Obłoki
Nie, nie spałem, choć przez chwilę miałem ochotę leżeć tak dalej z zamkniętymi oczyma, cicho i spokojnie, tak by wydawało się jej, że jednak zasnąłem. Gdy jednak pod wpływem jej głosu, myśli, w których byłem zatopiony, rozgoniły się i rozpierzchły, odkryłem, że nie chce już do nich wracać.
Otworzyłem oczy i spojrzałem na Isais. Na jej piękne, kasztanowe włosy, błyszczące w blasku słońca, smagane przez wiatr... Wyglądała cudownie, gdy tak siedziała na trawie i wpatrywała się w niebo.
- Widzisz te chmury, Eris? Powiedz, czy nie przypominają ci czegoś?
Skierowałem wzrok na nieforemny obłok, powykręcany i poszarpany, niczym...
- Wygląda jak Chłopiec z Malarantu.
* * *
Trup chłopca leżał na brzegu, zaraz obok zmasakrowanych ciał swoich rodziców. Miał siedem lat. Zresztą byliśmy w stanie to określić, jedynie dzięki temu, że go znaliśmy. Jego chude, powykręcane ciałko i zmasakrowana twarz skutecznie uniemożliwiały wiekową identyfikację. Osobową, zresztą też, my jednak widzieliśmy jego śmierć. Jego i dziesiątek innych osób, które miały mniej szczęścia od nas.
Pamiętam, że schowaliśmy się wtedy na strychu szopy i stamtąd, przez szpary między deskami widzieliśmy wszystko. Taak, mieliśmy dobry widok. Choć staraliśmy się nie patrzeć.
Jakimś cudem szopa ocalała - w swojej żądzy niszczenia, żołnierze cesarza Orebu pominęli naszą kryjówkę. Wystarczyłaby jedna żagiew, byśmy razem z naszą \"fortecą\" poszli z dymem. My jednak mieliśmy szczęście i przeżyliśmy.
I mogliśmy zobaczyć Chłopca z bliska.
Nie tylko zresztą jego. Sądzę, że wszyscy mieszkańcy miasteczka oprócz nas zostali wybici. Biorąc pod uwagę ilość trupów...
Pamiętam, że na głównym placu naszego miasta Orebianie usypali stos ciał. No, raczej stosik, sięgał mi zaledwie do ramion. Na jego szczycie leżał gruby, nagi mężczyzna, niegdyś, za życia, znany jako Główny Radca. Był przebity na wylot drzewcem sztandaru. Taki sposób zaznaczania swojej obecności był dla Orebian dość typowy. Odnosił się on do czasów, gdy zdobywcy i pionierzy wybierali najwyższy punkt w okolicy i stawiali na nim flagę, pokazując do kogo od teraz należą dane tereny.
Biorąc pod uwagę nasze nizinne położenie, Orebianie mogli sobie pozwolić na ten niewinny żarcik.
Pamiętam, że napadło mnie wtedy coś dziwnego. Wdrapałem się na szczyt tej „górki”, wyrwałem drzewiec z brzucha biednego Radcy i w nagłym napadzie szału zacząłem go łamać na malutkie kawałeczki. Następnie zerwałem z kija czerwono-złoty sztandar i darłem go, gniotłem i opluwałem. Gdy skończyłem zerwałem z jakiś trupów dwa pasy materiału – niebieski i zielony – i ułożyłem je na stosie ciał tak, by przedstawiały kolory Esberu, które widziałem kiedyś, przy okazji przejazdu przez nasze miasto królewskiego gońca. Był to bezsensowny, romantyczny przykład patriotyzmu i złości. A gdy skończyłem ten popis furii, zaczęło mi być wstyd – gdyż zobaczyłem, że Isais przez cały ten czas płakała.
* * *
Opuściłem wzrok. Nie chciałem patrzeć już na niebo, ale Isais zmusiła mnie bym po raz kolejny to zrobił.
- Spójrz, Eris! Spójrz, to niesamowite, jakie kształty przybierają te chmury! Ta wygląda zupełnie jak Karmazynowy Rycerz.
Ponownie podniosłem wzrok.
* * *
Karmazynowy Rycerz szarżował na czele setki konnych, a kopyta jego wierzchowca wzbijały tumany kurzu. Po drugiej stronie szerokiej łąki, stała gromada chłopów, z widłami, kijami, kosami, a nawet grabiami. Było ich może ze dwie setki, zbuntowana chłopska hołota, która wystąpiła zbrojnie przeciwko nowym panom.
Kobiety stały ramię w ramię z mężczyznami, zrezygnowane i absolutnie pewne porażki. Najwyraźniej wolały zginąć w walce, niż przeżyć i dostać się w lubieżne ręce żołnierzy.
Ja i Isais skryliśmy się dobrze. Wleźliśmy na wysokie drzewo i stamtąd obserwowaliśmy walkę. Chociaż nie, lepiej byłoby powiedzieć, że staraliśmy się jej nie widzieć. Było w tym coś dziwnego – mieliśmy wrażenie, że gdy będziemy patrzeć w stronę Orebian, ci również będą nas widzieć. Bezsensowny strach! Nie było na to szans, była wiosna. Liście skutecznie nas kryły.
Mimo naszych starań widzieliśmy wszystko.
Widzieliśmy, jak jeźdźcy uformowali zgrabny klin i z impetem wpadli w kłębowisko wieśniaków. Widzieliśmy, jak żywi jeszcze przed chwilą ludzie zmienili się, pod ciosami mieczy i toporów, w zakrwawione trupy.
W mordowaniu przewodził, rzecz jasna, Karmazynowy Rycerz. Jego zbroja – zgodnie z nazwą, w kolorze rdzy – była na całej długości zalana krwią, co dodatkowo podkreślało jej upiorną barwę.
W pewnym momencie tej rzezi, Rycerz wyjechał z tłumu walczących, trzymając za włosy jakąś szamoczącą się kobietę. Przejechał tak parę metrów wlokąc za sobą nieszczęsną niewiastę, śmiejąc się przy tym do rozpuku. W pewnym momencie jednak śmiech uwiązł mu w gardle, razem z jakąś zbłąkaną strzałą.
Można powiedzieć, że umarł szczęśliwy. Z uśmiechem na ustach, wykonując swoją ulubioną pracę, wśród przyjaciół podzielających jego zainteresowania. Sam chciałbym tak zginąć.
Śmierć Rycerza nie wpłynęła znacząco na obraz „bitwy”. Walka zakończyła się całkowitą klęską zbuntowanych chłopów. Orebianie, oczywiście, uczcili pamięć swego dowódcy, w bardzo dla nich charakterystyczny, widowiskowy sposób. Usypali wielki kurhan - z kamieni stanowiących podbudówki niektórych domów, po czym zaśpiewali jakąś religijną pieśń, zamknęli resztę wieśniaków w ocalałych domach, a następnie spalili całą wioskę, razem z jej mieszkańcami.
Na koniec natura nie poskąpiła swych mocy i wielka ulewa spadła na zgliszcza. Można by rzec, że całe niebo płakało po stracie dzielnego Karmazynowego Rycerza.
* * *
Zło... Człowiek ma coś takiego w naturze, że zawsze, prędzej, czy później, ukaże swoją prawdziwą, gorszą, naturę. I nie mówię tu teraz o Orebianach, ale ogólnie o wszystkich ludziach. Zależnie od sytuacji, w jakiej się znajduje, ilość i skala czynionego przez człowieka okropieństwa, jest różna. I tak, w kontaktach prywatnych, może to być niegrzeczne słowo, kpina, złośliwy kawał... Tak to się odbywa, gdy społeczeństwo funkcjonuje w miarę normalnie – zło jest wtedy uwalniane powoli, w małych ilościach i jako takie jest akceptowane. Gdy jednak sytuacja staje się nienormalna, coś w ludziach pęka – uwalniają wszystko najgorsze, co w nich siedzi, a to, niczym wielka rzeka, rozrywa i poszerza koryto i zanim się człowiek obejrzy, samemu trudno mu już uwierzyć, jaką bestią się stał. Brzmi to trochę chaotycznie, ale takie właśnie odnoszę wrażenie.
Niekiedy – właściwie ostatnio coraz częściej – nachodzi mnie uczucie, że wszyscy ludzie są do szczętu źli, nie wyłączając mnie samego.
Prawdę mówiąc, boję się czasem swoich myśli.
- Eris! Nie złość się i spójrz w górę. Musisz to zobaczyć! Nie widzisz jakie to niesamowite? Przecież to ewidentny Człowiek z Koru!
Jej głos - jej ton - nie dał mi żadnych szans obrony. Wbrew sobie znów spojrzałem w górę, patrząc na znajome kształty, które przybrała uformowana przez wiatr chmura.
- Pamiętasz chyba Człowieka z Koru?
Pamiętałem.
* * *
Człowieka z Koru spotkaliśmy w dwa tygodnie od rzezi w naszym rodzinnym Malarancie. Leżał przy drodze, w jakimś stosie trupów, ranny, z obandażowaną głową. Miał szczęście – podobnie jak nas, Orebianie w ogóle go nie zauważyli i pominęli w rzezi, którą nam zgotowali. Gdy Człowiek słyszał wokół maszerujące armie, chował się wśród trupów, udając martwego tak długo, aż niebezpieczeństwo nie minęło.
Gdy usłyszał o naszych sposobach na przeżycie, uznał, że jeśli będziemy podróżować razem, to może nasze szczęścia się zsumują i ujdziemy jakoś z życiem z tego piekła.
Przystaliśmy na to z ochotą. I choć w walce i tak nie mieliśmy najmniejszych szans, to jednak „co trzech, to nie dwójka”. Tak sobie przynajmniej mówiliśmy.
Szybko okazało się jednak, że podróż z naszym towarzyszem ma wiele dobrych stron. Jak nam opowiedział, mieszkał niegdyś w mieście Kor, które jeszcze niedawno rozwijało się w najlepsze parę mil stąd, dopóki Cesarz Orebu nie zrównał go z ziemią. Nasz nowy przyjaciel był tam wysokim urzędnikiem, bardzo poważanym i dość zamożnym. Z racji swojej pozycji umiał rzecz jasna pisać i czytać - co i nam było dane w pewnym stopniu opanować - zliczać rachunki, tworzyć sprawozdania i raporty. Miał także szeroką wiedzę w zakresie prawa, filozofii, heraldyki i administracji.
Trochę żałował, ze przez czterdzieści lat życia nigdy nie nauczył się walczyć, skradać, polować, ani robić czegokolwiek, co mogłoby mu się w tej chwili przydać.
Z tej jego mądrości wypływała jednak pewna korzyść – znał on dokładne położenie stolicy naszego kraju, Hildry, w której to, podobno, miłościwie nam panujący król, właśnie przygotowywał się do wyruszenia z odsieczą, swym zachodnim prowincjom.
Uznaliśmy, że jeżeli możemy gdzieś w tym kraju znaleźć jakiś w miarę bezpieczny kąt, to będzie nim miasto królewskie. A jeśli przypadkiem natrafilibyśmy na armię, wyruszającą by zniszczyć orebskie siły, to nawet tym lepiej, bo i my mielibyśmy jakiś udział w tym wiekopomnym zwycięstwie, które niechybnie nas czekało.
Z początku szło nieźle. Nie natrafiliśmy na żadne ślady armii najeźdźcy, a i szczęście na tyle nam sprzyjało, że mieliśmy co jeść. Gdy jednak dotarliśmy na mniej zamieszkane tereny i w promieniu wielu mil jarzyły się jedynie zwęglone szczątki ofiar cesarstwa, ja i Isais doznaliśmy wstrząsu. Pewnej nocy nasz towarzysz i - jak z chęcią przyznawaliśmy - wręcz przyjaciel, zdradził nas, ograbił i pozostawił na pastwę losu na kompletnym pustkowiu. Odebrał nam nasze wspólne zapasy, pieniądze z Malarantu, które znaleźliśmy wśród niedokładnie przeszukanych trupów, oraz nasze pledy, którymi okrywaliśmy się w nocy. Co najgorsze, zabrał ze sobą również wiedzę jak dotrzeć do Hildry, przez co byliśmy zmuszeni do błądzenia po nieznanych terenach, bez pożywienia, i broni, dzięki której moglibyśmy je zdobyć. Na domiar złego wokoło rozciągały się tylko zarośnięte pola, a od czasu do czasu dało się dojrzeć jakieś pogorzelisko.
Jedynym, z czym nie mieliśmy wtedy problemu, była woda. Niedaleko płynęła niezbyt wielka rzeka, w której woda była na tyle czysta i pozbawiona trupów, że zdecydowaliśmy się z niej pić. Gorzej było z pożywieniem. Żadnych roślin owocowych nie było w promieniu wielu mil, a jak już mówiłem nie mieliśmy niczego, co mogłoby nam służyć za broń do polowania. Ryb w rzece było jak na lekarstwo i nie dawały się łapać.
Po paru dniach – a może i po tygodniu, wszystko jedno – dotarliśmy do jakiejś cudem ocalałej wioski. Leżała przy rzece, wzdłuż której szliśmy i nietrudno było na nią natrafić, tym większe więc było nasze zdziwienie, gdy odkryliśmy, że są w niej żywi mieszkańcy. Ci szczęśliwcy zdychali teraz ze strachu, przed orebskimi maruderami. Bali się do tego stopnia, że widząc nas, zamknęli się w domach i błagali nas o litość w czymś, co przypominało połączenie naszego języka z Orebskim. Brzmiało to dość komicznie, choć nam zupełnie nie było do śmiechu. Próbowaliśmy tłumaczyć im, że jesteśmy dwójką uciekinierów i chcemy jedynie uzupełnić zapasy. Mówiliśmy, że szukamy w miarę bezpiecznego noclegu, jakiegoś dachu nad głową... Nie chcieli nas słuchać. Stwierdzili, że jeśli zaraz nie odejdziemy, to skończymy jak „ten człowiek, co był tu dwa dni temu i też nie chciał sobie pójść”. Dodali, że wisi na drzewie, po drugiej stronie wioski i że możemy go obejrzeć, jeśli mamy jeszcze jakieś wątpliwości.
Gdy doszliśmy do rzeczonego drzewa, ze zdziwieniem odkryliśmy, że zmasakrowany, powykręcany trup, przybity do niego najprzeróżniejszymi ostrymi narzędziami, to nasz dawny przyjaciel, urzędnik z Koru. Stwierdziliśmy, że zasłużył sobie na taki los, choć w głębi duszy wiem, że było inaczej. Żałowaliśmy, że nie ma go z nami.
Pamiętam, że długo trwało przekonanie wieśniaków, aby ponownie nas wysłuchali. Dopiero, gdy przysięgliśmy, że odejdziemy precz, jeśli tylko wskażą nam drogę do stolicy, zgodzili się pomóc. Przyznali, że oni sami tego nie wiedzą, ale jakieś dwie mile od wioski mieszka pewien stary pustelnik, który podobno kiedyś podróżował po świecie i jeśli tylko jeszcze żyje, istnieje możliwość, że nam pomoże.
Pustelnik okazał się życzliwym, żwawym staruszkiem i z chęcią nas przyjął. Jak twierdził, aby dotrzeć do Hildry wystarczy iść wzdłuż pobliskiej rzeki, aż do miejsca, gdzie wpada do Wielkiego Rianu. Nad nim to król ma swoją siedzibę i idąc cały czas na północ, w górę rzeki Rian, powinniśmy dotrzeć do miasta w przeciągu dwóch tygodni.
Ponadto pustelnik udzielił nam noclegu, nie mógł jednak dać nam jedzenia na drogę, gdyż, jak twierdził, sam niewiele go miał. Byliśmy pewni, ze kłamał.
Rankiem weszliśmy do piwnicy i ukradliśmy wszystkie zapasy pustelnika. W końcu należało nam się jakieś porządne jedzenie, po tym wszystkim co przeżyliśmy! Nie było tego wiele, ale po tylu dniach głodówki nie byliśmy wybredni.
Szkoda... szkoda, że pustelnik się obudził i próbował nas zatrzymać. Doszło wtedy do szamotaniny i... to znaczy nie zabiłem go! Tylko ogłuszyłem. Owszem zemdlał, a cios był dość mocny, ale jestem pewien, że żył kiedy wychodziliśmy.
Ale czemu się tłumaczę? Przecież nas zaatakował, mieliśmy prawo się bronić! Każdy by tak zrobił! Każdy! Nie mieliśmy wyjścia! On zawinił, nie chciał nam pomóc! Tak! Jego wcześniejsza pomoc była tylko kpiną! Dał nam złudne poczucie dobra i pewności, a gdy już mu zaufaliśmy, wykpił nas! Odebrał nam nasze marzenia!
Tego samego dnia wróciliśmy do wioski i pogrzebaliśmy Człowieka z Koru. W końcu był naszym przyjacielem.
* * *
Trudno powiedzieć co było gorsze – chmury na niebie, które niczym sól, zaogniały stare rany, czy też te przeklęte dymy poniżej. Nie chciałem patrzeć ani na jedno, ani na drugie, ponownie więc zamknąłem oczy.
Nagle, poczułem na twarzy świeży, wilgotny powiew oraz odległe grzmoty. Wzrokiem podążyłem na wschód, skąd majestatycznie nadchodziła wielka chmura burzowa.
- Być może to nie jest jeszcze koniec... – usłyszałem głos Isais, choć nie do końca wiedziałem, o co jej chodzi – Choć w blasku ognia wszystko wygląda mniej obco...
- Isais? – szepnąłem cicho, niepewnym głosem, przestraszony nagłą zmianą, która nastąpiła w jej zachowaniu.
- Być może to co mówiła jest racją... Może nadchodzi czas, gdy nie będziemy w stanie żyć bez nich... Jak sądzisz, czy mówiła prawdę? Ja widzę teraz tylko dymy, a przecież ogień już nie płonie... Ale być może wkrótce będzie odwrotnie. Nie będzie już dymów, ale ogień wciąż będzie nas trawił.
Patrzyłem przerażony, jak wstaje, podnosi ręce ku górze, kieruje wzrok na mały, ledwie widoczny obłok, po czym mówi drżącym głosem:
- Znów na nas patrzysz, Pani w Szkarłacie! Czy nigdy już nie będziemy w stanie uwolnić się od twego wzroku?! Powietrze jest ciężkie i przyprawia o mdłości, ale twój głos, niczym groźne ostrze, rozcina zasłonę milczenia! Spada na nas wielkość twej łaski i obezwładnia nas swym dostojeństwem! Lecz czego oczekujesz?! Czy żal ci tych, którzy zamiast płonących zgliszczy, zobaczą domy, z wycelowanymi w nie płonącymi strzałami! Co nam dasz, Pani?! Ogólne szczęście dla bratniego narodu i codzienną modlitwę o to, byś nie wydała tego ostatniego rozkazu?
* * *
Tak. Widzieliśmy miasto.
Zrujnowane mury otaczały je, niczym zęby wielkiego potwora morskiego. Jak się potem dowiedzieliśmy, miasto poddało się, dopiero, gdy nie było już żadnych nadziei na zwycięstwo, a mury nie stanowiły już żadnej ochrony.
Oblężenie trwało trzy tygodnie. Jakieś dwa dni wcześniej król został otruty i zmarł w męczarniach.
Nie poprowadził swej wielkiej armii do zwycięstwa. Królewscy urzędnicy zdołali zgromadzić jedynie kilkutysięczne wojsko, które została całkowicie wymordowane we własnych łóżkach, w wyniku zdrady jednego z najwierniejszych sprzymierzeńców królestwa.
Nasza flota rozbiła się o nasze własne klify, gdy wielki huragan, nadpłynął z zachodu, nie wyrządzając przy tym żadnej szkody statkom Orebu.
W chwili, gdy przybyliśmy do miasta, Królestwo Esberu już nie istniało.
Na jego miejscu powstała Prowincja Wschodnia Cesarstwa Orebskiego, z siedzibą władz w Mieście Cesarskim Hildra.
Cóż, spotkał nas zaszczyt. Prowincja Wschodnia obejmowała wszystkie tereny, podbite przez Oreb w przeciągu ostatnich sześciu miesięcy, nie zaś tylko nasze własne nieszczęsne państewko. Ponadto Namiestnikiem Prowincji została nie kto inny, jak Khirhe Arenhaer, prawa ręka cesarza, do niedawna pełniąca funkcję Namiestnika Portu Egro, drugiego pod względem znaczenia miasta Orebu, przewyższającego wielkością i świetnością naszą byłą stolicę co najmniej pięciokrotnie.
To wszystko, jak zapewniała nasza Namiestnik - Pani w Szkarłacie – powinno wystarczyć nam jako dowód na to, jak bardzo zależy Cesarstwu na naszym bezpieczeństwie i jakim szacunkiem darzy nas Cesarz, mimo iż walczyliśmy przeciw niemu i ponieśliśmy klęskę.
Gdy to mówiła, stała na podwyższeniu, na głównym rynku, sama, bez ochrony, której obecność nakazywałby chociażby zdrowy rozsądek. Z drugiej strony, podobno była czarownicą – i to niezwykle potężną. Być może to tylko plotki, ale czasem i one wystarczą, by ostudzić zapał potencjalnych zabójców.
W dole, na placu stało grubo ponad dziesięć tysięcy ludzi – ocalali mieszkańcy miasta, oraz uciekinierzy, tacy jak ja i Isais. Gdy słuchali przemowy nowej władczyni ich twarze wyrażały zaskoczenie, takie, jakie nawiedza tych, którzy sądzili, że nic już ich nie jest w stanie zdziwić.
Przemowa była długa, w języku Esberskim i nie będę jej tu całej przytaczał. Przekażę wam tylko najważniejsze, swoistą esencję.
- Ludu Esberu! Esberczycy, bracia nasi! Biedni, otumanieni, przez rządnych władzy tyranów! Jaką tragedię na siebie zesłaliście! Tak, tak, to nie my jesteśmy winni tej wojnie, choć wy, prości, biedni ludzie, nie zdajecie sobie pewnie z tego sprawy! Cesarz nigdy nie pragnął z wami walczyć! Bracia! Tysiące lat temu ramię w ramię nasze dwa narody zeszły z wielkich gór na północy i wędrowały przez niegościnne równiny, aż w końcu, rozdzieliły się w ogólnej przyjaźni i podążyły własnymi drogami! To wy, a raczej wasz podstępny władca, zniszczył tę odwieczną jedność i przyjaźń, zniszczył ją swym tchórzliwym atakiem! Tak – dodała widząc, jak pomruk konsternacji i oburzenia rozchodzi się wśród zgromadzonej na placu ludności – tak, nie zdawaliście sobie z tego sprawy. Oczywiście, winicie nas, za co nie możemy mieć do was pretensji. Wasz władca ukrył przed wszystkimi, swój haniebny postępek. A tych, którzy coś wiedzieli – zabił. Oczywiście, król nie musi się nikomu tłumaczyć ze swoich poczynań. Na tym polega rola władcy, sam musi decydować. Lecz spójrzcie, czym skończyła się jego głupia rządzą władzy i mordu! Doszło do bratobójczej wojny pomiędzy naszymi, tak niegdyś bliskimi sobie narodami! Polała się bratnia krew, a my znaleźliśmy się, w gruncie rzeczy w podobnej sytuacji co wy, Esberczycy! Broniliśmy własnego kraju, własnej niepodległości, a wy bez wątpienia sądziliście, że to właśnie wy jesteście w sytuacji obrońców! Oto, do czego doprowadziły machinacje tej gnidy, która niegodna była rządzić narodem Esberu! – zakończyła na chwilę by napić się wody ze szklanki. W tym momencie zauważyłem, że wśród tłumu przechadzają się jakieś niezidentyfikowane postacie i szepczą coś do osób z tłumu. Najwyraźniej to oni pilnowali, aby wszyscy zrozumieli wszystko, tak jak powinni zrozumieć. – Co więcej! – zawołała chwilę później – Ten, który was zdradził, nie był nawet pełnej krwi Esberczykiem! Nie wywodził się z naszego ludu! Jego matka, o czym z pewnością wiecie, pochodziła z piekielnego południa! Zaś pradziad – ze strony ojca – urodził się w jednym ze wschodnich, zbójeckich królestw! Nie dziwota więc, iż nie martwił się on wami, drodzy Esberczycy, gdyż nawet nie był jednym z was! Pragnął zaspokoić swoje żądzę, swe piekielne pragnienia, odziedziczone po swoich diabelskich przodkach! Tak więc, wyświadczyliśmy wam przysługę! Będziecie od teraz chronieni, przez potężnych, oddanych wam przyjaciół, będziecie pod opieką samego Cesarza, pełnej krwi Orebianina i Esberczyka! Będzie wam się żyło lepiej i choć z początku będzie trudno, to wkrótce odbudujecie swój kraj i z naszą pomocą przywrócicie mu świetność, naszą zaś wzmocnicie, bo zawsze będziemy już razem, dwa bratnie narody, Esber i Oreb, na całą wieczność złączone w wielkim, serdecznym uścisku!
Rozległy się nieśmiałe wiwaty. Nie wiem czy był to efekt faktycznego entuzjazmu, czy raczej wpływ stojących nieopodal żołnierzy. Jestem jednak pewien, że po dwóch godzinach tego typu przemowy, spora część ludzi uwierzyła Szkarłatnej Pani Gubernator. Ja nie. Trochę za wiele przeżyłem, trochę za wiele widziałem, aby takie tłumaczenia miały dla mnie jakiekolwiek znaczenie.
Isais odebrała to przemówienie jeszcze gorzej. Widziałem jak się zachowywała, jak nerwowo zaciskała ręce i gryzła wargi. Bałem się, że nie zapanuje nad sobą, że zacznie krzyczeć, że to kłamstwa i tak dalej. Dlatego zabrałem ją z stamtąd jak najszybciej.
Gdy przepychaliśmy się przez tłum słyszeliśmy jeszcze końcową część przemówienia – o tym, że Esber musi być wierny cesarzowi, że musi go wspomagać i być bezwzględnie posłuszny. Bo takie właśnie są warunki przyjaźni.
Nazajutrz, wymknęliśmy się z miasta i udaliśmy się w stronę wschodnich zbójeckich królestw.
* * *
Isais płakała, a ja próbowałem ją pocieszać, choć sam nie wiedziałem jak. Chciałem, jak ona, zapłakać, ale już nie potrafiłem. Nie czułem nawet smutku.
Chmury burzowe zupełnie już zakryły niebo, zaczął padać deszcz. Nie ruszyliśmy się z miejsca, choć powinniśmy.
Powinniśmy śpieszyć się do granicy ze wschodnimi zbójeckimi królestwami, żeby nasi przyjaciele nie zobaczyli, że uciekamy.
Nie chcemy ich martwić.