Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Opowiadania prawie zwyczajne VII

iris ·

Opowiadanie siódme
W którym do drzwi państwa Griffinów puka pan Banialuk

Eleonora, jak zwykle, wstała najwcześniej ze wszystkich. Pościeliła schludnie łóżko i poszła umyć się do małej łazienki, z której zazwyczaj korzystała. Po chwili jednak, gdy stwierdziła iż Griffinowie w dalszym ciągu są głęboko uśpieni, zeszła po schodach na dół i skorzystała z ciepłej kąpieli w zasadniczej łazience, przeznaczonej dla pozostałych mieszkańców domu.
Odświeżona i rozbudzona, zawinęła na głowie biały, szorstki ręcznik, po czym zabrała się za przygotowanie śniadania.
Godzinę później wszyscy byli już na nogach. Pan Griffin pochłaniał jajecznicę w zastraszającym tempie i, z nosem utkwionym w gazecie „Metalurgia na co dzień”, usiłował trafić do ust okrągłą bułeczką. Jak zwykle rozlał łokciem kawę, na co pani Griffin zareagowała głębokim westchnięciem i, rzecz jasna, zawołaniem Eleonory.
Pan Griffin spieszył się bowiem do pracy i nie mógł po sobie posprzątać.
Kiedy magometalurg sznurował buty, poganiany przez żonę i dzieci okrzykami „spóźnisz się, spóźnisz się!”, do drzwi nagle ktoś zapukał, a chwilę później otworzyły się one ze skrzypieniem, trafiając nieszczęsnego pana Griffina w nos.
- O rety, przepraszam! – wykrzyknął niespodziewany gość, pomagając wstać ofierze wypadku. – Nie miałem pojęcia.
Cała czwórka Griffinów podejrzliwie lustrowała go wzrokiem. Nieznajomy wyglądał na obszarpanego akwizytora, z podniszczoną, skórzaną walizeczką pod pachą. Na nosie miał grube okulary w topornej, drucianej oprawie, a jego radosne, rumiane oblicze okalała wspaniała, postrzępiona i rozczochrana siwa broda.
Garnitur tego dziwacznego człowieka, tabaczkowej barwy w niekształtny, plamisty wzorek, był mocno przetarty na łokciach, co nie uszło uwadze pani Griffin. Odpowiednio do oszacowanego stanu majątkowego gościa dobrała ton swych słów.
- Czego sobie… pan życzy?
Nieznajomy rozpromienił się i wyciągnął przed siebie teczkę, z niejakim trudem otwierając zardzewiały zamek. Z teczki wypadło kilka pudełek, które potoczyły się po podłodze. Nie zważając na pełne dezaprobaty miny Griffinów, siwobrody mężczyzna rzucił się na ziemię, by pozbierać upuszczone przedmioty.
- Mam przyjemność przedstawić się państwu – zaczął swą dziwną przemowę, gdy tylko uporał się z pudełkami. – Jestem sprzedawcą nastrojów…
- Bzdura! – wrzasnął pan Griffin, opluwając przy tym zaskoczonego nieznajomego. Był w fatalnym humorze, powinien bowiem znajdować się już w swoim instytucie w cichym, przyjemnym towarzystwie stopów, rud i swych znajomych czarodziejów. – Nie ma czegoś takiego, jak sprzedawca nastrojów! Nastrojów nie można sprzedać, jasne?
Obcy nie wydawał się być specjalnie przekonany co do tego. Tonem rodzica upominającego niegrzeczne dziecko, rzekł:
- Przydałoby się panu trochę spokoju. Mam coś w sam raz dla takich, jak pan. A co do pani – spojrzał na kobietę stojącą przed nim z wrogim wyrazem twarzy – uśmiechnięta mina na pewno by nie zaszkodziła.
Tego już było za wiele. Pani Griffin spąsowiała i spuchła na twarzy, upodabniając się do wielkiego, bardzo brzydkiego balonu, a jej małżonek skoczył i zatrzasnął z hukiem drzwi.
Nieszczęsny sprzedawca nastrojów westchnął i, człapiąc podniszczonymi butami, powlókł się dalej.
Całe zajście nie uszło uwadze Eleonory, która akurat odkurzała meble w pokoju na piętrze, skąd rozciągał się wcale niezły widok na okolice drzwi frontowych. Nawet, jeśli coś mogło ujść jej bystremu wzrokowi, nadrobiła to dokładnym usłyszeniem każdego słowa.
Eleonora uwielbiała bajki, baśnie, niesamowitości i magię. Oczywiście nie taka, jaką zajmował się pan Griffin, polegającą na nieustannym ślęczeniu w pracy i kłóceniu się z innymi magami. Zresztą takich upodobań można się spodziewać po osobie zaznajomionej z goblinem, żywą figurką jednorożca i duchem śledzia.
Na dźwięk słów „sprzedawca nastrojów” Eleonora porzuciła miotełkę do kurzu i z tupotem zbiegła po schodach. Z okna dostrzegła, jak nieznajomy gość okrąża dom i miała nadzieję, że dogoni go przy drzwiach kuchennych.
Sprzedawca nastrojów właśnie rozmyślał nad przyczyną niepowodzenia, jakie spotkało go w domu, który odwiedził przed chwilą, i o wielu innych niepowodzeniach, jakich tego dnia doznał. Nikt nie chciał kupować jego towaru. Wszyscy mieli go za nieszkodliwego, choć denerwującego dziwaka, naprzykrzającego się, komu popadnie.
Gdy mijał odrapane tylne wejście eleganckiego domu, coś na kształt ucieleśnionego pioruna z rozwianą grzywą wpadło na niego, nieomal zbijając z nóg.
- Oj, przepraszam bardzo – odezwał się piorun, wstając z ziemi. – Strasznie się bałam, że pan pójdzie, zanim dobiegnę do drzwi.
- No, jak widać, niepotrzebnie – odburknął, nieco zły, że traktuje się go w ten sposób. – Ale na przyszłość, moja panno, zapamiętaj sobie jedno: ja nie jestem od tego, by na mnie wpadać i zbijać z nóg. Musisz znaleźć inną zabawę.
- Przecież nie przewróciłam pana – przewrotnie uśmiechnął się piorun. – Strasznie ciekawią mnie pańskie towary: nigdy wcześniej nie widziałam sprzedawcy nastrojów. To musi być fascynujące.
Na te słowa, wypowiedziane z całą szczerością, nieznajomy aż pokraśniał z zadowolenia. Podrapał się po brodzie i, otwierając swą teczkę, rzekł:
- Cóż, chyba mogę poświęcić ci chwilkę. Jestem człowiekiem zajętym, ale znajdę odrobinę czasu.
Wyciągnął z teczki kolorowe pudełko.
- Proszę, spójrz, młoda damo. To radość.
- Jestem Eleonora – rzekła Eleonora (gdyż była to ona). – A pan jak się nazywa?
Nieznajomy zawahał się.
- Cóż, jakby to powiedzieć…
- No, proszę, jestem taka ciekawa!
- Pan Banialuk.
- Pan Banialuk? – wykrzyknęła za śmiechem. – Tak, jak ten z wierszyka dla dzieci:
Pan Banialuk siedział w wannie
Wrzeszcząc na potwora złego
Że mu jeszcze łeb oberwie
Albo może co innego?
- Właśnie tak, jak ten – skrzywił się pan Banialuk. – To nie moja wina, że mam tak głupie imię – dodał tonem usprawiedliwienia.
- Ależ ono wcale nie jest głupie! – pospieszyła z zapewnieniem Eleonora, zawstydzona, iż sprawiła przykrość sprzedawcy nastrojów. – Uważam, że jest bardzo odpowiednie dla kogoś o takim jak pański zawodzie.
- Naprawdę? – rozchmurzył się, jednak zaraz sposępniał z powrotem. – Ale nikt nie chce kupować moich towarów.
- Ludzie po prostu nie mają wyobraźni. Gdyby zrozumieli, jak dziwny może byś świat, z pewnością potraktowaliby poważniej sprzedawcę nastrojów.
- O tak, świat jest dziwny – przyznał pan Banialuk. – I całkiem sporo tu rozmaitych cudacznych stworzeń. Na przykład kiedy byłem mały, przyjaźniłem się z pewnym goblinem… oczywiści nikt nie chciał mi uwierzyć, ale to była prawda – zerknął na Eleonorę, jakby spodziewał się, że spróbuje zaprzeczyć jego słowom. Ona jednak otworzyła jedno z pudełek i, oglądając kolorowe pigułki, cicho odparła:
- Tak, to najprawdziwsza prawda.
Pan Banialuk uśmiechnął się szeroko i pospieszył z objaśnieniami.
- Właściwie mój towar to nie tyle nastroje, co przemijające zmiany charakteru, ale, rozumiesz przecież, to za długa nazwa. Choć są tu tak proste rzeczy, jak „radość” czy „melancholia”, o w tym pudełku, które trzymasz, to posiadam też bardziej skomplikowane cechy: „wierność” czy „odwagę”.
- Pan mówi poważnie? Mogę zobaczyć? – rzuciła szybko Eleonora, której przyszedł do głowy pewien pomysł.
Podał jej maleńki słoiczek, w którym znajdowało się kilkanaście dużych, różnokolorowych tabletek. Na każdej czarne literki tworzyły nazwę cechy, na jaką pigułki wpływały.
Eleonora pogrzebała w słoiku i wyciągnęła „Odwagę” oraz „Skromność”, po czym podała na wyciągniętej dłoni panu Banialukowi.
- Jeśli można, chciałabym te dwie.
- Młoda damo – spojrzał na nią srogo. – Gdy masz zamiar popracować nad charakterem, rób to bez użycia moich pigułek. Są tylko dla tych, którzy naprawdę ich potrzebują, a, sądząc po tym, jak na mnie wpadłaś, odwagi ci nie brak. Poza tym to może przynieść nieoczekiwane skutki.
- Ależ to nie dla mnie – wyjaśniła. – Dla moich przyjaciół… naprawdę ich potrzebują.
Pan Banialuk, który tego dnia nie sprzedał jeszcze ani jednej pigułki, postanowił uczynić odstępstwo od swych reguł.
Dobrze, możesz je wziąć. Za darmo – dodał, widząc, iż dziewczyna sięga po cienką, podniszczoną portmonetkę ze skórki. – Ale pamiętaj, ostrzegałem cię.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...