Nie poznasz prawdy
- Świetna robota! Doskonale się dzisiaj spisaliście!
Sami dobrze o tym wiedzieli. Bard, który wystąpił z nimi tego wieczoru, przyciągnął swym barwnym głosem trzykrotnie więcej publiczności niż udawało im się to zwykle. Goście w karczmie bawili się fenomenalnie. Przywódca grupy przeliczył pieniądze i rozdzielił je między wszystkich. Tajemniczy bard spokojnym gestem przesunął spory stosik monet z powrotem w jego stronę. Wszyscy przyjrzeli mu się zaskoczeni. Nie widzieli zbyt dobrze jego twarzy, ponieważ była skryta w cieniu ronda czarnego kapelusza, z którym się nie rozstawał. Dostrzegali jedynie, że się uśmiecha.
- Nie potrzebuję pieniędzy.
- To szczęśliwyś - mruknął jeden z grajków.
- Zostajesz w mieście na dłużej? - zagaiła piękna elfka, Sibelia.
- Nie wydaje mi się. Zapewne jutro wyruszę.
- A dokąd się udasz? - zapytała.
- Do stolicy. A wy, jedziecie gdzieś?
- Zostajemy tutaj, na starych śmieciach - odpowiedział przywódca, Estin. Wszyscy zamilkli na chwilę.
- Właściwie nie mieliśmy jeszcze okazji poznać twojego imienia - odezwała się nagle Sibelia. Bard znów się uśmiechnął.
- Etten.
Pili jeszcze przez jakiś czas a potem większość poszła spać. Przy stole zostali Sibelia i Etten. Elfka siedziała naprzeciw niego i nawijając odruchowo pasemko kasztanowych włosów na palec, słuchała jak opowiadał zabawną historię o pewnym magu. Gdy doszedł do pointy, zaśmiała się perliście.
- Naprawdę tak powiedział? - spytała.
- Tak. A wiesz jaką przy tym miał groźną minę? Prawie się przestraszyłem.
Bard zaśmiał się.
- Chcesz jeszcze wina? - spytał.
- Nie, dziękuję. Właściwie pójdę już spać.
Wstał i skłonił jej się szarmancko (choć nie zdjął przy tym kapelusza). Wyciągnął w jej stronę rękę.
- Pani pozwoli, że ją odprowadzę?
Uśmiechnęła się sympatycznie i podała mu dłoń.
***
Obudził się rano czując jej ciepło przy swoim boku. „Cholera, zaspałem”, pomyślał, ale został jeszcze chwilę przy niej. Uwielbiał widok śpiących, wtulonych w niego z ufnością kobiet. Po chwili jednak wstał i ubrał się. Związał swoje długie blond włosy tak, żeby nie było ich widać spod kapelusza. Włożył nakrycie głowy. Zamyślił się na chwilę, po czym usiadł i napisał: „Piękna Sibelio! Dziękuję Ci bardzo za przyjemne i urocze chwile, które spędziliśmy razem. Pozdrów ode mnie swoich towarzyszy i podziękuj im ode mnie za wczorajszy sympatyczny wieczór. E.” Ile kobiet dostało od niego podobne liściki? Nawet jemu samemu trudno by było policzyć. Wątpił żeby Sibelia zapamiętała jego imię choćby przez tydzień.
Mylił się. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo zapadły jej w pamięć rysy jego przystojnej twarzy i zielone oczy, chociaż widziane tylko w półmroku nocy.
***
Wyjechał z miasta północną bramą, w stronę stolicy i dojechał do traktu. Był to jeden z głównych szlaków, więc od rana do nocy jeździło tędy mnóstwo podróżnych i kupców. Półelf wiedział o tym doskonale i dlatego wybrał tę drogę. Potrzebne mu było wmieszanie się w tłum i zatarcie śladów, w razie gdyby komuś przyszło do głowy go śledzić. Jechał prosto przez jakiś czas a potem skręcił w las. Zatrzymał się na niewielkiej polance. Zdjął kapelusz i wcisnął go do plecaka. Związał włosy w zwykłą kitkę. Przebrał się z eleganckich ciemnozielonych szat w swoje zwykłe czarne ubranie. Dosiadł konia i ruszył z powrotem do miasta.
Wjechał do niego zachodnią bramą i ruszył przez slumsy. Jechał spokojnie nie zwracając uwagi na licznych oprychów stojących w cieniu murów. Wiedział, że gdy tylko uważniej przyjrzą się jego twarzy, odwrócą wzrok. Ich strach można było wręcz wyczuć w powietrzu. Etten czuł się królem.
Wyjechał na obrzeża slumsów, dalej zaczynał się targ. Rzucił okiem w tamtą stronę i pojechał wzdłuż slumsów. Skręcił w niedużą uliczkę, zostawił konia w stajni i podszedł do skromnych drewnianych drzwi. Wyjął z kieszeni klucz i otworzył je. Wszedł do ciemnego korytarzyka. Z pomieszczenia po prawej wychylił się krótkowłosy brunet, młody człowiek.
- Cześć, szefie - powiedział.
- A, Radan. Jak Cidina?
- Załatwione.
- Straty?
- Żadne.
- Naprawdę? - przyjrzał mu się sceptycznie.
- Tak jest, szefie.
Radan wytrzymał niedowierzające spojrzenie półelfa. W końcu szef mu uwierzył.
- Kurczę, bracie. To pisz raport.
- Napisałem.
Podał mu pergamin. Etten uniósł brwi do góry.
- Jestem z ciebie dumny. Autentycznie. Ty, Vahtin, Jawer i Samten stawcie się szybko w moim gabinecie.
Ruszył korytarzykiem przeglądając raport i dziwiąc się coraz bardziej. Wszedł do ostatniego pokoju i zasiadł w swoim fotelu za biurkiem. Dokończył czytać, wrzucił pergamin do szuflady i przejrzał pobieżnie papiery leżące na biurku. Po chwili usłyszał pukanie.
- Proszę!
Do pomieszczenia wszedł Radan, dwóch innych mężczyzn i młody chłopak. Etten zwrócił się do tego ostatniego.
- Vahtin, idziesz na piwo. - rzucił w jego stronę niedużą sakiewkę - Obserwujesz grupę bardów. Kontroluj czy mnie dzisiaj nie śledzili. Nie musisz udawać, że cię tam nie ma, ale nie gadaj raczej z tymi od Borina, coś za dużo ich się tam kręci. W porze obiadowej wracasz tutaj.
Chłopak posłusznie skinął głową i ruszył do wyjścia.
- A, jeszcze jedno.
- Tak? - chłopak nie odwrócił się więc nie miał okazji zobaczyć ironicznego uśmieszku wykwitającego na twarzy szefa.
- Nie zalej się, szczeniaku.
- Tak jest.
Gdy za Vahtinem zamknęły się drzwi, Etten roześmiał się.
- Czyż nie traktuję go jak troskliwy ojciec? - zapytał.
- Raczej jak gderliwa matka - powiedział Radan i wszyscy mężczyźni w pomieszczeniu wybuchli śmiechem.
- Żarty żartami, ale do rzeczy, panowie. Jak już wspomniałem w karczmie kręci się sporo ludzi Borina. Ten mały szczur coś kombinuje. Jedna z jego dziwek podszywała się wczoraj pod kelnerkę i pozorując flirt rozmawiała z porucznikiem Axiva, a to już mnie niepokoi. Samten, weźmiesz swoich ludzi i zbadacie tę płaszczyznę. Jawer, pójdziesz do Alleátina. Zrelacjonuj mu sytuację i spytaj co z tym zrobi. On wie, że jest bardziej zagrożony od nas. Radan, masz najprzyjemniejsze zadanie. Zlokalizuj tę sukę Livię i spróbuj coś od niej wyciągnąć. Widzimy się na obiedzie.
Rozkazy były precyzyjne i nie było co do nich wątpliwości, więc podkomendni Ettena wstali i opuścili gabinet. Półelf, szef gildii złodziei, skupił się tymczasem na swojej pracy.
***
Vahtin szedł wściekły uliczką i kopał kamyk. Nie spieszył się, w końcu szef nie nakazał mu tego. „Mógłby zacząć traktować mnie poważnie. Mam już kurde szesnaście lat! Takie zadania są dla bab! Siedzieć, pić piwo i gapić się na bandę grajków. Super. Nikt mnie kurwa nie docenia!”.
- Vahi! - usłyszał słodki, dziewczęcy głos. Odwrócił się i spojrzał w śliczną, wręcz anielską twarz rok od niego młodszej dziewczyny. Miała kręcone, złociste włosy do ramion i błękitne oczy. Uśmiechała się prześlicznie i cmoknęła go w policzek.
- Cześć! - powiedziała radośnie.
- Hej - mruknął i wycisnął z siebie blady uśmiech.
- Gdzie idziesz? - zaszczebiotała słodko.
- Do karczmy.
- Po co?
- Na piwo.
- A mogę iść z tobą? - spytała patrząc prosząco swoimi pięknymi oczami.
- Jasne - powiedział i objął ją w pasie. Ruszyli razem wzdłuż ulicy.
- A dlaczego akurat do karczmy? - spytała. Vahtin mruknął coś niewyraźnie.
- A wuj ci pozwolił?
- Taa…
Vahtinowi zawsze chciało się śmiać, gdy znajomi nazywali Ettena jego wujem. Nie wiedzieli, czym zajmuje się półelf i że Vahtin należy do jego gildii, więc automatycznie przyjęli, że to ktoś z rodziny. Czasem chłopak litował się nas ich naiwnością, nad tym, że zupełnie nic o nim nie wiedzieli. Szkoda, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że sam o sobie nie wie wszystkiego.
Po jakimś czasie doszli do karczmy. O tej porze było tam prawie pusto. Przy jednym ze stołów siedziała grupa osób, które były ewidentnie bardami. Przy innym mężczyzna z kielichem wina - z pewnością nie pierwszym. Jeden ze stołów w kącie zajmowany był przez dwóch półelfów - ich Vahtin rozpoznał jako członków gildii Borina. Zmierzyli go przez chwilę wzrokiem, ale widocznie nie rozpoznali, albo udawali, że nie wiedzą kim jest. Chłopak i jego towarzyszka usiedli przy jednym ze stolików blisko bardów. Po chwili podszedł karczmarz i Vahtin zamówił dla siebie piwo a dla dziewczyny sok. Miał podzielną uwagę toteż jednocześnie przysłuchiwał się rozmowie grajków. Nie mówili o niczym co mogło by go zainteresować. Prowadzili zwyczajną pogawędkę podczas jedzenia śniadania. Po chwili dołączyła do nich jeszcze jedna kobieta - bardzo ładna elfka. Odezwała się melodyjnym głosem:
- Etten zostawił mi wiadomość. Prosił podziękować wam za wczorajszy sympatyczny wieczór.
- Wyjechał z samego rana? - spytał jeden z mężczyzn.
- Chyba tak. Nie wiem dokładnie, bo spałam.
- To dobrze, bo już myślałem, że z nim pojedziesz. A jak nie z nim to za nim.
- Nie, no coś ty.
Vahtin - pomimo iż zdobył właśnie potrzebne informacje - zirytował się jeszcze bardziej. Zadanie nie wymagało od niego żadnych umiejętności, żadnego wkładu czy choćby większej uwagi. Mógłby je wykonać każdy - nawet skrajny kretyn.
- Vahi?
- Słucham Cię, piękna Dannali - uśmiechnął się do niej. Całą tę sztuczkę podpatrzył kiedyś u Ettena.
- Coś się zamyśliłeś.
- Wybacz, jakoś tak wyszło.
Posiedzieli w karczmie przez jakiś czas rozmawiając beztrosko. Kiedy zbliżała się pora obiadowa, wyszli i Vahtin odprowadził swoją towarzyszkę do domu. Sam wolnym krokiem ruszył do gildii - już nie był zły, było mu po prostu smutno.
***
Po obiedzie Etten wyruszył żeby osobiście spotkać się ze swoim najpotężniejszym sojusznikiem, Alleátinem. Wyszedł na obrzeża miasta i szedł przez jego wyludnioną część. Nagle poczuł delikatne ukłucia w czterech miejscach ciała naraz: w prawym ramieniu, lewej dłoni, prawym udzie i plecach. Błyskawicznie wyrwał strzałki (które natychmiast mimowolnie rozpoznał jako pociski z dmuchawki), ale czuł truciznę palącą od środka jego ciało. Zignorował to, doskoczył do ściany na lewo i wyrwał z pochwy rapier. Z dachów pobliskich domów zeskoczyło na niego na raz około dziesięciu zakapturzonych postaci odzianych na czarno. Etten zabił w tej nierównej walce pięciu z nich zanim trucizna go zmogła i zapadł się w ciemność.
***
- Jak to: porwali szefa?! - Vahtin był w szoku. To było tak nieprawdopodobne jakby ktoś mu oznajmił, że stół w jadalni samoistnie zmienił się w kurczaka.
- Normalnie. Strzelili z dmuchawek zatrutymi strzałkami, a potem kilku skrytobójców z nim walczyło, aż w końcu padł nieprzytomny i gdzieś go zabrali.
- Co to byli za skrytobójcy?
- Prawdopodobnie z gildii Axiva - Radan był w takim samym szoku jak cała reszta mężczyzn zgromadzonych przy stole. Porwanie Ettena było rzeczą tak nieprawdopodobną, że nie byli w stanie w nie uwierzyć.
- Skąd masz te informacje?
- Od szpiegów neutralnej gildii.
Radan zaczął wydawać rozkazy, ale co chwilę pojawiały się nowe wątpliwości i spekulacje. W efekcie po godzinie dalej nikt nic nie zrobił żeby uwolnić szefa. Nikt też nie zauważył, że Vahtin ulotnił się z sali.
***
Etten zamrugał gwałtownie. Obudziło go rażące, ewidentnie magiczne światło. Po chwili zniknęło, ale półelf nadal miał mroczki przed oczami i niezbyt wiele widział.
- Aura gotowa - usłyszał kobiecy głos, który wydał mu się dziwnie znajomy.
- Świetnie - odpowiedział jakiś mężczyzna. W międzyczasie Etten zdążył się zorientować, że leży przykuty do stołu na środku bardzo dużego i ciemnego pomieszczenia. Po chwili podszedł do niego elf o bardzo przeciętnej i niczym nie wyróżniającej się twarzy.
- Witaj, Jadowity - odezwał się spokojnym głosem.
- Witaj - odparł półelf i dopiero słysząc jak chrapliwy jest jego głos, poczuł, że gardło ma wysuszone na wiór i ogromnie chce mu się pić. Mimo wszystko mówił z lodowatym opanowaniem. Brwi elfa uniosły się do góry ze zdziwienia.
- Spodziewałem się, że będziesz się wypierał tego, że jesteś Jadowitym, a tu proszę…
- Założyłem, że nie jesteś idiotą i wiesz, kogo porwałeś - powiedział Etten. Fakt, że jego życie leży w tej chwili w rękach tamtego mężczyzny zdawał się nie robić na nim najmniejszego wrażenia.
- A czy równie posłusznie opowiesz mi co nieco o interesach barona von Hailar?
- Obawiam się, że nie - odparł Etten z niezmąconym spokojem.
- Słuchaj, przyjemniaczku, w każdej chwili mogę wyjąć sztylet i przyozdobić ci tę pewną siebie lalusiowatą twarzyczkę prześlicznym uśmiechem.
Półelf wybuchnął serdecznym śmiechem. Na twarzy elfa ukazał się wyraz furii. Doskoczył do stołu i przyłożył Ettenowi z całej siły pięścią w brzuch. Półelf odkaszlnął ciężko.
- Powiesz mi to, o co prosiłem - wysyczał elf przez zaciśnięte zęby.
- A skąd wniosek, że w ogóle coś wiem?
- Jesteś jego cholernym szpiegiem!
- Właśnie. Więc to ja informuję jego, nie on mnie.
- Nie rób ze mnie kretyna! - wrzasnął elf. Etten cały czas był opanowany. Można wręcz powiedzieć, że miał całkowicie obojętną minę. Furia elfa wskazywała, że z pewnością nie jest on fachowcem. A amatorów spoza gildii Etten się nie obawiał.
- Dość. Ja się tym zajmę - usłyszał znów ten kobiecy głos, co wcześniej. Elf splunął więźniowi w twarz i odszedł.
- Wyjdźcie - powiedziała kobieta. Etten usłyszał kroki kilku osób, a potem odgłos zamykanych drzwi. Upłynęło parę ciągnących się niemiłosiernie minut całkowitej ciszy. Nagle Etten usłyszał kroki i zobaczył podchodzącą do niego kobietę. Miała na sobie bardzo obcisłe, skórzane spodnie i zwiewną bluzkę z dużym dekoltem. Przyglądała mu się uważnie brązowymi oczami. Rozpuszczone swobodnie, długie czarne włosy układały się ładnie wokół jej ślicznej twarzy. Etten wciągnął gwałtownie powietrze. Rozpoznawał ją oczywiście. Nie mógł zapomnieć. „O kurwa” było jedynym co był w stanie pomyśleć w tej chwili.
***
- Pojedźmy, będzie fajnie! - prosił Lineth. Grupa została poproszona o wystąpienie na przyjęciu u sołtysa pobliskiej wioski. Lineth namawiał wszystkich do wyjazdu, gdyż znudziło go występowanie w kółko w tej samej karczmie.
- No dobra, jedziemy - zgodził się w końcu Estin. Wszyscy przyjęli to w milczeniu - po prostu wstali i poszli na górę przygotować się do drogi.
- Sibelio, poczekaj chwilę - poprosił Estin. Elfka usiadła z powrotem przy stole.
- Co się dzieje? Jesteś dzisiaj bardzo zamyślona, milcząca.
Wzruszyła ramionami.
- To o nim tak myślisz?
- O kim?
- O tym bardzie.
- A jakie to ma znaczenie? - spytała.
- A takie, że małe są szanse, że jeszcze kiedykolwiek go spotkasz, więc najlepiej będzie jeśli zapomnisz.
Wstał i poszedł na górę.
***
Vahtin szedł spokojną ulicą. Zamierzał dotrzeć w okolicę siedziby gildii Axiva i poszpiegować tam. Gdy przechodził obok domu Dannali, zobaczył, że dziewczyna siedzi w oknie. Pomachała mu, żeby przyszedł. Podszedł i podciągnął się po parapecie.
- Chyba widziałam dzisiaj twojego wuja - powiedziała.
- Kiedy?!
- Niedługo po obiedzie.
- Gdzie?
- Tutaj. Był nieprzytomny i niosło go dwóch mężczyzn ubranych na czarno. Pytali, gdzie jest medyk i powiedziałam im, że to cztery bramy dalej. Zauważyłam jednak, że weszli wcześniej.
- Do której?
- O, tamtej. - wychyliła się i pokazała mu palcem. - A o co chodzi?
Vahtin zamyślił się i zrobił bardzo poważną minę.
- Ważne, żebyś nikomu, absolutnie nikomu nie powtórzyła, co dzisiaj widziałaś. Przysięgasz?
- Przysięgam.
- Świetnie. A resztę opowiem ci jak wrócę.
Pocałował ją w usta, zeskoczył z parapetu i ruszył do wskazanej przez nią bramy. Wszedł do środka. Był to klasyczny dom mieszczański, mieszkało w nim kilka rodzin. Vahtin bezszelestnie wszedł do piwnicy. Tak jak przypuszczał, usłyszał stamtąd głosy.
- Czemu wyszliście?
- Szefowa kazała.
- Została sama z więźniem?
- Tak.
- Czy to bezpieczne?
- Trudno ocenić, panie, ale raczej tak. Zresztą nie zwykłem kwestionować rozkazów.
- Tak, oczywiście.
Vahtin krył się w cieniu tuż za rogiem od mężczyzn i nasłuchiwał.
***
Etten patrzył na kobietę, która przez tyle czasu była mu taka bliska… Najdroższa. Jedyna. Przyglądał się ustom, które zawsze tak ciepło całowały. Dłoniom, tak czułym w dotyku. Była najwspanialsza… Dopóki nie zorientował się, że nie potrafi dawać, a tylko brać i brać, po kawałku zabierając mu wszystko co miał, całą jego duszę. Któregoś dnia zrozumiał, że nie kochał jej, tylko był zauroczony.
- Witaj, mój drogi - powiedziała sympatycznie. To był kolejny cios poniżej pasa. „Mój drogi”, zawsze tak mówiła całując go słodko i rozpinając guziki jego koszuli.
Wyjęła spokojnie z kieszeni jedwabną chusteczkę i wytarła plwociny z jego twarzy.
- Ienea - powiedział bliski apopleksji.
- No, proszę jak ślicznie zapamiętałeś moje imię. A pamiętasz również nasz układ? Pamiętasz, co mi niegdyś przysięgłeś? Swoją drogą widziałam ostatnio Vahtina. Dobrze się rozwija, jest zdolny. Wyjdzie chłopak na ludzi.
Etten zacisnął zęby.
- Byłem wtedy zagoniony w kozi róg a Ty bezczelnie wykorzystałaś sytuację.
- Zawsze ci powtarzałam, że albo jesteś szefem gildii złodziei, albo moralnym i dobrym półelfem. Jedno jest czarne, drugie białe i nigdy tego nie połączysz. Ale ty, odkąd cię znam, byłeś do bólu naiwny i nadal taki jesteś. No, ale cóż.. dzisiaj przyszedł dzień dopełnienia obietnicy.
Aż za dobrze pamiętał tamtą przysięgę. Tak naprawdę była jedyną rzeczą, której wspomnienie mąciło spokój jego codziennej egzystencji. Ienea, niedługo po tym jak od niej odszedł, była mu bardzo potrzebna. Walił mu się wtedy cały świat, życie legło mu w gruzach. Ona była jedyną osobą, która mogła mu pomóc. Ale odezwała się jej zraniona kobieca duma. Wiedziała na kim zależy Ettenowi najbardziej. Wiedziała doskonale czemu. Powiedziała mu wtedy: „Pomogę ci, ale kiedyś ty pomożesz mi, ale jeśli odmówisz mi wsparcia, zabiorę Vahtina”. Nie miał wtedy wyjścia, musiał się zgodzić. Od tamtego dnia żył nadzieją, że to był tylko zły sen, że ona nigdy nie przyjdzie po pomoc. Ta chwila jednak nadeszła.
- Muszę się zastanowić - powiedział.
- Ach, no tak. - mruknęła ironicznym tonem - Dylemat moralnego szefa gildii złodziei: wydać swojego klienta, który ufa ci tak, że powierzyłby własne życie, czy złamać obietnicę złożoną siostrze kiedy w bólu i mękach wybierała się na tamten świat…
Półelf popatrzył na nią tak, że mógłby ją zabić samym wzrokiem. W takich chwilach pojmowano, dlaczego nazywany jest Jadowitym.
- Och, nie denerwuj się. Przecież rozumiem, że to kwestia być albo nie być twojej gildii i twoich ludzi. Dlatego właśnie masz tę drugą opcję. Vahtinowi przecież nic nie będzie u mnie groziło, a Twojej siostrze chodziło tylko o jego dobro, czyż nie? Ale nic, myśl sobie spokojnie. Może nawet pomogę ci się zrelaksować, to zawsze sprzyja refleksjom…
Wspięła się na stół i usiadła okrakiem na Ettenie. Powoli błądziła rękami po jego klatce piersiowej. Leżał całe spięty i marzył o tym, żeby się wyrwać. Położyła się na nim i przytuliła. Potem pocałowała go w usta tak namiętnie, że zabrakło mu tchu, ale nie odwzajemnił pocałunku.
- Ale z ciebie sztywniak - stwierdziła i zeszła ze stołu. - A tak przy okazji zapomniałam ci wspomnieć, że uczę się na czarodziejkę. Trochę już umiem - dodała rzucając zaklęcie usypiające. Półelf był w takim stresie i szoku, że nie zadziałały w nim żadne bariery siły woli. Zasnął jak dziecko.
***
Po chwili Vahtin usłyszał odgłos otwieranych drzwi, kroki, a potem kobiecy głos, który przemówił:
- Nic na razie nie powie, trzeba zastosować inne metody. Przewieziemy go do naszej siedziby. Rzuciłam zaklęcie usypiające, będzie działało około godziny. Załadujcie go na wóz i upewnijcie się, że jest dobrze przywiązany. Niedługo wyruszymy.
Chłopak szybko wyszedł z budynku i wszedł do stajni tuż obok. Błyskawicznie osiodłał konia. Potem ostrożnie wyjrzał. Przed domem stał duży kryty wóz. Po kilkunastu minutach ruszył. Vahtin odczekał jeszcze chwilę, po czym pojechał powoli za nim. Z trasy szybko wywnioskował, do której bramy jedzie wóz. Jadąc między domami wyprzedził go i przejechał przez bramę. Wjechał w las i ukrył się. Wóz minął go niedługo potem. Chłopak ruszył równolegle do niego, ukrywając się wśród drzew. Przeliczył szybko ilość strzałek jakie miał przy sobie. Za mało. Zakładając, że wszystkie strzały byłyby celne, miałby z głowy sześciu konnych jadących przed i za wozem. A co jeśli na wozie jedzie ich trzy razy tyle? Albo jeśli nie uda mu się trafić? Zatrzymał się i zebrał do kieszeni kilkanaście sporych kamieni. Jak coś zostanie mu w odwodzie jeszcze proca. Wsiadł na konia i dogonił wóz. Postanowił najpierw zestrzelić jeźdźca, który jechał z tyłu. Starał się nie myśleć o tym, co będzie, jeśli pięciu pozostałych go zobaczy i rzuci się na niego. Nie zastanawiał się nad tym dłużej, bo nie miał wyjścia. Nie chciał żeby torturowali Ettena. Sama myśl o tym przyprawiała go o mdłości. Wyciągnął dmuchawkę i wystrzelił. Jeździec spadł z konia, zaraz po nim poleciał drugi. Czterech pozostałych oraz wóz zatrzymali się. Nikt na razie nie mógł zlokalizować skąd pochodziły pociski. Vahtinowi udało się strzelić jeszcze trzy razy zanim ostatni jeździec ruszył w jego stronę. Zanim dojechał, padł martwy. Chłopak nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Ale w międzyczasie z wozu wyskoczyło kilkunastu wojowników i rzucili się w jego stronę. Zeskoczył z konia, strzelił parę razy z procy a potem był zmuszony przejść do bezpośredniej walki. Niestety miał przy sobie tylko sztylet.
***
Etten otworzył oczy. Zauważył, że znajduje się na wozie. Ręce i nogi miał mocno związane. Szybko dostrzegł, że jedyną osobą na wozie była Ienea, która siedziała na skraju i wyglądała na zewnątrz. „Gdyby tak ją wypchnąć”, pomyślał, ale wiedział, że to nierealne. Szybki rzut oka pozwolił mu zarejestrować w wozie kawałek deski, o który mógłby spróbować przetrzeć sznur. Niezależnie od tego, co się działo, trzeba było wykorzystać okazję do ucieczki. Bezszelestnie przemieścił się w stronę deski i zaczął trzeć o nią sznurem. Zadziwiające było to, że Ienea nie zareagowała. Siedziała nieruchomo jak zahipnotyzowana, nie mrugała nawet. Po chwili jakby się obudziła, ale nie spojrzała w jego stronę tylko zaczęła rzucać czar. Trwało to na tyle długo, że Etten zrozumiał, że próbuje przywołać coś potężniejszego. Zastanowił się jak liczny wróg musiał ich zaatakować, ale nie skupiał się nad tym na dłużej. Jednocześnie udało mu się rozerwać sznur. Ręce miał całe pokrwawione, bo zahaczył nimi parę razy o deskę, zresztą nie przetarł sznura do końca, potem rozrywał go na siłę i zanim sznur pękł, wbił mu się mocno w nadgarstki. Rozwiązał szybko nogi. Rozejrzał się, ale na wierzchu nie zauważył nic ostrego. Nie wiedział, ile ma czasu do końca czaru, więc po prostu zepchnął kobietę z wozu. Nie spodziewał się, że to aż tak wysoko. Ienea upadła w bardzo dziwnej pozycji. Z ust sączyła jej się strużka krwi. Etten ostrożnie zeskoczył z wozu, ale zignorował kobietę. Miał inny problem - rzuciło się na niego kilku zbrojnych, a on nie miał żadnej broni.
***
- Przyszedłeś tu sam? - spytał półelf szeptem. Mówienie przychodziło mu z trudem.
- Nie było czasu kogoś przywołać - wyjaśnił Vahtin. Był cały poobijany, prawa ręka krwawiła mu mocno. Kulał. Jedno oko miał przymknięte, mocno opuchło. Etten nie wyglądał lepiej. Miał poharatane ręce i klatkę piersiową, prawdopodobnie połamane żebro czy dwa. Poza tym krew obficie leciała mu z nosa. Uśmiechnął się blado.
- Ale najważniejsze, że wygraliśmy, nie? Tylko teraz trzeba się jakoś dostać z powrotem do miasta. Szkoda, że konie uciekły. Mogłem nie rzucać tego gostka na dyszel. Musimy iść, ale to może dobrze. Opowiem ci coś w drodze. O tej kobiecie, która tam leży…
Ruszyli powoli wspierając się jeden na drugim. Etten nie był nawet w połowie swej opowieści (którą mówił wolno i cicho, gdyż trudno mu było brać oddech), kiedy obaj padli nieprzytomni na trakt.
***
Cała grupa była niewyspana. Ruszyli wcześnie rano, bo stwierdzili, że odeśpią w mieście. Ich wystąpienie na przyjęciu było wspaniałe i grali do późnej nocy. Teraz jechali nieprzytomni, ziewając co chwilę. Ci, którzy jechali na wozie - spali.
- Tu była jakaś walka - powiedział Lineth, który jechał na przedzie. W istocie, przed sobą mieli wóz z połamanym dyszlem na którym leżał martwy mężczyzna. Zresztą dookoła leżało kilkanaście ciał.
- To musiało być niedawno - zauważył mimochodem Lineth. Zeskoczył z konia i odsunął wóz na bok, żeby mogli przejechać.
Ruszyli dalej. Lineth co jakiś czas wskazywał im nieduże plamy krwi na trakcie.
- Ktoś musiał ujść z walki cało. Ale z pewnością nie uciekł daleko, skoro tak krwawił.
Nie mylił się. Po jakimś czasie dostrzegł dwa ciała leżące na trakcie. Zeskoczył z konia i podszedł do nich. Trudno mu było oszacować na pierwszy rzut oka, czy żyją. Wyjął sztylet i przyłożył go do ust półelfa. Na sztylecie pojawiła się para. W podobny sposób stwierdził, że chłopiec też żyje. Sibelia, która również nie jechała na wozie, zeskoczyła z konia i podeszła bliżej. Chciała pomóc Linethowi chociaż trochę opatrzyć ich rany.
- O bogowie - jęknęła.
- Są aż tak ranni? - zapytał Estin, schodząc z kozła.
- Nie… tylko… Zobacz na tego półelfa. To Etten.
- Kto? - zaspany elf nie skojarzył o co chodzi.
- Ten bard z karczmy.
- Ojej, naprawdę? A co on tu robi?
- A czy to ważne? Musimy ich zabrać do medyka.
Opatrzyli ich pobieżnie, obudzili śpiących na wozie i zrobili tam miejsce dla rannych. Potem ruszyli do miasta.
***
Etten obudził się. Zobaczył, że leży w jakimś nie znanym sobie pokoju. Obok łóżka siedziała Sibelia. Nic go nie dziwiło, chciał wiedzieć tylko jedno.
- Gdzie jest Vahtin? - spytał.
- Chodzi ci o tego chłopca, który był z tobą? Jest w pokoju obok.
Półelf zerwał się z łóżka i nie zważając na to, że nie ma koszuli ani butów, pobiegł do sąsiedniego pomieszczenia. Sibelia poszła za nim. W pokoju na łóżku leżał Vahtin. Był nieprzytomny. Pół twarzy miał owiniętej bandażem. Obok niego stał jakiś mężczyzna, ewidentnie medyk, i opatrywał mu rękę.
- Powinien pan jeszcze leżeć - medyk zwrócił się z wyrzutem do Ettena.
- Co z nim? - spytał półelf ignorując wymówki.
- Niestety, w jego rany wdarło się silne zakażenie. Oczyściłem je i natarłem specjalną maścią, ale chłopak nadal ma bardzo wysoką gorączkę.
Etten zaklął pod nosem. Usiadł na łóżku. Nagle coś sobie uświadomił i odwrócił się do Sibelii.
- Co się stało?
- Znaleźliśmy was nieprzytomnych na trakcie i zabraliśmy tutaj.
- Dziękuję.
- Nie ma za co - uśmiechnęła się. Medyk w międzyczasie skończył opatrywać rany Vahtina.
- To wszystko, co mogę dla niego zrobić. Jeśli gorączka nie spadnie w ciągu dwóch godzin to… - zrobił zatroskaną minę i wyszedł.
Etten siedział na łóżku i co jakiś czas ocierał odsłoniętą część twarzy Vahtina szmatką z chłodną wodą. W rogu pokoju na krześle siedziała Sibelia i przyglądała mu się. Widziała troskę i strach na twarzy Ettena - nie wiedziała jak rzadki to widok. Po półgodzinie chłopak zaczął bredzić i rzucać się po łóżku. Półelf złapał go za rękę i mówił do niego, chociaż wiedział, że Vahtin nie słyszy. Sibelia widząc to i słysząc, płakała bezgłośnie. Gdy minęła następna godzina, chłopiec o dziwo ochłonął. Po upływie kilku dalszych minut, jego oddech uspokoił się. Etten puścił go i usiadł wyprostowany na łóżku. Vahtin otworzył oczy i powoli rozejrzał się dookoła. Zamrugał a potem dotknął ręką opatrunku na twarzy. Przyjrzał się półelfowi.
- Etten?
- No a niby kto inny?
- To dobrze. Cieszę się, że tu jesteś - powiedział nie do końca przytomny. Etten przytulił go i gdyby nie fakt, że Vahtin niezbyt rejestrował co się dzieje, bardzo by się zdziwił. Sibelia nie chciała im przeszkadzać, więc wyszła. Poszła do karczmy i dołączyła do reszty grupy.
Półelf kazał Vahtinowi się położyć i siedział przy nim. Trochę minęło, zanim chłopiec rozbudził się na dobre.
- Szefie, opowiadałeś mi w drodze jakąś historię. Ale nie skończyłeś, a ja już właściwie nie pamiętam o co chodziło.
- Nie szkodzi. To nie istotne.
***
Grupka grajków zabawiała gości w karczmie już od kilku godzin. Nikt oczywiście nie zauważył, że jedna ze śpiewających jest bardzo zamyślona, a nawet smutna. Nikt też nie zauważył, że w pewnym momencie do karczmy wkroczył elegancki mężczyzna w kapeluszu o dużym rondzie. Za to nie sposób było nie zauważyć, że mężczyzna dołączył się do śpiewaków - miał niesamowity głos. Po dłuższym czasie grupka przerwała występ i usiadła przy stole. Bard w kapeluszu zamówił dla wszystkich wino.
- Chciałem wam bardzo podziękować za to, że nas uratowaliście - powiedział - Wiedzcie, że w ten sposób zyskaliście potężnego sojusznika.
Wstał, skłonił im się nisko i wyszedł. Sibelia ruszyła za nim. Dogoniła go na ulicy.
- Etten!
Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. Spod ronda kapelusza błysnął serdeczny uśmiech.
- Tak?
- Możemy porozmawiać?
- Oczywiście.
- Bo widzisz, jedno mnie bardzo zastanawia.
- A mianowicie co? - spytał pogodnie.
- Tam u medyka powiedziałeś do tego chłopca „synku”. Dlaczego?
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- On jest synem mojej przyrodniej siostry, która… - zamilkł.
- Nie żyje? - spytała cicho i współczująco.
- Tak, ale on o tym nie wie, nie zna swojego prawdziwego pochodzenia, bo.. ech, nie ważne.
- Ależ ważne, opowiedz mi o tym proszę.
- Wybacz, ale nie chcę.
- Hm, dobrze. A czy myślisz, że… - zająknęła się.
- Że co? - spytał łagodnie.
- Że moglibyśmy spotkać się od czasu do czasu?
Odchylił rondo kapelusza tak, żeby mogła widzieć jego oczy. Pogłaskał ją po policzku.
- Sibelio… Jestem szefem gildii złodziei. Nie znalazłabyś u mnie ani miłości, ani szacunku.
Pocałował ją w policzek i odszedł.
Patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę i nie mogła nic z tego zrozumieć. Wiedziała przecież, że kłamał.