Narodziny Skrytobójcy cz. 2
- Dobrze, a jak mam się czuć?
- Tak tylko pytam...
Wiedział, że to nieprawda. Mama wyglądała bardzo słabo. Była strasznie blada i nigdzie się nie ruszała. Trwało to przez pięć dni, ale Glortian z ulgą obserwował poprawę. Teraz już zdecydowanie mniej spała i jadła już samodzielnie. Mimo to wciąż obawiał się zostawić ją samą na dłuższy czas. Prawie biegł po zakupy, nie spotykał się ze znajomymi, nie szukał pracy. A pieniędzy wciąż ubywało, już powoli zaczynało ich brakować. Jeśli dalej tak pójdzie to będzie musiał udać się do Ortiliusa.
Glortian bał się tej myśli jak ognia. Od tamtego wieczora kiedy mama dostała zawału starał się o tym nie myśleć. Częściowo udawało mu się to, ponieważ musiał opiekować się matką i nie miał czasu na inne rzeczy, ale teraz, gdy zaczęły kończyć mu się pieniądze, ta myśl coraz natrętniej powracała mu do głowy. Wiedział, że na razie nie znajdzie innej pracy, a już zwłaszcza tak dobrze płatnej. W drodze do sklepu zastanawiał się kiedy będzie musiał znów pójść do Ortiliusa. Wolałby tego nie robić, ale z drugiej strony im szybciej tym lepiej. Możliwe, że niedługo przybędzie jakichś nieplanowanych wydatków i nie będzie miał z czego ich spłacić. Tak, zrobi to jutro, albo nawet dzisiaj...
- O! Wreszcie cię widzę gnojku, oddawaj kasę! – Glortian poczuł uścisk ręki na swojej szyi, został przygwożdżony do ściany.
- Tronir, zapomniałem na śmierć, już oddaję.
- Rychło w czas, miałeś przyjść dwa dni temu, rano!
- Przepraszam, ale moja matka miała zawał, nie mogłem jej zostawić...
- Dobra, dobra! Przestań się wykręcać i dawaj te trzydzieści pięć sztuk srebra!
- Trzydzieści pięć?! Pożyczyłem od ciebie tylko dwadzieścia osiem!
- Odsetki, dawaj i nie marudź. – Glortian niechętnie wyciągnął pieniądze. To jeszcze bardziej upewniło go o szybkim spotkaniu z Ortiliusem.
- Będziesz coś ode mnie chciał...
- Nie żartuj, czego mogę ja od ciebie chcieć?
Może litości, pomyślał młodzieniec, ale szybko odegnał od siebie tę myśl. Nie jest przecież jakimś bezwzględnym mordercą.
Gdy młodzieniec wszedł do sklepu i zrobił zakupy ze zgrozą zorientował się, że wyczerpał już pieniądze od Ortiliusa. Zostały mu tylko srebrniki, które ukradł ze sklepu podczas ostatniego zadania i to nie wszystkie! Tylko pięćdziesiąt trzy. Od razu po wykonaniu zadania miał osiemdziesiąt srebrników i pięć sztuk złota. Było to więcej, niż kiedykolwiek widział.
W Konrincie płacono tylko w złocie i srebrze, według przelicznika sto do jednego. Przedostatni burmistrz, Vanron, chciał wzorem miast północy wprowadzić miedziaki, tysiąc za sztukę złota i dziesięć za sztukę srebra, ale pomysł się nie przyjął. Co prawda na rynek wprowadzono tą walutę, ale głównie z myślą o przyjezdnych. Miejscowi prawie nigdy nie kupowali za miedziaki, nie chcieli również reszty w sztukach miedzi. Dwa rodzaje monet były już tradycją. Chcąc zbojkotować miedziane monety sprzedawcy sprzedawali tanie rzeczy w kompletach. I tak zamiast bułki po dwa miedziaki kupowało się pięć bułek w cenie jednego srebrnika, zamiast noża w cenie pięciu miedziaków można było nabyć dwa, również za srebrnika itd. Na szczęście potem przyszedł nowy burmistrz który podchodził do sprawy bardziej konserwatywnie i nie było zapowiedzianych przez Vanrona egzekucji. Skończyło się na groźbach.
W każdym bądź razie, w normalnych warunkach, za pięćdziesiąt trzy srebrniki Glortian wraz z matką mogliby żyć około trzech tygodni, ale teraz, gdy matka przyjmowała bardzo drogie leki, których już zaczynało brakować, ten czas magicznie skrócił się do około dwóch dni.
Po obiedzie mama Glortiana jak zwykle poszła spać. Wtedy właśnie młodzieniec postanowił działać. Wygrzebał spod łóżka miecz i medalion, wdział je i jak najszybciej udał się do siedziby Ortiliusa. Przed wejściem zatrzymał się na chwilę, żeby obejrzeć to miejsce. Był tu już dwa razy i nawet nie mógłby powiedzieć, jak ten budynek wygląda. A wyglądał całkiem ładnie. Zrobiony był, jak większość budynków w Konrincie, z piaskowca, pomalowanego w delikatne, niekrzykliwe kolory. Oprócz dobrego smaku dekoratora, wielkości i bardzo małych, ale gęsto rozsianych okien budynek niczym nie różnił się od innych domów w Konrincie.
Glortian wziął kilka głębokich wdechów, uspokoił trochę nerwy i szybko udał się wzdłuż uliczki do wejścia. Bez słowa pokazał strażnikowi medalion, a strażnik również nic nie mówiąc wpuścił go do środka.
- Pan znajduje się w basenie, proszę przejść do patio.- Młodzieniec prawie podskoczył słysząc głos strażnika, który pojawił się jakby znikąd. Na szczęście w porę się opanował.
- Powadź.
Poszli więc. Glortian idąc korytarzami ozdobionymi drogimi malowidłami i dywanami ściennymi pomyślał o swoim dwupokojowym mieszkaniu.
Większość mieszkańców Konrintu mieszkała w takich warunkach jak on, wiele osób w jeszcze gorszych. Dużo ludzi w mieście mieszkało z lepiankach, wiele w ogóle nie miało domów. Niższa warstwa społeczna nie mogła nawet wyjechać, żeby szukać perspektyw w innych miastach, bo po prostu nie miała za co.
- O, witaj... Jak ci na imię?
- Glortian, proszę pana. – Młodzieniec aż zadrżał. Strasznie nie lubił tego człowieka i bardzo się go bał. Nigdy nie wiadomo co może mu przyjść do głowy.
- Witaj Glortianie, czekaliśmy na ciebie. Potrzebuję jakiegoś skrytobójcy, a ty najwidoczniej masz talent i umiejętności.
- Najwidoczniej. – Talent może i miał, ale z umiejętnościami było już trochę gorzej. – O jaką sprawę chodzi?
- Na moim terenie zagnieździł się nowy gang. Są tacy aroganccy, że zbierają haracz z moich sklepów! Chcą też widocznie przejąć rynek kiravy! Moje siły przypuszczą na nich atak.
- Dobrze, ale co ja mam konkretnie zrobić?
- No więc zrobimy to tak. Moi żołnierze zaatakują strażnicę przed rezydencją Varna, szefa gangu, a ty przemkniesz się do niej i go zabijesz. Wiem, że jest to trudne zadanie, dlatego zapłacę ci trzydzieści sztuk złota. Pięć dostaniesz teraz, jako zaliczkę, ale jeśli mnie oszukasz, to wiesz chyba, co cię czeka.
- Dobrze, proszę powiedzieć tylko kiedy i gdzie.
- Za dwa dni, o zachodzie słońca, ulica Garncarska.
- Dobrze, panie. Zjawię się i dam z siebie wszystko.
- Nie masz dawać z siebie wszystkiego, masz go zabić!
- Dobrze.
Gdy wracał do domu, drżał na całym ciele. Za dwa dni będzie narażony na takie niebezpieczeństwo, jak nigdy w życiu. Jeśli tam pójdzie to prawdopodobnie zginie, jeśli zginie na pewno. Był wieczór, Glortian zrobił więc kolację, ale prawie nic nie jadł. Zaraz potem poszedł do łóżka, ale długo nie mógł zasnąć. W końcu udało mu się to...
... Szedł sobie ulicą z mieczem w dłoni. Przeszedł spokojnie przez ulicę do jakiegoś domu. Widział siebie jakby z boku. Zobaczył jak wchodzi do tego budynku i idzie po schodach na pierwsze piętro. Stara się przemknąć cicho przez korytarz, ale jakiś strażnik dopada go i trzonkiem topora powala na ziemię. Glortian próbuje złapać powietrze. Już wie co zaraz się stanie. Został zauważony, już po nim. Słyszy świst powietrza i zaraz potem okropny, rozdzielający ból, który sparaliżował jego ciało...
- Nieeee! – Glortian zerwał się z łóżka. Chwilę siedział bez ruchu, poczym wstał i odetchnął z ulgą. To tylko sen... Ale czy na pewno? Nie był skrytobójcą, miał może talent, ale to za mało do takiego zadania. Czarny płaszcz i spodnie spoczywające gdzieś w szafie też nie wystarczą. Młodzieniec wiedział, że już dzisiaj nie zaśnie, więc postanowił przejść się po mieście i przemyśleć swoją sytuację.
Noc była dość ciepła. Glortian przechadzał się eleganckimi dzielnicami Konrintu. Bywał tam bardzo rzadko, ale w nocy wolał iść właśnie tędy. Z jednej strony przyczyniły się do tego liczne parki, skwery i wystawne budynki, których nie oglądał zbyt często, z drugiej brak degeneratów chcących pozbawić życia innych. Zamyślony przechodził koło sklepu, z którego właśnie wychodził właściciel, próbując jednocześnie zamknąć drzwi i przytrzymać liczne torby i pakunki. Jak łatwo się domyśleć nie udało mu się to i jedna paczka spadła mu na chodnik. Glortian ocknął się z zamyślenia dopiero wtedy, gdy z otwartej torby człowieka wytoczyły się wprost pod jego nogi dziwne fiolki i buteleczki. Schylił się by je podnieść i pomóc człowiekowi.
Młodzieniec zauważył, że osobnik był w średnim wieku, miał krótko ostrzyżone blond włosy. Był chudy i bardzo wysoki.
- Dziękuję.
- Ależ nie ma za co.
- Jest, większość twoich rówieśników tylko kopnęłaby moje rzeczy dalej... A tak na marginesie jestem Mandet.
- Glortian, miło mi. Pomogę ci zanieść te rzeczy do domu.
- Bardzo ci dziękuję.
Dopiero po chwili Młodzieniec zaczął zastanawiać się, z kim naprawdę się spotkał. Niby wszystko jest w porządku, ale co to były za dziwne fiolki? Zdawało się, że substancja w nich zmienia barwy i żyje własnym życiem...
- Pracuję w aptece.
- Aha, właśnie tak się zastanawiałem...
- Wiem.
- Słucham?- Glortian zamrugał powiekami. O co chodziło temu człowiekowi?- Skąd może pan to wiedzieć?
- Mów mi Mandet. Po prostu wiem, że coś cię trapi, nie wiem niestety co, ale zdaje się, że mógłbym ci pomóc?
- Mylisz się, Mandet. Nic mnie nie trapi, wszystko jest w jak największym porządku.
- Naprawdę? – wysoki człowiek uśmiechnął się jakby do siebie i spytał:- Dlaczego w takim razie jesteś tutaj? Dlaczego dręczyły cię koszmary?
Glortian otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Po chwili zdołał wyszeptać:
- Skąd wiesz?
- Dużo wiem, chodź ze mną do domu, to opowiem ci wszystko.
Młodzieniec zdołał tylko kiwnąć głową. Dziesięć minut później, przy herbacie słuchał a otwartymi ustami i zapartym tchem opowieści Mandeta.
- Więc, jak już pewnie zauważyłeś, nie jestem zwykłym człowiekiem. Otóż jestem mistrzem sztuk tajemnych. Czarodziejem, magiem, mów jak chcesz. Jestem zapewne jedną taką osobą, którą dane ci było poznać. Jeśli tak, to nic dziwnego. Po słynnej „Masakrze Magów pod Tramem”, która wydarzyła się ponad sześćset lat temu przenieśliśmy się raczej na północny wschód. Tam jest nas więcej, ale też nie zbyt wielu. Ale zostawmy to. Odczytałem z twoich myśli, że masz poważny problem, ale myślę, że mogę ci pomóc. Jako, że miły z ciebie chłopak zrobię to prawie po kosztach. Czego potrzebujesz?
Godzinę później Glortian szedł do domu niosąc w kieszeniach sporo buteleczek i fiolek. Był w zdecydowanie lepszej sytuacji, niż gdy wychodził z domu. Rzucił się na łóżko i zasnął w mgnieniu oka. Potrzebował teraz snu, w końcu już pojutrze ma dokonać najtrudniejszego czynu w swoim krótkim życiu...
C.D.N.##edit_bydarco 2005-11-20 00:57:03##ed_end##