Oczy
„Oczy... te oczy... niesamowite oczy wpatrzone, gdzieś w dal. Tajemnicze... niby puste, a zarazem pełne, tylko jakby za ścianą... wpatrzone w dal... w bezkres istnienia... Nienawidzę tych oczu, więc dlaczego nie mogę od nich oderwać wzroku? Bogowie, za co pokaraliście mnie Jego oczami? Nienawidzę Was za to... i... wychwalam ponad wszystko... Ciemności... Światłości... Co w nich jest?!”
Szedł powoli przez pokój. Oddychał słabo, a zarazem tak jakby każdy oddech miał być jego ostatnim.
Stanął.
Spojrzał w lustro w złotej oprawie zdobionej perłami. Lubił to lustro, lecz nienawidził tego, co w nim oglądał. Twarz... twarz poznaczona bliznami i te oczy... puste oczy pełne kłamstw i... nienawiści.
„Dlaczego ich widok Ją uspokaja? Bogowie, co Ona w nich widzi? Tyle osób... tyle osób znajduje w nich jedynie mrok, a Ona... Ona w nie patrzy bez strachu... z uśmiechem na twarzy... Bogowie, dlaczego Ona, a nie On...? Dlaczego?!”
Patrzył... wciąż patrzył. Wiatr szalał za oknem, szare chmury przysłoniły słońce. Cisza... jedynie cisza i wiatr... wiatr, który teraz już był elementem tej ciszy... Nienawidził tej ciszy... Chciał słyszeć Jego oddech, nie Jej! Chciał czuć Jego dotyk... A to Ona wciąż dotykała jego kark.
Dwa!
Był chłodny wieczór. Taki, w który tylko cień czasem przemykał po ścianach budynków, zaś wszyscy normalni ludzie grzali się przy kominku w swoich domach.
Starość dawała mu się we znaki.
Zakaszlał.
Odpowiedziała mu cisza i chłodny powiew. Chwilę później zaczęło padać. Najpierw słaby deszcz, a potem... potem jak zawsze w jesienne wieczory.
Znów zakaszlał i upadł na ulicę. Ostatnie, co zobaczył nim mrok przysłonił mu oczy były: światło... chyba latarni i przerażona twarz postaci z batem.
Trzy!
Leżał w ciepłym łóżku. Wszędzie było biało. Cały obolały wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w kobietę w śnieżnobiałym fartuchu. Za nią stał mężczyzna w brązowym kaftanie. Miał przerażony wyraz twarzy, w dłoni przesadnie silno ściskał rączkę bata.
- Witamy w świecie żywych. Już niewiele panu brakowało – była naprawdę ładna i miała piękny melodyjny głos – Na szczęście pan De Krukle kazał pana od razu przetransportować do szpitala.
Jednak on nie słuchał. Wpatrywał się teraz w kobietę i mężczyznę, których nikt zdawał się nie zauważać.
- Już czas, przyjacielu – przemówił kobieta wpatrując się śmiejącymi oczami w poszkodowanego. Odpowiedział jej wściekłym spojrzeniem. Nienawidził tych oczu. Nienawidził jej.
„Znowu ona! Dlaczego? Dlaczego?!”
- Przykro mi. To koniec – rzekł mężczyzna twardym głosem. Te oczy... Kochał te oczy, tylko czemu one patrzyły na niego z żalem i... z wyrzutem?
- Koniec – kobieta przytaknęła i wyciągnęła nić i nożyce. Mężczyzna złapał jeden jej koniec, zaś ona drugi.
Jedno kłucie bólu i... ten jeden błysk razem ze słabym uśmiechem. To ostatnie, co zobaczył w oczach ukochanego nim otoczył go całkowity mrok.
Nic...
„Zatem to dlatego Ona tak kochała patrzeć w moje oczy... Widziała w nich ten śmiertelny spokój, w którym się pogrążyłem w oczekiwaniu na jeden Jego uśmiech...”