Opowiadania prawie zwyczajne V
W którym schodzi się do dziwacznego pomieszczenia
Goblin ostrożnie wychylił nos z ogromnej kieszeni z przodu fartucha Eleonory. Wcale nie miał ochoty tu złazić, ale nie chciał przy wszystkich okazać się tchórzem. A poza tym zostanie samemu na strychu to też żadna przyjemność.
Lądowanie było zadziwiająco miękkie, opadli bowiem na coś, co okazało się wielkim stosem worków, wypełnionych, zdaje się, ubraniami.
Eleonora zapaliła świecę, którą wolała przezornie zgasić przed skokiem.
Spod szarego, płóciennego wora wygrzebał się Jednorożec. Stanął na szczycie stosu i popatrzył w górę, gdzie jaśniał mdłym blaskiem otwór w podłodze strychu (czyli w suficie pomieszczenia, gdzie się znajdowali). Z otworu spłynął po chwili Duch Śledzia, otoczony sinawą poświatą.
Eleonora ze świecą w ręku obchodziła pomieszczenie, które okazało się być całkiem spore. Na jego wyposażenie składały się głównie: kurz, połamane deski, pajęczyny, strzępy koców i brudnoszare coś, co po oświeceniu okazało się być kaszmirowym dywanem, niegdyś jasnoczerwonym. Pod jedną ze ścian wisiało brudne, upstrzone lustro w srebrnej ramie. Jego powierzchnia była dziwnie pożółkła.
Lustro strasznie ciągnęło Mosiężnego Jednorożca, który stanął przed nim i gapił się usilnie w powierzchnię, która już od dawna nie była w stanie niczego odbić.
Dziwaczny pokój nie miał żadnych drzwi ani okna, dlatego też panowała w nim absolutna ciemność. Jednak w zaśniedziałym, małym uchwycie na ścianie znajdowała się mała lampka, wypełniona zielonkawym płynem. Gdy Eleonora zapaliła ją od świecy, lampka zaczęła kopcić i wydawać nieprzyjemny, gryzący zapach.
- Fuj! Ależ śmierdzi! – zakrzyknął Goblin, zatykając oburącz nos (jego nos był dosyć spory, jak to u goblinów bywa). – Trzeba by zrobić tu porządek.
- To pomieszczenie jest przerażające – półgłosem medytował Duch Śledzia. – Mniemam, że powinno być nawiedzane przez jakiegoś groźnego ducha.
Powiedział to bardzo wyraźnie i powoli, a potem przez chwilę oczekiwał w pełnym napięcia milczeniu. Żaden duch się jednak nie pojawił. Odczekał więc jeszcze chwilę i ruszył na wyprawę po pokoju, zastanawiając się, co by było, gdyby się tu wprowadził.
- Musiałbym nauczyć się przenikania – zauważył ze smutkiem ni to do siebie, ni do innych. – bo tą dziurę na pewno załatają, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.
Przerwały mu jednak głośne śmiechy. Okazało się, że Eleonora znalazła jakąś szmatę i wytarła nią powierzchnię lustra, w którym się teraz w trójkę przeglądali.
- Goblin ma nos jak parówka! – zanosił się Jednorożec. – Parówkonosy, parówkonosy! Eleonoro, wyglądasz jak upiór! Chi chi!
- A ty jak jamnik – odcięła się dziewczyna, robiąc miny do lustra.
- Tak, naprawdę, bardzo śmieszne - burknął na nią Jednorożec.
Duch przejrzał się w lustrze, które nie do poznania wykrzywiło jego pyszczek. Niestety, nie wyglądał przez to ani odrobinę mniej śledziowato.
- Ech – westchnął zawiedziony – Piękny to ja nie jestem. Nawet na odbiciu w tym śmiesznym lustrze.
- Duchu! – wykrzyknął Mosiężny Jednorożec, zapominając, że się obraził. – Ty odbijasz się w lustrze?!
Duch Śledzia dopiero po chwili pojął, co Jednorożec ma na myśli.
- Ratunku! – wrzasnął, dając nura w stos worków. Po chwili dobiegł stamtąd roztrzęsiony głos…
- Z-za tym lu-lustrem jest DUCH!!!
Eleonora popukała w ramę lustra. Żaden duch nie wyszedł. Następnie zdjęła (z lekkim trudem) zwierciadło ze ściany i odwróciła je.
- Żadnego ducha tu nie ma! Możesz wyjść!
Duch, nieco speszony swym postępkiem, wylazł spomiędzy szmat i rzekł:
- Nie powinienem był odbijać się w lustrze. Zdaje mi się, że coś tu jest nie tak.
Goblin zza Gobelinu zdecydowanie był tego samego zdania. W ogóle nie lubił strasznych miejsc, zakurzonych kątów pełnych dzikich pająków i ciemności. No i bał się duchów (Duch Śledzia był wyjątkiem – raczej nie należał do przerażających zjaw).
- Chodźmy stąd – powiedział szybko, siląc się na spokój.
Eleonora zaśmiała się, wieszając lustro z powrotem na ścianę.
- Nie masz się czego bać, Goblinie – zapewniła go ciepło. – Przecież ja jestem z tobą.
- Jesteś duża i silna – przyznał Goblin – ale na duchy i zjawy być może to nie wystarcza.
- O tak, z pewnością zaraz skądś wyskoczą leguminy! – zakpił Jednorożec. Goblin tak się tym przeraził, że musiał aż sześć razy pociągnąć nosem.
- Nie pociągaj! – wrzasnął Duch Śledzia, który poczuł właśnie ból głowy po raz pierwszy od chwili, kiedy stał się duchem.
- Przepraszam, już nie będę – zawstydził się Goblin.
W tym czasie Jednorożcowi udało się otworzyć jeden z worków. Wysypało się z niego mnóstwo szklanych kulek, na których Jednorożec o mało się nie rozjechał. Na szczęście udało mu się utrzymać równowagę i po chwili wyjął z worka kolejne przedmioty: sfilcowany kapelusz z zielonymi piórami, wypchanego węża w żółto – białe pasy („Czy on aby na pewno nie jest żywy?” spytał przezornie Goblin) i bardzo mały, srebrny kluczyk.
- Ciekawe, do czego to klucz – powiedział, oglądając go ze wszystkich stron.
W tej samej chwili zgasła lampka i znaleźli się w całkowitej ciemności.
- Aj! – stęknął Goblin, kiedy Jednorożec nadepnął mu na stopę.
- Na dworze chyba pada – zauważyła Eleonora. – Musi w każdym razie być całkiem ciemno, bo przez tą przeklętą dziurę nie wpada ani odrobina światła! I co teraz?
Z ponurymi minami usiedli na workach. Jedyne, co było teraz widać, to słabe światło bijące od Ducha Śledzia; za słabe, żeby cokolwiek dało.
- Ale będzie ubaw, jak wrócą Griffinowie – rzekła Eleonora, zdenerwowana do granic możliwości. – Pomyślą sobie, że ukradłam bezczelnie ich mosiężnego jednorożca i uciekłam, a ja tu będę umierać z głodu!
Duch pewnie mógłby wyfrunąć przez dziurę w suficie, ale na razie nie chciał opuszczać pozostałych; przy odrobinie światła wszyscy pewnie jakoś by się wygramolili, ale teraz nawet świeca się wypaliła.
- Ha – westchnął Goblin. – Ciekawe, czy po śmierci stałbym się duchem goblina.
- Och, to by było wspaniałe! – zakrzyknął Duch Śledzia. – Zawsze marzyłem o drugim duchu do towarzystwa!
Goblin jednak nie był tym tak rozentuzjazmowany.
- To dziwne – zastanowił się Duch Śledzia. – Przecież w zasadzie powiedziałem mu komplement.
Jednorożec łaził tam i z powrotem, w ciemnościach rozlegał się stukot mosiężnych kopytek. Nagle ten odgłos umilkł i usłyszeli głośne „hura!”.
Mosiężny Jednorożec podskakiwał hałaśliwie i starał dosięgnąć dziurki od klucza, umieszczonej za nieco odsuniętą od ściany szafą. Eleonora przesunęła ciężki mebel i włożyła klucz do dziurki. Pasował jak ulał, choć dziurka zapchana była kłębkiem kurzu i kłaków, który wypadł do pomieszczenia po przeciwnej stronie drzwi. W końcu otworzyli skrzypiące hałaśliwie drzwi i znaleźli się w schowku na stare zabawki. Drzwi były od tej strony we wnęce ściennej, przysłonięte ciężką, purpurową draperią.
Weszli do salonu tuż przed państwem Griffinami – Jednorożec i Duch pomknęli do szafki.
- Eleonoro, jesteś strasznie brudna – rzekła z dezaprobatą pani Griffin.