Nie za dobrzy cz1
Otworzyła szafę. Wybrała cokolwiek, a cokolwiek okazało się być spodniami (spódniczek nie znosiła), krzywo wydekoltowaną bluzką z długimi rękawami i swetrem z kapturem. Wszystko w klasycznym odcieniu czerni. Czegoś jej jednak brakowało- od niedawna nosiła ze sobą pewną rzecz. Niewielki, półprzeźroczysty kryształ z kłębiącą się wewnątrz ciemną mgiełką. Kryształ był od pewnego czasu zawsze tam, gdzie ona- ale nie wskutek jakiejś niesamowitej mocy, po prostu chciała go ciągle mieć przy sobie. Nie potrafiła tego wyjaśnić, czuła się z nim związana rodzajem niewidzialnej nici. Kryształ stał się z nią nierozłączny- brała go wszędzie: do szkoły, do kina, miała przy odrabianiu lekcji, stawiała przy łóżku przed snem. Przestała się go bać i traktowała jak towarzysza, jak przyjaciela, który jej pomoże. Jak rodzaj talizmanu, choć wcale nie wiedziała, skąd u niej takie podejście do tego niezwykłego przedmiotu. Pamiętała, skąd się u niej wziął i czuła się niepewnie, choć ciągle pozostała niesamowicie pyskata i chwilami bardzo odczuwalnie niemiła.
Wyjęła klejnot z niewielkiej szkatułki i obróciła w palcach, po czym schowała do kieszeni.
Poszła do szkoły.
A tam, jak zwykle: samo narzekanie, trucie i męczenie biednych uczniów. Multum prac domowych. Wściekłe spojrzenia nauczycieli, gdy ciemnowłosa pyskowała im przy tablicy. Groźby na wszystkie możliwe sposoby: rozmową z rodzicami, dodatkową pracą domową, potrzebą odpracowania, przepisania czegoś 1000 razy, wysłaniem do dyrektora. I kompletna ignorancja ze strony Riel.
Wróciła wieczorem. Rzuciła plecak pod biurko i padła na łóżko. Jezu, ale jestem padnięta, myślała. A to całe ględzenie o niczym...po co to komu? Po co mi 15 sposobów otrzymywania soli, skoro wystarczy mi tylko jedna, kuchenna?
Wyjęła kryształ, położyła go na ozdobnym kawałku czarnego materiału, leżącego na nocnej półce. Przebrała się w piżamę i natychmiast zasnęła.
Jedyne, co jej się śniło, to ciemność. Bezbrzeżna ciemność. Ale potem...jakiś promień. Coś, jakby otwierająca się brama. Kształt kryształu i...ponowna ciemność.
**
Trzy Paszcze Lucyfera na dnie piekieł oddychały powoli pyłem i magmą. Po „niebie” fruwały nietoperze i skrzydłoloty. Piękny poranek.
Awiarte przycisnęła do ucha włochatą, różowo-czarną słuchawkę telefonu. W piekle rzadko zdarza się, by ściany nie miały uszu lub innych części ciała.
- Tak, tak… Aza! Doprawdy nie wiem skąd w tobie taki upór. Naprawdę ojciec mi nie pozwolił! Nie słyszałeś, że Asmodeusz się przed nim zbłaźnił? To że się u niego pokaże będzie źle widziane! Ot, co! Czy jestem sama? Pytanie, płaczę, tęsknie i myślę o tobie, kocie mój...
Niestety zaczął się pech, a ona miała chorobliwego pecha. Do pokoju wparadował niekompletnie ubrany długowłosy Mefisto, niosąc śniadanie. Słynął w całym piekle z kiepskich poezji, którymi lubił się chwalić przy każdej możliwej okazji.
- O zorzo poranna, co przyświecasz na tle nieba, zjedz ze mną na śniadanie cztery kromki chleba!
- Przepraszam cię na chwilę- rzuciła w słuchawkę- Mefisto, możesz się zamknąć kiedy rozmawiam przez telefon?
- Tak jest, najdroższa!
- I zrób mi nową herbatę! NIE LUBIĘ SŁODZONEJ!
Mefisto popędził w podskokach spełnić życzenie. Wróciła do przerwanej rozmowy.
- Co? Ja mówiłam Mefisto, kocie? Przesłyszałeś się. Wołałam... Wołałam: Meliso! No, jak to kto? Moja nowa pokojówka. Że co? Codziennie mam nowe pokojówki? Nie, co drugi dzień. To przyjdziesz wieczorkiem, miśku? Świetnie, czekam i serduszko mi płacze. Pa!
Z radością odłożyła słuchawkę na stolik nocny. Może nie będzie tak źle z tym pechem?
- Mefisto?
- Tak, moje skrzydło serca, co mi mózg przewierca?
- Słyszałam, że Piekielna Oficyna Wydawnicza ma ochotę wydać twój zbiorek: Gryzmoły bez ładu i składu, prosili żebyś się natychmiast zgłosił.
- Żegnaj, więc moja miła, w sercu drga mi żyła...
- No, leć, leć....
Jeden problem czasowo zniknął, pozostawał drugi, o którym jeszcze nie wiedziała. Telefon przestał gryźć zapamiętale stolik i zaczął piszczeć. Odebrała...
- Tak... Tato..
W tym momencie tuż przed nią zmaterializował się sam Pan Piekieł. Całą twarz krył pod kominiarką, złoty diadem w kształcie rogów i płaszcz z gronostajów nie komponowały się z nią podobnie jak z góralskimi papciami. Chwycił w dwa palce kabel telefonu, aż biedak zawył, po czym bardzo perfidnie spowodował jego zniknięcie.
- Dlaczego zniknąłeś mi telefon?- zdziwiła się Awiarte
- Po pierwsze primo: zbankrutuję przez te całodzienne rozmówki o pierdołach, po drugie primo: i tak do mnie nie dzwonisz, a po trzecie primo: mam kryzys wieku średniego. Tak to jest żyć od zasranego początku świata! I nie obchodzi mnie, że to się kompletnie kupy nie trzyma.
- Jesteś niesprawiedliwy!
- Dzięki za komplement!
- Okrutny! Podły!
- I tak ci nie oddam! Chyba, że zrobisz koniec świata. Mnie się już trzy razy nie udało.
- A jak zrobię, to oddasz telefon?
- Oddam.- odparł krzyżując palce i zniknął
Czarny kocur Lucyferian Niemiłek piłował właśnie wypielęgnowane pazurki, siedząc w fotelu.
- Wpakowałaś się, madmoiselle.- rzekł zdmuchując z pazurków pył- Ale mam radę.
Awiarte spojrzała na niego z nadzieją.
- Gdy masz w głowie pustki bzika, to zatrudnij śmiertelnika!
- Za dużo przebywasz z Mefistem, Lucek! Tak poza tym pomysł całkiem dobry...
- Do dzieła zatem, narysujmy pentagramik... Kogo by tu dzisiaj opętać?
**
Przede wszystkim, czuła ból. Bolało ją wszystko. Upadek z wirującej czerni wydawał się być niemożliwy. Nieważne jak, cholera, pomyślała. Gdzie ja jestem?
Rozejrzała się. Ciemny pokój charakteryzowało połączenie różu i czerni, niespecjalnie gustowne. Na pierwszy plan wysuwało się potężne łoże z baldachimem w różyczki obstawione potężnymi misiami, którym ktoś powydłubywał oczka i podziurawił uszka niezliczonymi kolczykami. Na łożu leżała przypominająca elfkę dziewczyna o kruczoczarnych długich włosach, kryjących niewielkie czarne skrzydła. Malowała właśnie szpiczaste paznokcie czarnym, zawiesistym lakierem. W tle pałętał się chodzący na dwóch łapach kot.
Jezus Maria, gdzie ja jestem?- przemknęło jej przez myśl. Właściwie nie przemknęło. Wołało donośnym głosem. Bębniło i dudniło, na zmianę z uczuciem całkowitej dezorientacji i chęci, dowiedzenia się czegokolwiek, choćby najmniej pocieszającego.
-Eee...przepraszam?- zaczęła cicho.
Ignorancja... Jak to parszywie być mniej ważnym od malowania paznokci. Pięknie. Jedyna osoba (osoba?), która może mi pomóc jest fruwającą hybrydą i w dodatku malującą paznokcie pod kolor pokoju. I ma mnie gdzieś... Naprawdę pięknie. Zaklęła parszywie w myśli. Uspokoiła się jako tako i spróbowała raz jeszcze, ale głośniej i dużo śmielej.
- Przepraszam bardzo, czy mogłabyś mi wyjaśnić, gdzie jestem?
Zdziwione do szpiku kości spojrzenie przeszyło Riel. Pędzelek umoczony w lakierze poplamił malinową narzutę.
- Lucjan- powiedziała istota z nutką radosnego zdziwienia- udało się!
- A nie mówiłem?- odrzekł zawadiacko kot, po czym zwrócił się do Riel- Witamy w Trzeciej Paszczy!
Kłania się jak dworski elegancik, pomyślała dziewczyna, wariacki sen. Tak idiotycznych snów nie miałam od dawna. Gadający kot? Trzecia paszcza? Co to jest?
- Piekło, mon chére.
- Że jak?
- U was się mówi, że tutaj w smołą marzą, zadają cierpienie wiekuiste... Takie tam... Zresztą wyjrzyj.
Olbrzymie gotyckie okno zapraszająco błyszczało witrażem. Riel spojrzała niepewnie na kota i zdziwioną istotę, a potem chwiejnym krokiem podeszła do okna, by wyjrzeć. To, co tam zobaczyła, zdziwiło ją zupełnie. Jeśli to piekło...
-Piekło? To...? Dobra, bujdy o garach i kotłach, ale...taka...rozwinięta cywilizacja?
Istota wstała z łóżka i przeszła się nerwowym krokiem po pokoju. Czarna, fantazyjnie udrapowana suknia z aksamitu płynęła za nią majestatycznie szurając.
- W końcu piekło nie Kazachstan.- wzruszył łapkami kot i przyskoczył do istoty- Madmoiselle, chyba powinniśmy zacząć indoktrynację lub co najmniej wprowadzenie, żeby nie wyszły hocki-klocki. Śmiertelnicy...
- Prawda, Lutku.- skinęła głową i zbliżyła się do Riel- Awiarte, diabelnie mi miło.
Riel zatkało. Szeroki uśmiech u istoty w piekle. Nie spodziewała się tego. Zaraz! Piekła też się nie spodziewała, gadających kotów tym bardziej, a już na pewno nie liczyła na miłą...demonicę?
- R-Riel -odparła w miarę sympatycznie.- Mnie też jest miło poznać... Chciałabym zapytać... Przede wszystkim, co robię w piekle i dlaczego tu wylądowałam?
Kocur wskoczył lekko na czarny aksamitny fotel i rozparł się w nim jak prawdziwy pan domu.
- Cóż, gwoli ścisłości... Piekło to naprawdę miłe miejsce, jak się tu ma co robić. No, a ty na nudę nie ucierpisz. Potrzebujemy twojej pomocy.
- Mojej pomocy?
Szemrająca złowrogo suknia Awiarte sunęła po podłodze. Nagle przestała.
- Pochodzisz, z góry. Stamtąd- dla pewności wskazała dłonią w górę- znasz chyba na tyle swój świat żeby powiedzieć nam jakie są jego słabe punkty?
-No, zdecydowanie. Na co, jak na co ,ale narzekać na swój świat to ja mogę długo...
- Tylko widzisz... Chodziłoby o jakieś konkretne informacje.. Słaba gospodarka? Podatność na klęski żywiołowe, może pokusy? Albo niedorozwinięte armie i ciągłe wojny? Brak organizacji i centaralizacji władzy? Kryzysy ideałów?- wyliczała wady konsultując się spojrzeniami z kotem- Co u was jest najbardziej do kitu?
- Co u nas jest najbardziej do kitu, powiadasz? Eee...generalnie prawie wszystko, ale...po co ci to?
- Zaszły pewne okoliczności... I niestety dla dobra piekła, a właściwie odzyskania łączności z piekłem... Musimy zrobić koniec świata!
- Harrmagedon, fajerwerki, Czterech jeźdźców... wiesz- poparł kocur- ewentualnie jakiś drobny sąd w porozumieniu z Niebieskimi.
- Chwilę...czyli totalna demolka naszego świata?! Znaczy...ziemi? To macie na myśli, tak?
Skinięcia głowami utwierdziły ją w mniemaniu. Chwila konsternacji... A zaraz potem...
- Świetnie! Jestem potrzebna? Co mam zrobić? Będzie rozwałka...!
- No, to raczej nie herbatka i ciasteczka u babci... - uśmiechnęła się półgębkiem demonica- Niemniej, dzięki za zapał.
- Moment!- kot podskoczył w miejscu- Nie mamy kompletu! Śmiertelnik, demon, koci-ex-anioł.... Do drużyny potrzeba jeszcze kogoś pomiędzy, madmoiselle.
- Kogo masz na myśli?
Riel przechyliła głowę, dając wyraz zainteresowaniu. Kompletnie nie rozumiała, co kot może mieć na myśli. Zresztą nie kot, ale.... koci-ex-anioł!
- Wampira!- Lucyferian zatarł z radością łapki - Zaraz się zjawi. Obiecał nie nawalić.
- Wampira?! Naprawdę?! Prawdziwego wampira?- dziewczyna nie mogła pohamować radości- Znam go? Słyszałam o nim?
Awiarte gniewnie rzuciła głową, najwidoczniej pomysł nie przypadł jej do gustu.
- Kogo?!- wrzasnęła wściekle- Lucyferianie Niemiłku! Chcesz żeby tatuś naprawdę się wściekł?!
- Czyli nie będzie wampira...-Riel jęknęła żałośnie, już się cieszyła...
Kłótnia, która miała się wywiązać, nie nastąpiła. Niespodziewanie na środku pokoju roztoczyła się purpurowa poświata. Napięcie dokonało eksplozji. ON się pojawił...Ideał. Czysty ideał. Riel znała go dobrze. Jak mogłaby nie rozpoznać tej czerwieni...? Kapelusz z wielkim rondem, rozłożysty, staromodny płaszcz... Białe rękawiczki z pentagramem, czarna grzywka opadająca na oczy, a właściwie okulary (ale kogo to obchodzi). No, i uśmiech. Tak zniewalający, że damska część publiki zemdlałaby na miejscu. To był...
- Alucard?- wyszeptała zdziwiona dziewczyna. Mylić się nie mogła. Jednak to było zbyt piękne, by mogło mieć w sobie choć trochę prawdy.
Kot skłonił się gościowi dwornie, po czym wskoczył na stolik, jakby chciał obwieścić całej Trzeciej Paszczy przybycie gościa.
- Hrabia Wład Palownik pseudo Dracula, Alucard... Lubimy różnorodność, co? Krewny rodu Batorych, posiadającego niegdyś znaczne ziemie w Siedmiogrodzie. Panował w Transylwanii w XIVw., ale jest z nami do dziś... Picie krwi to nie wszystko, potrafi się znakomicie asymilować z ludźmi.... Szkoda, że się im wysługuje...
Riel wytrzeszczyła oczy. Czyli jednak...
- A...Alucard?- szepnęła ponownie śmiertelniczka. Głupie pytanie, pomyślała. Przecież widzę, że to on. -Eeee...Kocie? Tego wampira miałeś na myśli?
Niemiłek uśmiechnął się do Riel z pobłażaniem. Awiarte wyglądała jak ładunek wybuchowy sekundę przed eksplozją.
- Żartujesz, prawda?- spytała dziewczyna kota, choć właściwie wcale nie chciał, żeby żartował. Zwróciła się do demonicy.- Awiarte, ty...masz coś przeciwko? To znaczy.. on chyba nam nie zaszkodzi..?
Czuła się głupio, rozmawiając otwarcie o kimś kto stoi tuż obok. Dziwne uczucie...
Atmosfera wyraźnie robiła się nerwowa, a co najmniej dziwna i nieprzewidywalna. Hrabia Alucard odkłonił się kotu z należytym szacunkiem. Niespiesznie podszedł do Awiarte, której ze wściekłości zaczynało brakować powietrza i pocałował ją w rękę. W śmiertelniczce jego staromodne, acz bardzo miłe powitanie wzbudziło większy entuzjazm.
- Lucyferiuszu- rzekł wampir swoim charakterystycznym czystym, przeszywającym do głębi głosem- cóż za sprawy mnie tu wzywają?
Niestety zanim kot dobrze otworzył pyszczek, powstrzymała go demonica. Nigdy za długo nie panowała nad sobą.
- Od dwóch tysięcy lat nie było tu żadnego Krwiopijcy!- wybuchła jak najprawdziwszy wulkan- A to przez ten wasz cały bunt! Lucek, COŚ TY ZROBIŁ?! Przecież ON woli żyć na ziemi! Nie pomoże nam w zniszczeniu świata, za bardzo lubi się po nim pałętać!
Riel szybko przeniosła wzrok z wściekłej demonicy na przybysza. Nie zaskakiwała jej jego niewzruszona postawa, ani lekko kpiący uśmiech. Takiego go zawsze widziała- lekko złośliwego i szalenie pewnego siebie. Nie czuła się rozczarowana, czy jakkolwiek zdziwiona jego zachowaniem.
- Pani Awiarte, od dawna nic nie robię. Wiedz, że lenistwo i siedzenie z założonymi rękami to nie moja specjalność.-mówił spokojnie, co doprowadzało adresatkę uprzejmości do pasji.- Skoro wezwał mnie Lucyferian, oznacza chyba, że sprawa jest poważna. Przybyłem, gotowy do zadań. Dziwi mnie jednak, że tak reagujesz na mój widok. Te sposoby, w jaki chcecie osiągnąć wasz..."cel". I co tu robi ta mała śmiertelniczka? –omiótł Riel niezbyt przychylnym spojrzeniem. Czarna grzywka przysłoniła lekko jego oczy, które ponownie powędrowały w stronę Awiarte.
- Dobrze... Dobrze!- odetchnęła głęboko demonica- Uspokoiłam się.... W miarę! Zamierzasz nam pomóc czy raczej nie, Alucardzie?
- Bo ja chciałbym zaznaczyć, że madmoiselle Awiarte....- kot próbował się wtrącić- ona....
- Daj mu powiedzieć, Niemiłek! Słucham, panie hrabio!
Ponownie na twarzy wampira wykwitł nikły ślad uśmiechu.
- Pani ,jeśli oznaczać to będzie naszą współpracę, chętnie się przyczynię. Jednak radzę przypomnieć sobie, do czego jestem zdolny i że na własny sposób rozwiązuję problemy. Jeśli tego oczekujesz, będę ci służył, pani. Z ogromną przyjemnością- dokończył po chwili. Długie, ostre zęby mignęły lekko - Najpierw jednak zapłata...- zęby błysnęły już całkiem wyraźnie.
To mówiąc, chwycił Awiarte w ramiona i, nachylając się niczym natchniony tancerz w kolejnej figurze, zbliżył rozwarte usta błyszczące białymi zębami do jej szyi.
- Ehm,.... przepraszam, że się wtrącę...- Lucyferian przyskoczył do nich- ja.... nie mówiłem o...
- Ja tak trochę też się wtrącę...- stwierdziła Awiarte, odpychając od siebie z drobnym żalem Alucarda- mamy tu trochę krwi oczyszczonej... Tak poza tym krew demonów powoduje niestrawność żołądka... i wysypkę....
Riel obserwowała wszystko, czując, jak serce wali jej coraz szybciej. Jeśli nie Awiarte to...
Czekała na to, co się wydarzy dalej. Zawsze chciała być wampirem. Wynagradzała sobie niechciane człowieczeństwo książkami, filmami, komiksami..... A teraz...
Kot cały czas próbował coś powiedzieć, natomiast Awiarte dawała Hrabiemu mocno do zrozumienia, że nie odpowiada jej tego typu znajomość... Ona- Riel, jedyna śmiertelniczka, stała z boku.... "Krew oczyszczona"....? Pojęła, a tak przynajmniej jej się wydawało. Alucard chciał zapłaty, ona pragnęła być wampirem... Ale...czy to możliwe?
Hrabia prawie niedostrzegalnie zawiedziony puścił demonicę, oblizując lekko wargi. Spojrzał raz jeszcze na Riel, tym razem przez dłuższą chwilę zawiesił na niej wzrok.
- Gdzie jest moja krew?- wyszeptał prawie bezgłośnie, ale z rozdzierającą szczerością- Gdzie?
- Lucyferiaaaaaaaaaaan! CO na TO przygotowałeś?!- tupnęła nogą zniecierpliwiona Awiarte
Kot przełknął głośno ślinę, dźwięk odbił się echem po cichym pokoju. Wszyscy wyczekiwali odpowiedzi...
- Zatem tak...- mówił przestraszony, kuląc swoje niewielkie ciałko- Mamy dla pana Hrabiego gustowny plecaczek w kształcie trumny, wykończony w stylu transilvania z lodóweczką i zapasem... A jak się dobrze sprawi... To mamy...
Tu urwał i ze strachem w oczach pokazał łapką w stronę Riel.
Dziewczyna cofnęła się o krok, jakby ją pchnął. Czyli jednak, myślała. Po to tu jestem, po to ten gadający kot mnie sprowadził. Żeby mieć czym zapłacić Alucardowi i wyjść na swoje. Jeśli się dobrze sprawi? Co ex-anioł miał na myśli?
Nie wiedziała, czy niepewność widoczna jest na jej twarzy. Rzuciła szybkie spojrzenie na Awiarte, która wcale nie wyglądała na spokojną, na Lucka, w końcu na wampira. Hrabia uniósł lekko głowę, czarna grzywka zafalowała. Co w tym złego? W końcu... Chciałam tego, a on... Wszystko jest takie nierealne. Może ja śnię? Tylko czy mam ochotę się obudzić?
Kolejny krok w tył. Po co to robi? Gdyby ktoś jej powiedział, że stanie się posiłkiem wampira, powiedziałaby mu że zwariował. Albo skakała z radości... Zaraz, zaraz. Przecież nie wie, czy zostanie wampirzycą. Równie dobrze może chcieć ją zabić i zmienić w zombie.
- Hola!- krzyknęła Awiarte, tupiąc znów nogą- układ jest taki: najpierw robota, później przyjemność! Potrzebujemy Riel jako śmiertelniczki! I stanie się wampirem tylko, gdy ja na zezwolę! Zrozumiano? A zezwalam dopiero po końcu świata!
Lucyferian wskoczył na fotel i bezradnie zwinął się w kłębek, jeżąc ogon. Bał się reakcji Hrabiego. Wampir tylko się wyprostował i uśmiechnął rozbrajająco.
- Bardzo rozsądnie, pani. Gdyby demony nie miały zatrutej krwi... Masz piękną szyję.. A co do ciebie- spojrzał z rozbawieniem na Riel- zawsze lubiłem baranki...
Zaraz padnę, pomyślała biedna dziewczyna. Baranki, cholera, baranki! Nigdy więcej nie włożę tej piżamy, przysięgam! Ech, to i tak lepiej, niż ta koślawa zebra...chociaż... tamta jest przynajmniej wydekoltowana, nie jak ten worek... Jezuuuu! Dlaczego?! ?!?!?!
Ale z drugiej strony.... Jednak będę wampirzycą...kiedyś. Bo być posiłkiem bladolicego, wysokiego jegomościa z przerostem uzębienia, nawet tak przystojnego... Zresztą sama nie wiem...