Nie wierz w to co widzisz
John był załamany i nie na żarty wkurzony. To już trzecia posada w ciągu ostatniego miesiąca, którą stracił. Trzeba przyznać, że nie miał ostatnio szczęścia. Szef zareagował od razu, kiedy dowiedział się o jego niechlubnej przeszłości i bez żadnego wypowiedzenia, wyrzucił go na zbity pysk. John, jeszcze jako gówniarz, zajmował się handlem narkotykami. Nie żeby był jakimś tam bossem, był tylko drobnym, ulicznym dilerem. To jednak wystarczyło, aby do końca życia prześladowano go za młodzieńcze błędy.
- Nie wiem co mam zrobić żeby móc znowu normalnie żyć. Odkąd wyszedłem z tego obłąkanego poprawczaka nic mi się nie układa. W ogóle wszystko jest jakieś takie... Nudne.
To był fakt. John wyszedł niedawno za dobre sprawowanie przed upływem całego wyroku. Na początku strasznie się cieszył, ale po pewnym czasie zrozumiał, że tak naprawdę, nie ma się z czego cieszyć. Rodzice nie chcieli go znać, zresztą podobnie jak starzy kumple. Życie, które pędził, było kompletnie nieciekawe. Nie miał gdzie mieszkać, a kasa, którą zarobił w poprawczaku znikała w nieprawdopodobnie szybkim tempie... W dodatku znowu go wylali. Nic tylko się powiesić.
- Skończę ze sobą jak tak dalej pójdzie!- krzyknął, skręcając w boczną aleję znienawidzonego miasteczka.- W ogóle jak tak dalej pójdzie, to nie będę miał nawet za co kupić porządnego sznura. Chociaż wątpię czy na tym zadupiu wszechświata można w ogóle znaleźć coś takiego.
Miasteczko jak to miasteczko. Wszędzie śmierdziało spalinami samochodowymi i ludzką niegodziwością. I jak w każdym miasteczku nic nie zapowiadało, że coś ma się w tej kwestii zmienić.
John znalazł się na Ghosts Street, ulicy znanej z najbardziej parszywego lokalu w całej okolicy o wdzięcznej nazwie: „Green Devil”. Chłopak zastanawiał się czasem, czemu akurat taka nazwa. Słyszał, jak kiedyś ktoś powiedział, że to dlatego, ponieważ ludzie przeżywają tam „diabelsko” ciekawe przygody. Nie wierzył w to. Sam nigdy nie widział, żeby coś ciekawego działo się w tej śmierdzącej norze.
Kiedy znalazł się w końcu przed drzwiami lokalu, zagadał do wielkiego mięśniaka stojącego na bramce.
- Witaj Pet, co słychać?- zagadał John.
Olbrzym nie odpowiedział, tylko zaszczycił chłopaka swoim tępym spojrzeniem i bardzo głupio wyglądającą, parodią uśmiechu. Zwykł to robić dla wszystkich stałych klientów.
John widząc, że nie ma co liczyć na ciekawszy dialog, otworzył drzwi i szybko wszedł do środka. Pierwsze co poczuł, to ten zaduch i odór spoconych ciał. Nie przejmowało go to bardzo, ponieważ zdążył już przywyknąć. Podszedł do barku i usiadł na wolnym krześle obok jakiejś młodej dziewczyny.
- Co tam John? Znowu cię wylali z pracy?- pytanie należało do wysokiego, łysego mężczyzny, który pełnił tutaj zaszczytną funkcję barmana.
- Aż tak widać Dick?- zapytał John znajomego sprzedawcy.
- Widać może nie, ale zawsze tu przychodzisz jak dopadną cię jakieś problemy. Swoją drogą, ostatnio to dość często tutaj zaglądasz...
- Dzięki, pocieszasz mnie, jak zwykle. Nalej mi czegoś ta...
- Taniego?- wyprzedził go Dick, szczerząc przy tym zęby w złośliwym uśmiechu.
- Tak. Taniego.- John odpowiedział chłodno i odwzajemnił uśmiech.
Nie przepadał za tym miejscem, ale jednak często tu przychodził. Coś dziwnego przyciągało go do tej parszywej dziury... Może nie chciał po prostu być sam? Może wolał słuchać tych złośliwych docinek ironicznego barmana, niż samemu błąkać się bez celu i użalać nad własnym losem? Sam nie wiedział. Popatrzył na dziewczynę siedzącą obok. Wyglądała na jakieś osiemnaście lat, czyli tyle, ile John skończył dwa miesiące temu.
Z twarzy była raczej brzydka, za to figurę miała całkiem ładną. Ich spojrzenia przez moment się spotkały. Na jej brzydkiej twarzy niespodziewanie pojawił się uśmiech.
- Trzymaj John.- Dick podał chłopakowi szklankę z jakimś dziwnym, niebieskawym płynem. John przez chwilę zastanawiał się nad zawartością szklanki, ale postanowił już dzisiaj nie psuć sobie bardziej humoru. Pociągnął łyk...
Humor natychmiast mu się pogorszył.
- Pijesz takie świństwo?- zapytała dziewczyna, podnosząc swoje, trochę za drobne brwi.
- A co mam robić? Taki los. Zresztą to...- Johna zatkało.
Przez chwilę wydawało mu się, że twarz dziewczyny zmieniła się i przypominała gębę jakiegoś upiora. Serce zabiło mu żywiej. Poczuł na plecach nieprzyjemny, zimny dreszcz. Potrząsnął głową, wzdrygnął się i popatrzył znowu.
Upiór zniknął.
- ...nie zmienia to faktu, że ja bym takiego czegoś w życiu do ust nie wzięła... Co ci się stało? Pobladłeś nagle?
- Nic...- wyjąkał próbując zapanować nad drżącymi dłońmi- Chyba rzeczywiście ten drink nie jest najlepszy.
- Stary nie przesadzaj... Przecież bym cię nie otruł.- odezwał się barman.
John przeniósł swoje przestraszone spojrzenie na Dicka. Uśmiech... Jak dobrze, że przynajmniej on...
Nagle usta barmana wykrzywiły się i z głowy wyrosły mu dwa ogromne rogi. Zamiast znajomego mu mężczyzny stał przed Johnem najprawdziwszy i najbardziej diabłowaty diabeł, jakiego kiedykolwiek dane mu było widzieć. Właściwie, po głębszym zastanowieniu, to chyba nigdy nie widział diabła... Szczególnie takiego, który był koloru zgniłej zieleni.
- Co się tak na mnie gapisz?
John wytrzeszczył jeszcze bardziej oczy i zamrugał. Na miejscu potwora z powrotem stał jego znajomy. Co się dzieje, do jasnej anielki?! Niedobrze... Chyba zaczynam kompletnie odchodzić od zmysłów.
Kiedy tak myślał, nagle świat wokół niego zawirował. Przez chwilę słyszał jakiś przerażający śmiech, który dochodził jakby ze wszystkich stron.
Nie! To niemożliwe! Ja już zwariowałem...
Wtem wszystko ucichło, kolory znikły, a wokół niego zapanował całkowity mrok. To nie był sen, przynajmniej tak czuł. To wszystko było za rzeczywiste na koszmar... Za rzeczywiste...
- Mamusiu kochana, co się dzieje?! Ja tylko raz wziąłem to świństwo! Miało nie powodować efektu permanentnego... Tylko jeden, pieprzony raz...
- Ucisz się śmiertelniku!- usłyszał nagle dziwny, obcy głos.- Posłuchaj, bo nie będę tego powtarzał. Nie wierz w to co widzisz, rozumiesz? Jeżeli chcesz stąd wyjść i pozostać przy zdrowych zmysłach to zapamiętaj moje słowa: Nie wierz w to co widzisz!
John zamarł. To wszystko było całkowicie porąbane. „Nie wierz w to co widzisz?” Brzmi jak tekst z jakiegoś podrzędnego, amerykańskiego horroru. Może on właśnie grał w jednym z takich horrorów? Sprawa robiła się poważna.
Coś błysnęło i oślepiło Johna. Przez chwilę jego oczy przyzwyczajały się do światła, które pojawiło się jakby znikąd, kompletnie niespodziewanie...
Sala balowa. Setki osób ubranych w najróżniejsze i najdziwniejsze stroje. Wszyscy mieli na twarzach maski. Białe maski z wymalowanymi czarną farbą, przeróżnymi twarzami. Orkiestra grała spokojną muzykę, w rytmie której tańczyli wszyscy obecni. Wszyscy... Poza Johnem. I kimś jeszcze.
- To jak John, może zatańczymy?
To była ona. Dziewczyna z baru, tylko jakaś inna, zmieniona. Jakby... Ładniejsza. Było w niej jeszcze coś... Władczego. Coś, co nie pozwalało jej odmówić. Do tego ubrana była w długą, zieloną szatę, która podkreślała jej wdzięki.
John nie opowiedział. Dziewczyna i tak widocznie nie czekała na odpowiedź. Przytuliła się do niego i zaczęli razem tańczyć. Chłopak nie wiedział co się dzieje, ale czuł, że jest mu dobrze... Bardzo dobrze. Ostatnio czuł się tak, przed tym, jak został złapany na wciąganiu kolejnej działki. Wtedy to był coś. Teraz znów był szczęśliwy. Chciał żeby ta chwila trwała całą wieczność. Ale...
Zaraz? Przecież to tylko iluzja! To nie istnieje! Jak mogę chcieć tego wszystkiego, skoro wiem, że to tylko projekt mojej chorej wyobraźni! Nie... Coś tu jest nie tak... Przecież...
- Sam tego chciałeś, głupcze!- dziewczyna odsunęła się, odsłaniając długie i białe kły. Oczy zajarzyły się jej dziwnym, przerażającym blaskiem. Johnowi włosy stanęły dęba. Przed nim stała teraz straszna i upiorna... Wampirzyca.
- Odejdź mocy nieczysta!- John rozpaczliwie próbował sobie przypomnieć teksty jakiś egzorcyzmów, które wypowiadali jego ulubieni bohaterowie telewizyjni.- Zgiń, przepadnij nędzna kreaturo! Niech pochłonie cię piekło, pochrzaniona gnido!
Z tym ostatnim chyba trochę przesadził, bo rozwścieczona wampirzyca rzuciła się na niego. Teraz dopiero zauważył, że inni uczestnicy balu również się zmienili. Zresztą nie było już żadnego balu. Znajdował się na wraku jakiegoś ogromnego statku z wielkimi kominami. Jedyne co pozostało bez zmian to orkiestra, która nadal grała, tyle, że teraz w jej skład wchodziły rozkładające się trupy. John nie czekając dłużej, odwrócił się i rzucił do ucieczki. Zobaczył przed sobą kręte schody. Szybko przyskoczył do nich i począł się wspinać...
Biegł. Coraz szybciej i szybciej. Wydawało mu się, że świat wokół wiruje. Bieg przerodził się w sprint, a sprint w coś jeszcze innego. Ciągły wir. Świat kręcił się wokół własnej osi. Widział obrazy...
Mężczyzna stający na krześle. Sznur, potem krzyk. Czerwone oczy. Po chwili słychać jakiś potępieńczy śmiech. Muzyka. To marsz pogrzebowy. Widać otwartą trumnę. W środku mężczyzna. John nachyla się żeby złożyć kwiaty... W trumnie widzi siebie samego. Postać łapie go za rękę.
- Nie wierz w to co widzisz, błagam! Nie pozwól na to!
Błysk. Sceneria się zmienia. Siedzi na ławce jakiegoś parku. Wokół jest tylko mrok. Na ławce obok ktoś leży przykryty stertą gazet. Człowiek podnosi się. To klaun. Zaczyna płakać i wrzeszczy coś niewyraźnie...
Melodia pozytywki. Dom. Na szafce leży zabawkowy klaun. Drzwi powoli otwierają się i ktoś wchodzi do pokoju. To ojciec. Nie. To diabeł. Patrzy na John’a. Jego oczy przepełnione są... Smutkiem? Żalem? W ręku trzyma nóż. Krew i płomienie tańczą. Palący się dom, a później płacz dziecka. Ktoś umiera, odchodzi na zawsze. Na zawsze? Nie... Wieczność to tylko słowo... Nie wierz w to co widzisz.
Schody nagle zniknęły... Coś było nie tak...
- Hej, Mike! Wierć ostrożniej, chcesz żebyśmy wszyscy wylecieli w powietrze?- John usłyszał głos, który dochodził gdzieś znad jego głowy. Wtedy zrozumiał...
Biegł po coraz szybciej obracającym się wiertle.
- Na litość boską, co tu się dzieje!? Ja chcę stąd odejść, zniknąć! Przecież tego nie ma! Na wszystkie świętości świata, to nie istnieje! JA NIE WIERZĘ W TO CO WIDZĘ !!!
Potem była już tylko ciemność i...
- No obudź się wreszcie John!- głos ten należał do Dicka, który w „Green Devilu” pełnił zaszczytną funkcję barmana.
- Co... Co się stało?- zapytał oszołomiony chłopak.
- Nie wiem... Najpierw popatrzyłeś na mnie, jakoś tak dziwnie, a potem straciłeś przytomność i spadłeś z krzesła. Potem ta dziewczyna... Wiesz... Ta co siedziała obok ciebie... Wybiegła nagle jakby ją poparzyło. Krzyczała coś, ale nie wiem do końca co. Coś w stylu: „Pogrzeb, przygotujcie trumnę!” Chyba jakaś nienormalna... Wybacz, to moja wina John. Nie powinienem dawać ci tego syfu...
Przez dłuższy czas nikt się nie odezwał. W pomieszczeniu panowała całkowita, grobowa cisza. Gości już nie było, a muzyka przestała grać. John zobaczył krzesło...
- Dick?
- Słucham John?
- Masz pod ręką kawałek porządnego sznura?##edit_byatak 2006-01-21 20:56:29##ed_end####edit_byxeross 2006-01-21 21:16:56##ed_end##