Opowiadania prawie zwyczajne IV
W którym zwiedzamy strych państwa Griffinów
Eleonora uchyliła skrzypiące drzwi i wszyscy czworo znaleźli się w innym świecie: pełnym kurzu, gratów, postrzępionych pajęczyn i poplamionych pokrowców na meble. Do zabałaganionego pomieszczenia docierała odrobinka światła, docierająca tam nieśmiałą, wąską smugą przez czarne od brudu, okrągłe okienko.
- Wiesz, że tu mieszkają leguminy? – zapytał Eleonorę Goblin.
Wraz z Jednorożcem usłyszał on kiedyś, jak dzieci wołają „tylko nie legumina, mamo, nie, już będziemy grzeczni”. Pani Griffin chciała bowiem ukarać dzieci za ich zachowanie utratą ulubionego deseru (Eryk i Luiza przywiązali za ogon zdechłego szczura do dzwonka u drzwi sąsiadki). Goblin natychmiast uznał, że leguminy to jakieś straszliwe stwory, których boją się nawet niegrzeczne dzieci, i że, oczywiście, te stwory mieszkają na strychu.
- Goblinie, uspokój się – skarciła go Eleonora. – Dobrze wiesz, że nie ma żadnych leguminów, to wytwór twojej wyobraźni.
Goblin mruknął pod nosem coś, co brzmiało jak „zobaczymy, co powiecie, jak przyjdą i was zjedzą, no, ale ja ostrzegałem”, po czym wyciągnął z kąta za połamanym kredensem wyblakłą, okropną miotełkę do kurzu.
- Jaki piękny pióropusz! – zawołał. – właśnie czegoś takiego szukałem do ozdobienia mojego kąta! Mogę go sobie zabrać?
Eleonora pozwoliła Goblinowi zabrać starą miotełkę, pod warunkiem, że nie będzie nią rozsiewał kurzu. Bardzo się ucieszył.
Strych prezentował stan bałaganu doskonałego, coś w rodzaju zjawiska, jakie obserwujemy po przejściu tajfunu. Kufry, szafy i skrzynie stały na samym srodku pomieszczenia, a pod ścianami walały się śmieci. Stare buty tworzyły malownicze kłęby wraz z próbkami metali pana Griffina i kurzem, poowijane w pieluszki Eryka i Luizy. W ścianach było kilka dziur zasnutych pajęczyną. Jednorożec podszedł ostrożnie do jednej i obejrzał ją z zaciekawieniem.
- To otwór, przez który wyrzucano zdrajców – powiedział i wszedł do środka (gdyż dziura była wystarczająco duża).
- Jednorożcu! – zawołał Duch Śledzia. – Och, chodźcie tu szybko! Mosiężny Jednorożec się zabił!
Na dźwięk tego rozpaczliwego wołania Eleonora i Goblin zza Gobelinu przybiegli, każde z innego końca strychu.
- Co się stało? – spytała rzeczowo Eleonora. Duch Śledzia niemrawo pokręcił głową i chlipnął.
- Ojejejej! – wykrzyknął Goblin. – jakie to smutne!
- Co jest smutne? – spytał Jednorożec, wychodząc z dziury z małą, zieloną książeczką w pysku. Należy tu dodać, że był on całkiem sporym mosiężnym jednorożcem – Goblin wyglądał przy nim jak człowiek przy prawdziwym koniu – dlatego śmiało mógł trzymać książeczkę w pysku.
- Ojej! – wykrzyknął przerażony Goblin i schował się za spódnicą Eleonory.
- Patrzcie, co znalazłem, poczytać wam?
Eleonora, wzruszywszy ramionami, poszła w inną część strychu, aby sprzątać, co w końcu należało do jej obowiązków, a Jednorożec otworzył książkę i zaczął czytać.
- „Poznanie Howarda było najbardziej niesamowitą rzeczą w moim życiu… Pociągało mnie to, co mówił – było takie niezrozumiałe…” – tu przerwał i dodał od siebie: - Pewnie usta miał wypchane ciastem.
- Co? – zapytał Duch Śledzia. – Jakim znów ciastem?
- Normalnym – odparł Jednorożec. – Było niezrozumiałe, bo w gębie miał pełno ciasta!
- Jednorożcu, nie mówi się „w gębie!” – zawołała Eleonora. Nie było jej widać, ale głos niósł się doskonale.
Mosiężny Jednorożec westchnął.
- Za dużo przebywa z dziećmi. Dobra, czytam dalej. „Był skryty i tajemniczy…”
Goblin zaczął się trząść.
- Nie jestem ciekawy zakończenia. Na pewno zjadły ich leguminy.
Jednorożec zamknął książkę, powiedział „nie to nie” i podszedł do komody. Goblin podreptał za nim, obrzuciwszy książkę podejrzliwym spojrzeniem, jakby ze środka miał wyskoczyć wściekły legumin.
Jednorożec pociągnął mocno za gałkę i otworzył szufladę. Potem wskoczył do niej i wytaszczył metalową miskę pełną kółek od kluczy.
- Jakie śliczne – westchnął, zakładając sobie na róg tombakowe kółko. – Przepiękne bransolety, prawda, Goblinie?
Goblin przytaknął, zajęty oglądaniem napisu na misce.
- Tu pisze „legumina” – pospieszył z pomocą Jednorożec, nawlekając na róg kolejne kółko.
Nie powinien był tego mówić. Goblin pisnął i wskoczył pod komodę.
- Legumin, legumin! A nie mówiłem, że tu są?
- Po pierwsze – zaczął Jednorożec, wyciągając go za gumkę od spodni – nie „legumin”, tylko „legumina”…
- To jego żona! – zawył Goblin przeraźliwym dyszkantem. – Zjada gobliny!
I trzepnął Jednorożca miotełką, którą kurczowo ściskał w prawej ręce.
- O, to było paskudne! – oburzył się Jednorożec. – Nie zgadzam się więcej na takie numery! Jeżeli masz mnie okładać, kiedy próbuję cię wyciągnąć spod komody, gdzie mieszkają pająki, to…
Goblin wyskoczył błyskawicznie spod komody, jakby ktoś wetknął mu za pasek płonący wiecheć słomy, kopnął w kilka gratów złożonych na jeden stosik i już go nie było.
W tym czasie Eleonora układała stare książki, pamiętniki i tym podobne szpargały na jeden stolik, uginający się pod ich ciężarem, by potem poustawiać je porządnie na półkach. Lubiła wykonywać swoją robotę porządnie, i jeżeli już za coś się zabierała, można było mieć pewność, że zostanie to zrobione solidnie i do końca. Nagle zderzył się z nią czołowo rozpędzony Goblin. Dziewczyna straciła równowagę i naręcze książek, które właśnie miała zamiar posegregować, z hukiem zleciało na podłogę, wybijając dziurę w deskach.
- Ojejejej! – zmartwił się Goblin, pociągnął nosem i spojrzał na Eleonorę przepraszająco. – Ależ mi wstyd!
- Powinno ci być – zgromiła go, tym razem bez litości. – I co ja teraz zrobię?
Zwabieni hukiem Mosiężny Jednorożec i Duch Śledzia znaleźli się tuż obok dziury.
- Ogromna – oszacował Duch. – Tych książek było mnóstwo, prawda?
- Czy byłbyś tak uprzejmy, żeby sfrunąć tam i rozejrzeć się? – spytała Eleonora, zastanawiając się, jakie pomieszczenie właśnie połączyli ze strychem.
Duch Śledzia spłynął na dół dziurą (ponieważ nie za dobrze wychodziło mu przenikanie przez ściany) i po chwili wrócił, mówiąc:
- Nic tam nie widać, jest strasznie ciemno.
Goblin z zakłopotaniem rozejrzał się dookoła, po czym pobiegł na dół (było słychać, jak potknął się na schodach i przekoziołkował na półpiętro).
- Dziwne – rzekła z zastanowieniem w głosie Eleonora. – O ile wiem, nie me w naszym domu całkowicie ciemnych pokoi, a schowek na narzędzia jest całkiem gdzie indziej.
- Może książki wpadły aż do piwnicy? – podsunął Jednorożec.
- O rety! – przeraził się Goblin słysząc, jak wielkie mogą być szkody, które spowodował. Stał właśnie w drzwiach strychu ze świecą i mało brakowało, a padłby do tyłu i znów zleciał ze schodów.
- E, chyba nie jest aż tak źle – starała się uspokoić go Eleonora. – Gdyby książki spadły do piwnicy, huk byłby o wiele większy.
Delikatnie wyjęła świecę z rąk rozdygotanego Goblina i zbliżyła się do otworu w podłodze. Poświeciła tu i tam, ale nie ujrzeli niczego.
- Trudno; zejdę tam – rzekła.
- Och, Eleonoro! Nie boisz się? – z podziwem zapytał Duch Śledzia. Choć był duchem, nieźle się przestraszył, będąc samotnie w ciemnym pokoju.
- A skądże, ja się nie boję! – zawołał głośno Jednorożec i z okrzykiem „do boju!” wskoczył w dziurę. Wszyscy zamarli w bezruchu, oczekując na straszliwy łomot, ale do ich uszu dotarło tylko ciche stuknięcie.
- On jest szalony! – powiedziała Eleonora i (z Goblinem w kieszeni) zsunęła się w dół.