Niewiasta
Była ładna, miała nie więcej niż dziewiętnaście lat. Całe życie było jeszcze przed nią. A zapowiadało się w każdym razie nieciekawie. Od kilku lat życie brzydło jej i obojętniało, było szare i nieciekawe. Przyjaciele nie byli już tacy, jak kiedyś, przyjaciółki, wszystkie po kolei, zdawały się od niej odwracać. Świat stracił swą barwę. Szczerze mówiąc już tylko jedno powstrzymywało ją przed popełnieniem samobójstwa. Ale to było banalne, a ona nie lubiła mówić o banalnych sprawach. Za to myślała całkiem często.
***
„I zło rozeszło się na wszystkie strony świata, a upadali nie tylko ludzie, ale i aniołowie, a wśród nich największy jest Szatan”
Ciemne komnaty monastyru przesycała woń kadzidła i mirry. Kłęby dymu unosiły się w mroku przybierając fantazyjne kształty.
„Przyjdź… przyjdź… przyjdź…” – intonowały chóralne głosy.
Kapłan uśmiechnął się chłodno do wyznawców.
***
Gosia miała niedługo mieć studniówkę. Takie wydarzenie! Studniówka jest tylko raz w życiu. Kiedy jest się takim młodym można przetańczyć całą noc, można bawić się i śmiać. Tak, jej matka wyrażała właśnie taki zapał. Ona zaś… cóż, ona nie.
***
I powiedział:
„Znam twe czyny, trud twój i twoją wytrwałość(…), Ale mam przeciw tobie to, że się odwróciłeś od twej pierwotnej miłości”
Głos prawiący te słowa był chrapliwy i straszny. Jakby nieludzki.
„… pamiętaj więc, skąd spadłeś, i nawróć się, i pierwsze czyny podejmij! Jeśli zaś nie – przyjdę do ciebie i ruszę świecznik twój z tego miejsca…”
***
Nerwy. Nowa sukienka, dobór dodatków, makijaż, fryzura, strach o opinię innych względem własnego wyglądu, masa wydatków. Czemu ludzie dla chwili wątpliwego szczęścia są w stanie tyle poświęcić i tyle wycierpieć? Przecież to tylko jedna noc, taka jak wszystkie inne. Równie dobrze można by się umówić z przyjaciółmi lub organizować to kilka razy.
No właśnie. Przecież nie można, bo studniówka jest tylko raz, jest tradycją i jest, jako wielkie święto wejścia w dorosłość, zakorzenione w ludzkiej świadomości. Tego przynajmniej pragnęła Gosia, bo mimo, iż uważała to wszystko za głupią maskaradę, to… to chciała to przeżyć, jak wszyscy inni. Być może już nie mogła, ale chciała. Chciała być jak inni, głupia i beztroska. Mierziła ją jednak maska, którą trzeba przywdziać. Nie lubiła udawać. Ale czego się nie robi, dla… ale to by było banalne - powód dla którego to robi.
***
I z suchym, złowróżbnym trzaskiem pękła pieczęć pierwsza. Z oków swych wyszedł los i wziął Ziemię we władanie. A w wiecznej ciszy rozległo się gromkie „Przyjdź!”
Pierwszego zesłał jeźdźca w zbroi białej, przewiązanego chustą jedwabną i z wieńcem laurowym. W dłoni dzierżył on łuk wysoki. Omiatał śmiałym spojrzeniem wszelkie narody wokoło. Zakręcił konia w miejscu i pognał go w step, daleki i szeroki. Pognał w Dzikie Pola.
***
Zbliżał się ten wieczór, ta noc. Wszystko było gotowe. Tylko maska nie została jeszcze założona, nie skryła prawdziwej Małgosi, biednej dziewczyny, która… banalne, ale tak, kochała. A miłość nie może być banalna. Ona jest piękna, wielka. To dla niej… dla niego, przywdzieje na twarz maskę szczęścia, zapomni o smutku i żalu odrzuci rozpacz i zobaczy go. Boże, oby tylko nie z inną!
***
A drugi przyjechał na narowistym ogierze barwy ognia i szkarłatu. Twarz miał posępną i ściągniętą, a biła od niego moc większa niż od pierwszego jeźdźca. W dłoni dzierżył miecz szeroki. Uniósł go i zagłębił w ciele tych, którzy nie zmienili zatwardziałości serc swoich. Zadał im sto dwadzieścia trzy pchnięcia prosto w owe kamienne serca.
A gdy się czas ich klęski dopełnił oddał im wolność i spokój, by potem powołać Imperatora z wrogiego od wieków narodu. Imperator ten starł w proch nowy kraj, nową nadzieje. Później zaś nadszedł czas kpiny i zniewolono zatwardziałych.
***
W wiadomościach pokazywano ujęcie pięknych rozbłysków na niebie i setki spadających meteorów.
„… ta niesłychana osobliwość jest jedynie cudownym zbiegiem okoliczności, powodowanym przez…”
Piękne – pomyślała Gosia, patrząc na cudowne zjawisko. I wtedy znowu dotarł do niej głos spikera.
„… sekta ta zapowiada z tego powodu rychły koniec świata…”
Lekko drwiący uśmieszek na jego ustach wydał się jej dziwnie obłudny i odrażający.
„…ale nie ma się czego bać. Ludzie ci, bowiem już od dawna wszędzie doszukują się znamion końca.”
- Biedni ludzie – pomyślała Gosia, ale opanował ją dziwny niepokój. Twarz spikera wydawała się bezczelna… tak jakby kłamał i cieszył się, że wprowadza ludzi w błąd!
- Nerwy – pomyślała. – To wszystko przez nerwy.
Miała racje.
***
Wieczór przyoblekł się w ciemny opar mamiącego oczy mroku. Gwiazdy starały się rozświetlić niebo, ale było ich niewiele. Księżyc skrył się za chmurami. Była to magiczna noc. W sali balowej znalazła się, nie wiedzieć kiedy. Po prostu zamyśliła się, odpłynęła w marzenia. A teraz, na oczach kilku osób, nie mogła już zawrócić. Nie, teraz musiała iść dalej i grać woją rolę – bo życie zwykłych ludzi to wieczna gra.
Mogła uciec i zrobiłaby to z chęcią, po czym oddałaby się czarnej rozpaczy; może by się nawet zabiła? Ale był jeszcze on. To dla niego chce to zrobić.
Wchodzi więc i gra. Przyjaciółki, mimo, że prawią komplementy mają nieco ponure miny. Po co ona tu przylazła? – mówią ich ukradkowo wymieniane spojrzenia. Nie jest brzydka, może nawet ładniejsza. Po co je przyćmiewa?
Pieprzone żmije – przemyka dziewczynie przez głowę. Chce się jej płakać. Sądziła jednak, że może, choć trochę ją lubią.
Nie szkodzi – mówi sobie w duchu, ale wie, że kłamie. Teraz pozostaje już tylko on.
***
„Ulęknijcie się Boga i dajcie Mu chwałę, bo godzina sądu jego nadchodzi”
Tajemniczy monastyr wypełnił się jękami i zawodzeniami błagających litości. Brzmiało to nieco, jak intonacja pieśni arabskich i modły, w którymś ze wschodnich dialektów.
„Niech się dopełni słowo! Oto nadchodzi! Oddajcie pokłon Temu, co uczynił niebo i ziemie! Upadnie wszak wielki Babilon i pochłonięci zostaną w otchłań wyznawcy Bestii!”
***
Czy to możliwe?! Czy w ogóle coś takiego mogło się przydarzyć? Jej? Właśnie jej? Ach, jakież to cudowne uczucie, gdy ukochany bierze cię w objęcia i wiruje na parkiecie. I nic już nie ma znaczenia. Tylko to ciepło, to niepojęte szczęście.
W pewnym momencie muzyka przestaje grać; on, Mateusz, kładzie jej delikatnie dłoń na potylicy. Ogarnia ją jakaś dziwna słabość, przemożne podniecenie. Cała czuje, że płonie.
A później złączają swe usta w pocałunku.
***
Kapłan intonuje łacińską pieśń. Wierni otumanieni oparami zachowują się niemal, jak młodzież na koncercie rockowym. W większości, bowiem są młodzieżą i nie raz byli na koncertach, nieraz dopuścili się też zła. Czują, że mają racje, są w dziwnej ekstazie.
I w tym momencie, coś wpada do wielkiej sali. Komnata ciągnęła się na setki metrów i była bardzo wysoka. Na jej sklepieniu migotało światło płomieni rzucanych przez pochodnie. Teraz te cienie próbują uciekać, ale nie mogą. Umierają po kolei kłębiąc się bezradnie. Coś ich wszystkich zabija.
„Oto ten, którego imię sześćset sześćdziesiąt sześć!” – Krzyczy Fałszywy Prorok. „Oto wasz Pan, czciciele Bestii, jego znamiona nosicie na czołach i wyryte w sercach.”
Mimo, że wszystko dzieje się poza czasem, ludzie umierają naprawdę. Wszyscy, którzy w tych mrocznych czasach komputerów i elektroniki przyjęli znamię zła skazani zostają na potępienie, a ich dusze już tu na ziemi doznają katuszy.
***
Ten wieczór był cudowny – myśli. Właściwie dopiero teraz poznała Mateusza. I on ją też kocha! On ją pocałował! A później odprowadził do domu. I ten jego słodki, bezczelny uśmieszek! Jak on dodaje mu tajemniczości!
Snując te radosne myśli i rozpamiętując wspomnienia usłyszała czyjeś kroki. Coś wyraźnie hałasowało, w sąsiednim pomieszczeniu. Ciężki, chrapliwy oddech, który stamtąd dobiegał, stawał się coraz bliższy. Dochodził tuż zza drzwi. Drzwi zamkniętych jedynie „na klamkę” mimo, że miały też zamek na klucz.
Nie, nie, to niemożliwe! Ktoś włamał się do jej domu i może coś jej zrobić? Teraz, gdy życie powoli nabierało sensu?
A później pojawiła się w jej głowie straszliwa myśl.
Zaczęła baczniej nasłuchiwać. Rzężący, nieprzyjemny oddech, któremu towarzyszył nosowy poświst… Czy to możliwe, że…
Boże, co to może być? – przemknęło jej przez głowę myśl, ale szybko rozpłynęła się w odrętwieniu spowodowanym przez przerażenie. Przez jedną, krótką chwilę nie była w stanie myśleć o niczym, po prostu zgłupiała ze strachu i oczekiwała w bezruchu.
Tymczasem coś, co kryło się w ciemnościach, za drzwiami prowadzącymi do kuchni było coraz bliżej. Charczenie i pochrapywanie towarzyszące każdemu oddechowi i ruchowi tego czegoś było dość charakterystyczne… by stwierdzić, że nie jest to ani człowiek, ani zwierzę.
Kolejna fala przerażenia objęła ją przemożną siłą. Serce zaczęło walić jak oszalałe. Wcześniej zdawało się martwe, nieruchome… wręcz czekające w napięciu.
Dziewczyna stała tuż obok łóżka i przez kolejny moment wpatrywała się w drzwi, które mogły się z każdą chwilą otworzyć. Zupełnie nie wiedziała, co robić, poświstująco-chrapliwy oddech był coraz wyraźniejszy, coraz bliższy. Mogła spróbować doskoczyć do drzwi i zamknąć je, lub… schować się za łóżkiem i czekać w nadziei, że to coś, czymkolwiek jest, nie znajdzie jej.
Z powątpiewaniem i strachem postąpiła pół kroku do przodu, ku drzwiom. Odgłosy dobiegające z kuchni zdały się nagle niesłychanie bliskie. Z jeszcze większym strachem skoczyła do tyłu i skuliła się za łóżkiem. Serce biło w jej piersi tak mocno, że zadawało ból i uniemożliwiało oddychanie. Czuła się jak mała, bezradna dziewczynka. Taka, bowiem właśnie była. Bezradna. I to uczucie doprowadziło ją do łez. Łkała cicho, modląc się by nikt, a raczej nic jej nie usłyszało.
Wstrząsnęło nią, gdy coś uderzyło w klamkę od drzwi. W pierwszym odruchu obróciła się i wyjrzała w ich kierunku. Klamka zwisała pionowo w dół, zamek musiał być zniszczony. Drzwi lekko się uchyliły i począł wyłaniać się zza nich cień, ciemniejący zarys. Na wysokości barków i piersi to coś miało kły łudząco podobne do tych, które mają słonie. W innej sytuacji mogło się to wydać fascynujące lub śmieszne, ale nie teraz. Teraz było to straszne. Dalszy kontur był równie nieludzki, zupełnie jak hybryda kilku amerykańskich stworów z horrorów takich jak „Obcy” czy „Predator”.
A może tylko się jej zdawało? Może to coś wyglądało zupełnie inaczej? Nie chciała się przekonywać. Ponownie skryła się za łóżkiem i nawet przestała płakać. Wstrzymała też oddech.
Bestia, czymkolwiek była, powoli weszła do sypialni. Towarzyszyło temu złowróżbne skrzypienie desek podłogi. Jeden, dwa ostrożne kroki. Dziewczyna zamarła. Bestia chrapnęła głośniej i zwróciła ku kuchni. Sprawiło to wrażenie jakby coś sobie przypomniała. Nie odeszła jednak, ona… szukała Gosi. Dziewczyna uświadomiła to sobie nagle, jakby mogła zrozumieć zachowanie stwora. Uniosła się lekko na chwiejnych nogach i przez łzy spojrzała na ginące w mroku zarysy drzwi.
Zamek na klucz może nadal działać – przemknęło jej przez myśl.
Ale czy się odważy?
Boże, jak ja się boje – stęknęła w duchu i otarła łzy dłonią. Cała drżała i cała była rozpalona. Zupełnie jakby miała grypę czy febrę.
Coś w głębi niej - instynkt samozachowawczy, wola życia lub anioł stróż - motywowało ją do działania. Postąpiła kilka kroków, najciszej jak potrafiła. To, czego doznała porównać można było wyłącznie z pocałunkiem Mateusza. Było to niesamowite uczucie eksplozji całego ciała, zalewu adrenaliny i podniecenia. Tyle, że przy pocałunku były to pozytywne odczucie.
Bestia dyszała straszliwie i przemierzała już kuchnie z powrotem. Kierowała się ku sypialni.
Gosia pchnięta jakimś pierwotnym instynktem doskoczyła nagle do drzwi i zatrzasnęła je. Z pośpiechem chciała uchwycić klucz. Uderzyła w bezwładnie zwisającą klamkę. Ręka lekko zabolała, ale nie miała teraz czasu na ból czy cokolwiek innego. Bestia, bowiem przestała się poruszać. Zapewne przyglądała się drzwiom.
Drżąca ręka namacała w końcu klucz i przekręciła go. Niemal w tym samym momencie rozległ się straszny wizg. Coś uderzyło w drzwi. Dziewczyna odepchnięta siłą uderzenia runęła na podłogę.
Stwór zawył… nie, to nie jest dobre określenie. On ryczał piekielną pieśń wściekłości, skowyczał setką potępieńczych głosów i wdzierał się tym w bezbronny umysł dziewczyny. A ta, dopiero teraz uświadomiła sobie, jak straszliwy ból rozdziera jej dłoń. Rozpłakała się spazmatycznie i łykała słone łzy, podczas, gdy bestia uderzała raz po raz w zamknięte drzwi.
Otwieraj suko – oznajmiało każde uderzenie, a ryk odbierał nadzieje.
Gosia skręcała się w cierpieniu na podłodze.
Czemu? czemu? – chciała zapytać. – Czym ty u diabła jesteś?
I wtedy ją olśniło. Diabeł.
Ale czy to może być takie banalne?
"Ależ Diabeł wcale nie jest banalny. Jest smukły, wyniosły, posępny, zrozpaczony i wiecznie nieszczęśliwy. Najpiękniejszy upadły anioł. Druga po Bogu istota we wszechświecie. Pierwsza w tworach i zamysłach Pana. Jego popielate skrzydła nadal świecą blaskiem. Szara eminencja tego świata."
Gosia wiedziała, co ma zrobić.
- Gdzie jesteś, Mateuszu? – chciała zapytać jakby mogło go to przyzwać. Nie zdobyła się jednak na nic więcej, jak jakiś nieartykułowany pomruk.
Uniosła się na kolana i złapała za brzuch doznając dziwnego, niespotykanego dotąd uczucia. Nie wiedziała, co mogło oznaczać. Nie miała jednak czasu na rozmyślania.
"A nie przyszło ci do głowy, że Szatan może być dobry?
Nie? czemu? Wszak jego imię, dane mu przez Boga, brzmi Lucyfer – „niosący światło”.
Czy to nie pyszałek Gabriel, prostak Michał, wariat Razjel i dziwadło Rafał go pokonali i usunęli z nieba?
Pan dał wolną wolę nie tylko ludziom, ale i aniołom. Oni zdradzili.
Ale Pan postanowił zniszczyć ten świat, bo nie ma tu już różnicy między dobrem, a złem.
Pan wysłał anioła Zniszczenia.
Nadchodzi czas Abbadona."
Nie, to nie może być prawda! – krzyczy i biegnie ku oknu. Otwiera je i schodzi po drzewie.
Biegnie. Oby dalej, oby szybciej. Do niego. Ostrzec go i uciekać, razem. On musi ją zrozumieć.
***
Już jest pod jego domem. Chce zadzwonić, ale zamiast dzwonka, odruchowo naciska najpierw klamkę. Jej domu często jest po prostu otwarty.
Drzwi nie były zamknięte na klucz. Dopiero teraz dziewczyna uświadamia sobie, jakie jej rodzice mają szczęście, że musieli wyjechać w interesach. Wstyd jej, że wcześniej nawet o nich nie pomyślała. Ale to nie ważne, nic im nie jest.
Przemierza korytarz. W dużym pokoju telewizor jest włączony, ale nikt go nie ogląda. Ogarniają ją nagle złe przeczucia. Nie słyszy, jak spiker mówi o mordach dokonanych na wielu nastolatkach, o masowym wzroście liczby samobójstw i domniemanych opętań.
Swym chrapliwym głosem (zupełnie takim, jak u kaznodziei, który wykrzykuje swe kazania) uspokaja jednak. Mówi, że religia w ten właśnie sposób niszczy ludzi i nie należy się nią przejmować. Dlaczego nikt nigdy prócz Gosi nie dostrzegł tego jego kpiącego uśmieszku towarzyszącego uspokajaniu? I tej propagandy dla opisywanych ludzi, przyjmowanej przez wszystkich oglądających za oczywistość?
Tymczasem Gosia wchodzi już do pokoju Mateusza. Niepokojące odgłosy okazują się nie być mylące. Jest z jakąś dziewczyną! Kocha się z nią!
- Co ty tu kurwo robisz?! – krzyczy jej najlepsza, była przyjaciółka. – I to w piżamie! Nie dość ci, że zgłupiłaś się na balu i jak ta krowa gapiłaś się na Matiego, gdy ten kpił z ciebie. Wszyscy się podśmiewali, a ty nawet nie zauważyłaś! Wynoś się idiotko! – tyle mniej więcej dotarło do otumanionej Gosi nim wybiegła z płaczem z pokoju. Gonił ją ich szyderczy śmiech. Śmiech ich wszystkich.
Znalazła się na środku ulicy, nie było jej zimno mimo środka zimy. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że najpewniej już jest chora.
Nagle jednak powiało chłodem. Wiatr uderzył ją w plecy. Odwróciła się. Na końcu ulicy stał demon z jej domu. Faktycznie, myliła się, co do jego wyglądu. On był potworny i przerażający, biła od niego groza. To nie to, co amerykańskie „udawacze”.
Tym jednak razem wiedziała, czego chce od niej Bestia. Podpuściła ją tylko i zmusiła do przyjścia tutaj, ale czy sądzi, że zaprzeda teraz jej swą duszę i ciało?
I nagle poczuła przypływ ogromnego gniewu, niepohamowanej nienawiści do całego świata i ludzi. Tych, którzy nigdy jej nie kochali i wiecznie śmiali się z niej za jej plecami. Teraz liczyła się tylko zemsta. Jak najboleśniejsza i najokrutniejsza.