Na każdego kiedyś przyjdzie pora
- Nie oszukuję. To nie moja wina, że mam szczęście do kart.
- Szczęście?! Ja ci tu zaraz dam szczęście! Tak cię urządzę, że nawet twoja kurwa cię nie pozna!- wrzasnął i zerwał się na równe nogi, przewracając krzesło, na którym siedział.
Kilka osób w tawernie zwróciło w tamtym kierunku zaciekawione spojrzenia. Szum rozmów zamarł, jak nożem uciął. Tylko niektórzy szeptem obstawiali wynik bójki. W powietrzu prócz zapachu tytoniu, alkoholu i potu dało się wyczuć wyraźne napięcie.
Żylasty podniósł się ze swego miejsca i rzucił grubasowi rozbawione spojrzenie. Nim ktokolwiek zdążył się ruszyć, z jego rękawa wyfrunął nóż, który z precyzją wbił się aż po rękojeść w pierś przeciwnika. Ten z kwikiem zaczął się osuwać na ziemię, klnąc na czym świat stoi. Mężczyzna w tym czasie szybko zgarnął ze stolika pieniądze do sakiewki i wypadł na zewnątrz. Dopiero wtedy pozostali w pomieszczeniu ludzie zareagowali. Z wrzaskiem wybiegli na podwórze przed tawerną. Gęsta jak zupa mgła, spowiła mlecznobiałym całunem okolicę. Bez większych nadziei na odnalezienie mordercy, rozpoczęli poszukiwania. Syn właściciela przybytku, w którym doszło do zbrodni, pobiegł po straż miejską.
Nied domyślał się tego i kluczył niebrukowanymi alejami i zaułkami, unikając rozproszonego światła przydrożnych latarni. Wszędzie unosił się zapach zgnilizny i odchodów, jednym słowem, zapach przedmieścia Geran. Ciemna noc sprzyjała ucieczce i nawet warczenie bezpańskich psów kręcących się w poszukiwaniu resztek nie było w stanie popsuć mu nastroju. Już niedługo otrzyma sowitą zapłatę. Zdobył przedostatni kawałek jakiejś dziwnej układanki i jeszcze dziś zgarnie nagrodę.
Skręcił w kierunku skąpanej w mroku ślepej uliczki.
- Masz?- usłyszał zadane chrapliwym, nienawykłym do mówienia głosem, pytanie.
-Tak, panie- odpowiedział i wyjął z sakiewki szorstki przedmiot z licznymi zagłębieniami. Wyciągnął w ciemność rękę i poczuł, jak pracodawca go odbiera. Chwila ciszy.
-Świetnie się spisałeś i gdyby to ode mnie zależało, darowałbym ci życie, gdyż dostarczyłeś mi prawie wszystkie części. Niestety nie mogę tego zrobić. Żegnaj.
Nied gdy tylko usłyszał ,,darowałbym ci życie’’ wziął nogi za pas i ruszył z kopyta. Zdążył przebiec zaledwie kilkanaście kroków, kiedy poczuł, jak niewidzialna siła unieruchomiła go i z mocą przekręciła mu gwałtownie głowę. Dało się słyszeć jedynie trzask pękającego kręgosłupa i bezwładne ciało osunęło się na drogę, w sam środek końskiego gówna.
Z zaułka uniosło się ciężkie westchnienie, jakby znajdująca się tam osoba chciała powiedzieć „życie bywa brutalne’’. W opary mgły wzleciał wielki, czarny kruk. W dziobie trzymał dziwny przedmiot.
1
Przymknęła oczy i wsłuchała się w szum wiatru w koronach drzew. Liście szeptały. W ich głosach dźwięczała niema skarga.
Otworzyła oczy. Znowu stała przy wielkim oknie w swojej komnacie i spoglądała na piękny ogród, przecięty wzdłuż labiryntem żywopłotów i postaci zeń uformowanych. Na środku stała fontanna przedstawiająca konia w pełnym galopie. Gdzieniegdzie rozsiano kolorowe kwiaty, których nieład idealnie współgrał z resztą wystroju królewskiego ogrodu. Aidn widziała tylko niewielką część tej mozaiki ludzkiej wyobraźni.
Wiśniowe, ciężkie zasłony kołysały się miarowo. Nienawidziła tego miejsca równie mocno, jak je podziwiała. Kilka chwil wcześniej zaszło czerwone słońce i niebo pokryło się akwarelą barw fioletu, pomarańczu, czerwieni i różu. Wciąż jeszcze było ciepło, ale to miało się wkrótce zmienić. Świerszcze wraz z ptakami poczęły odgrywać swój cowieczorny koncert. Aidn przeszedł dreszcz. Była królową. Władczynią nikogo i niczego, nawet samej siebie. Więźniem tytułu i pochodzenia, a teraz i męża.
Na korytarzu rozległ się perlisty śmiech i głos mężczyzny. Kroki zadudniły po zamkowej posadzce i oddaliły się. Nowa kochanka króla, pomyślała ze znużeniem. Wszystko już powoli zaczęło ją nużyć. Na początku starała się z tym walczyć, zachować pogodę ducha, ale wciąż nowe upokorzenia zdusiły ostatnią iskierkę wesołości.
Najpierw ceremonia zaślubin i wesele, kiedy to małżonek nie zaszczycił jej ani jednym spojrzeniem i otwarcie, na oczach całego dworu i posłów innych państw, flirtował ze swoimi nałożnicami. Następnie zaś odesłał Aidn na drugi koniec zamku. Uśmiechnęła się cynicznie. Od sześciu lat była mężatką, a mąż nawet jej nie dotknął. Po zamku pałętały się całe grupy królewskich bękartów. Nie to było jednak najgorsze. Wszyscy od króla zaczynając, a na stajennym skończywszy, okazywali Aidn jawną pogardę i lekceważenie. Usłyszała już tyle złośliwych komentarzy tyczących swojej osoby, że przestały ją ranić. Z radosnej, pogodnej siedemnastolatki przekształciła się w rozgoryczoną dwudziestotrzylatkę. Ale cóż, takie bywa życie.
Nieraz chciała wydostać się z tej klatki i uciec gdzie pieprz rośnie. Nigdy się jednak nie odważyła. Aż do dzisiaj. Po zamku krążyło plotki, że władca ma zamiar powtórnie się ożenić, oszalawszy na punkcie młodej hrabiny De Lie. Aidn widziała ją przez okno i rozumiała swojego męża. Po raz pierwszy w życiu widziała kogoś tak pięknego i czarująco bezbronnego De Lie była typową niebieskooką blondynką, tyle że w zupełnie nietypowy sposób.
Aidn wsłuchała się w odgłosy na korytarzu. Nic, cisza.
Nadeszła pora, by rozpocząć ucieczkę. Odwróciła się od okna i spojrzała na bagaż stojący przed ogromnym łożem z baldachimem. Ze świstem wciągnęła powietrze. Rozległo się ciche pukanie do drzwi.
- Proszę - powiedziała zdrętwiałymi wargami. Do środka wślizgnęła się niewielka, pulchna służąca o żywych oczach i siwiejących, ciemnych włosach.
- Wasza Wysokość, musimy iść.
- Tak, wiem.
Kobieta wzięła torbę podróżną i Aidn ruszyła za nią.
Później, gdy próbowała zrekonstruować wydarzenia, nie mogła sobie nic przypomnieć prócz wszechogarniającego przerażenia.
Półprzytomna ze strachu, że zostanie odkryta, ruszyła labiryntem najmniej uczęszczanych korytarzy i schodów stąpając najciszej jak potrafiła.
Mając na sobie ciemnogranatową suknię służby weszła do kuchni, w której unosiły się i mieszały ze sobą wonie pieczeni, wina i przypraw. Wśród ogólnego zamieszania niezauważona, wydostała się na zewnątrz. Powitał ją chłód nadciągającej nocy. Patrząc uporczywie w ziemię poszła dalej za współuczestniczką ucieczki. Kamienie chrzęściły pod butami. Słyszała głosy nadzorców i rubaszny śmiech żołnierzy. Kobieta przed nią zatrzymała się. Poczuła zapach męskiego potu i wina.
- Wypuść nas, śpieszymy się- rzekła władczo stara służąca.
- A dokąd to, Reha?- zapytał jeden z dwóch ludzi pilnujących tylnej bramy.
- Nie twoja sprawa. Otwieraj bramę. Fer pytał ostatnio o ciebie.- odparła zimno.
Mężczyzna zaklął pod nosem i usłyszała szczęk zasuwy. Wrota wolności otwarły się.
***
Jeszcze raz ogarnęła wzrokiem okolicę. Siedziała na grzbiecie gniadej klaczy pośrodku leśnej ścieszki. Zewsząd otaczały ją buki, a co jakiś czas, spośród lasu wyłaniały się białe pnie brzóz. Słyszała radosny śpiew ptaków i szelest liści drgających w ciepłym powiewie wiatru. Złote promienie słońca przeświecały przez gęste korony drzew. Zbliżało się południe.
Była wolna. Nareszcie, po tylu latach życia na uwięzi odzyskała wolność, lecz czuła pustkę. Nie potrafiła wykrzesać z siebie choćby odrobiny radości. To prawda, żyła i mogła zrobić ze swoim życiem to, co chciała. Ale jaki miała wybór? Zmierzała gdzieś, nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Samotna jak zawsze, z bagażem upchniętym w jukach przytroczonych do końskiego grzbietu.
Pognała wierzchowca w dalszą drogę. Piękno otaczającej ją przyrody nie robiło na niej żadnego wrażenia. W ponurym nastroju zagłębiała się coraz bardziej w las.
Starała się skupić myśli na swojej przyszłości, ale wszelkie próby spełzały na niczym. Bo skąd mogła wiedzieć co ją czeka? Będzie musiała się dopasować do zaistniałej sytuacji, jak zwykle.
Nagle, nie wiadomo dlaczego, przypomniała sobie przeczytane w jakiejś księdze słowa ,,Gdy opuści cię wszelka nadzieja, pamiętaj o tym, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ci ją przywróci”, też coś. Absolutnie się z tym nie zgadzała.
Koń wciąż szedł przed siebie, niosąc Aidn w nieznaną przyszłość. Niespodziewanie ścieżka ostro skręciła w lewo i zza drzew wyłoniła się niewielka polana. Uznała, że pora na odpoczynek i zsunęła się z wierzchowca. To był błąd.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy?
Aidn odwróciła się gwałtownie. Za sobą miała ośmiu mężczyzn wyglądających, jakby nie myli się od roku. Brudne, porozrywane w wielu miejscach ubrania wisiały na kościstych ciałach. Uśmiechali się do niej ustami pełnymi czarnych, przegniłych zębów. W dłoniach trzymali długie noże, pałki i kije.
- Szanowna pani zapewne się zgubiła w naszych stronach? Ale my pomożemy odnaleźć jej właściwe miejsce - powiedział stojący pośrodku drab z lśniącymi słońcu płowymi włosami. Świdrował wzrokiem Aidn. Jego kompani ryknęli śmiechem.
Przełknęła ślinę, czując ściskający gardło strach. - Nie dziękuję, poradzę sobie sama- odparła, starając się opanować drżenie głosu.
- Widzicie damulkę? Poradzi sobie sama!
Zgromadzeni ludzie na polance znów ryknęli śmiechem. Aidn modliła się w duchu do wszystkich znanych jej bóstw o pomoc.
- Szukacie kłopotów, chłopcy? - pytanie zostało zadane lekkim, beztroskim kobiecym głosem.
Zza drzew wyszła niewysoka kobieta ubrana w obcisłe zielone spodnie i bluzkę z głębokim dekoltem. Spoglądała na wszystkich dużymi, szmaragdowymi oczyma, a burza gęstych, miedzianorudych włosów spływała kaskadą na jej plecy.
- Kim, do cholery jesteś?- warknął przywódca. Posłała mu czarujący uśmiech – Twoim marzeniem, kochaniutki.
Zbiry popatrzyły po sobie niepewnie, a w tym czasie piękna nieznajoma zdążyła podejść do najbliższego i patrząc mu głęboko w oczy, błyskawicznie kopnęła go w przyrodzenie. Gdy ten upadł na kolana, wykonała półobrót i uderzyła nogą w skórzanym bucie w głowę mężczyzny, który rozpłaszczył się na ziemi. To jakby obudziło dotychczas stojących oprychów. Z dzikim wrzaskiem rzucili się na rudowłosą. Aidn patrząc na przebieg walki wstrzymała oddech.
Kobieta, która przyszła jej z pomocą, wyglądała jakby tańczyła pomiędzy ostrzami noży, końcami kijów i pałek, zadając przy tym obrażenia. Gdy uchylała się w lewo, łapała w locie broń i uderzała nią przeciwnika. Podstawiała nogi mężczyznom, nie zdolnym uniknąć upadku. Podniosła wcześniej wytrąconą komuś z ręki pałkę i dopiero teraz rozpoczęło się prawdziwe widowisko. Uderzała z niesamowitą wprost szybkością w brzuch, ręce, głowę. Zawsze trafiała, a co najdziwniejsze, podczas całej walki ani razu nie skrzyżowała broni z drabami.
Po chwili cała ósemka leżała nieruchomo na trawie.
- No, w zaistniałej sytuacji należało by się chyba przedstawić. Nazywam się Revana Sim - powiedziała wesoło, uśmiechając się przy tym uroczo.
- Aidn.
- I nic więcej? - zapytała rudowłosa
- Teraz już nie - Revana milczała przez chwilę, przyglądając się Aidn uważnie - No cóż, musimy już iść.
- My? - Aidn nie kryła zaskoczenia.
- Tak, my. Myślisz że gdybym nie wiedziała, że tu będziesz, to mogłabym ci pomóc?- powiedziała to takim tonem, jakby objaśniała coś dziecku.
- Skąd wiedziałaś, że tu będę?
- O tym później. Wskakuj na swojego konia, bo nie mamy czasu.