Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Nie zaznając życia

ellesar ·

- Cald, wyjdziesz kiedyś z tych krzaków?
- Zaraz! – dobiegł z daleka męski głos.
- To samo mówiłeś pół godziny temu!
- No bo… - zaczął mężczyzna przedzierając się przez zarośla – szukałem dla ciebie kwiatów – uśmiechnął się i pokazał garść roślin.
- Doprawdy urocze! – odparła bez cienia radości na twarzy kobieta.
- Ale ja się starałem!
- Oj, nie wątpię…
Spojrzeli na siebie złowrogo. Po chwili milczenia roześmiali się, a mężczyzna wyrzucił to, co przed chwilą z takim trudem pozbierał.
Polana, na której się znajdowali była wcinającym się w rzadki las półwyspem bezdrzewnego lądu, niewidocznego z gościńca odległego o dziesięć minut marszu. Cała natura kipiała barwami i zachwycała, jak każdej wiosny. Kobieta i mężczyzna siedzieli na ziemi przy czymś, co pewnie tego wieczoru nazywać się będzie ogniskiem. Obok leżały siodła, sakwy i wory, a kawałek dalej dwa kare konie żuły beztrosko świeżą, pachnącą trawę. Popołudniowe słońce, prześwitujące między pierwszymi liśćmi oświetlało roześmiane twarze podróżników. Byli ubrani w proste ubranie, lecz pomimo tego już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że nie są biednymi osobami.
- Tyle już razem przeszliśmy, Caldorze. Tyle niebezpieczeństw… Zawsze, kiedy podejmujemy się nowego zadania boję się, że to już ostatnie, że tego nie będziemy w stanie wykonać i myśliwy stanie się ofiarą. Jak pomyślę, ile musieliśmy najeść się strachu, by żyć tak jak teraz… - urwała.
- Chcesz, to możesz bezstresowo przerzucać gnój na farmie.
- No niby tak… Mam na myśli… że kiedyś któreś zadanie nas pokona… i nie zdążymy nacieszyć się życiem… tym, co osiągnęliśmy. Nasze ciągłe ambicje sprawią, że nic nam z tego nie przyjdzie. I umrzemy, nie zaznawszy bogactwa, które cały czas mieliśmy pod ręką.
- Daj spokój, Elith! – krzyknął nadal uśmiechnięty Caldor. Błysnęła srebrna klamra spinająca jego długie, czarne włosy, a czystą, ogoloną i bardzo przystojną twarz jeszcze bardziej oświetliło słońce – większość zadań, jakie wykonujemy nawet nie wymagają zabijania. Popytamy kilku ludzi, znajdziemy kryjówkę, powiemy straży miejskiej, zgarniemy nagrodę i jedziemy dalej. A nawet jeśli zdarzy się nam jakaś potyczka to najczęściej z żółtodziobami, które nie potrafią utrzymać prosto miecza ani naciągnąć dobrze łuku. Nawet wtedy, gdy zaczynaliśmy tę robotę, cztery lata temu, nie mieliśmy problemu z większością zleceń.
- Cztery lata temu, na początku… - odparła wolno Elith, a jej zamyślony wzrok jeszcze bardziej podkreślił niedorzecznie piękne, jak na człowieka, rysy twarzy i długie opadające do połowy pleców kasztanowe włosy – młodzi i dumni łowcy nagród… To było przeznaczenie, że się spotkaliśmy. I przeznaczenie nas rozdzieli.
- Przeznaczenie to, przeznaczenie tamto… - przedrzeźniając dziewczynę rzekł Caldor – to przypadek sprawił, że tylko my ocaleliśmy i udało się uciec. Przypadek, nic więcej.
- Przypadek czy nie, rozpal ognisko, bo robi mi się chłodno.
Mężczyzna uśmiechnął się i zabrał do pracy.

* * *
- Tak, wiem, że nie jesteście płatnymi mordercami, tylko łowcami nagród.
Dharon, człowiek który, jak sam twierdził, był odpowiedzialny za utrzymywanie porządku w mieście Fhearod, był mężczyzną po czterdziestce, dość wysoki i potężny, ubrany był w przeszywanicę, dla podkreślenia sposobu utrzymywania porządku w mieście. Caldor sam już sobie dopowiedział, że jego rozmówca jest kapitanem straży miejskiej, a jednocześnie oficerem armii królewskiej, a jego zadanie to dławienie ewentualnych rebelii.
- Wiem, że nie jesteście płatnymi mordercami, lecz pomimo tego bylibyście najlepszymi osobami do wykonania tego zadania. Znacie się na podstępie i cichym mordowaniu.
- Zabijanie bandytów to co innego – oburzyła się Elith.
- Kapłan Aengar może wyrządzić dużo zła. Jego gadanina pobudza mieszczan do buntu, w imię „pierwotnej wolności i niezależności zesłanej im przez bogów”.
- I dlatego mamy go zabić?
- Lepiej dmuchać na zimne.
Nastała chwila ciszy. W powietrzu czuć było napięcie. Minęły może dwie godziny od przybycia Caldora i Elith do Fhearod. Nie wiedzieli czym kierował się karczmarz, dając im list i odsyłając do Dharona, który da im „pewną propozycję”. Pomimo zmęczenia udali się do niego natychmiast. Z ciekawości.
Komnata kapitana straży była niezbyt dużym pomieszczeniem z masywnym biurkiem, regałem z książkami i łóżkiem w rogu. Spore okno ukazywało widok na dziedziniec fortu.
- Jaka cena mogłaby nas przekonać do zamordowania niewinnego kapłana? – rzekł prowokująco Caldor.
- Dziesięć tysięcy złotych monet.
Twarze łowców nagród nie wyrażały żadnych uczuć, ale w duchu otwierali usta ze zdziwienia.
- A gdzie jest haczyk?
- No cóż… - zmieszał się oficer – ludzie bardzo lubią Aengara, rzuciliby się za nim w ogień. Poza tym prawie zawsze jest w towarzystwie dwóch strażników świątynnych.
- Zastanowimy się nad pańską ofertą – rzekł oficjalnie Caldor, zrywając się z miejsca i patrząc znacząco na Elith, która również wstała z ociąganiem.
Po chwili stali już na placu świątynnym, zaledwie kilkadziesiąt kroków od swojej ofiary, przekazującej boskie nauki tłumowi.
- To jest ten cały Aengar?
- Ta… nie wygląda na przywódcę buntu.
- Jego słowa mogą ponoć podburzyć ludzi… Ale nie rozumiem, dlaczego od razu mordować? Nie można by…
- Dziesięć tysięcy to zapłata za milczenie i nie zadawanie pytań – przerwała Elith.
- Dziesięć tysięcy… - zamyślił się Caldor – może by warto spróbować… ale ci strażnicy świątynni, trzeba by ich… Gdzie oni mieszkają jak zejdą ze straży? – rzekł nagle.
- Najpewniej w tym budynku obok, razem z kapłanami.
Dzwony świątyni wybiły nastanie zmierzchu.

* * *
Fedan słyszał różne opowieści o kapłanie Aengarze. Niektórzy ludzie twierdzili nawet, że przeznacza pieniądze ofiarowane na upiększanie świątyni bogini Vineldy na remont swojej własnej rezydencji. Inni mówili znowu, że kapłanem został dlatego, iż jego ojciec zapłacił sporą sumkę przełożonemu seminarium i gdyby nie to, nigdy nie otrzymałby święceń.
Fedan w to wszystko nie wierzył. Szóstego dnia po wiosennej równonocy wstał jak zawsze rano, udał się po chleb i owoce na targowisko, a następnie, jak co dzień, poszedł posłuchać porannych nauk. Miał jeszcze trochę czasu do otwarcia lombardu, który prowadził.
Świątynia Vineldy była zbudowana z dziwnego, białego kamienia, którego nazwy Fedan nie znał. Do środka wiódł wysoki portal, którego strzegli dwaj strażnicy świątynni, odziani w lekkie zbroje z hełmami zakrywającymi twarz i tarczami z godłem Bogini – białą gołębicą. Przed portalem znajdował się odkryty przedsionek, wsparty na filarach. Prowadziły do niego szerokie, półokrągłe schody, na których szczycie stał Aengar. Był to człowiek w podeszłym wieku, z łysiną na głowie i krótką, siwą brodą. Był ubrany w prostą, białą szatę z kapturem.
Nauki już się rozpoczęły.
- Ofiarowujcie każdy dzień Vineldzie! Każdy trud i przelaną kroplę potu dajcie Jej w ofierze. Władcy i ich państwa przeminą, ale Bogini i jej nauki trwać będą wiecznie. Nie zważajcie na kłamstwa rządzących, gdyż oni nie dbają o wasze dobro, ale za to Ona troszczy się o swoich wyznawców.
Fedan zauważył, że nastąpiła zmiana strażników przed świątynią.
- A więc zaraz będą dzwoniły dzwony świątyni – pomyślał.
Rzeczywiście tak się stało. Lata rutyny sprawiły, że znał już to na pamięć. Stwierdziwszy, że czas już otworzyć lombard, ruszył w drogę odwracając się plecami do głosiciela słów Bogini. Bardzo długo wypominał sobie potem ten czyn i przeklinał siebie za to, że nie został minuty dłużej. Usłyszał tylko krótki świst, a następnie kapłan urwał swoje nauki w połowie słowa. Minęło pół oddechu, a dało się słyszeć głośny huk i eksplozję, która zagłuszyła na chwilę krzyki sług Vineldy. Gdy Fedan się odwrócił, zdążył tylko ujrzeć Angara z dwoma wystającymi bełtami z ramienia, podtrzymywanego przez dwóch młodszych kapłanów. Pół tuzina strażników miejskich, którzy wyrośli spod ziemi porwało, po uprzednim skrępowaniu, strażników świątynnych. Jeden z nich miał czarną wgniecioną w niektórych miejscach zbroję. Był nieprzytomny. Dopiero teraz Fedan zrozumiał, co się stało.
Z jego ust wyrwał się zduszony okrzyk.

* * *
Caldor był tak przerażony całą sytuacją, że nawet nie zauważył, że strażnicy, którzy wykręcali mu ręce i wręcz ciągnęli za sobą po ziemi, zamiast do lochów prowadzą go w znajome miejsce – do siedziby Dharona. Po wejściu wszyscy go puścili i pomogli zdjąć zbroję.
- Wybacz, panie – rzekł jeden ze strażników – lord Dharon wszystko ci wytłumaczy.
- Gdzie Elith? - warknął Caldor.
- Twoja towarzyszka jest teraz w rękach najlepszych naszych medyków.
Nim łowca nagród zdążył coś odpowiedzieć, strażnicy wybiegli z pomieszczenia, a po chwili ktoś zaczął wolno klaskać. Do komnaty wszedł uradowany Dharon.
- Zaprawdę, jesteś godny swojej nagrody. Pomysł ze strażą świątynną był wyśmienity.
- Jesteś bardzo dobrze poinformowany.
- Moi ludzie mi donieśli.
- Dlaczego w takim razie twoi ludzie rzucili się na nas, za wykonanie zadania, które sam nam zleciłeś?
- Ludzie znienawidziliby mnie, gdybym nie pochwycił zabójców ich ukochanego kapłana. Zresztą dobrze, że zrobili to moi ludzie, a nie jego ochroniarze. – uśmiechnął się – Przez to, że nie powiedziałem wam tego, w pochwyceniu nie było nie było miejsca na udawanie.
- Dlaczego nie powiedziałeś nam o tym, że on używa magii? – rzekł przez zaciśnięte zęby Caldor.
- Przepraszam. Naprawdę nie miałem pojęcia.

* * *
- Elith… kochana…
Caldor płakał jak dziecko, trzymając zimną dłoń. Dawniej lekko zaróżowiona skóra była teraz blada i zimna. Jaśniejące, bujne włosy leżały teraz suche i matowe. Przenikliwe i wiecznie rozbiegane oczy zakrywały powieki.
„Ona nie żyje”. Słowa medyka wryły się w głowę Caldora i powtarzały się nieustannie, jak przez wieki ta sama melodia śpiewu ptaka.
Do komnaty wszedł Dharon. Jego twarz wyrażała prawdziwy smutek.
- Wybacz.
Łowca nagród udawał, że go nie zauważa. „Ona nie żyje”.
Do pomieszczenia wbiegła kolejna osoba. Tym razem był to jeden z tych, którzy pojmali Caldora i Elith.
- Panie… - rzekł przestraszonym głosem – kapłan Aengar… żyje! Jest teraz w świątyni otoczony przez armię kapłanów i świątynnej straży. Modli się do Bogini o zdrowie.

* * *
- Wpuście mnie. Jestem cyrulikiem, przyniosłem dla kapłana napój leczniczy.
Pomimo ogromnego bólu, jaki przyniosła dla niego śmierć ukochanej, potrafił jeszcze znaleźć tyle wytrwałości, żeby się uśmiechnąć do wartowników przy wejściu do świątyni. Pomachał im przed oczami małą kolbą z rozcieńczonym winem, które było owym „napojem leczniczym”.
- Wejdź. – rzekł krótko jeden ze strażników.
Wnętrze świątyni okazało się być okrągłą salą na której środku stał olbrzymi posąg Vineldy na podwyższeniu, na które nikt nie miał prawa wejść. Zaraz za nim, na prowizorycznej ławie leżał zraniony Aengar. Miał zamknięte oczy, a jego usta poruszały się, wymawiając modlitwy. Strażnik mylił się, twierdząc, że kapłana otacza armia wartowników. Zaledwie dwóch dodatkowych stało w dużym oddaleniu od niego, nie przeszkadzając w modlitwach. W pewnej odległości od rannego klęczało jeszcze kilku sług Vineldy. Pod ścianą stało paru mieszczan błagających Boginię o zdrowie dla swojego męczennika.
Caldor schował kolbę i ukradkiem wyjął małą, szybkostrzelną kuszę i krótki miecz. Szedł szybkim, zdecydowanym krokiem. W jego oczach błyskała żądza mordu.
Wycelował i szybko wystrzelił krótki bełt z kuszy. Wyrzucając ją, usłyszał krótki, zduszony krzyk. Nie zastanawiając się, puścił się biegiem. Słyszał, jak z dwóch stron biegnie czterech strażników. W swoich zbrojach nie mieli szans dogonić łowcy nagród. Silnymi uderzeniami odrzucał na boki chcących przeszkodzić mu kapłanów. Nic nie mogło stanąć mu na drodze w osiągnięciu celu.
Z rozkoszą wbił miecz w pierś Aengara. Wyjął go, a potem wbił w świeżo opatrzoną ranę. Jego przeraźliwy krzyk był muzyką w uszach Caldora. Nie zdążył wyjąć ostrza. Strażnicy świątynni wykonali swój obowiązek, choć nieco zbyt późno.
Gdy padł na ziemię, na jego ustach spoczął uśmiech spełnienia.
„Kiedyś któreś zadanie nas pokona… i nie zdążymy nacieszyć się życiem… tym, co osiągnęliśmy. Nasze ciągłe ambicje sprawią, że nic nam z tego nie przyjdzie. I umrzemy, nie zaznawszy bogactwa, które cały czas mieliśmy pod ręką.”

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...