Noc tysiąca bóstw
Na małym placu nieopodal ratusza ponuro skrzypiała szubienica obciążona nowym ciałem. Kruki dawno już przestały żerować, co zdziwiło okolicznych kloszardów i pozbawiło ich kolacji. Konopny sznur z trudem utrzymywał zmaltretowane ciało wisielca. Nagle jego naprężone do granic nitki rozplątały się i zwłoki spadły z głuchym łoskotem na deski. Gdyby ktoś tam wtedy był na pewno usłyszałby zduszony jęk...
W jednym z grobowców rodziny Salomsenii zapłonęły pochodnie...
Jak można być tak głupim i skazać się na kadź ze zwykłej łapczywości? W jasnym teraz, podziemnym pomieszczeniu krążyły tysiące takich myśli. Wszystki ganiły tylko jego, bo zachował się jak szczeniak...młodzik przy pierwszym posiłku po, którym trzeba sprzątać.
Byłeś aż tak spragniony?? Szyderstwa rozchodziły się coraz większym echem, a mimo to panowała cisza. Cisza nocy Tysiąca Bóstw.
Mają rację... przyznał to niechętnie...dał się wciągnąć w chorą gierkę tej... nie nie może dalej o niej myśleć, bo powtórzy tamte błędy. Trzeba ją po prostu znaleźć...znaleźć i odpłacić, ale tak żeby już go nigdy nie nabrała...
Wieko kamiennego sarkofagu uniosło się czekając na swojego mieszkańca, nie czekał dłużej, niedługo pełnia, a on musiał odzyskać siły...
Od kadzi minęło pare dni...niedługo pełnia, a ciała nie znaleźli. Setki przodków patrzyły na nią z powątpiewaniem czy nadaje się do tej misji. Ona nie mogła ich zawieść, była ostatnią. Korytarz, choć długi, skończył się zbyt szybko. Głupie bale i zabawy, puste hrabiostwo i ich obłudne kochanki. Dostawała torsji na samą myśl, a co dopiero się działo gdy przebywała w ich towarzystwie. Uśmiechy, filuterne spojrzenia z ponad wachlaży, opaśli marhrabiowie i ich wstrętni, rozpustni synowie szukający u panien z wyższego stanu posagu na spłatę karcianych długów. Wszyscy, jak okiem i umysłem sięgnąć, jak stado karaluchów zalęgli sie w tym pięknym onegdaj mieście. Marzyła żeby ich ciemne sprawki wyszły na jaw...Hrabiowie, utytułowane wieprze, które stoją na czele gildii skrytobujców i złodzieji. Naciągacze i pijacy...Jak ona chciała ich zdeptać, jak te karaluchy. Wbić obcas choć szczątkowej sprawiedliwości w te tłuste karki. Ale nie mogła...musiała ich znosić. Uśmiechać się niczym porcelanowa lalka, dusić w gorsetach i smrodzie zatłoczonych bankietów. Już niedługo. Myślała tylko o kadzi...to był ostatni Tato...ostatni.
W krypcie rozległo się przekleństwo...pochodnie nagle rozbłysły. Koniec tego dobrego...nadeszła pełnia, czas obudzić to cholerne miasto szczurów, czas przywrócić sens Nocy Tysiąca Bóstw.
Krypta była cicha...echo kroków uleciało jak ich właściciel. Oddaliło się jak sen, zupełnie jak ostatni z rodu. Ostatnia pełnia, ostatnie wyżeczenie, ostatni krwawy uśmiech.
Sala luster...miliony gości...muzyka i niuanse salonowego życia. Księżyc w pełni wisiał nad dachem kryształowej sali. Była tu cała śmietanka tej czarnej społeczności. Najgorsi z najgorszych, błyszczeli w koliach z brylantów, w brokatowych wamsach, z coraz to piękniejszymi kurtyzanami. Koło okna, oparta o ciężką i matową zasłonę stała ostatnia z potężnego rodu. Dzisiaj nastąpi koniec...
Niedaleko pięknej i ponętnej Kallisto, perły całego balu, przesunął się chłód, przyżeczenie oczyszczenia i spełnienia. Suknia wzdymała się, a piękność uleciała jak jesieny liść. Żadnego krzyku, kropli krwi, tylko samotnie i bezdźwięcznie opadająca materia drapowanej kaskadowo sukni. Od luster odbił się jedynie błysk...rozpoczęło się...
Chłód szedł jak fala przeznaczenia...coraz szybciej i szybciej...raz po razie na ziemię padały resztki tego życia...brzęczała biżuteria...ale nikt nie krzyczał. Lustra wykrzywiały się w grymasach agonii i pękały z chukiem, aż cała podłoga nie przypominała niebios otwartych tysiącami bram. Jakie to było piękne...karaluch po karaluchu...wszyscy szli tam gdzie mieli dojść dawno temu, salę wypełniał blask, a zasłona opadała w długim oczekiwaniu ostateczności. Nie zawirowały ostrza, nie popłynęły moralizujące dialogi i przedśmiertne elegie o chwale, sprawiedliwości i prawdzie. Ostani z rodów, młodzi i na wpół żywi, podnosili się z kryształowej wieczności...stróżki krwi zdobiły ich ręce, a materiał wirował wokół sylwetek jak w oku cyklonu. Jedynie ledwo zauważalne ruchy mówiły, że coś się działo. Naelektryzowane powietrze rozmazywało kontury doczesnośći...otwierały się dwie bramy, jedno z nich będzie musiało wybrać. Ostatni z ostatnich. On już swój błąd popełnił, a ona zaczynała przemianę...
Księżyc nie zwrócił uwagi na niemą rzeź karaluchów, nie przejął się starciem prawd. Ostatni przeminęli i nic tego nie zawróci...Noc tysiąca Bóstw w końcu osiągnęła swój cel...
Bramy zostały otwarte, a wolne duchy wiły się i rwały jak psy na łańcuchach wieczności by odzyskać swoje miejsce w doczesności...