Opowiadanie chemika
Bohaterka poniższego epizodu przechodzi właśnie kryzys ćwierćwiecza. W jej życiu niewiele się dzieje, można nawet powiedzieć, że nic, ale tak jest tylko do pewnej nocy, której to, na swoje szczęście i nieszczęście, ale o tym trochę później, spotyka własne przeznaczenie.
Jest zima, więc pogoda iście wymarzona dla melancholików i całej rzeszy ludzi pozbawionych jakichkolwiek perspektyw na dalsze życie. Jak okiem sięgnąć, wszystko pokryte jest brudnym i rozchlapującym się po częściach garderoby, śniegiem. Dla zakochanych romantyczne, bo niezwykle długie, wieczory, stają się, dla pozostałej części społeczeństwa, wyłącznie długie i co za tym idzie, niezmiernie nudne. Właśnie do tej drugiej grupy ludzkości należy Karolina, bohaterka tej historii, która nigdy by się nie wydarzyła, gdyby kiedyś, bardzo dawno, dawno temu, ona osobiście o to nie poprosiła.
Trwa właśnie zimowy wieczór, więc jest niemiłosiernie długi, monotonny a deszcz, który przed chwilą rozpadał się na dobre, uderzając w parapet z wyczuciem rytmu dwulatka, nadaje mu dodatkowo denerwujące brzmienie. Karolina jest w swoim pokoju, leży na kanapie z wyrazem twarzy kompletnie pozbawionym jakichkolwiek oznak zadumy i wpatruje się w sufit. Potrafi tak trwać godzinami, jednak dzisiejszy dzień jest wyjątkowy, bo oto dziewczyna właśnie podnosi się i podchodzi do regału z książkami, z którego, po krótkim namyśle, wybiera jedną i wraz z nią, ponownie ląduje na kanapie. Szczęśliwą wybranką jest książka dobrze jej znana, to „Dziennik” Kurta Cobaina, tego samego faceta, który w wieku dwudziestu siedmiu lat odstrzelił sobie pół twarzy, a najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że gdyby tego nie zrobił, Karolina prawdopodobnie nigdy nie zainteresowałaby się ani jego życiem ani twórczością. Jest już dojrzałą kobietą i wiele spraw dotyczących Kurta, które jeszcze dziesięć lat temu budziły w niej takie uczucia jak litość, współczucie, miłość i które niejednokrotnie szarpały nią, wywołując fontannę łez, nie mają dziś żadnego znaczenia. Jedyne, co od jakiegoś czasu zaprząta jej głowę to fakt, że nieubłaganie zbliża się do tego magicznego wieku, lat dwudziestu siedmiu i coraz częściej łapie się na tym, iż rozważa zarówno sens samego życia, jak i jego dalszej kontynuacji.
Nadchodzi kolejna, bezsenna noc a wraz z nią całe tabuny niechcianych myśli odbijających się z krzykiem od ścian. Karolina nienawidzi takich nocy, jednak, dzielnie znosi te tortury, bo przecież w końcu, nad ranem, zaśnie. Na pozór ta noc nie różni się niczym od poprzednich, dopiero gdzieś w okolicach godziny czwartej, zmordowany umysł dziewczyny zaczyna rejestrować jakiś obcy dźwięk, niby to szmer, coś jakby ktoś się o coś ocierał, bądź przeciskał przez coś wąskiego. Dziewczyna świadomie go ignoruje przekonana, że śni i zapewne wkrótce by usnęła, gdyby tym razem, już znacznie wyraźniej, nie usłyszała czegoś na kształt westchnienia. Otwiera oczy i zaczyna uważnie rozglądać się po pokoju. Na pierwszy rzut oka wygląda on zwyczajnie, na tyle na ile zwyczajnie może wyglądać pokój nocą, ale jest jedna rzecz, której na pewno nie powinno tu być. Stopa, wydaje się, że ludzka, której spora część wystaje zza regału. Karolina przygląda się jej w ciszy przez dłuższą chwilę, próbuje sobie nawet jakoś wytłumaczyć jej nagłą obecność, ale niewiele przychodzi jej do głowy. Stopa porusza palcami, jakby w rytm jakiejś skocznej melodii i wszystko wskazuje na to, że jej właściciel za chwilę wyskoczy zza szafki i zacznie tańczyć.
- Co robisz w moim pokoju, stopo? – nie wytrzymuje Karolina.
W tym samym momencie stopa przestaje poruszać palcami. Następuje długa chwila ciszy. Karolina pyta po raz drugi, tym razem odważniej.
- Pytałam, co robisz w moim pokoju, stopo?!
- Właściwie, to tylko sobie tu stoję - dochodzi cichy, prawdopodobnie męski, głos zza regału.
- Aha, – odpowiada lekko poirytowana – wybacz, że sama na to nie wpadłam i zaprzątam ci głowę tak banalnymi pytaniami.
- Nic się nie stało, zdążyłem przywyknąć – odpowiada właściciel stopy.
Tu ponownie zapada cisza, bo o co jeszcze można zapytać kogoś, kto nagle, w samym środku nocy, zjawia się w twoim pokoju i chowa się za regałem jak małe dziecko. Karolina nie pyta o nic więcej i ku własnemu zdziwieniu, najspokojniej na świecie, zasypia.
Rano budzi ją jakiś wewnętrzny niepokój, długo nie może znaleźć jego źródła, ale w końcu zaczyna sobie przypominać, najpierw szmer, potem czyjeś westchnienie i w końcu stopę. Z niepokojem spogląda w kąt między regałem a ścianą i z uczuciem ulgi stwierdza, że nie ma tam niczego, co choćby odrobinę ją przypominało. Śmieje się w głos na wspomnienie tego snu, bo to musiał być sen, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak absurdalnie niemożliwe, i jednocześnie głupie, byłoby ukrycie się w pięcio centymetrowej przestrzeni, jaka istnieje pomiędzy regałem a ścianą. Dzień mija, jak zawsze, spokojnie i bez wartych wzmianki wydarzeń. Nadchodzi noc, przez wielu upragniony czas odpoczynku, lecz dla niektórych czas udręki, nierozerwalnie powiązany z wielogodzinnym przewracaniem się z boku na bok. Karolina poddaje się swojej bezsenności i otwiera oczy. Jej wzrok pada na regał, stojący naprzeciw łóżka i stopę, która zza niego wystaje. Dziewczyna przez chwilę zastanawia się, czy już śpi i tylko śni o tym, że nie może zasnąć i spogląda na część ciała kogoś, kto właśnie stoi sobie za jej szafką, czy też nie śpi, a zza jej regału faktycznie wystaje to, co widzi.
- Znowu cię widzę, stopo – mówi po chwili.
Cisza. Karolina nie daje za wygraną.
- Skoro już musiałeś wcisnąć się za mój regał, to przynajmniej schowaj swoją stopę, bo mnie drażni!
- Wybacz, ale strasznie tu ciasno – odpowiada jej ten sam głos, co wczoraj.
- Doprawdy? – pyta poirytowana dziewczyna. - To może za obrazkiem będzie ci wygodniej? - Wybacz mi moją wybuchowość, – mówi po chwili – ale nie codziennie miewam tak oryginalnych gości.
- Ja się wcale nie gniewam – odpowiada gość – i jak już mówiłem wczoraj, zdążyłem przywyknąć.
- Więc to, że byłeś tu wczoraj, wcale mi się nie śniło?
- Nie.
- Dobra, to może powiesz mi teraz, co robisz w moim pokoju?
- W zasadzie, to miałem zadać ci to samo pytanie.
- Chcesz powiedzieć, że to ja jestem nieproszonym gościem w twoim pokoju?
- Ależ nie! To jak najbardziej twój pokój i to ja jestem w nim gościem, jednak od dawna oczekiwanym.
Karolina zastanawia się nad tym, co przed chwilą usłyszała. Ale nie przypomina sobie, by kogoś ostatnio zapraszała.
- Nie przypominam sobie, bym kogoś ostatnio zapraszała - mówi.
- Ostatnio nie - słyszy odpowiedź.
- Czy jutro też tu będziesz?
- Ty mi to powiedz.
- Wkurzasz mnie! – nie wytrzymuje dziewczyna. - Nic mi nie wyjaśniasz! Rozmowa z tobą przypomina mi rozmowę z pięciolatkiem, choć śmiem przypuszczać, że ta druga byłaby o wiele przyjemniejsza! Zjawiasz się nagle w moim pokoju i zachowujesz się, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie! Nie chcę cię tu, więc zabieraj swoją stopę i wynoś się, zanim rozzłoszczę się na dobre!
- Nie musisz ze mną rozmawiać, jeśli nie chcesz – odpowiada właściciel stopy.
- A czy wtedy znikniesz z mojego życia?
- Nie.
Karolinie brak słów, więc w złości, odwraca się plecami do regału i tak, jak poprzedniej nocy, po około pięciu minutach, zapada w głęboki sen.
Nadchodzi kolejny poranek. Po przebudzeniu dziewczyna od razu spogląda w kierunku regału, ale tak jak przypuszcza, nie dostrzega tam niczego, co choćby odrobinę, przypominało swym kształtem stopę. Nie ma już wątpliwości, że to, co działo się przez ostatnie dwie noce, było jak najbardziej rzeczywiste. Postanawia pozbyć się intruza raz na zawsze, dlatego z niecierpliwością godną dwulatka, wyczekuje kolejnego zmierzchu.
Około północy, Karolina wskakuje do łóżka i gasi lampkę. Stopa jest już na swoim miejscu.
- Wciąż tu jesteś? – zagaduje.
- Jak widać – odpowiada gość.
Po chwili pyta dziewczynę.
- Nadal się na mnie złościsz?
- Tak.
- Nie rozumiem cię.
- Ty mnie? – pyta rozbawiona Karolina.
- Tak, ja ciebie. Najpierw mnie zapraszasz a potem wściekasz się, że przyszedłem.
- Niech ci będzie, – daje za wygraną dziewczyna – tylko powiedz mi łaskawie, dlaczego chowasz się przede mną?
- Nie chowam się. To ty nie chcesz mnie widzieć.
- Ale widzę twoją stopę a nie przypominam sobie, bym tego pragnęła.
- Mówiłem ci już, że tu jest ciasno.
- To może zechcesz wyjść i rozprostować kości? – żartuje sobie dziewczyna.
- Jeśli tego chcesz.
I znowu cisza. Karolina myśli, czy to na pewno dobry pomysł i zapewne nie odważyłaby się na ten krok, gdyby nie tak charakterystyczna kobietom, ciekawość.
- Oczywiście, że chcę – odpowiada z przekąsem.
Po chwili słychać znajomy szmer i zza regału stopniowo wyłania się, najpierw znana już, lecz tym razem w całej swojej okazałości, stopa, potem ręka i w końcu, po wielkich trudach i dziesiątkach przekleństw, przed Karoliną staje wysoki, dobrze zbudowany, przystojny mężczyzna. Ubrany jest w ramonę i skórzane spodnie, oczywiście wszystko w kolorze czarnym, które idealnie pasują do jego kruczoczarnych, długich włosów. Dziewczyna, siedząc na łóżku, wpatruje się w niego z otwartymi ustami, zapewne nie zdając sobie sprawy z tego, jak głupio teraz wygląda i nie mówi nic. Intruz, w całej swojej, godnej pozazdroszczenia, okazałości, stoi przed nią, niczym posąg herosa i również nie mówi nic.
- Dlaczego nic nie mówisz? – pyta zniecierpliwiony heros.
- Yyyy… - pada odpowiedź.
- Jeśli chcesz, to wrócę za regał.
- Nie! – niemal krzyczy Karolina. – Nie, zostań i rozgość się, jeśli masz na to ochotę.
Po tych słowach, jakby tylko na nie czekał, intruz wskakuje do łóżka, kładzie się tuż obok zszokowanej dziewczyny, przykrywa kołdrą i przyjmując pozycję embrionalną, zasypia. Karolina nie wierzy własnym oczom, jednak, kiedy w końcu dochodzi do siebie, postanawia wykorzystać okazję i przyjrzeć się uważnie temu dziwacznemu mężczyźnie, na którego plecach, dopiero teraz dostrzega małe, papierowe skrzydełka, w kolorze słodkiego różu.
Około godziny dziesiątej rano gość zaczyna się budzić, przeciąga się więc i otwiera oczy.
- Jest już dziesiąta – mówi Karolina, która wciąż mu się przypatruje – a ja nadal cię widzę. Zaczynam obawiać się, że oszalałam.
- Jestem tu, bo chcesz bym tu był – odpowiada ziewając mężczyzna.
- Tak? Skoro to takie proste, to może jeszcze podasz mi cyfry w totka, bo właśnie takie mam teraz życzenie?
- 5,17, 24, 35, 42, 43, – wymienia od niechcenia gość, po czym dodaje – tylko niestety nie powiem ci, kiedy dokładnie padną, bo muszę sobie jakoś odbić ten czas spędzony za regałem.
- To bez znaczenia, – mówi Karolina – bo i tak nie uwierzę komuś, kto przykleił sobie do pleców papierowe skrzydełka.
Wyraźnie urażony gość zrywa się z łóżka i w zawieszonym na ścianie lustrze, przygląda się im uważnie.
- Matko, jakie wygniecione – mówi zatroskany, po czym spogląda na Karolinę i krzyczy – To wszystko twoja wina! Przez ciebie nie dość, że się czuję, to jeszcze wyglądam jak kretyn! Zachciało ci się skórzanych ciuszków a masz w ogóle pojęcie jak jest w tym cholernie gorąco?! W dodatku te kretyńskie spodnie piją mnie w kroku, wiesz jak to jest? Nie! Oczywiście, że nie wiesz, ale wyśmiewać się z moich skrzydełek, to potrafisz najlepiej!
- Wybacz, ale… - próbuje powiedzieć dziewczyna.
- Co wybacz!? – nadal krzyczy intruz. – Od dwudziestu lat siedzę za tym pierdolonym regałem a ty ciągle udajesz, że mnie nie widzisz! Od dwudziestu lat czekam, aż łaskawie pozwolisz mi stamtąd wyjść i kiedy ten czas w końcu nadchodzi, to jedyne, co masz mi do zaoferowania to drwina ze mnie i moich skrzydełek!? Prawda jest taka, moja droga, że gdybym nie musiał wciskać się za ten regał, moje skrzydła nadal byłyby piękne i sprężyste, więc będę wdzięczny, jeśli podarujesz sobie dalsze komentarze.
Zapada cisza. Nieznajomy siada na krawędzi łóżka i oddycha głęboko, najwyraźniej próbując się uspokoić.
- Chcesz może herbaty? – przerywa ciszę Karolina.
- Tak, zieloną poproszę! - odpowiada wciąż zdenerwowany.
Po około pięciu minutach dziewczyna wraca, trzymając w jednej dłoni filiżankę herbaty a w drugiej żelazko. Nieznajomy, już znacznie spokojniejszy, spogląda na nią badawczo.
- Pomyślałam, że może jak wyprasujesz te swoje skrzydełka, to poczujesz się lepiej – mówi dziewczyna.
- To nie jest głupi pomysł, - przyznaje gość - ale sam, niestety nie dam rady.
- Pomogę ci, jeśli oczywiście mi pozwolisz.
- A coś ty nagle taka dobra? Najpierw herbatka, teraz żelazko, może, jak poczekam trochę dłużej, to skusisz się na mały sex, co? – mówi z uśmieszkiem.
- Obawiam się, że wtedy znowu pogniótłbyś sobie te swoje urocze skrzydełka – odpowiada złośliwie dziewczyna.
Uśmiech znika z twarzy intruza.
- Dobra, prasuj zanim się rozmyślę – oświadcza i kładzie się bokiem na łóżku.
- A czy to będzie cię bolało?- pyta dziewczyna nagrzewając żelazko.
- Nie, przecież są z papieru – odpowiada wyraźnie poirytowany.
Po wyprasowaniu, skrzydełka są nadal małe i różowe, ale ich właściciel wygląda na o wiele bardziej zadowolonego.
- I jak? – pyta uśmiechnięty, przeglądając się w lustrze i ku rozbawieniu Karoliny, machając nimi szybciutko.
- Super – mówi dziewczyna.
- A nie mówiłem?
Dopiero teraz Karolina uświadamia sobie, że nieznajomy jest bosy.
- Dlaczego nie masz butów? – pyta.
Wyraźnie zdziwiony, kiwając głową z politowaniem, intruz głośno wzdycha.
- Naprawdę się nie domyślasz?
- Nie.
- To proste. Na cholerę mi buty, skoro mam skrzydła.
- No tak – mówi dziewczyna. – Faktycznie proste – po chwili dodaje. – Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić, by poprawić ci humor?
- Tak, poproszę igłę i czarną nitkę.
Dziewczyna nie pyta o nic a chwilę później przygląda się nieznajomemu, który z wielką wprawą, zszywa sobie, rozdarte na kolanie, spodnie.
- Jak to się stało? – pyta Karolina.
- Pamiętasz jak 13 lat temu, ze swoim ojcem, przestawialiście regał, w to miejsce, gdzie stoi teraz?
- Pamiętam.
- No, to właśnie wtedy, ledwo nadążałem się za nim ukrywać a tam z lewej strony szafki jest gwóźdź i… chyba dalej się domyślasz, prawda?
- Tak,– mówi dziewczyna - tyko powiedz mi jeszcze jedną rzecz. Czy teraz, kiedy już, że tak powiem, się podreperowałeś i twój humor uległ znacznej poprawie, zostawisz mnie w spokoju, czy też lepiej będzie dla mnie, jeśli zacznę powoli przyzwyczajać się do twojej obecności?
- Lepiej się przyzwyczajaj.
- Za jakie grzechy mnie to spotyka!?
- O tutaj, to mnie uraziłaś. Ja nie jestem karą, tylko nagrodą – oświadcza dumnie.
- Czy możesz jaśniej?
Intruz, nie przerywając dziergania a jednocześnie spoglądając na Karolinę, zaczyna snuć opowieść.
- Dawno, dawno temu, pewna mała dziewczynka, poprosiła w swojej wieczornej modlitwie, aby pewnego dnia przysłano jej anioła, bo niczego tak bardzo nie pragnie, jak go zobaczyć. Potem jednak zapomniała o swej prośbie, wiec siedziałem w ukryciu i czekałem aż nadejdzie mój czas.
- To miał być anioł a nie…- powstrzymuje się dziewczyna.
Nieznajomy spogląda na nią groźnie i mówi dalej.
- Czternaście lat później, ta sama dziewczynka, no może już dziewczyna, ponawia swą prośbę, jednak tym razem nieco ją zmieniając a mianowicie prosi o to, by przed śmiercią dane jej było zobaczyć anioła. I oto jestem!
- Chyba sobie żartujesz! Prosiłam o anioła a nie o jakiegoś…
- No kogo, kogo? Śmiało!
- To ty mi powiedz, kogo! Taki z ciebie anioł jak ze świni krowa. Myślisz, że jak przykleiłeś sobie różowe skrzydełka, to masz prawo wciskać ludziom taki kit? Dla twojej wiadomości, to bardziej niż anioła, przypominasz mi krzyżówkę demona z elfią wróżką.
- Prosiłem cię, żebyś podarowała sobie komentarze na temat moich skrzydełek – mówi wyraźnie urażony. – Dostałem rozkaz, by być dla ciebie miłym, więc nie przeciągaj struny, bo nawet my, krzyżówki, mamy granice swojej cierpliwości, a dla twojej wiadomości, to wyglądam tak przez ciebie, bo każdy otrzymuje to, na co sobie zasłużył.
- Tak? To powiedz mi przynajmniej, kiedy umrę, bo zaczynam odczuwać wyraźne zniecierpliwienie!
- Nie wiem – odpowiada jej ze spokojem.
- Dobra, mam dosyć tej rozmowy, idę się przejść – oświadcza dziewczyna.
- I zostawisz mnie tu samego? – pyta ze smutkiem intruz.
- Przez dwadzieścia lat siedziałeś za regałem a teraz nie możesz godzinki wysiedzieć w pokoju?! Poza tym, jak ty to sobie wyobrażasz? Myślisz, że możesz tak sobie łazić boso po śniegu, bądź, co gorsza, unosić się na tych swoich…
Intruz spogląda na nią groźnie.
- …i nie zwracać niczyjej uwagi? – kończy dziewczyna.
- Stanę się niewidzialny dla innych i nikt oprócz ciebie mnie nie zauważy.
- No tak, że też na to nie wpadłam.
- To co, mogę iść z tobą?
- Chodź.
Jest już wieczór, dość mroźny i ponury, więc niewiele osób można spotkać na ulicach miasta. Karolina, wraz z przekonanym o swej niewidzialności towarzyszem, snują się bocznymi uliczkami niczym para zakochanych. Zatrzymują się dopiero przed bramą prowadzącą na cmentarz.
- Masz ochotę tam wejść? – pyta niewidzialny towarzysz.
- Wiesz, że mam – odpowiada Karolina.
Wkrótce spacerują już, jak się okazuje, dobrze znanymi sobie ścieżkami.
- Boisz się? – pyta intruz.
- Nie, a ty?
- Po tym, co widziałem w życiu, to muszę przyznać, że trochę tak.
Intruz przygląda się badawczo swojej towarzyszce.
- Co się tak gapisz – nie wytrzymuje dziewczyna. – Zakochałeś się, czy co?
- Jesteś ostatnią osobą o jakiej bym marzył – mówi zadzierając głowę do góry. – Pomyślałem tylko, że nie jesteś normalna, skoro spacerujesz nocą po cmentarzu.
- W takim razie i tobie daleko do normalności, bo nie wiem czy zauważyłeś, ale łazisz po nim ze mną.
-No tak, ale mnie nie widać.
-Boże, dodaj mi z kilogram cierpliwości – mówi Karolina, po czym dodaje. - Takie mam hobby i nic ci do tego. Powiedz mi lepiej, jak masz na imię.
- My nie mamy imion, ale jeśli tak bardzo ci na tym zależy, to możesz mnie jakoś nazwać.
- Co powiesz na, Stopa?
- Wiedziałem, że to nie najlepszy pomysł, ale niech będzie i Stopa.
Nagle, znacznie bardziej ożywiony, zatrzymuje się przed jednym z nagrobków i mówi.
- Widzisz ten nagrobek?
- Widzę. Niejaki Jakub… yyy… nie mogę odczytać.
- To nie istotne, ale facet, który tu leży, trzymał mnie przeszło sześćdziesiąt pięć lat pod swoim łóżkiem, dasz wiarę? Ą jakie on rzeczy wyczyniał na nim, aż wstyd mówić, nawet mi.
- Sześćdziesiąt pięć lat powiadasz, a mi śmiesz wypominać te marne dwadzieścia?
- Jejku, znowu się czepiasz. Zazwyczaj ludzie dostrzegają mnie dopiero w dniu swojej śmierci, tak jak on, ale z tobą jest inaczej. Ty widzisz mnie nieco wcześniej a w dodatku prasujesz mi skrzydła, zabierasz mnie na spacer, więc zaczynam żałować, że nie zauważyłaś mnie już dwadzieścia lat temu, bo zobacz ile do tej pory byśmy razem przeżyli. A nawiasem mówiąc, to ten, – ruchem głowy wskazuje nagrobek - wyobraził mnie sobie, jako kobietę i to taką całkiem, całkiem… no wiesz, proporcjonalną.
- To musiał być ciekawy widoczek, aż żałuję, że sama na to nie wpadłam – mówi rozbawiona Karolina.
- To był największy obciach w całym moim dotychczasowym życiu!
- Przesadzasz – mówi dziewczyna - a wracając do tego, co przed chwilą powiedziałeś, to gdybym cię zobaczyła dwadzieścia lat temu, towarzyszyłbyś mi, ale w psychiatryku.
- No i?
- Nieważne – mówi zrezygnowana. – Może jednak opowiesz mi jak to było z tym Jakubem i tą seksi laską, w którą miałeś okazję się wcielić?
- Daj spokój – odpowiada wyraźnie zawstydzony.
- W takim razie pozwalasz mojej wyobraźni podsuwać mi nieprzyzwoite i pikantne obrazy.
- Dobra, wygrałaś! Nie będę opowiadał, ale pokażę ci jak to było. Spróbuj się tylko śmiać a pokaz zostanie skończony i nigdy już do niego nie wrócimy. Czy to jest dla ciebie jasne?
- Jak słoneczko.
Stopa podnosi z ziemi długi kij i zmierza w kierunku stojącego przed nimi drzewa. Uderza nim w gałęzie, z których sypie się śnieg a po którymś uderzeniu z kolei, z samego szczytu drzewa niemal do samej ziemi, rozwija się biała płachta.
- Gotowe – mówi.- Usiądź teraz wygodnie na ławce i patrz, tylko ostrzegam, bez żadnych śmiechów.
- Dobra dawaj, bo umrę wcześniej z ciekawości.
Stopa dotyka dłonią drzewa i na białym ekranie pojawia się, najpierw nieco rozmazany, ale z każdą chwilą coraz bardziej ostry obraz. Teraz już zupełnie wyraźnie, Karolina dostrzega na nim siwego, nieco zgarbionego mężczyznę, który leżąc na łóżku ogląda jakiś film w telewizji. Z ogromnym wysiłkiem powstrzymuje się przed zaśnięciem, ale wkrótce poddaje się, wyłącza telewizor pilotem i rozciąga się wygodnie. Ciszę przerywa czyjeś kichnięcie.
- Co za cholera! – zrywa się staruszek zwany Jakubem, mierząc pilotem w telewizor, który ku jego ogromnemu zdumieniu, nadal jest wyłączony.
Staruszek rozgląda się podejrzliwie po pokoju.
- Wyłaź sam, bo jak cię znajdę, to nie ręczę za siebie! – ostrzega Jakub grożąc palcem.
W tym momencie, jak na zawołanie, rozlega się kolejne kichnięcie.
Stopa odrywa rękę od drzewa, zatrzymując tym samym film i mówi.
- Pewnie zastanawiasz się, dlaczego kichnąłem i to w dodatku dwa razy – spogląda na Karolinę, która przytakuje kiwając głową. – Ten miły starszy pan – kontynuuje z uśmiechem – nie był zwolennikiem sprzątania a już pod łóżko, to w ogóle nie zaglądał i co tu dopiero mówić o sprzątaniu. W związku z tym spotkać tam można było rozmaite rzeczy, od starych skarpetek zaczynając, na kilogramach kurzu kończąc. Wbrew pozorom jestem osobą niezwykle wrażliwą na bród i bardzo ciężko jest mi go tolerować, stąd moje nierozważne kichanie – zakończył i ponownie przyłożył dłoń do pnia.
Jakub zrywa się jak poparzony, pada na kolana i wkłada głowę pod łóżko.
- Święta panienko! Cukiereczku mój, a co ty tu robisz?!
- Leżę sobie, ot wszystko – słychać piskliwy, dziewczęcy głosik. – Proszę sobie mną głowy nie zawracać, naprawdę nic mi nie jest – zapewnia dziewczyna.
- Ależ cukiereczku, nie zostawię cię tutaj – mówi staruszek wciąż trzymając głowę pod łóżkiem. – Ty jesteś prawie naga, nie możesz tak leżeć na zimnej podłodze. Wychodź stamtąd natychmiast a stary Jakub się tobą zajmie – mówi z uśmiechem.
- Ależ naprawdę nie trzeba, nic mi nie będzie – znowu zapewnia dziewczyna.
Staruszek podrywa się energicznie, przechodzi kawałek dalej, pada na kolana, łapie dziewczynę za kostki i powoli wyciąga ją spod łóżka. Potem przygląda się z podziwem swemu nowemu odkryciu, które leżąc na podłodze, patrzy na niego równie badawczo.
- Bóg istnieje – szepcze staruszek. - Nie wstydź się starego Jakuba, cukiereczku. Wstań proszę i poczuj się jak u siebie w domu a ja pójdę i podkręcę kurki, żeby ci było cieplej – zaciera ręce i wychodzi podśpiewując do kuchni.
W tym czasie dziewczyna energicznie wstaje, otrzepuje się z kurzu, przegląda się w lustrze, poprawia piękne brązowe loki i siada na łóżku. Ubrana jest tylko w bordowy staniczek, bordowe majteczki, czarne samonośne pończoszki i czarne koronkowe rękawiczki, jednak wyraźnie się tym nie przejmuje.
Stopa ponownie przerywa film i mówi.
- Jak wrócił z kuchni, powiedziałem mu, po co przybywam w nadziei, że nabierze do mnie dystansu, ale on myślał, że wszystko, co mówię to żarty i że otrzymał właśnie swój upragniony prezent od Boga. Sytuacja była beznadziejna. Wiedziałem, że zostało mu dziesięć minut życia a przypominam ci, że moim zadaniem jest być miłym dla umierających w każdej sytuacji, zaproponowałem mu więc, że spełnię jego jedno życzenie.
- Tylko nie mów, że wy…no wiesz.
- Nie, aż tak źle nie było – uśmiechnął się Stopa. – Z resztą zobacz sama.
Ponownie przyłożył dłoń do pnia drzewa i obraz powrócił na białą płachtę.
- Tańcz mój cukiereczku! Tańcz! – krzyczał Jakub siedzący wygodnie w fotelu – Pokaż co potrafisz! No dalej, dalej! Nie wstydź się tylko machaj tym swoim słodkim tyłeczkiem, machaj cukiereczku! Rozgrzej starego Jakuba! O tak, to mi się podoba, tak trzymaj.
Nagle głos staruszka ucichł a jego wzrok spoglądał teraz bezwiednie na stojącą przed nim piękność o kasztanowych włosach. Cukiereczek, muśnięciem dłoni, zamknął mu oczy i pocałował go w czoło.
Stopa odsunął dłoń od drzewa i ze spuszczoną głową podszedł do ławki, na której siedziała Karolina.
-To, co zrobiłeś, było piękne – mówi dziewczyna.
- Dziękuję.
- Jednak, jak sobie przypomnę ten taniec, to nie mogę ha, ha, ha! – Karolina wybucha śmiechem.
Stopa spogląda na nią groźnie, ale po chwili sam zaczyna się śmiać i wkrótce oboje, siedząc nocą na cmentarnej ławce, zanoszą się od śmiechu. Po chwili wracają rozbawieni do domu jednak, gdy zbliżają się do bramy wyjściowej, zza drzewa wyłania się falująca postać.
- Czy to duch? – pyta przerażona Karolina.
- Witaj Sebastianie, – mówi zjawa – kupę lat, co?
- Witaj Rafale – odpowiada Stopa, nazywany teraz Sebastianem. – Faktycznie, kupę czasu minęło odkąd się rozstaliśmy.
- Kim jest to urocze stworzenie obok ciebie?
- To Karolina, moja nowa podopieczna.
- A więc nadal zajmujesz się katowaniem ludzi, tak?
- Nie i nigdy się tym nie zajmowałem.
- Doprawdy? To może to odświeży ci pamięć! – mówi duch i jednym ruchem rozdziera swoją szatę ukazując czarny, przegniły tors.
Karolina odwraca głowę i wymiotuje.
- To nie ja, tylko rak cię tak urządził – mówi Sebastian.
- A ty pozwoliłeś mi umrzeć! – krzyczy zjawa.
- Nie jestem cudotwórcą Rafale.
- Ale byłeś moim aniołem, miałeś mnie chronić a nie patrzeć, jak umieram w bólu!
- Każdy ma takiego opiekuna, na jakiego zasługuje.
- Śmiesz nazywać się opiekunem po tym, co mi zrobiłeś?! Oboje doskonale wiemy, że mogłeś uśmierzyć mój ból, choć na moment przed samą śmiercią.
- Masz rację, mogłem to zrobić, ale doskonale wiesz, dlaczego tego nie zrobiłem. Nie rozumiem więc, dlaczego zjawiasz się ponownie i psujesz nam wieczorny spacer.
- Nie powinieneś dalej pracować w tym zawodzie psie – mówi Rafał i spluwa gęstą mazią pod nogi Sebastiana.
Ten w mgnieniu oka pojawia się przy duchu, łapie go za szyję i przyciska do drzewa. Rafał gulgocze coś przerażony.
- Katowałeś mnie jak bezpańskiego kundla, sukinsynu a teraz śmiesz oskarżać mnie o brak litości? – cedzi przez zaciśnięte zęby Sebastian. – Pokutowałem przez ciebie dwieście lat! Bywałem w miejscach i widywałem rzeczy, o których wy, ludzie, nie macie najmniejszego pojęcia, że istnieją, ale wiesz co? Warto było, bo nikt nie odbierze mi satysfakcji jaką czułem, gdy umierając, błagałeś mnie o litość! A teraz zabieraj to nędzne ciało sprzed moich oczu i módl się, żebym cię więcej nie zobaczył, bo wtedy dopiero pokażę ci, czym jest cierpienie – zakończył, rzucił przerażonego Rafała na trawę, odwrócił się i odszedł w kierunku chowającej się za drzewem dziewczyny.
- Nie bój się mnie Karolino, tobie nie zrobię krzywdy, przysięgam.
- No, nie wiem – odpowiada dziewczyna.
- Tamta kupa gówna zasłużyła na to, co ją spotkało, tobie gwarantuję lekką i przyjemną śmierć, której nawet nie poczujesz.
- Obiecujesz?
- Tak.
Dziewczyna wychodzi zza drzewa i razem ruszają w kierunku ich wspólnego od pewnego czasu, domu.
- Na co umrę? – pyta po powrocie.
- Na serce.
- Niczym Weronika Paula Coelho?
- No, nie zupełnie, bo ona przeżyła a tobie to raczej nie grozi.
- A jak pójdę do lekarza?
- Za późno.
- No to rzucam robotę – oświadcza uradowana.
- A gdzie pracujesz?
- W rzeźni.
Stopa spogląda na nią badawczo.
- A co ty tam robisz?
- Ćwiartuję mięso.
- To dlaczego zwymiotowałaś na widok Rafała?
- Jakoś tak samo wyszło – mówi lekko zawstydzona. – Powiedz mi Stopa, skąd znasz dzieje Weroniki?
- Z książki. Nudziło mi się przez te dwadzieścia lat, więc czytałem sobie twoje książki. Wiem na przykład, że ubrałaś mnie w skóry, bo strasznie podoba ci się postać Daimona Freya z „Siewcy Wiatru” – mówi uśmiechając się słodko.
- A ja nareszcie wiem, gdzie podziały się moje niektóre książki – odpowiada Karolina z równie słodkim uśmiechem.
- O nie moja droga, ja jestem z natury dobry i nie kradnę – mówi oburzony i obraca się na łóżku plecami do dziewczyny.
Od tego dnia mija miesiąc obfitujący w niewiele wyjaśniające rozmowy, częste wybuchy złości oraz stany głębokiej frustracji i to zarówno ze strony głównej bohaterki jak i jej tajemniczego towarzysza, niejakiego Stopy. W końcu jednak nadchodzi dzień prawdy.
- To dziś – oświadcza podczas gry w domino, Stopa.
- Co dziś? – pyta dziewczyna.
- No, to dziś umrzesz.
Bohaterka podnosi wzrok znad gry i przez dłuższą chwilę przygląda mu się uważnie.
- Twój ruch – mówi w końcu.
Po skończonej grze, Karolina kładzie się na łóżku i pogrąża w zadumie.
- O czym myślisz?
- Stopa, nie zadawaj głupich pytań, dobrze? Powiedz mi lepiej, jak to będzie wyglądało, czy mam się jakoś specjalnie przygotować, nie wiem, uczesać, wykąpać, pomalować.
- Jeśli masz ochotę, to możesz zrobić wszystkie te czynności, tylko nie wiem po co tyle zachodu, skoro twoje ciało i tak zostanie tutaj he, he, he.
- Ciebie to bawi?
- Czasami.
- O której?
- Równo o dwudziestej trzeciej.
- To za pół godziny!
- Wiem.
- Dobrze, że nie powiedziałeś mi na minutę przed.
- Sam dopiero się dowiedziałem.
- Masz fajkę?
- Mam, ale przecież ty już nie palisz.
- Właśnie wracam do nałogu.
- No to trzymaj.
Rzuca jej paczkę czerwonych Sobieskich.
- Najgorsze fajki, jakie mogą być – stwierdza Karolina. – A miętowych nie masz?
- Na przykład Irysów?
- No, na przykład.
- Nie, nie mam.
- Chcesz też?
- A daj.
Przez kolejne dwadzieścia minut, Karolina i Stopa, leżą na łóżku i nie mówiąc nic, wypalają papierosa za papierosem.
- Wiesz, co w tym wszystkim jest najzabawniejsze? – pyta po pewnym czasie dziewczyna odpalając kolejną fajkę.
- Co?
- To, że planowałam zabić się w wieku dwudziestu siedmiu lat, wiesz, tak jak Kurt, ten piosenkarz.
- No wiem i co z tego?
- To, że teraz nawet tego wieku nie dożyję, ha, ha, ha.
- Nie rozumiem.
- Nieważne.
- Dobra, - Stopa podnosi się z łóżka - my tu gadu gadu a entalpia rośnie, jak mawiał pewien profesor z chemii fizycznej. Czas na nas moja droga, więc kończ tego fajka i ustaw się tu koło mnie.
- A mogę z fajkiem?
- W sumie, możesz.
Karolina podnosi się z łóżka i z papierosem w zębach staje obok Stopy, który wyciąga z kieszeni kurtki jakiś przedmiot.
- Po co ci otwieracz? – pyta dziewczyna.
- To nie otwieracz, tylko klucz do świata, do którego właśnie zmierzamy.
Stopa przykłada otwieracz do ściany i powoli wycina w niej coś, na kształt drzwi.
- My tu takimi puszki otwieramy – mówi dziewczyna.
- Nie wkurwiaj mnie dobrze? Muszę się teraz skoncentrować, więc bądź cicho, chociaż przez minutę.
- Dobrze, już dobrze.
Stopa zamyka oczy i szepcząc coś, w niezrozumiałym dla dziewczyny języku, machając przy tym energiczniej, niż dotychczas, swoimi uroczymi skrzydełkami, dotyka stojącej przed nimi ściany, która kruszy się w drobny pył. Doszczętnie zakurzeni bohaterowie stoją teraz przed kompletnie ciemnym otworem w ścianie.
- No, muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, - mówi Karolina odpalając ostatniego papierosa – tylko ciekawe, co mój sąsiad na to.
- Idziesz, czy mam cię tam wciągnąć? – pyta wkurzony Stopa.
- Jasne, że idę, chyba nie myślisz, że tu zostanę po tym, jaki mi tu syf zrobiłeś.
- Panie przodem.
- Och, jakiż ty milutki, mój ty elfi potomku.
Stopa nie wytrzymuje, łapie Karolinę za ramię i razem znikają w czeluściach ściany, która po ich przejściu, wraca do swojej pierwotnej postaci.