Opowiadania prawie zwyczajne XI
W którym Eleonora, przy okazji dostarczania bułeczek, zwiedza magiczny Instytut.
Pewnego poranka Alain Griffin, przed wyjściem do pracy dla przyjemności porządkujący swe obliczenia, odkrył pośród setek cyfr coś zaskakującego.
- To niesamowite! – wykrzyknął. – niech no tylko powiem o tym w Instytucie!
Nie rzuciwszy nawet okiem na przygotowane przez swoją małżonkę śniadanie, zgarnął papiery, nad którymi pracował, po czym, podskakując na jednej nodze, zabrał się do zakładania butów.
- Będę dziś chyba trochę później! – zawołał, wybiegając z domu bez płaszcza.
Pani Griffin wyszła z kuchni akurat wtedy, gdy drzwi zatrzasnęły się za jej mężem. Zanim dotarło do niej, co się wydarzyło, pan Griffin był już na drugim końcu miasta.
- Co za niedorzeczność! – fuknęła pani Griffin. – Zostawił całe śniadanie! Nawet go nie skubnął, co teraz będzie? Przecież kawa wystygnie!
Ubolewając nad tym niezmiernie, podeszła do stołu i duszkiem wypiła kawę przeznaczoną dla męża.
- W dodatku nie wziął niczego do jedzenia! Doprawdy, to niedopuszczalne! On i ta jego praca, można by pomyśleć, że coś odkrył!
Eleonora pojawiła się właśnie, niosąc wielką tacę świeżych ciasteczek cynamonowych. W pewnej odległości za nią podążał Eryk, znęcony smakowitym zapachem.
- Coś się stało, mamo? – zapytał, widząc zafrasowaną minę pani domu.
- Jeszcze się pytasz, drogie dziecko! Powinieneś porozmawiać o tym z twoim ojcem!
- A co zrobił? – podjął temat rezolutny chłopczyk.
- Problem polega na tym, czego nie zrobił! Nie zjadł śniadania! A jeśli potem zasłabnie z głodu?
I wtedy troskliwej małżonce przyszedł do głowy świetny – w jej mniemaniu – pomysł.
- Trzeba wysłać kogoś z koszykiem do tego całego Instytutu!
Oczywiście kogoś znaczyło dokładnie tyle, co Eleonorę.
Niedługo potem dziewczyna, poganiana przez panią Griffin, jakby chodziło co najmniej o życie setki ludzi albo nagły atak trąby powietrznej, zapakowała do małego wiklinowego koszyczka cztery bułeczki z rodzynkami, kawałek zawiniętego w czystą serwetkę twarogu i trochę ciasteczek. Jakimś cudem udało się jej odwieść pracodawczynię od pomysłu wysłania małżonkowi kawy.
Szybko ubrawszy buty i założywszy szary płaszcz, Eleonora opuściła dom i skierowała się brukowaną ulicą w stronę czarodziejskiego Instytutu, najwyższej budowli w całym mieście.
Wielokondygnacyjną wieżę Instytutu dostrzegła już z daleka. Surowa, ale solidna konstrukcja odróżniała się od wszystkich innych budynków. Groźne rzeźby na fasadzie nadawały wieży ponury wygląd.
Przez dłuższą chwilę dziewczyna, która nigdy wcześniej nie była w Instytucie, zastanawiała się, czy wypada wejść frontowymi drzwiami, przez które nieustannie przepychali się magowie obu płci i wszelakich rozmiarów. W końcu jednak dostrzegła z boku najniższej kondygnacji budowli niewielkie drzwiczki, akurat uchylone, gdyż wychodził przez nie niski chłopiec w okularach, wyraźnie czymś zakłopotany.
- Jak mogę ci pomóc? – uznała, że skoro już wchodzi mu w drogę, warto uprzejmie rozpocząć.
Popatrzył na nią i odskoczył jak oparzony.
- Lepiej nie – odparł konspiracyjnym szeptem. – Gdyby mój mistrz się dowiedział, że przyjmuję pomoc… wiesz – porozumiewawczo mrugnął okiem. – Jestem uczniem Gaerra Wydętej Wargi. Jeśli twój nauczyciel pozwala ci tak się włóczyć, to… no, twoja sprawa, ale mój… Sama wiesz, jaki jest Gaerr. – zakończył ze źle ukrywaną dumą.
Eleonora uprzejmie udała, że wie, po czym przecisnęła się przez wąskie przejście. Dopiero teraz pojęła bezsens swojej wyprawy – nie miała praktycznie żadnych szans na odnalezienie pana Griffina w tym obcym Instytucie, pełnym zarozumiałych wyrostków i szalonych magów o dziwnych imionach.
Skoro jednak już przyszła, musiała chociaż spróbować. Postarać się, ot co, i najwyżej wrócić.
Korytarz w którym się znalazła, sprawiał raczej smutne wrażenie. Ciemny i zadymiony, o nagich kamiennych ścianach, prowadził pod lekkim kątem w górę.
Bardzo szybko Eleonora znalazła się przed drzwiami oznaczonymi „Sekcja Ułatwiania Życia” i od tej sekcji postanowiła zacząć swe poszukiwania.
Kto wie, jak długo błąkałaby się jeszcze po jasnych salach i mrocznych korytarzach, wśród zamkniętych drzwi i małych grupek czarownic, dyskutujących o czymś podniesionymi głosami? W zasadzie Instytut dało się porównać do wielkiego labiryntu, który dla niewtajemniczonych zdaje się być nie do przejścia.
Tak więc gdyby nie pewien malutki staruszek, napotkany w równie malutkiej komnacie, Eleonora mogłaby z powodzeniem szukać pana Griffina do końca życia, oczywiście go nie znajdując. Jednakże ów wzmiankowany staruszek pojawił się i całkowicie pochłonął jej uwagę.
- O, kogóż my tu mamy! – podskoczył na widok dziewczyny mag, gubiąc czarny kapelusz. – Zwiedzający! Zawsze mówiłem, że nasz dział jest najważniejszy w całym Instytucie, prawda?
- Cóż, na pewno jest bardzo ważny – uprzejmie zgodziła się Eleonora, podejrzliwie spoglądając na staruszka.
Stał on przy stole, wypełniającym trzy czwarte całego pomieszczenia, na którym znajdowała się bliżej nieokreślonego zastosowania maszyna. Podobnie, jak owo dzieło, stanowiące bezładną plątaninę metalowych części, czarodziej kojarzył się ze słowem „chaos” lub przynajmniej „nieład”. Maszyna była powykrzywiana, on – zgarbiony. Maszyna pomalowana na niebiesko, on miał niebieską szatę, przypominającą szlafroczek. Maszyna miała około półtora metra wysokości, i takiegoż wzrostu był staruszek. Eleonora od razu odgadła, że ma przed sobą dumnego konstruktora i jego dzieło.
- To machina kanapkowa – wyjaśnił z entuzjazmem mag. Chwycił dziewczynę za rękę, tak, że nie mogła po prostu pójść dalej, bez stanowczego wyrwania się.
- To wspaniałe… a może wie pan, gdzie pracuje czarodziej nazwiskiem Griffin? – postanowiła jakoś wykorzystać tą sytuację, staruszek jednak widział jedynie swą genialną machinę i obcą osobę, która koniecznie musi poznać sekret działania tego urządzenia.
- Zapewne zwróciłaś uwagę, jak wiele czasu marnujemy na robienie kanapek. Krojenie chleba, smarowanie go i układanie tych wszystkich dodatków… salcesonu, papryczek, groszku, sera…
Eleonora lękała się już, że w natchnieniu malutki czarodziej wymieni przynajmniej połowę zawartości spiżarni, na szczęście jednak ser był ostatnim dodatkiem do kanapek, jaki został wspomniany.
- Nasz wydział zajmuje się, jak zresztą widać po nazwie, ułatwianiem ludzkiego życia. Czyli: sprawianiem, aby stawało się prostsze.… lepsze. A ta maszyna jest tego świetnym przykładem.
Ku zdziwieniu Eleonory staruszek, wciąż trzymając ją za łokieć (wyżej nie sięgał), wyciągnął skądś bochenek chleba, kawałek szynki, krążek sera i ogórek.
- A teraz zobaczysz! – wykrzyknął zachwycony, pakując wszystkie te składniki do czegoś, co przypominało tubę, a przymocowane było na szczycie maszyny. Potem dłuższą chwilę mocował się z jakąś przekładnią zębatą, która nie chciała ruszyć. Jeszcze później – a szło mu wolno, gdyż miał tylko jedną rękę do wykonywania tych wszystkich czynności – dokręcał śrubki i naoliwiał koła oraz kółka.
W końcu, z potwornym zgrzytem, cała maszyneria ruszyła. Stół zatrząsł się strasznie i Eleonora obawiała się, czy nie runie.
- Jeśli tak wygląda ułatwianie życia, to ja dziękuję – powiedziała do siebie bardzo, bardzo cichutko.
Przez cały czas pracy maszyny mag nieustannie biegał, poprawiał, regulował i ustawiał. Żelastwo raz wprawione w ruch nie miało chyba zamiaru zbyt wcześnie się zatrzymać, a robiło wprost niesamowity rumor.
W końcu, po czterdziestym dociśnięciu gałki i dwudziestej siódmej zmianie położenia drążka, urządzenie zacharczało jak krztuszący się hipopotam i wypluło zmiętoszoną kanapkę z krzywo ukrojonego chleba.
- Widziałaś? – wykrzyknął mag. – Kanapka sama się zrobiła, nie trzeba było nawet noża!
- Tak – przyznała – Ale przez cały czas biegał pan ze śrubokrętem i poprawiał, co się dało. Samo uruchomienie tej maszyny zajmuje więcej czasu, niż przygotowanie całego półmiska kanapek.
Mag popatrzył na nią ze zdumieniem, po czym puknął się w czoło.
- Czegóż ja też się spodziewałem po pokazywaniu mojego urządzenia ignorantom…
Wtedy jedne z drzwi sali otworzyły się i wpadł pan Griffin.
- O – rzucił – chyba skądś znam tą dziewczynę. Muszę lecieć do domu po dokumenty, panie… jak mu tam…
Po czym jeszcze szybciej wybiegł przez drugie drzwi.
- Proszę sobie to zatrzymać. Bułeczki są pyszne i nie trzeba maszyny, żeby je zjeść. – zawołała Eleonora i wybiegła za panem Griffinem.
Wynalazca zaskakującego urządzenia podniósł pokrywę porzuconego przez nią kosza.
- Całkiem ładnie pachnie… - stwierdził. – Cóż, chyba zrobię przerwę na drugie śniadanie.