Non omnis Moriar
Powoli wyprostował odrętwiałą szyję. Przez chwile balansował głową to w lewo, to w prawo. Wreszcie cicho westchnął, oparł się mocniej o ścianę i przymknął oczy.
- Ty jesteś Artemius?- odezwał się nagle jakiś głos.
Chłopak podskoczył jak oparzony. Rozejrzał się wokół siebie. Pochylał się nad nim wysoki, czarnowłosy mężczyzna.
-Tak, to ja – odpowiedział lekko speszony.
-Przepraszam za zwłokę, ale musiałem wypełnić jeszcze kilka papierzysk i znaleźć za siebie zastępstwo. No wstawaj, wstawaj, musisz się dużo nauczyć- mówił bardzo energicznie, ale było w nim coś takiego, co budziło zaufanie.
- Jestem Tauranos – przedstawił się, gdy maszerowali wraz z innymi przez długi korytarz.
- Miło mi- wysapał Artemius. Jego nowy znajomy poruszał się bardzo szybko, długimi niemal żołnierskimi krokami.
- Wiesz, po co tu jestem?- spytał mężczyzna, gdy stanęli na końcu długiej kolejki. Artemius skinął głową. – To dobrze – uśmiechnął się lekko- Dobra, do konkretów. Przed nami masa roboty, ja mówię, ty słuchasz, jasne?
Chłopiec przytaknął ruchem głowy.
- Hej, tam, nie widzicie, że kolejka się posuwa?- krzyknął ktoś z końca.
- Widzimy- warknął Tauranos- Myśli, że jak jest przewodnikiem dusz polityków, to mu wszystko wolno- burczał pod nosem.
- No więc widzisz, drogi uczniu, nasza, jakże szlachetna profesja, jaką jest przeprowadzanie dusz na hmmm, mówiąc kolokwialnie, po ludzku, na drugą stronę wymaga odpowiedzialnego podejścia i perfekcyjności. Nie każdy zmarły staje się przewodnikiem, dostąpiłeś wielkiego zaszczytu.
-Chcesz powiedzieć, że ja…-zająknął się.
Tauranos poklepał go po ramieniu.
- Ty, ja, każdy z nas- wskazał długie szeregi ubranych na czarno postaci.
- Pamiętasz, jak umarłeś?- spytał szeptem.
- A ty?- odpowiedział pytaniem na pytanie Tauranos.
Artemius spuścił głowę, milczał.
- Hej, co ty taki markotny?- zagadnął swojego podopiecznego.
- Nic nie pamiętam…
- Nikt nie pamięta- skwitował Tauranos.
- Słuchaj, po co tu jesteśmy, co ja właściwie robię- ścisnął skronie obiema rękami. Przewodnik spojrzał na niego ze współczuciem.
- Umieranie jest ogromnym szokiem dla duszy. Hmm jakby ci to zobrazować… Już wiem. Wyobraź sobie, że nagle ktoś zrywa z ciebie kołdrę i wywleka cię w ciemną noc, w jakieś nieznane miejsce. Co byś wtedy czuł?
Artemius przygryzł w zamyśleniu wargę.
-Lęk, zagubienie. Nie wiedziałbym, co się ze mną dzieje.
- Otóż to. Naszym zadaniem jest doprowadzić duszę...
- Ale jak to możliwe?- przerwał mu nagle- Jak to możliwe, że czuję, że abstrakcyjnie myślę? Przecież ja nie żyję!- te ostatnie słowa prawie wykrzyczał. Przewodnicy wokół zaczęli im się bacznie przyglądać.
- Praktykant? – spytał jeden. Na jego twarzy gościło politowanie. Tauranos pokiwał głową.
- Po pierwsze uspokój się. Po drugie uspokój się- ton jego głosu był bardzo twardy.
- Uczucia sprawiają, że nie jesteśmy maszynami, rozumiesz? Naszym wielkim darem jest to, że zdajemy sobie sprawę z wagi naszej pracy i z tego, czym jest śmierć. Duszom w czasie drogi potrzebne jest wiele ciepła i zrozumienia. Jedyną rzeczą, jakiej nas pozbawiono jest zdolność kochania…
- Czemu?- po raz kolejny przerwał Artemius. Oczy Tauranosa niebezpiecznie się zwęziły.
- Czy sobie wyobrażasz, co to byłby za bałagan, jakbyś zakochał się w jakiejś kobiecie, którą masz przeprowadzić? Próbowałbyś jej pomóc, może nawet dopuściłbyś się oszustwa, aby przywrócić jej życie? W naszej misji nie ma miejsca na sentymenty, rozumiesz?
Artemius pokiwał głową.
- Czekaj!- złapał go za ramię, bo uderzyłby w wielkie, oszklone drzwi.- Jesteśmy na miejscu- poinformował - To stąd wyruszamy na ziemie i tędy wkraczają zmarli.
Chłopak uważnie przyjrzał się drzwiom i nie stwierdził w nich nic niezwykłego.
Tauranos rozpiął suwak swojej skórzanej kurtki i wyjął zza pazuchy wściekle zieloną kartę. Przyłożył ją do szkła i drzwi cicho się rozsunęły. Artemius zaciekawiony rozejrzał się wokół siebie. Znajdowali się w długim korytarzu. Wszystko zrobione było z luster.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytał, a jego głos odbił się echem po tunelu.
- Na trasie do świata ludzi. W drugą stronę odpowiedniejsze będzie tytułowanie – do wieczności.
- Czemu tu jesteśmy tylko my? Przecież tam, za drzwiami było mnóstwo innych?
- Bo to przejście należy tylko do ciebie.
- Do mnie? - Artemius aż się zachłysnął.
- Tędy będziesz maszerował sobie z duchem zmarłego. W tych lustrach - zaczął, uprzedzając jego pytanie - odbijają się wspomnienia zmarłych. Po drodze jeszcze raz mogą spojrzeć na swoje życie. Chodź, musimy się pośpieszyć - przynaglił.
Artemius przyglądał się odbiciom swojego przewodnika, który był wysoki i postawny. Miał długie, czarne włosy i równie czarne oczy. Ubiór stanowiła skórzana kurtka i czarne spodnie. Na nogach miał dziwne, czarne, ciężkie buty z okrągłymi czubkami.
- Dziwnie jesteś ubrany - zaczął.
- Dziwnie?- zdziwił się Tauranos - Widzisz – rzekł, ani na moment nie zwalniając - Jesteśmy podzieleni na – zastanowił się, szukając odpowiedniego słowa - grupy, zastępy, nazwij to jak chcesz. Jedni zajmują się mężczyznami, kobietami, starymi ludźmi, dziećmi itd. Ja specjalizuję się w ludziach młodych.
Tunel nagle się skończył. Znaleźli się w parku. Pogoda była słoneczna. Gdzie tylko nie spojrzeć, spacerowało mnóstwo szczęśliwych ludzi.
- Widzisz - ciągnął dalej – na przestrzeni wieków wiele rzeczy się zmieniło. Ludzie utożsamiają nas ze śmiercią. Nic bardziej mylnego. O wszystkim decyduje Szef..
- Czyli Bóg?
- Niech będzie, że Bóg. I jak mi jeszcze raz przerwiesz, to cię palnę. Więc, co to ja chciałem? - zmarszczył brwi.- A już wiem. Wyobrażenia o śmierci były różne. Dostosowywaliśmy się do tego, co tam mniemali ludzie. Największa zabawa była, jak kazali nam biegać w takich długich, powłóczystych, czarnych szatach i z kosą. Mamy nawet specjalne muzeum. Jest co oglądać. Musisz tam koniecznie potem zajrzeć, mówię ci, kosy, wagi, świece, a o pradziejach już nie wspomnę. Teraz to raczej chcą nas widzieć jako eleganckich panów lub panie- mrugnął łobuzersko - w czarnych ciuchach. Tak, niestety czerń zawsze chyba będzie naszą domeną.
Artemius spojrzał po sobie. Miał zwykłą czarną koszulę, spodnie od garnituru i krawat.
- Ty nie masz jeszcze przydziału. Jesteś praktykantem – uprzedził jego pytanie.
Przechadzali się jeszcze chwilę pomiędzy spacerowiczami.
- Tauranosie, jesteśmy tu - zaczął i wskazał ręką wokół siebie.- czy to znaczy, że oni wszyscy mają umrzeć?
- Kiedyś tak- odrzekł spokojnie przewodnik – Dobra – zatarł dziarsko ręce- pora na ćwiczenia praktyczne.
- To znaczy?
- Zobaczysz, na czym polega nasza praca. Będzie to, co prawda w dużym uproszczeniu, lepiej wszystko poznasz, działając samodzielnie. Chociaż - zamyślił się – chyba nikt nie jest w stanie pojąć tego tak dokładnie… Złap się mnie – nakazał. Wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki duży, zielony notes. Artemiusowi przez moment, przeszło przez myśl, ile on tam może mieć kieszeni, ale nie zapytał. Posłusznie złapał swego opiekuna za rękaw.
Tauranos przyjrzał się uważnie długim ciągom liter.
- Co się gapisz?- zrugał podopiecznego, gdy ten próbował mu zajrzeć przez ramię. Dostaniesz swój, ale potem.
- Co to? - nie wytrzymał. Tauranos mruknął coś pod nosem.
- To jest rejestr tych, którzy mają być przeprowadzeni.
Przeciągnął w zamyśleniu palcem po kartce.
- Tu będzie najbliżej. Przeczytaj nazwisko. Już? Dobrze, a teraz się na nim skoncentruj i zamknij oczy.
Artemius poczuł gwałtowne pociągnięcie. Gdy rozwarł powieki, znajdowali się już w zupełnie innym miejscu. Był to duży jasny, przestronny salon pełen elegancko ubranych ludzi. Zewsząd bił przepych i bogactwo.
- Co my tu robimy? - spytał szeptem.
- Nie musisz szeptać, oni nas nie widzą ani nie słyszą, do pewnego momentu - uśmiechnął się krzywo.
Młody adept rozglądał się niespokojnie. Jego wzrok prześlizgiwał się po twarzach zebranych. Zastanawiał się, po kogo przyszli. Czy to będzie ten mały chłopiec, który bawi się czerwonym samochodzikiem strażackim, czy młoda kobieta poprawiająca w lustrze fryzurę. A może…
Jego rozmyślania przerwał głos Tauranosa
- Patrz – szepnął, wyciągając przed siebie ramię. Artemius spojrzał we wskazanym kierunku. Ujrzał wysokiego mężczyznę, który stał pod ścianą. Ręce miał splecione na piersi. Na widok Tauranosa kiwnął przyjaźnie głową.
- To jeden z nas – domyślił się Artemius. Przewodnik przytaknął.
- Po kogo przyszedł – spytał chłopak.
- Chodź - skinął na niego. Przeszli przez pokój, znaleźli się w długim korytarzu. Weszli w pierwsze drzwi po prawej. Ich oczom ukazał się duży, wytworny salon. Pod najdalszą ścianą siedział niski, korpulentny mężczyzna. Twarz jego poorały już zmarszczki. Co jakiś czas pił ze szklanki wypełnionej bursztynowym płynem. Naraz podniósł dłoń i rozluźnił po szyją krawat.
- Gdzie jest tamten? - dopytywał się Artemius.
- Tam – rzekł przewodnik, wskazując na fotel owego jegomościa. Faktycznie na czarno ubrany mężczyzna najspokojniej w świecie stał za jego plecami. Siedzący w fotelu, jeszcze bardziej rozluźnił krawat, by go po chwili zdjąć. Oddech mężczyzny stał się cięższy. Nagle krzyknął głucho i złapał się za pierś. Twarz jego wykrzywił grymas bólu. Szklanka wypadła z bezwładnej dłoni, a płyn powoli wsiąkał w dywan.
- Teraz patrz uważnie – polecił Tauranos.
Znad ciała mężczyzny uniosła się biaława mgła, która po chwili przeistoczyła się w jego dokładna kopię. Na twarzy ducha przez dłuższą chwilę malowało się zdumienie. Jednak, gdy jego wzrok spoczął na ciele, zdziwienie ustąpiło przestrachowi. Z wyrazem niedowierzania zaczął się powoli cofać. Gdyby posiadał ciało, niewątpliwie wpadłby na stolik do kawy, ale teraz zatrzymał się, tkwiąc po pas w meblu. Wyglądało to dość groteskowo.
- Dziwnie się czuję, co się stało? Kim pan jest? - spytał, gdy dostrzegł przewodnika.
- Proszę pana, pan umarł – odrzekł tamten łagodnie.
- Umarłem?! Ja? To nie możliwe, nie wierzę! – potrząsnął głową.
- Pan wie, że to prawda. Nie ma sensu się oszukiwać.
- Co teraz ze mną będzie? – załkał - Miałem jeszcze tyle życia przed sobą. Co będzie z moim domem? Z majątkiem? Przecież te sępy, moja rodzina, wszystko natychmiast rozkradną. Moja krwawica…
- To nie powinno mieć dla pana już żadnego znaczenia. Musimy iść, czas na nas – powiedział przewodnik, biorąc go pod ramię. Mężczyzna wyrwał się.
- Muszę… Muszę – mamrotał – moja kolekcja znaczków, moje skarby - podbiegł do biurka, ale gdy chciał wysunąć szufladę, jego ręka przeniknęła przez drewno. Po kilku desperackich próbach poddał się.
- To koniec? - spytał, pociągając nosem.
Przewodnik przytaknął.
- Ale wie pan, co? – twarz duchowi nagle się rozpogodziła.
- Co takiego – spytał uprzejmie.
- Przynajmniej nie będę musiał płacić podatków!
Przewodnik parsknął śmiechem.
- Porozmawiamy po drodze – rzekł, kładąc mężczyźnie rękę na ramieniu, po czym obaj rozpłynęli się w powietrzu.
-Więc to tak wygląda – powiedział Artemius w zamyśleniu.
- Mniej więcej - odrzekł Tauranos.
- Czy zawsze jest im tak trudno rozstać się z życiem?
- Przeważnie tak.
- Przeważnie? - podchwycił chłopak.
- Chodź - rzekł Tauranos.
Znaleźli się w małym, pachnącym lekami pokoju. Przy oknie stało szpitalne łóżko, na którym ktoś leżał. Podeszli bliżej. Artemius ciekawie wyciągnął szyję. Patrzył teraz na twarz chłopca w wieku około 14 lat. Dziecko spało.
- Co my tu robimy? - spytał z niepokojem
- Zadajesz czasem głupie pytania, wiesz? – padła odpowiedź.
- Ale.. Dziecko? – zająknął się. Nagle jego wzrok zatrzymał się na zupełnie bezwładnych rączkach spoczywających na kocu.
- Co mu jest? – spytał ze współczuciem.
- To dystrofia, zanik mięśni - objaśnił Tauranos.
Artemius westchnął cicho.
- O, jest Arlana – zauważył przewodnik, kiwając głową w stronę wysokiej, odzianej na czarno kobiety.
- Nareszcie mogłam po niego przyjść - powiedziała, łagodnym, melodyjnym głosem. Stanęła u wezgłowia łóżka chłopczyka.
- To praktykant? – zagadnęła, przyglądając się Artemiusowi.
Tauranos potwierdził.
- Oswajasz go z obowiązkami – domyśliła się.
- Robię, co mogę.
- Domyślasz się, jaki dostanie przydział?
- Niestety nie.
- Dobrze, że go tu przyprowadziłeś. Śmierć dziecka jest zawsze trudna.
Nagle oddech chłopca stał się krótki i nieregularny. Z trudnością otworzył powieki. Od spojrzenia tych czarnych, jakże świadomych oczu, Artemiusa przeszedł dreszcz. Arlana uklękła przy łóżku.
- Cześć – wyszeptało z wysiłkiem dziecko, patrząc na Arlanę.
- To on ją widzi? - zdziwił się Artemius.
- Zamilcz - warknął Tauranos.
- Powiedz, że tym razem przyszłaś po mnie – powiedziało z wysiłkiem.
- Tak, maleństwo - rzekła pieszczotliwie, gładząc je po włosach.
- Przedwczoraj - wdech – Artur…
- Wiem – wyszeptała.
- Czekałem. Trudno mi się oddycha. Czy będzie bolało?
Arlana pokręciła głową.
- Zamknij oczy - powiedziała czule.
Artemius patrzył jak zahipnotyzowany, gdy duszyczka oddzielała się od ciała. Nie posiadał się ze zdumienia, bo duch wyglądał jak normalny, zdrowy chłopiec.
- Chodźmy już – powiedziało dziecko, biorąc przewodniczkę za rękę. Tak jak w poprzednim przypadku rozpłynęli się w powietrzu. Artemius patrzył przez chwilę na martwe ciało chłopczyka.
- Widzisz teraz, jak ważne jest to, że umiemy czuć – stwierdził Tauranos.
- Zaczynam się gubić. Czy śmierć może być ulgą?
- Jak najbardziej, ale znacznie częściej prowadzi do ogromnego cierpienia tych, co pozostali żywi.
Znaleźli się na ulicy jakiegoś dużego miasta. Padał deszcz.. Artemius wyciągnął dłoń, próbując złapać krople.
- Dziwne uczucie - powiedział, obserwując swoją sucha rękę.
- Nas nie obowiązuje żadna ziemska reguła. Pomyśl logicznie, jak w przeciwnym razie mielibyśmy działać w czasie klęsk żywiołowych?
Nagle powiedział jakby do siebie.
- Ona? To niemożliwe, a jednak.
- Co się dzieje?
- Ty też to czujesz, ale jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Ale ja jestem po to, aby cię tego nauczyć. Jak myślisz, po kogo on przyszedł? - wskazał na stojącego w oddali przewodnika.
- Nie wiem.
- Wiesz. Nie sugeruj się niczym. Wiesz.
- Mylę się, przecież dopiero się uczę.
- My się nigdy nie mylimy! No już.
- Ona - szepnął, wskazując na dziewczynę, czekającą na przystanku autobusowym. Wydawało mu się to niemożliwe, była młoda, ładna i zdrowa.
- Dobrze - rzekł Tauranos matowym głosem. Nie odrywając od niej wzroku.
Dziewczyna wyraźnie na kogoś czekała. Jej wzrok bacznie prześlizgiwał się po mijających ją ludziach. Spojrzała na zegarek. Przygryzła wargi. Nagle dojrzała kogoś w tłumie, uśmiechnęła się radośnie. Artemius śledząc jej wzrok zobaczył wysokiego blondyna. Biegł. Był przemoczony do suchej nitki, po włosach ściekał mu deszcz. W prawym ręku trzymał bukiecik fiołków. Artemius mimowolnie uśmiechnął się pod nosem na widok tej sceny. Nagle kątem oka zobaczył, że przewodnik przysunął się bliżej przystanku. Wtedy zrozumiał.
Z naprzeciwka zbliżał się czerwony fiat.
- Jedzie za szybko - szepnął
- Teraz zobaczysz, czym się zajmuję - mruknął Tauranos.
Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nawierzchnia była śliska, kierowca stracił panowanie nad maszyną. Oniemiały Artemius patrzył, jak ciało dziewczyny niczym bezwładna lalka przeleciało kilka metrów zanim uderzyło o asfalt.
Blondyn w kilku susach znalazł się przy dziewczynie. Klęknął. Wziął ją w ramiona. Tuląc ją do siebie krzyczał jakieś imię, ale sylaby tonęły w szumie ulewy. Z ust dziewczyny wypłynęła cienka strużka ciemnej krwi. Wokół zaczął gromadzić się tłumek gapiów. Wśród zebranych Artemius dostrzegł przewodnika. Duch dziewczyny przez chwilę z nim rozmawiał. Potem uklękła przy chłopaku, który nadal tulił do siebie jej ciało. Coś mu szeptała do ucha. Płakała.
- Czy on ją słyszy? - spytał adept.
- Wiesz, ja ją już widziałem - powiedział miękko, ignorując jego pytanie - Dopiero się wtedy uczyłem. Tak jak ty. Nie płakała, gdy – zająknął się.
Artemius patrzył wyczekująco, ale on nic już nie powiedział. Podniósł z ziemi porzucone fiołki, otrzepał z wody i położył na ławce przystanku.
- Jeszcze trochę czasu minie, zanim zazna spokoju - rzekł, patrząc jak dziewczyna znika z tamtym przewodnikiem.
- Czyli? – dopytywał się jego towarzysz.
- Wszystkiego się dowiesz. Musisz jeszcze coś zobaczyć.
Inne miejsce. Mnóstwo odzianych na czarno ludzi, którzy nie są przewodnikami. Byli bardzo smutni. Artemius zorientował się, że znajdują się na cmentarzu, w czasie pogrzebu. Przeczytał wiek zapisany na tabliczce nagrobnej - 95 lat. Na wstęgach wieńców były nawet napisy „Kochanemu pradziadkowi”.
- Śmierć jest także naturalna koleją rzeczy – rzekł Tauranos - Chociaż zawsze bliscy zmarłego cierpią. Ten człowiek był już stary. Pozałatwiał wszystkie swoje sprawy do końca. Wychował wspaniałe dzieci. Doczekał się wnuków, a potem prawnuków. Te ostatnie są zbyt małe, aby go pamiętać. Będzie jednak zawsze żył we wspomnieniach, w opowieściach rodzinnych. Nawet nie wiesz, ile osób marzy o takiej śmierci. Spokojnej, we własnym domu, wśród kochających bliskich.
- Domyślam się – westchnął - Tauranosie, ciągle mówisz o doprowadzaniu, przeprowadzaniu, ale w zasadzie, co jest ich celem?
- Dobre pytanie - pochwalił.
W tym czasie Artemius odkrył, jak proste jest szybkie przenoszenie się z miejsca na miejsce. Wystarczyło tylko pomyśleć o ty, gdzie się chce znaleźć.
- Sam się przeniosłeś – zauważył Tauranos - zmyślny z ciebie chłopak. Dawno nie miałem takiego ucznia - był wyraźnie zadowolony.
Wyszli z tunelu, lecz nie znaleźli się przed oszklonymi drzwiami, ani nawet w korytarzu z ławkami.
Artemius zdał sobie sprawę, że ma otwarte usta, więc czym prędzej je zamknął.
- Co to jest? – wysapał, rozglądając się dokoła.
Nigdzie nie było widać ani ścian ani sufitu. Jak tylko okiem sięgnąć wszędzie stały długie rzędy łóżek z leżącymi na nich półprzeźroczystymi postaciami. Nie czekając na Tauranosa, zbliżył się do jednego z posłań.
- Oni śpią! - wykrzyknął ze zdumieniem.
- A co ty myślałeś. Po śmierci dusze przechodzą w stan, takiego letargu, oczekiwania, nazwij to jak chcesz.
- Na co czekają?
- Na Sąd Ostateczny, to oczywiste. Czasami się budzą.
- Budzą? – chłopak nie posiadał się ze zdumienie.
- Widzisz, nawet po śmierci zmarli czują pewną wieź z tymi, co pozostali na ziemi. Bywa, że tęsknota żyjących nie pozwala im na odpoczynek. Wtedy wracają na jakiś czas na ziemie. To skomplikowane. Ludzie ich nie widzą, ale mogą czasem poczuć ich obecność. Wiesz, oni się nimi opiekują.
- Jak anioł stróż?
- O nie! Aniołowie to wyższy stopień wtajemniczenia.
- Rozumiem.
- Masz niewyraźna minę. Może jeszcze jakieś pytania? Zostało jeszcze trochę czasu.
Artemius skinął głową.
Znaleźli się na szczycie kolumny ogromnego mostu. Poruszające się w dole samochody wydawały się im jedynie małymi kropkami.
Tauranos rozsiadł się wygodnie. Artemius natomiast stał, ręce splótł na piersiach, patrzył w dół.
- Czy ty im czasem nie zazdrościsz? - spytał.
- Ludziom? Każdego dnia. Podczas każdego przeprowadzania. Podczas każdej śmierci, której muszę być świadkiem.
Artemius milczał wzruszony jego szczerością.
- Oni żyją, umierają, a potem mają spokój. A my? Do końca świata nie będzie nam dane zaznać spoczynku.
- Myślisz, że to kara? - szepnął Artemius.
- Nie zastanawiałem się nad tym. Wiem tylko, że muszę to robić i chcę wypełniać moje obowiązki jak najlepiej. Może przez to, że im zazdroszczę i zarazem współczuję. Może dlatego że ciągle muszę oglądać czyjeś łzy, wsłuchiwać się w niemy krzyk rozpaczy? Chcę, aby jak najmniej się bali.
Artemius nieśmiało poklepał go po ramieniu.
- A wiesz, co jest najgorsze? - ciągnął dalej - To, że jesteśmy tak cholernie potrzebni! Jeśli nie zdążysz na moment śmierci danej osoby i dusza będzie pozostawiona sama sobie, nie będzie wiedziała, gdzie ma iść. Wtedy błąka się zawieszona między bytem a niebytem.
- I co wtedy?
- Nic. Wysyła się specjalna brygadę poszukiwawczą. Nie martw się, każdy zmarły znajdzie kiedyś spoczynek. Aby uniknąć niedopatrzeń mamy rejestry, ale wpadki się zdarzają. Musimy wracać. Dowiedziałeś się tego, czego powinieneś, no może poza tą rozmową - uśmiechnął się.
- Czy to znaczy, że ujrzałem wszystkie oblicza śmierci?
- Nie. Jej nigdy nie da się zgłębić.
***
- A jeśli nie dam sobie rady? - spytał Artemius, gdy znaleźli się pod drzwiami z napisem „REJESTRY”
- Wiem, że będziesz dobry. Powodzenia – Tauranos uścisnął mu dłoń.
Artemius patrzył przez chwilę za odchodzącym, po czym zapukał w drzwi.
- Proszę - ozwał się skrzekliwy głos.
Przewodnik wszedł do środka. Był to niewielki pokoik. Od podłogi do sufitu piętrzyły się równiutkie stosy zielonych ksiąg.
- Własny rejestr, co? - przemówił ktoś za jego plecami. Artemius podskoczył. Gdy się obrócił, jego oczom ukazał się niski, starszy pan. Miał krótkie, siwe włosy przystrzyżone na jeża. Po obu stronach twarzy sterczały okazałe bokobrody, które w połączeniu z krzaczastymi brwiami i krogulczym nosem dawały dość upiorne wrażenie.
- Rejestry zdajemy co tydzień. Jasne? - spytał wręczając przewodnikowi księgę.
Artemius w zamyśleniu obracał ją w dłoniach. Była bardzo gruba i ciężka. Wolał nie zastanawiać się, ile nazwisk tam się mieści.
Wyszedł na korytarz. Idąc wciąż ściskał w ramionach rejestr. Nawet nie wiedział, kiedy znalazł się w kolejce do Przejścia razem z innymi przewodnikami. Zastanawiał się nad tym, co widział. Trochę mu się kręciło w głowie. Zrozpaczony biznesmen, który nie chciał rozstać się z dobrami doczesnymi, mały chłopiec, dla którego śmierć była wybawieniem, młoda dziewczyna, czemu musiała umrzeć, co widział Tauranos, kiedy był adeptem? Wreszcie sędziwy człowiek, którego śmierć wydawała się czymś normalnym…
Mechanicznie zaczął wertować rejestr, spomiędzy stron wysunęła się zielona karta otwierająca drzwi. Obrócił ją w dłoniach. Przeczytał przydział. Przyłożył „klucz” do drzwi, posłusznie się przed nim rozsunęły. Znalazł się w korytarzu z lustrami. Wyraźnie słyszał swoje kroki. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że każdy krok jest chwilą czyjegoś życia.
Wszystkim, którzy kiedyś stracili kogoś bliskiego.