Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Mniejsi

tardoghan ·

\"A gdy nadchodzi czas, zmierzają nad Ivnes by związać swoje losy z wiecznością\"

(Trzynasty rozdział Pieśni Ertosa. Cesarska biblioteka na Wyspach Przylądkowych.)


Niewiele jest piękniejszych rzeczy, od jesiennych dni nad zatoką Ivnes. Nie wiadomo co daje im najwięcej wdzięku. Czy łagodnie opadające ku morzu łachy kremowego piasku? Czy porośnięte starymi klonami przedsionki Wiecznej Puszczy, zaczynające się tuż za plażą? Czy może w końcu Huczne Skały?... Kamienne słupy tych ostatnich wchodzą daleko w ocean, przesłaniając częściowo morski horyzont. Dźwięk rozbijanych tam fal miesza się z szumem drzew, który słabnie w miarę jak pierwsze chłody pozbawiają je liści. Spadając na plażę, pokrywają ją czerwonymi plamami o nieregularnych, miękkich brzegach. A może to ten zapach? Osobliwa mikstura morskiej bryzy i woni późnych kwiatów uwolnionej ostatnimi promieniami słońca. Zapach zarazem świeży, subtelny i głęboki.
Chyba tylko z kombinacji tych wrażeń mogło się zrodzić coś takiego. Miejsce, którego piękna nikomu dotychczas nie udało się w pełni odtworzyć ani w wierszu, ani w pieśni. Sława Ivnes sięgnęła aż dalekich stolic. Mimo to nigdy nie widywało się tu podróżnych. Nie było w pobliżu wiosek ani miast. Nawet nieliczne statki, których żagle czasami prześwitywały między skałami, ginęły za horyzontem tak szybko, jak się pojawiały. Całą zatokę, od namorzynowych lasów w Gregorii, aż do klifów Przylądka Rocco, przed czterema wiekami oddano Mniejszym. W geście wdzięczności udostępnili oni cesarzowi niewielką groblę, prowadzącą przez puszczę aż do drewnianego podestu. Zbudowany był dawno. Pierwsze fundamenty postawiono wtedy, gdy las nie dochodził tak blisko morza. Teraz ta dziwna struktura stała na północnym skraju plaży, często zacieniona przez pobliskie drzewa. Lekko zazielenione mchem i glonami szerokie słupy podtrzymywały bogato rzeźbioną platformę. Dwunastu cesarskich poetów, strojnych w błękitne, wełniane szaty z charakterystycznym złotym zygzakiem na piersiach, zasiadało na niej w szerokich sosnowych ławach. Cisi, zgarbieni, jakby dawało to lepszą ochronę przed pierwszymi podmuchami zimniejszego wiatru, spisywali coś na grubo ciosanych pulpitach. Od kiedy przybyli, starali się ujarzmić piękno pejzażu na swoich pergaminach. Nieruchomi, zanurzeni w myślach, stali się jego faktyczną częścią.
Jest taki dzień, kiedy wiadomo, że jesień przechodzi w zimę. Nie widać tego w gwiazdach, nie dostrzeże się tego na skomplikowanych wykresach mędrców. Widać to w drzewach, które przestają walczyć z upływem czasu i opuszczają liście już jakby w rezygnacją. Widać to w kolorze chmur, w dziwnym braku śpiewu ptaków. Widać to w poranku przykrywającym rośliny cieniutką warstewką lodowego futra. Ale najlepiej widać to właśnie w Ivnes. Surowe piękno zatoki wzmacnia każde z naturalnych przesileń. Gdyby komuś mimo to zdarzyło się nie rozpoznać zmiany, dostrzeże ją w tajemniczej postaci siadającej co roku o tej porze na plaży. Żaden z dwunastu cesarskich poetów nigdy nie dowiedział się skąd przychodzi ten starzec. Każdy widział go choć raz i każdy oczekiwał osobliwego spektaklu następującego chwilę później.
Także dziś od rana panowało wśród nich pewne poruszenie. Przybyli już z ukrytego w głębi puszczy schroniska i sięgając powoli po zwoje, rozcierali zdrętwiałe od chłodu palce. Wtedy pojawił się on. Zawsze nadchodził z południa. Kroczył na tyle daleko od ich przyczółka, że nie mogli dostrzec szczegółów jego wyglądu. Tylko zgarbiona sylwetka zdradzała wiek. Szedł powoli. Nie oglądał się na boki. Musiał wiedzieć o ciekawskiej publiczności stłoczonej na drewnianym postumencie. Poeci jednak nie śmieli ruszyć się ze swej placówki. Wiedzieli, że zaraz za barierką zaczyna się ziemia Mniejszych. Wystarczająco dużo podań opisywało cierpienia, spotykające tych, którzy byli wystarczająco głupi, by ją sprofanować. Gdyby byli bliżej, zobaczyliby postrzępiony brunatny płaszcz z grubej, lnianej tkaniny. Widzieliby jak żylastymi dłońmi ściąga sznurki od kaptura by lepiej osłonić się przed zimnem poranka. Może zdziwiliby się, że maszeruje boso po wilgotnym piasku. Ale najwięcej dojrzeliby w twarzy. Prosty nos, wąskie usta i zupełny brak owłosienia nadawały jej pozorów surowości. Lecz wrażenie to rozpraszały zmęczone, choć pełne optymizmu oczy.
Nie musiał obawiać się Mniejszych. Od wieków już pojawiał się tego dnia. Nie wiadomo było czy to ten sam człowiek, czy może już jego następca. Zawsze podobny chód nie zdradzał zmiany, a dystans uniemożliwiał dokładniejszą ocenę.
Starzec doszedł już do swojego celu. Usiadł na piasku, zrzucił kaptur i opierając głowę na dłoniach, zamarł w bezruchu. Czekał. Milcząca publiczność też czekała, w napięciu, mimo że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co ma teraz nastąpić.
Minęła godzina, później dwie. Porozrywane obłoki pędziły szybko po niebie na zachód, w stronę Hucznych Skał. Na ziemi wtórowały im klonowe liście, wzlatując ku morzu, lub tworząc krótkotrwałe wiry, które wygasając, przykrywały piasek kolejnymi warstwami krwistej czerwieni. Poeci wkrótce przyzwyczaili się do obecności tajemniczego gościa i pogrążyli się w pracy. Co chwila tylko któryś pokaszliwał lub poprawiał wełniane okrycie, nie zapewniające już wystarczającego ciepła. Było już dobrze po południu, gdy do stałego szumu drzew po prawej stronie platformy, dołączył nowy dźwięk. Nieregularny szelest wyrwał skrybów z twórczego transu. Część z nich wyprostowała się i spojrzała na prawo. Szelest narastał, słychać już było łamane krokami gałązki i chrzęst listowia.
Zaraz też z lasu po prawej, około dwudziestu metrów od podestu, wyłonili się oni. Nieduża odległość pozwalała tym razem na doskonalszy opis wędrowców. Idąca na przedzie postać przypominała na pierwszy rzut oka około dwunastoletniego chłopca. Niewielka, ubrana w białą tunikę, spod której raz po raz wyglądały nagie stopy. Szare, wpadające w biel włosy otaczały pociągłą twarz, opadając prostymi pasmami na zielone oczy i krótki, zadarty nos. Zdawałoby się, że to ledwie młodzieniaszek. Ale on nie był dzieckiem. Wszystkich dwunastu poetów, którzy jak zauroczeni wpatrywali się w nowoprzybyłych, aż wzdrygnęło się w swoich ławach, gdy na chwilę stanął i spojrzał w ich stronę. Kamienny spokój bijący z jego ruchów i pedantyczne, analityczne spojrzenie, którym zlustrował zasiadających na platformie, nie dawały wątpliwości. Mieli do czynienia z kimś, kto widział o wiele więcej, niż zwykły śmiertelnik doświadcza w czasie jednego życia. On tylko uśmiechnął się powoli, chyba ironicznie. Później ruszył dalej. Drugi z nieznajomych, choć prawdziwie olbrzymi, kroczył jakby w cieniu białej istoty. Musiał mieć ponad dwa metry wzrostu. Był przy tym potężnie zbudowany. Zwoje rozmaitych futer, zszytych niedbale, formowały coś na kształt płaszcza. Nie wiadomo było gdzie poskręcana skóra, zdarta bodaj z barana, przechodzi w bujną brodę i dalej we włosy. Twarzy nie było widać. Tylko wielki zakrzywiony nos, migający gdzieś pomiędzy kołtunami świadczył o jej położeniu. Spod zwałów odzienia wystawały dwie muskularne ręce gęsto pokryte włosem i głębokimi bliznami. Gdzieniegdzie widać było na nich świeże strupy. Musiały to być ślady jakiejś niedawnej walki. Wygranej, o czym świadczył brudny od krwi grot przeszło trzymetrowej lancy, trzymanej przez wielkoluda w prawej dłoni. Olbrzym wyraźnie utykał, nie zostawał jednak w tyle, krocząc ociężale za lekko stąpającym maluchem.
Tak właśnie wyglądał prawdziwy Mniejszy z Chowańcem. Rzadki to był widok. Ileż kontrastu było w tych parach wędrujących przez drogi Starego Świata. Dostojność i delikatność pierwszej z postaci znajdowała idealną antytezę w całej wulgarności i barbarzyńskiej sile towarzysza. Wzbudzali zawsze ogromny strach i takiż podziw. Nie zbliżali się jednak zbytnio do ludzkich siedzib. Walczyli tylko w obronie lub ostateczności. Nikt też nie wiedział skąd przybyli. Legendy opowiadały o tym, że zawitali na kontynent jeszcze za czasów Mrocznych Niepokojów, nie mówiły jednakże w jaki sposób. Dla cesarskich pisarzy byli zaś cenną inspiracją. Poeci zabrali się więc wkrótce do pracy, wiedząc że dalsza część przedstawienia zarezerwowana jest już tylko dla nielicznych mew, siedzących w oddali przy niesamowitych gościach.

***

Starzec wpatrywał się w dwa kamienne słupy będące przedłużeniem skalnego języka Hucznych Skał, który wcinał się w zatokę od południa. Tarcza słoneczna, zaciemniona przez chmury, powoli wędrowała w ich stronę, aż zawisła dokładnie między nimi. Wtedy odchrząknął i powiedział głośno:
- Witaj Tar-Walitz - zabrzmiał jego głos, głęboki i ciepły.
- Witaj Pierwszy - odpowiedział mu zza pleców głos cieńszy i wyższy, ale przy tym jakby śpiewny. Z charakterystycznym akcentem padającym na ostatnie sylaby słów. Mniejszy podszedł bliżej i usadowił się obok starego. Po chwili do dwójki, sapiąc, dołączył Chowaniec. Wbił lancę w mokry piasek i z pewnym wysiłkiem usiadł kilka metrów za nimi.
- Czy wy się nigdy nie spóźniacie? - spytał starzec, wyraźnie tym razem rozbawiony.
- Wiesz dobrze Pierwszy. Ale tak szczerze, to zdarza się. Nie w taki dzień jak dzisiaj, w każdym razie, nie w taki dzień.
- A czymże różni się ten dzień, od tysiąca poprzednich i tysiąca następnych... A zresztą wybacz mi proszę te filozoficzne brednie. Zapalisz fajkę?
- Z chęcią - odparł Tar-Walitz. Pierwszy sięgnął pod płaszcz i wyciągnął niewielkie zawiniątko. Rozwiązał oplatające pergamin skórzane rzemyki i wyciągnął szlifowane na gładko drewniane pudełko. Podniósł wieczko i pokazał Mniejszemu.
- Najlepsze, z Rocco... - powiedział Tar-Walitz z uznaniem. Sięgnął swą małą ręką po długą fajkę. Przez chwilę obracał ją w dłoniach, napawając się nieskazitelnym kształtem, po czym drugi raz zanurzył dłoń w puzderku, tym razem wyjmując płócienny woreczek. Wysypał nieco ziela i nabił starannie fajkę. Oddał pudełko Pierwszemu, który powtórzył cały rytuał. Chowaniec siedział cały czas zupełnie nieruchomo.
- Wieje dziś za mocno na puszczanie kółek - zmartwił się Mniejszy.
- Jeszcze ci się to nie znudziło...? - spytał po chwili starzec.
- Im dłużej żyjemy, tym prostsze rzeczy nabierają większego uroku. Powinieneś coś o tym wiedzieć, o przedwieczny!
Oboje wybuchli serdecznym śmiechem. Siedzieli tak jeszcze chwilę. Dym ulatywał z fajek i ginął szybko na wietrze.
Pierwszy znów przemówił:
- Wiemy dobrze czemu się spotykamy - masz to?
- Mam - teraz już głos niedużego towarzysza zabrzmiał poważniej. Zaraz też odwrócił się i wydał z siebie niezwykle wysoki, prawie niesłyszalny pisk. Chowaniec wstał i podszedł. Ręka Tar-Walitza powędrowała gdzieś w głąb futrzanej masy okrywającej ciało olbrzyma i po chwili wydobyła spod niej niewielką, złotą rurkę. Podał ją Pierwszemu.
Starzec chwilę odczytywał niewyraźne pismo wygrawerowane na jej powierzchni, po czym chwycił ją po obu stronach i delikatnie przekręcił. Rulon rozszczepił się w środku, ukazując drobny gwint. Najwyraźniej był to jakiś rodzaj pojemniczka. Po rozłożeniu na dwie części, wypadł z niego mniejszy rulonik tym razem wyglądający na drewniany lecz elastyczny jak papier. Pierwszy rozwinął go i oglądał uważnie z każdej strony.
- Drzewo Przywołań... długo go szukałeś? - spytał Mniejszego
- Sześć lat, nie licząc czasu spędzonego na studia przed wyruszeniem w drogę.
- Słyszałeś kiedyś jak ktoś grał na jego drewnie?
- Kiedyś, z daleka. To jedno z lepszych wspomnień z dzieciństwa.
- A widziałeś Go?
- To było daleko. Bardzo daleko. Ale pamiętam światło. Światło nad drzewami. Nie wiem już teraz, czy widziałem go naprawdę, czy tylko utrwaliłem sobie w pamięci to, co opowiadali mi inni, co jest zapisane w legendach.
- Zresztą to nieistotne - przerwał mu Pierwszy - po to przecież tu jesteśmy
- Rada mówiła mi, że nie zawsze się udaje. Że czasami nie przylatuje, a przywołujący ucieka w Południowe Góry, gdzie błąka się poszukując odpowiedzi - dodał pośpiesznie Tar-Walitz.
- To prawda. Choć przyznam, byłbym zawiedziony gdyby nie udało się w twoim przypadku. Bardzo mi się dobrze pali z tobą fajkę. A to dobry znak - uśmiechnął się lekko do swego małego kompana. On jednak był teraz wpatrzony w horyzont. Zapytał niepewnym głosem:
- Wiem, że być może nie powinienem o to poprosić. Właściwie to do mnie niepodobne. Ale czy możemy jeszcze trochę posiedzieć w ciszy?
Starzec obrócił się do niego. Chwilę go obserwował po czym wyszeptał:
- Niech tak będzie.
Zaczynało już zmierzchać. Wiatr nieco ucichł, a chmury rozstąpiły się na chwilę i zachodzące słońce zalało zatokę ciepłym, żółtawym światłem. Hen, daleko migotał jakiś biały żagiel. Cesarski statek płynął w kierunku Czarnych Wysp lub dalej, aż do zatoki Yvendes.
Minęły może dwa kwadranse, gdy Mniejszy powiedział:
- Nie ma co dalej zwlekać - podaj mi proszę planszę.
Starzec pośpiesznie rozwinął przed nim drewnianą płachtę. Tar-Walitz chwilę myślał, po czym sięgnął pod tunikę i wyjął nóż. Proste ostrze, zrobione z czegoś, co mogło przypominać kryształ, zatopione było w skórzanej rękojeści. Mniejszy przymknął oczy i przyłożył nóż do leżącego przed nim zwoju. W wielkim skupieniu wycinał w nim jakieś linie i kształty. Po kilku minutach jego ruchy zaczęły zwalniać. W końcu zatrzymał rękę. Odłożył narzędzie i wyszeptał:
- Gotowe.
Pierwszy wziął podziurawioną planszę. Rozłożył ją na piasku i z wielką pieczołowitością zaczął zwijać. Na koniec skleił całość tak, że uformowała coś na kształt fujarki.
- Odwagi - rzucił w stronę Mniejszego, widząc, że ten oddycha coraz szybciej. Podał mu instrument. Tamten zrobił trzy głębsze wdechy, po czym nabrał powietrza i dmuchnął.
Z instrumentu popłynął dźwięk z początku urywany, niepewny. Po chwili nabrał klarowności. Nie wiadomo jak tak mała rzecz mogła brzmieć tak donośnie, a przy tym subtelnie. Dwunastu Cesarskich Poetów na ten sygnał wstało i stłoczyło się przy barierce. Jeden zemdlał po kilku sekundach. Nikt nawet nie ruszył się, by mu pomóc. Prawie wszyscy płakali. Muzyka instrumentu sporządzonego z Drzewa Przywołań istnieje tak długo, jak długo gra ten instrument. Zapada głęboko w pamięci, lecz nie jako melodia. Raczej jako suma niezapomnianych wrażeń, jaką budzą te dźwięki. Pozostaje jako męczące, paradoksalne wspomnienie. Rzecz tak wspaniała, że chciałoby się ją opowiadać wszystkim, a niemożliwa do opowiedzenia. Odległy sen którym zbyt szybko wymyka się umysłowi. To jednak, co zwykle następuje później, zostawia w świadku jeszcze głębsze piętno.
Tam gdzie jeszcze przed chwilą widać było żagiel, coś zamigotało. Z początku nie wiadomo było czy to nie refleks wody lub jakaś latarnia przepływającego okrętu. Szybko jednak jasna kula zaczęła rosnąć i wkrótce oderwała się od horyzontu. Coś nadlatywało z zachodu. Słońce już zaszło, ale zatokę zaczęło wypełniać światło. Początkowo blade, ledwo wydobywające kształty. Nie minęło jednak pół minuty, a stało się mocniejsze i zaczęło wielobarwnie pulsować. Świetlisty kształt zmierzający ku brzegowi nieco się teraz spłaszczył. Można już było odróżnić dwa skrzydła. To musiał być ptak. Poeci zmrużyli załzawione od intensywnej jasności oczy. Niektórzy, pozostający jeszcze przy zmysłach, przesłonili twarze kawałkami płaszczy, by móc obserwować scenę. To co po minucie przeleciało nad ich głowami przypominało trochę orła, ale było co najmniej dziesięciokrotnie większe. Nie wzbudzało żadnego dźwięku, machając potężnymi skrzydłami. Nie można było też dostrzec materii, z której składała się istota. Fale jaśniejszej od słońca energii przepływały od dzioba ku ogonowi, zostawiając za nim ślad spadających iskier. Ojciec ptaków - Feniks przybywał na brzegi Starego Świata.
Feniks zatoczył koło i usiadł przy trzech postaciach. Dźwięk instrumentu dawno ucichł. Chowaniec wiercił się zaniepokojony, po chwili wstał i zaczął nerwowo wymachiwać lancą. Tar-Walitz uciszył go jednym, krótkim sykiem, ale sam nie starał się nawet zachowywać powagi. Uklęknął na piasku i utkwił wzrok w nowoprzybyłym. Tylko Starzec siedział wciąż zwrócony w stronę morza. Nie odwracał się. Dopiero gdy zauważył, że cienie przestały się przesuwać, wstał podszedł do Mniejszego i podał mu rękę, mówiąc:
- Już czas. Nie lubię rozstań nawet z tymi, których znałem tylko pół dnia.
Tar-Walitz nie zareagował od razu. Dopiero gdy Pierwszy potrząsnął jego ramieniem, odwrócił głowę i opamiętał się. Przemówił drżącym ze wzruszenia głosem:
- Wiem... Powiedz mi tylko jedno. Czy ty wiedziałeś?
- Od początku wiedziałem, że ci się powiedzie - zaczął Pierwszy z życzliwością w głosie. - Wy Mniejsi przez całe stulecia swego życia wyglądacie jak ludzkie dzieci. W rzeczywistości jesteście ich zaprzeczeniem. Zimni, racjonalni, stoicko spokojni. Taki byłeś jeszcze wtedy, gdy przybyłeś tu tego popołudnia. Popatrz teraz na siebie. Klęczysz blady. Łapiesz powietrze, jak ryba świeżo wyciągnięta z wody. Wszystko czego uczyłeś się przez życie, co wpajała ci Rada, zniknęło. Uleciało z krótką melodią graną na drewnianej fujarce. Ale właśnie dlatego Feniks przyleciał. Dlatego polecisz z nim na Zachód. Tylko tym, którym uda się w miażdżonej żelazną dyscypliną duszy zachować coś z dziecka, udaje się przywołać ptaka.
Mniejszy uśmiechnął się, tym razem szczerze:
- Dziękuję za fajkę - odpowiedział i ruszył w kierunku Feniksa.
Ptak zniżył łeb ku ziemi, tak, że umożliwił mu wygodne wejście na grzbiet. Patrząc z góry w kierunku Starca Tar-Walitz dodał:
- Będę na ciebie czekał.
I odlecieli. Chowaniec jeszcze chwilę siedział, jakby mając w pamięci udzieloną reprymendę. Widząc jednak oddalającego się ptaka, zerwał się na równe nogi. Utykając, biegł ku morzu w beznadziejnym pościgu. Musiało mu to sprawiać niezwykły ból, ale on zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Gdy zanurzył nogi w zimnej wodzie usłyszał za sobą wysoki pisk, podobny do tego jakim zganił go Pierwszy. Stanął i odwrócił się. W jego ruchach widać było, że się waha. Po chwili pisk powtórzył się. Pierwszy stał na piasku i wołał:
- Na mocy udzielonych mi przez Radę praw zwalniam cię z obowiązku! Twój Pan umarł! Idź i bądź wolny!
Olbrzym przez chwilę stał w bezruchu, po czym upuścił lancę. Chwiejnym krokiem zaczął zmierzać w kierunku brzegu. Przeszedł bez słowa obok Starca, a potem drewnianego podestu, na którym dwunastu ludzi próbowało zebrać pogrążone w chaosie myśli.
Starzec stał jeszcze chwilę na plaży spoglądając na gasnące w oddali światło. Kilku poetom zdawało się, że widzą wznoszące się nad nim kółka szarego dymu.##edit_byclops 2006-04-08 00:17:07##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...