzeganie świata…
Nadchodził sen… zbliżał się odpoczynek… Nie powinno być tu mgły. I ten śnieg. Wszystko takie niepokojące, takie męczące, takie nudne.
Mgła była kojąca, śnieg też.
…śnieg piecze w oczy, trzeba je zamknąć żeby nie bolały…
…śnieg piecze w oczy…
…ale też jest dobry.
…cicho, cicho kochany…
Świadomość odpływała, wymykała mu się, opuszczała go. Śnieg spadał z nieba, lawirował przy tym i tańczył w…
…szalonym, opętańczym, niespokojnym…
…pięknym, powolnym tańcu. Mgła kłębiła się przy akompaniamencie śpiewanej piosenki.
…kto śpiewa tę piosenkę?…
Wiatr zawodził z cicha, z daleka… Zbliżał się sen. Mocny, twardy, leczniczy, słodki sen. Wędrowiec zmrużył powieki, zrobił jeszcze jeden, dwa kroki. Czuł się niewypowiedzianie zmęczony. Otaczający go świat i towarzyszące mu odgłosy odpływały, odchodziły w niepamięć. Wszystko cichło, ciemniało. Zbliżał się sen, nadchodził czas odpoczynku.
Arlon zatrzymał się i kiwał lekko, zasypiał. Zasypiał na stojąco. Poczuł lekkie szarpnięcie. Z najwyższym trudem otworzył oczy i spojrzał na stojącego obok darenia. Zwierzę patrzyło mu prosto w oczy. Spojrzenie miało dziwnie ludzkie.
…a może tylko tak mi się wydaje?…
…może ono wcale nie…
Kolana Wędrowca zaczęły się pod nim uginać. Młodzian cały czas patrzył w oczy darenia. I w pewnej chwili dostrzegł to, czego w nich szukał. Powróciło pewne wspomnienie. Bardzo żywe i wyraźne.
To nie dareń miał ludzkie spojrzenie. To pewien człowiek miał kiedyś równie przerażone oblicze. Człowiek tan patrzył nim wtedy wprost na Arlona.
…to samo zwierzęce przerażenie…
…ten wyraz strachu, jaki pojawia się tylko u krzywdzonych bydląt…
…u nierozumiejących i oszalałych z trwogi…
Arlon ponownie poczuł na sobie to wejrzenie. Pamiętał je dobrze. Pamiętał z Zatan Agasty, warowni Avatarich. I wszystkie straszliwe widoki, okropne obrazy, uczucia… Wszystko to powróciło.
…nie rób mi krzywdy, błagam, nie, nieee…
…ten krzyk…
…przeraźliwy i pełen bólu…
Powróciły gniew, żal, rozpacz, i najgorsze… poczucie bezsilności.
Zatoczył się, rozpaczliwie próbując zachować równowagę. Upadł na bok. Podparł się ręką i z trudem przyklęknął. Teraz miał siłę, miał możliwość. Musiał walczyć.
…będziesz słyszał nasz lament po dzień śmierci…
…będziesz… będziesz wyklęty, wiecznie samotny…
…musisz odkupić swe winy…
Pamiętał wszystko, co wtedy zobaczył i usłyszał. Powróciły wszystkie te okropne uczucia. Próbował się podnieść, ale nie dawał rady. Ogarnął go przemożny gniew.
Dareń rżał przeraźliwie i drobił w śniegu.
Arlona to rozpraszało i denerwowało. Spojrzał gniewnie na wierzchowca. Chciał go tylko uciszyć, ale zaniepokojony zwierz, widząc jego pałające wściekłością wejrzenie, spłoszył się i uciekł w głąb lasu. Mleczna mgła pochłonęła go całego, przyjęła z chęcią. Gdy się za nim zamknęła białą ścianą, młodzian wiedział. Wierzchowiec już nie wróci. Niech go szlag!
W końcu Wędrowiec zdołał wstać. Drżał na całym ciele. Z zimna i gorąca. Z powodu choroby.
Na łapanie darenia było już za późno.
…można było się opanować idioto…
Musiał iść dalej sam. Wierzchowiec był tylko zwierzęciem, ale jego obecność dodawała dotąd Arlonowi nieco otuchy. Zresztą, zwierzęta dobrze oddziaływają na chorych.
…a na opętanych?…
Uśmiechnął się. Dalsza wędrówka okazała się trudniejsza niż mógł przypuszczać. Gorączka trawiła go od środka, bagaż ciążył na plecach, śnieg piekł w oczy.
…to ułuda, śnieg nie może piec w oczy, nie pozwolę, by…
Ziewnął. Naprawdę był zmęczony. Czuł się źle. Z powodu darenia. Wprowadził go do lasu mimo jego oporów. Powinien go przeprowadzić. Wydawało mu się to głupie, ale poczucie winy było najgorsze. Prawie. Było jeszcze bowiem, to spojrzenie. Spojrzenie z Zatan Agasty.
Na samo wspomnienie warowni Avatarich powracały lęk, rozpacz, gniew, ból, poczucie bezsilności i niesprawiedliwości. Młodzian próbował się ich pozbyć, ale nie potrafił. Bardzo chciał zapomnieć, zapomnieć o upokorzeniu, jakiego wtedy doznał. Czyżby na darmo przechodził, przez te wszystkie lata, przez obrzędy oczyszczenia? A może takich uczuć człowiek nie może się wyzbyć?
Próbował opędzić się od przeszłości, wymazać ją z umysłu. Nie chciał pamiętać widoku ich twarzy. Chciał zapomnieć. Pamiętał jednak, pamiętał wszystko. I myślał o tym.
Los sprawił, że tak, jak wcześniej jeździec, któremu odebrał darenia, tak teraz on musiał zapłacić za chwilę nieuwagi. Ale losu nie ma. Są tylko ból i cierpienie, jest „alio”. Alio ludzi i Żmijów.
***
Cios został zadany znienacka. Przybył jakby znikąd i uderzył wprost w Arlona. Wędrowiec zatoczył się, zachwiał i upadł. Wprost w puszysty dywan śniegu. Kryształki zimna przyjęły go z chęcią. On jednak ich entuzjazmu nie podzielał. Uniósł się na drżących rękach i spróbował wstać. Zdołał tylko przyklęknąć.
Wroga nie było w polu widzenia. Coś było nie tak. Z trudem uniósł się na nogi. Spróbował uspokoić oddech i począł nasłuchiwać.
Po chwili, spomiędzy drzew, dobiegł go straszliwy wizg i coś jakby chichot. Kątem oka, młodzian dostrzegł, że coś przemyka pomiędzy drzewami na prawo od niego. Obrócił się gwałtownie i kilka razy pospiesznie zlustrował las. Nie dostrzegł nic prócz śniegu, mgły i drzew. Poczuł niepokój; zaskoczenie i złość odeszły na dalszy plan.
Po długiej jak wieczność chwili, znowu rozległ się okropny wizg. Arlon nie miał pojęcia, do jakiego stworzenia lub upiora może on należeć. Miał nadzieje, że nie trafił na demona. Z nim by nie wygrał. Stał dziwnie zgięty, poczuł ból żołądka. Po policzku spływał mu strumyczek krwi. Dopiero teraz, gdy chciał przetrzeć twarz, zdał sobie z tego sprawę.
…co to za uderzenie? co może tak atakować?…
Czuł, że z wolna ogarnia go panika. Dochodzące zewsząd wizgi wdzierały się w umysł i paraliżowały go, chichot zdawał się być coraz bliżej. Po chwili, niewyraźny cień ponownie przemknął między drzewami. W moment później, w innym miejscu pojawił się następny. I kolejne. Niektóre zdawały się latać, inne sunęły tuż przy ziemi. Wizgi były coraz głośniejsze, coraz liczniejsze.
Arlon próbując objąć spojrzeniem wszystkich potencjalnych przeciwników, miotał się, kręcąc wkoło. Ogarniało go przerażenie, nie był w stanie nawet ustalić liczby wrogów, a co dopiero ich pozycji. Wszyscy byli piekielnie szybcy. Za szybcy.
Z bezradnością przyglądał się śmigającym sylwetkom. Niektóre faktycznie latały, inne nadal przemykały tuż przy ziemi. Te latające, mimo że nie wchodziły w pole jego widzenia, to kilkakrotnie podleciały niebezpiecznie blisko. Młodzian wiedział o tym tylko dzięki słuchowi. Przecinane powietrze, furkot i wizg.
W pewnym momencie poczuł na plecach uderzenie powietrza. Jeden z atakujących go stworów zakradł się do niego niezwykle cicho. Arlon odwrócił się gwałtownie i został uderzony. Od boku, z zupełnie innego miejsca. Rozległy się piskliwe wrzaski. Kolejne ciosy posypały się nagle, każdy z innej strony. Wszystkie były lekkie, niedbałe i zadawały płytkie rany.
…co tak walczy?…
przemknęło przez myśl młodziana, gdy napastnicy odskoczyli.
Z trudem trzymał się na nogach, cały był zakrwawiony. Jego szary płaszcz był poszarpany w kilku miejscach. Chłopak zaczynał tracić równowagę, ledwo trzymał się na nogach, był przerażony. Usilnie zastanawiał się, jaki upiór nie zabija od razu, a rani z bezpiecznej odległości, czekając na wykrwawienie się wroga.
…i jaki gatunek walczy w grupie?…
Przez chwilę w oczach malowała mu się, już nie rozpacz, a obłęd. Dosłownie przez chwilę tylko, bo niemal natychmiast później, zrozumiał.
Ciemne kształty przemykały pomiędzy drzewami, inne latały w powietrzu, poza obrębem jego spojrzenia. Wszystkie hałasowały przeraźliwie. Arlon nic już jednak sobie z tego nie robił. Stał nieruchomo z zamkniętymi oczami. Nasłuchiwał.
I w pewnym momencie wizgi przycichły, ciemne sylwetki spomiędzy drzew wyblakły. Za plecami Wędrowca znajdowała się obrzydliwa, mała kreatura. Gdy tylko spostrzegła, co robi Arlon, rzuciła się ku niemu. Z wizgiem, skrzekiem i wrzaskiem. Nie trwoniła już czasu i energii na mamienie. Musiała atakować.
Uznała, że młodzieniec, którego napadła okazał się mądrzejszy niż przypuszczała. Nie dość szybki jednak. Był w końcu tylko człowiekiem. Kilka pomniejszych ran na jego rękach i twarzy przyschło już, ale wyraźnie świadczyło o braku zmysłu wyczucia przestrzennego względem szybko zbliżających się istot. A teraz przecież był zwrócony do przeciwnika tyłem i usłyszy go zapewne, dopiero w chwili śmierci.
Upiór faktycznie, nie mylił się. Instynkt dobrze mu podpowiedział, Wędrowiec nie zdążył się odwrócić. Rzecz w tym, że wcale nie zamierzał. Mimo przypuszczeń napastnika, zdołał wyczuć go, kiedy się zbliżał i uskoczyć w bok. Jego płaszcz został przecięty szponiastymi pazurami, ale jemu nic się nie stało. Nadal, podskórnie czuł lęk. Nie lubił tego uczucia i nie było ono u niego naturalne. Nie w takim natężeniu. Rozpoznał więc wroga po jego głównej broni. Znając go jednak, wcale nie odzyskał spokoju.
Upadając na ziemię, chwycił leżącą na niej włócznię i przeturlawszy się wstał nastawiwszy ją od razu, na wprost napastnika. Poznał upiora, z którym miał do czynienia i wiedział, że jest od niego znacznie wolniejszy. Musiał działać szybko i wyprzedzać myślą każde wydarzenie i możliwą reakcję. Poza tym, całą uwagę musiał skupić na walce.
Nie pomylił się w kwestii szybkości upiora. Kreatura ledwo spostrzegła, że jej cios nie dosięgnął celu, a już zniżyła lot i wbiła się łapami w ziemię. Rozorała ją, malowniczo prósząc przy tym śniegiem. Gdy znalazła w niej w końcu odpowiednio trwałe oparcie, skoczyła na Arlona. Wprost na nastawioną włócznię. Chcąc jej uniknąć, przechyliła się lekko w bok i zdołała odbić ją łapą. Znalazła się tuż przy Wędrowcu.
Młodzieniec zapewne by zginął, gdyby zawczasu nie nastawił włóczni i nie dobył noża z rękawa. Stwór miał łapy zajęte spisą tylko przez chwilę, ale tyle wystarczyło, by dokonać ataku. Arlon pochylił się lekko do przodu i ciął w poprzek pysk upiora. Pchnięcie bowiem, mogło okazać się nieskuteczne lub nawet chybione. Cięcie zaś było pewne. I mocne.
Upiór ryknął straszliwie. Wściekle i boleśnie zarazem. Odskoczył, ból musiał okazać się dostatecznie duży, krew zaś zapewne zalała mu ślepia. Arlon miał cichą nadzieję, że może właśnie w nie trafił. Zawiódł się.
Stwór odskoczył od niego na dobre sześć lidii i stanął w miejscu. Młodzian mógł teraz dokładniej się mu... jej przyjrzeć. Była raczej drobna, niższa od niego. Małe, twarde mięśnie pokryte miała ciemnoszarą skórą. Kreatura zdawała składać się wyłącznie z nich i kości. Miała woskowate skrzydła, wyrastające wprost z ramion. Podobne były do tych, jakie mają owady. Głowa jej była raczej podłużna, twarz dzika i okrutna, obrzydliwa. Błyszczały w niej skośne, rubinowoczerwone oczy. Pomiędzy nimi umiejscowiony był bardzo płaski, szeroki nos powleczony cienką skórą. O tym, że istotnie był to nos, a nie coś innego, świadczyło wyłącznie położenie i dwa wrzecionowate nozdrza. Przez jedno z nich, skośnie wzdłuż całej facjaty upiora, biegła głęboka szrama. Ciemna jucha wyciekała z niej obficie, lejąc się na pozbawione warg, lekko rozchylone usta, ukazujące dziesiątki igiełkowatych ząbków.
Stwór zawarczał, jucha polała się obficiej. Śnieg zabarwił się na bordowo od ciemnych kropel spływających z twarzy i torsu upiora.
– Mamuna – powiedział do stwora Wędrowiec. Zupełnie tak, jakby chciał upewnić samą bestię, w tym, czym jest.
Mamuna ryknęła dziko, jakby go zrozumiała i potwierdzała przypuszczenia.
– Podejdź – niemal wyszeptał do niej Arlon i pochylił się lekko. Musiał być gotowy, nie mógł zwrócić uwagi na żaden inny dźwięk. Nie w walce z tym stworem.
Był szczęśliwy. Mimo, że nadal był bliski śmierci, był szczęśliwy. Nareszcie miał cielesnego przeciwnika. Nie musiał już walczyć z chorobą, zmęczeniem, czy ze strachem.
– Nienawidzę panikować, ścierwo – powiedział niemal pieszczotliwie. – Zapłacisz mi za to, że mnie do tego zmusiłaś.
Mamuna zawarczała cicho. Również się lekko pochyliła. Poczęła iść w bok. Zataczała przy tym koło wokół Arlona. Powoli, ale zdecydowanie. Miała zamiar złapać Wędrowca w pułapkę.
Młodzieniec uśmiechnął się do niej. Zatrzymała się, wyczuła, że poznał się na sztuczce. Do tej pory, Arlon nie wierzył, by Mamuna istotnie potrafiła odbierać intencje i uczucia innych istot. Nie sądził też, że byłaby w stanie wprawić kogoś w przerażenie, samymi tylko dźwiękami i obrazami. Teraz przekonywał się, że to prawda. Nauki Avatarich nie mówiły jednoznacznie, jak walczyć z Mamuną. Nigdy zresztą nie mówiły, jak trzeba walczyć z kimkolwiek. Prawdziwy Avatari sam musiał do tego z czasem dochodzić. W praktyce oczywiście.
Wszystko, co Wędrowiec był w stanie sobie przypomnieć o upiorze, z którym walczył, sprowadzało się z grubsza do jednego. Mamuny zawsze grają nieczysto, kryją się za iluzją i są piekielnie szybkie. Arlon, mimo długich wędrówek, nie miał na kącie wielu pokonanych bestii i potworów. Upiory zaś spotkał tylko cztery. Wiedział, że wyłącznie dzięki wspomnieniom z walk z nimi, będzie w stanie wygrać. Musiał sobie tylko przypomnieć… Po chwili już pamiętał.
Mamuna skoczyła ku niemu, tak szybko, jak to tylko możliwe. Wydawało się, że jest niezdecydowana i zdezorientowana. Tymczasem czekała wyłącznie na ruch przeciwnika. Gdy spostrzegła, że Wędrowiec o czymś myśli, rzuciła się na niego.
Arlonowi coś wrzasnęło do ucha, poczuł czyjąś obecność za plecami. Instynktownie chciał się odwrócić. To, że zdołał utrzymać wzrok na Mamunie było prawdziwym sukcesem. Upiór skoczył ku niemu. Bardzo cicho. Młodzieniec nie dał się jednak zwieść iluzją dźwięku. Zaskoczyła go jednak szybkość, z jaką upiór dokonał niespodziewanego ataku. Młodzieniec w ostatniej chwili zdołał nieco bardziej unieść wyciągnięte przed siebie ręce. Lekki ruch nadgarstka, cichy trzask w rękawie płaszcza i w drugiej dłoni również miał już nóż. Ukryta broń była na tyle wygodnie ułożona, że często o niej zapominał. Tym jednak razem był przygotowany.
Mamuna w ostatniej chwili spostrzegła kolejne ostrze połyskujące w ręce jej przyszłej ofiary. W niczym to jednak nie przeszkadzało. Nadal mogła realizować swój plan. Gdy znalazła się przy Arlonie, na nieco więcej niż wyciągnięcie ręki, wysunęła przed siebie nogi. Zaryła nimi w ziemię szukając oparcia. Skulona, mogła łapami dosięgnąć podłoża. Wykorzystała to i szybkim machnięciem pazurzastych kończyn obsypała Wędrowca śniegiem. Później odbiła w bok na jakieś dwie lub trzy lidie, ponownie zaparła się ziemi. Tym razem musiała pomóc sobie także pazurzastymi łapami by powstrzymać siłę rozpędu i nabrać nowej. Gdy odbiła się i skoczył na Arlona od boku, wzbiła w powietrze chmurę śnieżnego pyłu. Powietrze wypełniło się przyjemną, ledwo wyczuwalną wonią. W tym samym momencie młodzian usłyszał skrzek. Z zupełnie innej strony niż atakowała Mamuna.
Śnieg, którym upiór obsypał Arlona trafił go prosto w twarz. Młodzian odruchowo zamknął oczy, do których dostały się małe kryształki. Nie spostrzegł więc, w którą stronę skoczył jego przeciwnik. Pamiętał jednak sztuczkę, którą Mamuna zastosowała przed chwilą i swe niegdysiejsze starcie z Czortem, upiorem, bądź, co bądź, silniejszym od Mamuny. Z walki tej pamiętał, by nigdy nie atakować odgłosów. Przeciwnie, uderzać trzeba w największą ciszę. Upiorze sztuczki polegały bowiem, najczęściej na myleniu odgłosów. Tak więc, gdy tylko usłyszał skrzek po prawej, błyskawicznie obrócił się w lewo. Nie tracąc czasu na zbędną lustracje terenu, skoczył do tyłu, na plecy, wprost w źródło hałasu.
Okazało się, że dobrze postąpił. Oczy, mimo że obsypane śniegiem miał już otwarte, musiał widzieć. I zobaczył. Mamuna skoczyła wprost na niego. Zastosował blok, jaki zastosowałby w tej sytuacji każdy Avatari. Skrzyżował ręce na wysokości przedramion, noże trzymał nie jak do pchnięcia, a jak do uderzenia nimi z góry. Blok ten miał tą zaletę, że mimo samego bloku był też świetną postawą wyjściową do kontry. Wystarczyło tylko naprzeć na przeciwnika i błyskawicznie rozłożyć ręce na boki, a ostrza przecinały mu twarz lub szyję.
Blokada powiodła się. Pazurzaste łapy upiora trafiły na ostrza noży i zostały zablokowane. Przynajmniej na chwilę. W dodatku Mamuna sama wepchnęła łeb między ostrza. Zapewne chciała ukąsić Arlona w twarz. Młodzian przez chwilę widział jej straszne oblicze, naznaczone poprzeczną szramą, przez moment czuł jej śmierdzący surowym mięsem oddech. Później upadł plecami na śnieżny puch i posunął po nim, znacząc głęboki ślad. Mamuna leżała na nim. I co gorsza, przywarła doń tak mocno, że nie mógł się ani trochę ruszyć. Okazała się straszliwie ciężka.
Jej poraniony pysk był bardzo blisko. Igiełkowate zęby zdawały się wydłużać, rubinowoczerwone ślepia zabłysły dziko, triumfalnie. Spojrzała prosto w zdumione oczy Wędrowca. Nie chciała, by umarł, walcząc. Wolała, by wył z przerażenia, tracąc życie.
Oboje zagłębili się w swych spojrzeniach.
…nieee, nie rób… nie rób krzywdy, nie, już nieee…
…wszystkie te wspomnienia, twarz upiora rozmazała się i pozostały tylko one…
…straszne, przerażające, bolesne…
…powracają ich oblicza…
…śmierć!…
Arlon ryknął dziko. Nie krzyknął, nie wrzasnął, dosłownie ryknął. Twarz Mamuny zdradzała przerażenie. Tak właściwie, to nie była to twarz. To była maska. Straszna na pozór, ale nieznająca bólu, nieznająca cierpienia i upokorzenia. Nie była więc wcale straszna.
…jak śmiesz?!…
Arlon z trudem wygiął nadgarstki i wbił ostrza noży w tors Mamuny. Jej ciężar pomógł mu teraz. Ostrza wbiły się, aż po rękojeści. Upiór ryknął dziko. Chciał wstać. Nie mógł. Młodzian, którego zaatakował, mocno trzymał swą broń. Łapy stwora splątały się z rękami Wędrowca. I ten strach… Mamuna pierwszy raz w życiu poznała to uczucie. Nienawiść w oczach Wędrowca przeraziła ją do głębi. Upiór szarpał się z całej siły. Chciał się uwolnić, uciec.
Arlon zaciskał dłonie na rękojeściach noży z całej siły, ale gdy kilkakrotnie został poderwany do góry, a później ponownie przygnieciony cielskiem upiora, stracił oddech, zaczynał się dusić. Mamuna w końcu mu się wyszarpnęła. Wstała, odbiegła na kilkanaście lidii i skuliła się. Charczała próbując wyrwać ze swego ciała noże. Miała szczęście, że wbiły się bardziej po skosie, a nie w głąb ciała.
Wędrowiec podniósł się z trudem. Był nieco otumaniony po szarpaninie. Przez chwilę przyglądał się bezowocnym próbom Mamuny, po czym uśmiechnął się złośliwie.
…moje najgorsze wspomnienia, to moja sprawa…
…nadszedł czas…
…teraz można cię potraktować inaczej…
Stał nieruchomo jeszcze przez chwilę, po czym wygiął się dziwnie. Usłyszawszy cichy trzask, wziął zamach prawą ręką. Nic w niej nie trzymał, ale gdy machnął nią w stronę upiora, coś pomknęło ku Mamunie. Łańcuch. Metalowa kulka, którą był zakończony, uderzyła upiora w potylicę. Stwór runął na ziemię, zalewając się krwią. Przez chwilę wił się, po czym znieruchomiał.
Chwiejnym krokiem Wędrowiec zbliżył się do bezwładnego ciała. Podszedł tylko na odległość ośmiu lidii. Tyle wystarczyło. Przygotował drugi łańcuch, a pierwszym uderzył jeszcze raz. Wbił się on w plecy Mamuny, znacząc je krwistą pręgą. Wygiąwszy się, upiór wrzeszczał boleśnie. Rozkopywany przez niego śnieg barwił się na bordowo. Mamuna nie była już w stanie udawać nieprzytomnej, nie przy takim bólu.
Gdy Arlon zamierzył się po raz kolejny, stwór wstał zwinnie. Uważnie śledził każdy ruch młodzieńca nienawistnym i lękliwym spojrzeniem. U jego stóp leżały noże Wędrowca, najwidoczniej zdołał je wyjąć. Jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, po czym spróbował uciec w las. Łańcuch okazał się jednak szybszy. Arlon instynktownie wyczuł, co zrobi za chwilę upiór i tylko dzięki temu zdążył go powstrzymać.
Noga stwora otoczona została boleśnie wpijającym się w skórę łańcuchem. Po chwili już go jednak nie było. Młodzieniec mocnym szarpnięciem przyciągnął go do siebie. Omal nie urwał przy tym stopy upiora. Bolesny skrzek wzbił się w niebo.
Arlon widząc wyjącą z bólu Mamunę wzniósł energicznie ręce, wykonując nimi lekki obrót. Oba łańcuchy wzbiły się ku górze i okręciły wokół siebie, tworząc bicz, który młodzian spuścił wprost na łeb upiora. Tym razem nie było żadnego okrzyku bólu. Czaszka stwora pękła z suchym trzaskiem.
Wędrowiec spiesznym, lecz ostrożnym krokiem, podszedł do bezwładnego ciała upiora. Powoli sięgnął po nóż. Upiór nie atakował. Zbliżał się najniebezpieczniejszy moment walki. Zastawiwszy się nożem Arlon podszedł do Mamuny na wyciągnięcie ręki. Był gotowy na wszystko. Gdy znalazł się dostatecznie blisko, błyskawicznym ruchem wbił ostrze broni w szyję upiora. Mamuna otworzyła rubinowoczerwone oczy, jej ciało przeszył dreszcz. Jarzące się jeszcze ślepia, poczęły tracić swą barwę. Po chwili zgasły zupełnie. Był to znak, że stwór umarł ostatecznie.
Wędrowiec usiadł ciężko na ziemi i westchnął. Musiał się umyć i oczyścić broń. Później powinien zakopać zwłoki Mamuny, ale nie zrobi tego. Nawet ich nie spali. Nie ma na to siły. Po prostu umyje się śniegiem, oczyści i schowa broń na miejsce, po czym pójdzie dalej.
***
Nie wiedział, w jakim kierunku zmierza. Miał nadzieje, że w dobrym. Nie potrafił powiedzieć, jak długo już przemierzał las. Szedł jednak, tak wiele godzin, że świtu spodziewał się w każdej chwili. Świt jednak nie nastawał. Czas zwolnił swój bieg, a przestrzeń zdawała się zmieniać z każdą chwilą. Znowu odezwały się drzewa. Trzeszczały o wiele głośniej niż wtedy, gdy walczył ze zmęczeniem. Wtedy niemal ucichły. Powróciło też uczucie pewnego specyficznego zagrożenia. Przeświadczenie, że ktoś go obserwuje, powoli zamieniało się w pewność. Był bardzo zmęczony, ale już nie w ten niebezpieczny sposób, jak przed starciem z Mamuną. Walka z upiorem otrzeźwiła go znacznie, pomogła.
Rany paliły żywym ogniem. Z tego, co wiedział, nie powinno wdać się żadne zakażenie. Mamuna nie była jadowita, a już na pewno, nie miała jadu w pazurach. Objawy były niepokojące, ale raczej nie mogły świadczyć o niczym niebezpiecznym. Raczej.
Stracholas był jednak, mimo wszystko, ciekawym miejscem. Do tej pory Wędrowiec niewiele o nim słyszał. Podobno miejsce to było przeklęte i pełne czarnej magii, od najstarszych czasów. Nawet Żmijowie, u zarania czasu, zastać je mieli już splamione.
Arlon nie wiedział czy jest to prawda, ale zło i ciemna magia, które się tu kryły wydawały się, w istocie, najstarszymi i niemal najpotężniejszymi, jakie dotąd spotkał. Czarna moc, zwana przez wtajemniczonych Mrocznią, zawsze fascynowała Wędrowca. Skażona siła rzadko kiedy była skupiona w jednym miejscu, tak jak w tym lesie. Niektóre legendy mówiły, że w owych miejscach, można doznać naznaczenia i przyjąć skazę. W pewnym momencie swego życia, młodzian bez wahania poddałby się inicjacji. Teraz jednak nie, chyba nie.
Strach odszedł już w zapomnienie. Mamuna wykorzystała wszystkie jego rezerwy. Pozostał tylko niepokój. Dziwne, ale był na swój sposób nawet gorszy. Trzaski drzew wydawały się być zagrożeniem, mgła i śnieg sprawiały wrażenie, jakby tylko czekały na odpowiedni moment do ataku, coś kryło się pośród drzew, coś go obserwowało. Wszystko to było niepokojące. Tak samo, jak zniknięcie rzeki, rozciągnięcie czasu i zatracenie rzeczywistości. Niepokojące, ale… nie to było najważniejsze.
***
W godzinę po tym, jak powinien nastać świt, świat zachwiał się w posadach. Materia zaczęła sprawiać wrażenie płynnej, falistej, rozciągliwej, nierealnej… Arlon z przerażeniem przetarł oczy. Świat na powrót stał się normalny. Tylko, że ustawienie drzew i zasp zdawało się być inne niż przed chwilą. Wszystko było inne. Intensywność zapachu powietrza, sypkość śniegu i kierunek wiatru. Nie widziało się tego, ale wyraźnie się to czuło.
…co to było?…
…załamanie przestrzenne?…
…zachwianie materii?…
…a może omamy, szaleństwo?…
Wędrowiec spojrzał w głąb lasu i… ujrzał małą, ciemną chatkę. Śnieg zdawał się ją omijać, ani jeden jego płatek na nią nie trafiał. I wcale nie to było najdziwniejsze. Najgorsze było to, że chatki przed chwilą wcale nie było tam, gdzie teraz stała. Podobne zdarzenia przytrafiają się wyłącznie w klechdach. W tych, w których młody chłopak lub młoda dziewczyna gubią się na noc w lesie. I trafiają oczywiście na małą, ciemną chatkę.
Wszystko to, wydawało się niesłychanie dziwne. Przyjmowanie, przez otaczający go świat, tych niezwykłości, jako największych oczywistości, było dla młodziana niezwykle deprymujące. Śnieg nadal padał małymi płatkami, drzewa trzeszczały, las zdawał się być obojętny. Niby nic nie powinno się dziać, ale jakiś ognisty omen, na pewno uspokoiłby Arlona. Nie pojawił się jednak, a drzwi do chatki były zapraszająco uchylone.
Nie wiedząc, czemu odczuwa tak wielki lęk, podszedł do nich, a gdy tylko stanął w progu, uchylił je szerzej mocnym pchnięciem. Wnętrze domku składało się z jednego obszernego pomieszczenia. Na jego środku ustawiono okrągły stół, przy którym zasiadało dwóch mężczyzn. Całe oczy mieli oni czarne; długie, ciemne włosy opadały im na ramiona. Gdyby wstali zapewne okazaliby się wysocy, bardzo wysocy i chudzi. Obaj mieli jasną karnację i dziwne twarze – złowrogie, ale przyjemne w wyglądzie; z kilkudniowym zarostem na policzkach.
Nie było żadnych wątpliwości, a przynajmniej Arlon ich nie miał. Ci dwaj byli demonami.
…zupełnie tak, jak w klechdzie…
…no, może prawie…
Arlon przeklął w duchu swą lekkomyślność. Jak mógł wejść do tego domu? I po co? Wiedział, że odpowiedź na oba pytania jest tylko jedna.
Dwaj demoni patrzyli na niego, tak jakby od dawna na niego czekali i mieli mu coś do powiedzenia. Coś bardzo ważnego.
– Witaj – powiedział jeden z nich, wskazując przy tym wolne krzesło ustawione przy stole. – Czekaliśmy na ciebie.
Arlon bez cienia zaskoczeni, zażenowania czy strachu usiadł na wskazanym krześle. Rozparł się wygodnie i westchnął.
– Mimo wszystko… – powiedział. – Jestem Arlon. Hayhe.
– Hayhe Wędrowcze – odparli obaj z lekkim zaskoczeniem. Zazwyczaj to oni zaskakiwali.
– Co mnie do was sprowadza? – zapytał młodzian. – I jeśli mnie z tego powodu później nie zbijecie, to zdradźcie mi swe imiona.
Wiele kosztowało Arlona nieroześmianie się z min demonów.
– Zaskakujesz nas, Avatari – oświadczył jeden z nich.
– Staram się – przyznał Wędrowiec.
– Wiedz więc, że miano me brzmi Zrbghkl – oznajmił demon.
Arlon zrobił zaskoczoną minę. Demoni uśmiechnęli się krzywo.
– Teraz to ty jesteś zdziwiony, co? – zapytał ten, który dotąd milczał.
– Ano, trochę – przytaknął młodzian. – Jak tyś to wymówił?
– Mniejsza o to – rzucił niedbale demon. – Nie wyjawię ci mego prawdziwego imienia, ponieważ demoni nie przedstawiają się, jeśli nie są z kimś związani. Rozumiesz mnie?
Arlon skinął głową. Spoważniał.
– Mówmy już więc poważnie – wtrącił drugi demon.
– Mówmy – zgodził się Wędrowiec. – Powtarzam pytanie. Co mnie do was sprowadza?
– A co zatrzymuje Wędrowców? – zapytał pierwszy demon.
– Skąd pewność, że jestem jednym, z… tych Wędrowców? – zapytał Arlon.
– A skąd ty masz pewność, że jesteśmy, tymi, za których nas bierzesz? – zapytał drugi demon.
– Czy wiesz, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie? – Arlon czuł niechęć do demona. Miał zamiar uciszyć go nieuprzejmościami. Przeliczył się.
– Doprawdy? – zapytał, krzywiąc wargi w złośliwym uśmiechu, drugi demon.
Twarz Wędrowca spochmurniała.
– Do tej pory, tylko ty tak kpiłeś. Z nauczycieli, prawda? – zapytał pierwszy demon
– Mniejsza o to – rzucił niedbale młodzian, ale faktycznie, mówił tak kiedyś i dziwnie czuł się wiedząc, że nie tylko on jeden wpadł na pomysł takiego odpowiadania. – Mówcie, skoro chcecie porozmawiać. O co chcecie mnie zapytać?
Zapadła chwila ciszy.
Arlonowi wcale nie zależało na usłyszeniu odpowiedzi. Cały czas zastanawiał się, w jaki sposób może spróbować uciec. I jakie ma na to szanse; a tak właściwie, to czy w ogóle jakieś ma. Wiedział, że w walce, choćby z jednym demonem, byłby bez szans. Wydawało się więc, że był na łasce i niełasce tych dwóch.
Czekając na odpowiedź, popatrzył na okrągły stół. Cały blat wyrysowany był w skomplikowane symbole, które łączyły się w dziwny wzór. Pozornie trójwymiarowy, jeśli długo się w niego wpatrywać. Służyły zapewne do czynności, których Arlon nie mógłby nigdy zrozumieć będąc tylko człowiekiem. Nie próbował więc. Czekał.
– Słucham? – zapytał w końcu zniecierpliwiony.
Demoni nadal milczeli. Chwilę tylko.
– Wiesz, co to jest czas przepowiedni, czas miecza, na przykład? – zapytał pierwszy demon.
– Wiem – odparł Arlon.
Obaj demoni spojrzeli na niego zaskoczeni. Nie powinien był wiedzieć. Mimo jednak, iż była to jedna z największych tajemnic północnego świata, wiedział.
– To długa historia. Nie musicie jej znać – rzucił, gdy demoni zaczęli świdrować go ciekawymi spojrzeniami swych czarnych oczu. Wędrowiec bał się ich.
– Ano nie, nie musimy – przyznał drugi demon. – Dobrze nawet, że ją znasz. Oszczędzi nam to wiele czasu. Wiedz, że czas miecza nadchodzi.
Arlon pytająco uniósł brwi.
– Owszem, jest blisko – przytaknął pierwszy demon. – Bardzo nawet. Świat się zmienia, jego oblicze przemieni się na nowo. Ponownie nastaną czasy wielkich katastrof.
– No i… co z tego? – zapytał Arlon.
– Ziemie zatrzęsą się w posadach i pękną w szwach – obwieścił złowieszczo drugi demon.
– Wiem, wiem. Tak powstały kiedyś morza – ponaglił młodzian.
Spochmurniałe twarze demonów zdradzały, że wiedzieć nie powinien.
– Z tego taki wniosek, że cię nie omamimy – stwierdził ponuro drugi demon. – Skąd ty tyle wiesz?
– Moja sprawa – odparł Arlon. – Musicie grać w otwarte karty, więc grajcie.
Znowu nastała chwila milczenia.
– Czas miecza, ma być okresem wielkiej wojny – odezwał się w końcu pierwszy demon. – Ma nastąpić też wtedy wielka niespodzianka, która zaskoczy cały świat.
– Niech zaskoczy – przerwał mu zapalczywie Wędrowiec.
– Nie chodzi nam o jej odkrycie przed czasem dopełnienia – zapewnił demon. – Sprawa jest innej natury. Wiesz zapewne, że czas miecza, to czas dokonania wyboru. Trzeba się będzie opowiedzieć po którejś ze stron konfliktu. Nikt tak właściwie nie wie ile tych stron będzie. Jedno jest tylko pewne. Mrocznia dąży do jednego…
– Do niczego – wpadł mu w słowo Arlon.
– Nazywaj to, jak chcesz – odparł drugi demon. – Nam chodzi tylko o to, byś już teraz dokonał wyboru.
– Mam pójść w ciemno?
– Możesz przyjąć Mrocznię – poprawił pierwszy demon. – Możesz poddać się naznaczeniu i przyjąć skazę. Najczystszą z możliwych.
Arlon uśmiechnął się krzywo.
– Najczystsza skaza, powiadasz? – zapytał. – No nie wiem… a jak nie?
Tym razem to demoni uśmiechnęli się krzywo.
– Nie, to nie – odparł drugi demon.
Wędrowiec milczał. Wpatrywał się w stół i szukał w nim odpowiedzi. Sam nie wiedział, czy chce przyjąć skazę. Było to kuszące, mimo konsekwencji.
– I co dalej? – zapytał.
– Robisz, co chcesz – odparł pierwszy demon. – Żadnych zobowiązań, niczego, co ograniczałoby twoją wolność. Ani za życia, ani po śmierci. Wiesz przecież.
Wiedział. Ceną za skazę było wyłącznie cierpienie. Tym większe, im większą dawała moc. I to było podejrzane. Nikt nie znał haczyka, ale każdy wiedział, że musi jakiś być. To właśnie było najgorsze, ta niepewność. Możliwe, że niespodzianką czasu miecza będzie przyjście istoty, która będzie mogła ubezwłasnowolnić adeptów mroku. Może Mrocznia przejmie ciała swych nosicieli, skaza uzyska wolną wolę? Tak, możliwości było wiele, ale jaka była ta właściwa? Zapewne żadna z wymienionych. Niespodzianka wedle wszystkich interpretacji dotyczyć miała miecza, który pojawi się na początku nowych czasów.
Splątany wzór na stole układał się w całość, ukazywał znaki i odpowiedzi. Arlon nic z nich nie rozumiał. Pragnął skazy, ale bał się jej. Avatari, Wędrowiec i… adept mroku, syn Mroczni? Czy to nie za wiele? Z drugiej jednak strony, co z tego, że był Avatarim? Inni Avatari nigdy mu już nie pomogą. Nie po tym, co się stało.
Wieść o tym, że nastaje czas miecza był niewątpliwie bardzo ważną informacją. Dzięki niej będzie mógł przygotować się na zbliżające się wydarzenia. Warunkiem było jednak przyjęcie skazy. Alternatywną była bowiem wyłącznie śmierć.
…Mrocznia to ciemność, a ciemność to wróg Avatarich…
…prawdziwy Avatari odmówiłby ze względu na honor i tradycję…
…ale czy nadal jestem jednym z nich?…
…no tak, migać się w taki głupi sposób, potrafię tylko ja. Każdy mistrz z Zatan Agasty mi to powtarzał…
Wpatrywał się w znaki wyryte na stole. Rozważał za i przeciw. Myślał bardzo, bardzo długo. I w końcu zrozumiał. Zaważyła ambicja.
– Wiecie co? – zapytał demonów. – Pieprzcie się.
Ku jego zaskoczeniu, obaj demoni zaczęli się sobie przyglądać jakby rozważali możliwość spełnienia nakazu. Nie zrobił zaskoczonej miny.
– Nie tym razem – powiedział triumfalnie. – Avatari nabiera się tylko raz.
– Szkoda. Ale zawsze warto spróbować – powiedział pierwszy demon.
– Bez urazy, ale teraz cię zabiję – rzucił złośliwie drugi demon. Widać było, że perspektywa ta cieszy go niezmiernie.
– Nie, urazę zachowam. Dla was obu – odparł Arlon. – To nic osobistego, ale was nie lubię.
– Bywa – przyznał drugi demon, po czym zaatakował.
Arlon nie spodziewał się tak szybkiego ciosu. Nóż znalazł się w jego ręce bardziej przez przypadek, niż z powodu świadomej decyzji. Po prostu bawił się nim podczas rozmowy. Teraz zasłonił się nim w ostatniej chwili. Cios mimo to dosięgnął go.
Demon przyjrzał się rozciętej dłoni. Cała była we krwi. Nawet nie zauważył bloku Wędrowca. Młodzian zaś niesiony siłą uderzenia zatrzymał się dopiero na drzwiach. Przy nich też teraz stał, a właściwie o nie się opierał. Nie krwawił, uderzenie zadane było w czoło, miało go ogłuszyć, względnie ogłupić.
– Niezły jesteś – przyznał demon. – Tylko słaby, jak każdy człowiek. Byłbyś potężnym adeptem.
Arlon nie wiedział, co się dzieje. Cios poniósł go na drzwi. Demon coś mówił. Nie ważne co. Chłopak musiał wyjść na zewnątrz. Wyjść i… Naparł na klamkę, drzwi ustąpiły. Mimo oszołomienia, a może właśnie przez nie, zwrócił uwagę na to, że drzwi zwykłej leśnej chatki mają klamkę.
…czego to szatani nie wymyślą?…
– Stój – powiedział z rozbawieniem demon, widząc, że Wędrowiec po prostu wychodzi z chatki. – Mam cię zabić, zapomniałeś?
Arlon odwrócił się. Minę miał, jakby próbował coś sobie przypomnieć. Demon roześmiał się. Na to właśnie liczył młodzian. Najszybciej jak potrafił, machnął rękoma. Dwa łańcuchy pomknęły ku dwóm demonom. Żaden nie trafił.
– Próbujesz być sprytny, tak? – zapytał demon, który dopiero, by uniknąć ciosu łańcuchem, wstał.
– Ano próbuję – odparł Arlon. – I zaraz zrobię z was takich durniów, że…
Nie dokończył. Ponownie wszedł w głąb chatki. Demoni przyglądali się ciekawie. Wędrowiec rozłożył ręce i zaczął kręcić się wkoło. Demoni ukucnęli, by znaleźć się poza zasięgiem łańcuchów. Z zaciekawieniem przyglądali się poczynaniom młodziana. On tymczasem zbliżał ręce ku sobie. W pewnym momencie wykonał nimi nieznaczny ruch i oba łańcuchy okręciły się wokół siebie, tworząc jeden. Jeszcze jeden obrót, niespodziewany zamach i błyskawiczny cios.
Żaden z przykucniętych demonów nie zdążył zareagować. Gdy było już za późno, obaj wstali i przyglądali się z przerażeniem dziełu zniszczenia. Młodzian uruchomiwszy odpowiedni mechanizm ściągnął powoli łańcuchy z powrotem w płaszcz. Spojrzał po zaskoczonych gospodarzach i wyszedł przez otwarte drzwi. Nie musiał się nawet spieszyć, czego początkowo się nie spodziewał.
Podczas, gdy odchodził, obaj demoni stali nieruchomo, wpatrzeni w przepołowiony stół. Zdawało się, że zamienili się w posągi i już nigdy się nie ruszą. Arlon nie miał zamiaru sprawdzać słuszności tych przypuszczeń. Odszedł od chatki spiesznym krokiem i zagłębił się w las.
…ostrzegałem, że zrobię z was durniów…
pomyślał z satysfakcją.
…chyba jeszcze żadna klechda nie skończyła się tak dziwnie?…
…a wystarczyło pomyśleć…
Drzewa trzeszczały przeraźliwie, strasznie. Mgła gęstniała, unosiła się, coraz wyższa? i wyższa. Wędrowiec szedł.
Zamknięcie – Na skraju lasu
Szedł poprzez gęste opary mgieł, wokół wirował śnieg. Białe drobinki zimna osiadały na jego rozgrzanej twarzy, wplatały się we włosy i próbowały dostać za kołnierz płaszcza. Wiatr wiał mu prosto w twarz, był rześki, przyjemny. Arlon miał nadzieje, że niesiony jest od morza. Szedł, kierując się tylko nim, nie zastanawiał się nad obranym kierunkiem. Nie miałoby to zresztą większego sensu, nie pośród mlecznych mgieł Stracholasu. Tutaj kierunek i czas nie miały znaczenia. Szły na zatracenie.
Każdemu jego krokowi towarzyszyło skrzypienie śniegu. Lubił ten odgłos. Mógł go słuchać godzinami. Wędrując i rozmyślając. Tak też robił.
***
Mężczyzna był myśliwym. Urodził się i całe życie mieszkał na południowym skraju Adaronu, w lesie „głuchej ciszy”, który był oddzielony od okrytego złą sławą Stracholasu wyłącznie Rzeką Graniczną.
Myśliwy przyglądał się mgle, która przekroczyła brzegi owej rzeki i rozlewała się po licznych polanach i kniejach Lasu Ciszy. Stał na jednym z wolnych od drzew pagórków. Mleczne opary zafascynowały go do tego stopnia, że nie mógł się ruszyć. Nigdy dotąd nie dotarły, aż tak daleko. On sam nigdy dotąd nie był tak blisko. Nie wtedy, gdy mgły unosiły nad lasem.
W pewnym momencie dostrzegł w niej jakiś zarys, coś podobnego do człowieka.
Zerwał się wiatr. Począł rozwiewać gęste opary. Zarys stał się wyraźniejszy i… o zgrozo! To był człowiek, ze skrzydłami. Takimi, jak u motyla. Jeszcze chwila i mgła zupełnie ustąpi. Wtedy go zobaczy.
A może, jest to szaleństwo, spowodowane przez przypatrywanie się tej strasznej mgle? Przecież nie ma ludzi ze skrzydłami. Chyba, że byłby to demon. Myśliwy gapił się, w zbliżającą się postać, z narastającym podnieceniem i niepokojem. Gdy białe opary rozwiały się… oczom jego ukazał się człowiek. Człowiek w szarym płaszczu, którego poły uniósł powiew wiatru. Tylko tyle. To one wyglądały jak skrzydła. Co za ulga.
Mężczyzna zbliżał się jednak niebezpiecznie szybko. Przecież… przecież on wyszedł z mgły! Trzeba było uciekać, wygląd mógł być mylący. To i tak zapewne jest demon!
Myśliwy powinien się ruszyć, uciekać. Nie mógł jednak, był jak skamieniały. Przez przypatrywanie się mlecznym oparom zapewne. Mgła zawsze tak na niego działała. Z narastającym przerażeniem, lustrował zbliżającego się mężczyznę w szarym, postrzępionym i poplamionym krwią płaszczu.
– O Boże – wyszeptał, gdy stanął przed nim wyglądający na chorego młodzieniec o dziwnych, ciemnych oczach. Był blady i faktycznie wyglądał na upiora.
– Musiałeś mnie z kimś pomylić – odparł młodzian, z krzywym uśmiechem. – Nazywam się Arlon. Jestem Wędrowcem.