Opowiadania prawie zwyczajne XII
W którym znajomi państwa Griffinów stają się również naszymi znajomymi
Parę dni później, gdy wyprawa Eleonory do Instytutu poszła już w niepamięć, pani Griffin postanowiła zrealizować swój plan i przedstawić małżonkowi państwa Korzeń. Przede wszystkim zależało jej na utarciu nosa zarozumiałej znajomej – a chciała to osiągnąć wspaniałą kolacją. Pan Hektor Korzeń, mąż owej dumnej damy, był magiem – amatorem i fakt ten miał posłużyć pani Griffin jako pretekst.
- Kochanie – podeszła do męża, który chaotycznym pismem zapełniał kolejne kartki w kratkę.
- Hm? – pan Griffin przebywał obecnie w świecie pierwiastków, a jego cielesna powłoka nie była zbyt rozmowna.
- Zaprosiłam na dzisiaj wieczór osobę, która może cię zainteresować. To Hektor…
- Wspaniale, skarbie – jej małżonek wciąż był nieprzytomny, ale ze zdziwieniem i zadowoleniem zauważył, że pani Griffin po raz pierwszy zainteresowała się jego pracą. – A jaki to konkretnie wektor?
Pani Griffin stanowczo podeszła do męża i wyrwała mu kartkę, nad którą się pochylał.
- Nie jakiś tam wektor tylko Hektor, mój drogi. Hektor Korzeń przychodzi na kolację ze swoją żoną Różą. Są bardzo wytworni i wszystko musi być jak należy. A on jest czarodziejem, tak, jak ty.
- Tak, to cudownie – pan Griffin ze wszystkich sił starał się odzyskać kartkę, którą jego żona ukryła za plecami. – A jaki uniwersytet ukończył?
Pan Korzeń nie ukończył żadnego, lecz pani Griffin uznała za stosowne to przemilczeć.
- Nie wiem, kochanie. Sam go zapytasz, kiedy przyjdzie.
Pan Griffin zaniepokoił się.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł – przeczesał dłonią ciemne włosy. Zawsze to robił, kiedy coś go poważnie zdenerwowało.
- A w czym problem?
- Cóż, chciałem… chciałem skoczyć wieczorem do Instytutu i przygotować te odlewy… sama rozumiesz… więc może ty go spytasz, a ja…
Rozpaczliwe spojrzenie męża nie zrobiło żadnego wrażenia na pani Griffin.
- Odlewy mogą poczekać.
Pan Griffin pojął, że nie wygra.
- Dobrze – odparł, wyrywając swe obliczenia z rąk żony. – Ale do kolacji dasz mi w spokoju popracować.
Zadanie przyrządzenia posiłku, który miał wprawić gości w zachwyt, spoczęło w dużej mierze na Eleonorze. Leniwa kucharka, którą w domu można było dojrzeć nie więcej, niż raz na trzy dni, tym razem również zastosowała swą taktykę znikania. Przygotowała wcześniej zimną galaretę oraz placek z owocami, po czym dyskretnie się ulotniła na jakieś przyjęcie u znajomego.
Oprócz swego specjału, śliwek duszonych w imbirowym sosie, Eleonora przyrządziła także pieczoną kaczkę. Pani Griffin bardzo chciała podać pieczyste, które zajęłoby cały największy półmisek, więc nieszczęsny ptak został lekko przyklepnięty, by sprawiał wrażenie większego.
- Eleonoro, pospiesz się. Państwo Korzeń zaraz tu będą.
- Tak, proszę pani, już kończę.
- Zastanawiałam się, czy nie podać jako przystawki czegoś marynowanego. Zdążyłabyś jeszcze skoczyć po śledzie?
Przez swój szacunek dla Ducha dziewczyna postanowiła grzecznie odmówić. Wizja ociekających octem śledzi, które kroi wielkim nożem, była zbyt przygnębiająca.
- Może zamiast tego zrobię sałatkę z cebuli i melona? Jest bardzo pikantna.
- Oczywiście, jeśli mamy jakieś melony – prychnęła pani Griffin, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Rozumiesz, nie chciałabym dać gościom sałatki z samej cebuli.
Szczęśliwie melony się znalazły i Eleonora mogła przyrządzić wybraną przez siebie przystawkę.
Państwo Korzeń pojawili się o siódmej, bardzo punktualnie. Już w progu witała ich zachwycona gospodyni i jej nieco markotny małżonek. Osobiście wolałby zobaczyć w drzwiach swego domu jakikolwiek wektor, niż nawet najlepszego Hektora, jednak nie miał nic do gadania.
- Och, macie całkiem… znośny dom, prawda? – stwierdziła niezbyt uprzejmie pani Róża Korzeń. – Oczywiście, nasz przedsionek urządzony jest z o wiele większym smakiem, ale w końcu nie wszyscy mogą mieć idealny gust…
Pani Griffin puściła tą zniewagę mimo uszu i zaprosiła gości do stołu.
Hektor Korzeń cały czas siedział cicho, ledwo co oddychając. Chyba bał się swej żony.
Naprzeciwko niego pan Griffin co jakiś czas rzucał uwagę o współrzędnych, która spotykała się z całkowitym brakiem zrozumienia ze strony kogokolwiek, zaś pani Griffin starała się podtrzymać rozmowę z Różą.
Co nie było do końca najlepszym pomysłem. Róża Korzeń, jeśli tylko dało się jej okazję (a także, jeśli się żadnej okazji nie dało) krytykowała dosłownie wszystko. Komoda była za jasna, sałatka – za kwaśna, dywan zbyt pstrokaty, stół za mały.
- Ale, oczywiście, nie każdy może być doskonały – dodawała co chwila, w domyśle pozostawiając „tak, jak ja”. Eleonora dyskretnie przyglądała się wszystkiemu z kuchni, skąd mogła obserwować, sama pozostając niezauważona. Po raz pierwszy naprawdę zaczęła współczuć pani Griffin.
Tymczasem Hektor Korzeń, zdecydowany nagle uratować atmosferę, zaczął przebąkiwać coś o czarowaniu. Pan Griffin jakby się ocknął i od razu przypomniał sobie pytanie, które miał zadać.
- Drogi Hektorze, jakąż to magiczną uczelnię skończyłeś? Moja żona coś mi mówiła, ale niestety wyleciało mi to z głowy…
- Och, chyba się pan trochę pomylił – pan Korzeń zaśmiał się nerwowo. Był małym człowieczkiem, o wiele słabszym od pana Griffina. – Tak się składa, że czarodziejstwem zajmuję się tylko jako amator…
Pan Griffin rzucił mu spojrzenie, jakim większość ludzi obdarza ohydnego robaka, łażącego po ich śniadaniu.
- No cóż – stwierdził, zawierając w tym „no cóż” zadziwiająco dużo emocji, jak na tak krótki zwrot.
- Och, ale Hektor jest niesamowity – wtrąciła pani Korzeń. – Cóż, ostatecznie to mój mąż. Jest przywoływywaczem.
- Przywoływaczem, skarbie – sprostował Hektor.
- No, nieważne, czym jest. W każdym razie robi świetne sztuczki z zapalonymi świecami. Pokaż im, kochanie.
Pan Korzeń chyba nie był zachwycony określaniem swych praktyk mianem „sztuczki”, wyciągnął jednak z zanadrza kilka długich, cienkich świec, po czym przygotował wolne miejsce na środku stołu. Obie panie patrzały z zajęciem, mina pana Griffina daleka jednak była od usatysfakcjonowanej.
W końcu świece zostały ustawione w krąg na stole i pan Hektor zajął się ich zapalaniem. Niestety, przewracały się przy próbie przytknięcia zapałki do knota, więc chwilę to trwało. Jedna ze świec złamała się po kolejnej wywrotce. Pan Korzeń z przepraszającą miną zdjął ją szybko ze stołu i przystąpił do wyjaśniania.
- Przywołam tu dowolne zwierzę – dzieci, również siedzące przy stole, aż pokraśniały z zadowolenia. – Niech to będzie na przykład…
- Nosorożec! – wrzasnął Eryk.
- Niestety, mój mały, z nosorożcem mogłyby być pewne problemy techniczne. Widzisz, stół by się zarwał. Niech więc to będzie…
- Lew!
- Blisko, młody człowieku, ale to także nie lew… to będzie… eee… kurczak.
Zawiedziony Eryk mruknął pod nosem „tandeta” i wyniósł się do swego pokoju.
Obserwowany przez ponurego gospodarza gość wzniósł w górę ręce i zaczął mamrotać pod nosem coś, co brzmiało jak wierszyk dla dzieci. Potem wykrzywił twarz i zamachał dłońmi, zanucił jakąś melodyjkę i znieruchomiał.
- Dziwne – stwierdził. – nic się nie dzieje.
- Och, to przykre – uśmiechnął się złośliwie pan Griffin.
Wtedy coś świsnęło, wszystkie świece zgasły, a na środek stołu spadło z hukiem jajko.
- Hektorze – zganiła męża pani Korzeń – To nie jest kurczak.
- Owszem – bronił się jej mąż, uciekając przed karcącym wzrokiem – ale z każdego jajka wykluje się kurczaczek, prawda? Można powiedzieć, że cofnąłem się nieco w tył i przywołałem kurczaka we… we wcześniejszym stadium rozwoju.
- Może i tak, ale z tego jajka nic się nie wykluje – zrujnował jego nadzieje pan Griffin, podnosząc przedmiot sporu i badając pękniętą skorupkę. – Ono jest ugotowane na twardo.
- O nie – pan Korzeń spuścił głowę. – Coś poszło nie tak.
Pani Korzeń nie rzuciła tym razem obraźliwego komentarza. Była zbyt zdruzgotana faktem, że jej własny mąż coś zepsuł. To niezbyt miłe, jeśli ludzie osądzają cię po takim mężu, pomyślała.
- W takim razie teraz pora na odrobinę prawdziwej magii – z odrobinę złośliwą miną oświadczył pan Griffin, zły, że jego rywalowi w ogóle coś się udało. – Zamierzam… - tu przerwał – ożywić naszego mosiężnego jednorożca!
- Och! – zawołała dumna pani Griffin.
- Ach! – wykrzyknęła rozzłoszczonym tonem jej znajoma.
- Hura! – wrzasnął Eryk, wracając biegiem do jadalni.
Zaś Hektor Korzeń nie powiedział nic.
Przyniesiono Jednorożca. Wszyscy spodziewali się jakichś różdżek, odmawiania formułek i dużej ilości wymachiwania rękami, jednakże pan Griffin nie uczynił niczego z tych rzeczy. Z zadowoleniem zaczął przemowę.
- Jak wszyscy wiemy, otaczające nas metale są szlachetnymi surowcami. Zachwycamy się brzmieniem spiżu i blaskiem mosiądzu…
Po dziesięciu minutach wstępu, cały czas prowadzonego w tym tonie, pan Griffin przeszedł do rzeczy.
- Teraz, stosując formułę równaniową trzeciego stopnia, ożywię to dzieło.
Eleonora zamarła za kuchennymi drzwiami, zaciskając pięści. Czy Jednorożcowi nic się nie stanie?
Pan Griffin wyrecotwał:
- Aby uzyskać stop, który ma właściwości żywego ciała, należy pomnożyć gęstość metalu pierwszego przez pierwiastek z temperatury topnienia metalu drugiego, dzieląc to przez średnią prędkość dźwięku w wodzie…
- O rety! – wrzasnął Jednorożec, a wszyscy odskoczyli. – Ja się mogę ruszać?!
- Nic nie rozumiem – stropił się pan Griffin. – Przecież nawet nie zacząłem…
- Świetnie jest być żywym! – Jednorożec podskoczył, zarżał i podreptał wprost do przerażonej pani Korzeń, unikając zgrabnie dłoni Eryka, który chciał poklepać go po grzbiecie.
- Mój drogi, to cudowne! Jesteś… jesteś największym magiem wszechczasów! – pani Griffin nie szczędziła pochwał mężowi. – Widzisz, Różo?
Pani Korzeń nie odpowiedziała.
- Teraz przywrócę jednorożca do dawnego stanu.
Eleonora bała się tego momentu. Czy Jednorożec będzie wiedział, jak należy się zachować?
- Tak więc niech metal pozostanie metalem! – wyrecytował pan domu, celując palcem w Jednorożca. Ten zastygł w bezruchu i dał się odstawić na półkę.
- Jestem pełen podziwu – wymamrotał pan Korzeń.
- Możliwe, że była to niezła sztuczka, ale pieczeń jest wprost nie do zjedzenia. Twarda jak podeszwa i przypalona – skrzywiła się jego małżonka.
Dziewczyna już wiedziała, co należy zrobić.
- Może herbatki? – spytała uprzejmie, gdy przywołano ją, by sprzątnęła naczynia ze stołu.
- Tak, dobrze, ale wątpię, byś potrafiła zrobić prawdziwą herbatę…
Eleonora nalała w kuchni gorący napar do filiżanek i do tej przeznaczonej dla pani Korzeń wrzuciła pigułkę „Skromność”. Z satysfakcją patrzyła, jak tabletka rozpuszcza się, lekko przyciemniając barwę napoju.
- Tak, jak myślałam. Ciemna i gorzka – oceniła herbatę pani Korzeń. Chwilę potem ona i jej mąż wyszli, więc skutków działania specyfiku pana Banialuka nie dało się zaobserwować, lecz Eleonora nie wątpiła w jego skuteczność.
- Biedy pan Korzeń zasłużył na trochę spokoju – mruknęła do siebie.
Późnym wieczorem, gdy państwo Griffinowie pokładli się spać, zaganiając najpierw do łóżek dzieci, Eleonora poszła wraz z Duchem pogratulować Jednorożcowi.
- Zachowałeś zimną krew, trzeba to przyznać. I pani Korzeń nieźle się zawstydziła, widząc, że to nie jej mąż – traktowała go jak swoją własność! – jest najlepszy pod słońcem.
Ale Jednorożec ani drgnął.
- Jednorożcu? Nie wygłupiaj się!
- Chyba nastąpiło najgorsze – stwierdził Duch. – Pan Griffin zrobił wszystko, jak trzeba i na zawsze unieruchomił Jednorożca!
- Nie! – krzyknęła Eleonora, patrząc na sztywno stojąca figurkę. Płacząc po cichu, odwróciła się od szafy. Duch nawet nie próbował jej pocieszyć.
Wtedy doszedł ich cichy śmiech. Jednorożec rżał z radości, stukając przednim kopytem.
- O rany, nie sądziłem, że – że… tak łatwo dacie się nabrać! Gdybyście widzieli wasze miny!