Nowe stado 1
Oto historia.
Opowieść moja.
Za oknem śnieg,
A w sercu bieg,
Do wspomnień...
Oto marzenia.
Moje wspomnienia.
Kilka słów
I ślad wilczych kłów
Zostaną po mnie...
Oto zdarzenia.
Oto spojrzenia.
Zapamiętane
I przeze mnie spisane
Skromnie...
Oto historia.
Opowieść moja.
O Katji, Wilku,
O przygodach kilku
O mnie...
Część pierwsza: Ucieczka
Las, polana, dwór, brama, drzwi, okno, krzyk, kłótnia. Kłótnia to rzadkie zjawisko w tym stadzie. Zazwyczaj wszystkie Wilki są podporządkowane przywódcy i bez słowa wykonują jego polecenia. Bez słowa... Tak było, póki na schodach prowadzących do bram dworu ktoś nie podrzucił małego zawiniątka. Małej, białej kulki szmat, z wśród których wystawał mały, szary pyszczek zaopatrzony w wielkie pomarańczowe oczy. W zębach pyszczek trzymał żółtą kopertę z napisem „Marcein Wołk”.
Wołk jest przywódca owego stada. A owe stado jest stadem Wilków. Wilków mogących przybrać ludzką postać by skryć się w tłumie śmiertelników. Nie mówię, że są nieśmiertelni. Wręcz przeciwnie. Rodzą się, bawią, dorastają, mają młode, starzeją się i umierają. Czasem ich żywot jest krótszy. Dużo krótszy. Giną z rąk i kłów Wampirów. Winni, czy niewinni, ale giną, zagubieni w wirze wojny pomiędzy obiema rasami.
Wołk wiedział kim jest szczenię i czemu przeznaczone zostało właśnie jemu. Wiedział czemu młode miało płomienne spojrzenie i czemu zostało porzucone. Wiedział więcej niż chciałby wiedzieć. Mimo to nie wiedział wszystkiego. Szczenię rosło, a on wiedział o nim coraz mniej. W końcu szczenię wyrosło na zgrabną, długowłosą Wilczkę, której on nie potrafił kompletnie zrozumieć. To miedzy innymi z tego powodu wynikały wszystkie ich kłótnie. Jedyna osoba która w miarę potrafiła ich uspokoić była Tilianra – żona Wołka. Tili ją wychowywała i spędzała z nią większość czasu jej dorastania. Teraz jej nie było, a 15 letnia Wilczka musiała radzić sobie sama.
-Wołk! Ja nie chcę! Nie rozumiesz?
-Nie! Musisz się w końcu przełamać! Jesteś najstarszym szczeniakiem w stadzie! Jeśli tego nie zrobisz, będziesz najstarszą Wilczką wieków!
-Te zasady są porypane! Czemu dorosłość zależy od dziewictwa!? Ja chce być dziewicą! Nawet jeśli będzie to oznaczało dalszą karierę szczeniaka! – wrzasnęła na pożegnanie i zamiatając warkoczem spiętym czerwona gumka wybiegła z pokoju. Miała tego serdecznie dosyć. Co chwile ktoś jej przypominał fakt, że jest szczeniakiem. Fakt, że nie jest wystarczająco dojrzała do niektórych rzeczy, towarzystwa, a nawet zwyczajnych rozmów. Mimo iż wiele młodszych od niej było już od dawna nazywanych Wilczycami, czy Wilkami, a nie Wilczkami, ona nadal była uważana za szczenię.
-Katja! Zaczekaj! – ktoś ją zawołał. Znała aż za dobrze ten głos. Głos Largo - jej ukochanego – Zaczekaj!
Odwróciła się na chwilę zbiegając ze schodów, krzyknęła -Nie mam ochoty z nikim rozmawiać! Odwal się, Largo! - i pobiegła dalej, a łzy zbierały się pod jej powiekami. Z głośnym hukiem wybiegła z dworu, przybrała swą prawdziwa postać. Przez las otaczający dwór biegła teraz młoda, ale silna Wilczka o lśniącej, szaro srebrnej sierści i wielkich, pomarańczowych oczach błyszczących złowieszczo wśród drzew. Jej ostre, mocne pazury wbijały się w zamarzniętą ziemie podczas szaleńczego biegu, a śnieżno białe ostre kły świeciły w cieniu trwającej nocy. Lecz biegł za nią ktoś jeszcze. Większy, starszy i dużo silniejszy Wilk. Jego czarne jak smoła futro falowało łagodnie przy każdym ruchu, a pastelowo niebieskie oczy wyróżniały się z otaczającej ich ciemności. Biegł tak szybko jak mógł, ale wiedział, że jej nie dogoni. Był od Katji starszy, silniejszy, lecz nie szybszy. Chociaż młoda była najszybsza stadzie. Po niedługiej chwili zniknęła mu z oczu zupełnie. Zwolnił, biegł chwile truchtem, potem zatrzymał się i rozejrzał wokół siebie wypatrując śladów pobytu Wilczki na drzewie. Rzadko który Wilk wspinał się po pniach tak dobrze, jak ona. Zazwyczaj, jak się ścigali wyprzedzała go znacząco, znikała mu z oczu, a następnie z zaskoczenia skakała na niego z pnia drzewa. Tym razem wiedział, że tego nie zrobi. Nie naskoczy na niego, nie wywróci go i nie będą tarzając się w śniegu. Nie wrócą tez do dworu razem... Zrezygnowany spojrzał w korony drzew. Spomiędzy nich delikatne światło księżyca tworzyło srebrne jak futro jego ukochanej przebłyski na śniegu. Zawył tak głośno jak tylko potrafił, a jego śpiew unosił się do nieba błagając o pomoc. Miał nadzieje, że zawtóruje mu drugi. słabszy, lec tak wyrazisty, jak światło księżyca nad jego głową. Niestety w ciszy nocy brzmiał tylko jego silny głos. W końcu zrezygnowany rozpoczął wędrówkę do dworu.
* * *
Leżała przykryta cieniutką warstwa padającego śniegu. Malutkie płatki, delikatnego puchu łaskotały ją, a wszystkiego dopełniało zimne światło Księżyca otulające łagodnie jej szare futro. Nagle cichy trzask gniecionego śniegu ciężkimi glanami dotarł do jej czułych uszu..
„Cholera, jeśli to te żmije...” – pomyślała i otwierając płomienne ślepie, stanęła na czterech łapach szczerząc kły i jeżąc sierść. Niestety (jak dla kogo ^.^) jej przeciwnikiem nie okazała się wampirza żmija... hm... Tak dokładniej to nie był nim nawet człowiek.
„Wilk?”
Czarny, długi płaszcz, powiewał trzepocząc na wietrze. To jego ciężkie buciory i ich trzask na śniegu ją obudził. Jednak to nie one zwróciły jej uwagę. Przechodzień miał piękne, szmaragdowe oczy wpatrujące się w nią obojętnie.
„Kretynka! Kto kładzie się i zasypia w środku lasu? Już sobie wyobrażam co o mnie myśli...”
‘Szczerze, to nic takiego.’ – napłynęły do jej łebka, myśli przybysza.
„Wilk. Na pewno.”
Wampiry posiadały wiele umiejętności, lecz i Wilki umiały co nieco, np. porozumiewać się bez słów.
-Witaj – zaczął kiedy Katja przybrała swą ludzka postać.
-Witaj.
-Nie znamy się, prawda? – spytał nadal obojętnie.
-Nie.
‘A szkoda’ – pomyślał, lecz ona o tym nie wiedziała.
- A więc ośmielę się zapytać, kim jesteś?
- Jestem Katja.
- Hm...Cóż, mnie zwą Sanwer Płonący Liść, dla przyjaciół San.
„Słyszałam o nim. Niewiele, ale zawsze coś. Jest trochę starszy. mam nadzieje, że nie wie, że jestem jeszcze szczeniakiem.”
- Miło mi.
- Mnie też.
- Kto jest przywódcą twojego stada?
- Hm...Wilk, Sagarim zwanym. Lecz i ja mam em...przywileje do przyłączania nowych członków do stada.
„Spławić, czy wyrwać się w końcu z tego przeklętego pseudodomu?”
- Byłam kiedyś w stadzie, ale uciekłam.
- Uciekłaś? Dlaczego?
„Jestem kretynką. Chociaż? W gruncie rzeczy nie wygląda na takiego...”
- Po prostu uciekłam. Nie pytaj dla czego
- Rozumiem...-zamyślił się po czym wrócił do rzeczywistości-Więc...czy przystąpić do stada mego chcesz?
„Hm.... Jeśli mnie tam nie znają.”
-Może...
-Lecz jest jeden warunek...
-Jaki?
-Me stado wyznaję Panią Życia...Gaię, musiałabyś przyrzec walkę z Sługami Żmija...inaczej zwanymi Wampirami...
„I kicior”
- Mam przyjaciółkę...
- Jeśli Słudzy Żmija nie atakują szczeniąt, ani druidów klanu, i ręczysz za nich...
- Zaręczę. Za nią i jej klan. Czy każdy musi walczyć?
- Każdy?
- Czy każdy musi widzieć krew przez siebie rozlaną?
- My walczymy dla dobra świata, oni zaczęli tą wojnę, to najczęściej oni atakują naszych druidów i zabijają szczenięta...Lecz nie musisz zabijać ich, jeśli pierwsi Cię nie zaatakują...
„Druidzi?”
-A jak zaatakują?
-Masz prawo się bronić...i zabijać...Musisz również bronić szczeniąt...
-A mam prawo uciec i skryć się przed ich wzrokiem?
-Przed ich wzrokiem? -zdziwił się - Czy Ty...Boisz się wampirów?
Spojrzał na nią swymi szmaragdowymi oczami.
-Nie. Nie Wampirów. Boje się... nie ważne.
-Zobaczymy jeszcze co powie Gai'a...-westchnął i spojrzał na nią uśmiechając się lekko.
„Gaia. Powiedzieć mu? Jeszcze nie.”
-Bo pomyślę, że mnie lubisz... - powiedziała uśmiechając się nieco złośliwie.
Przewrócił oczyma i ruszył przed siebie spoglądając czy idzie za nim.
Odwrócił się - Idziesz? - już się nie uśmiechał, by nie pomyślała sobie niewidomo czego