Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Opowiadanie chemika czas zakończyć

lacrima ·

*
Minął tydzień od czasu, gdy Igor po raz ostatni widział przyjaciela. Myśl, że powinien być przy nim nie dawała mu spokoju. Odrzucał ją, ignorował, tłumaczył sobie jak dziecku, że to nie jego sprawa, i że dość już w swoim życiu nabroił, ale to nie wystarczało. Poprosił Katię, by na czas jego nieobecności zajęła się barem. Ona spojrzała w jego błękitne oczy i nie pytając o nic, kiwnęła potakująco głową, po czym wtuliła się w niego jak mała, zrozpaczona dziewczynka.
- Przysięgam ci, że wrócę – powiedział przyciskając do siebie delikatnie jej kruche ciałko.
- Wiem, – odpowiedziała odzyskując spokój i uwalniając się z jego silnych objęć – zawsze wracasz.

*
Igor z ciężkim sercem opuścił bar, swój kochany azyl, a świadomość, że nie wie, kiedy znowu do niego wróci jeszcze bardziej go przygnębiała. Skoro jednak podjął już decyzję, nie było odwrotu. Wiedział, że dopóki nie dowie się, co porabia i zamierza Stopa, nie zazna spokoju. Taka to już rola przyjaciół.
Pierwszym miejscem, które odwiedził było mieszkanie zaginionego. Wiedział gdzie jest zapasowy klucz, więc do środka dostał się bez konieczności wywarzania, tych jakże maleńkich, drzwi. Wiedział, że nikogo tam nie zastanie, wiedział, że prawdopodobnie niczego nowego się nie dowie, a jednak w głębi serca łudził się, że może się mylić. I miał rację. Od jego wizyty w pokoju nic się nie zmieniło, nie mówiąc o pleśni na kupie naczyń, która przeżywała okres wyraźnego rozkwitu. Wniosek był jeden. Od momentu ich ostatniej rozmowy, właściciel tego uroczego M2, prawdopodobnie nawet do niego nie zajrzał. Igorem zawładnęły złe przeczucia a te niestety rzadko go zawodziły. Jeszcze raz omiótł wzrokiem malutkie mieszkanko i już miał wyjść, gdy poczuł nagłe ukłucie niepokoju. Zasłony – pomyślał. – A jednak byłeś tu mój przyjacielu, pewnie wpadłeś tylko na chwilę i bynajmniej nie po to, by posprzątać, ale mimo to znalazłeś czas, by zasłonić okno. Tylko, po co? Podszedł przeczuwając coś złego i nie mylił się, jak zawsze z resztą. Na parapecie stał, tak jak ostatnio, Nienazwany, ale wyglądał jakby inaczej. Co jest z nim? – zastanowił się Igor. I nagle go olśniło. Wybiegł z mieszkania obijając się o wąziutkie drzwi zupełnie zapominając by je za sobą zamknąć.
Nienazwany był ulubioną roślinką Stopy. Wyglądał jak kwiat, jakich na Ziemi widuje się setki. Był barwy ciemnozielonej z lekką nutą czerwieni, miał podłużne, piękne liście i duże brudnoczerwone kwiaty, ale na tym kończyło się jego podobieństwo do roślin, które w swoich ogrodach zwykli hodować ludzie. Nienazwany nie potrzebował wody ani słońca a warto przypomnieć, że żadna z obu tych rzeczy tutaj nie występowała, więc to, czym się żywił stanowiło potężną zagadkę. Można go było znaleźć przeważnie wysoko w górach, przyczepionego do pojedynczych głazów, które szczelnie oplatał siatką szkarłatnych korzeni. Igor zapytał kiedyś przyjaciela, gdzie udało mu się znaleźć to cudo, które budziło tyle wątpliwości, tyle pytań a u większości istot prawdziwy strach, ale nigdy nie uzyskał jednoznacznej odpowiedzi. Legenda głosiła, że kwiat ów posiada niezwykłe właściwości. Podobno napar z jego kwiatów powoduje nieodwracalną utratę pamięci. Ile prawdy było w tej legendzie? Nie wiadomo, bo nikt poza tym, który go odkrył, skosztował i zapomniał nazwać, nie odważył się nigdy spróbować.



*
Trzy dni wcześniej najbardziej poszukiwana obecnie, niezwykle przystojna jak na warunki ziemskie, istota, dotarła do miejsca zwanego „Drzwiami Boga”. Nie było tam oczywiście żadnych drzwi ani im podobnych konstrukcji, ale była za to okrągła, zielona polanka, nad którą wisiało jaśniejsze, niż nad pozostałą częścią krainy, niebo. To tutaj przyprowadzano ludzi, którzy mieli dostąpić zaszczytu przekroczenia Progów Pańskich. Tutaj też nasz główny bohater, nazywany wówczas Stopą, przyprowadził swoją podopieczną, Karolinę, którą następnie, jak nakazywał zwyczaj, pozostawił wraz z grupką innych osób oczekujących w kolejce na spotkanie z Opiekunem Drzwi. Co się działo z ludźmi później? To proste. Szli do Nieba. Jeszcze wówczas nie przypuszczano, że wkrótce pojawi się inna możliwość.
Stopa bardzo energicznie zapukał w drewniane drzwiczki, stanowiące wejście do maleńkiej chatki, mieszczącej się na skraju owej, uroczej polanki. Ze środka dobiegł go stanowczy, męski głos.
- Otwarte!
Wszedł. I tak oto, pierwszy raz od chwili stworzenia świata, Przewodnik stanął oko w oko z Opiekunem. Zapanowała cisza. Obaj panowie przyglądali się sobie z nieukrywanym zaciekawieniem, pomieszanym z odrobiną fascynacji.
- Nie jesteś istotą ludzką – stwierdził gospodarz siedzący na krześle przy małym, drewnianym stoliku stanowiącym centralny punkt przytulnej izdebki. – Usiądź, proszę – dodał po chwili wskazując ręką krzesełko po drugiej stronie stolika.
Wiec tak to się odbywa – pomyślał gość. Przychodzi człowiek, siada, gadu gadu przez chwilę a potem trach i ląduje w Niebie. Proste! Fucha o stokroć lepsza od mojej.
- To nie takie proste – usłyszał nieoczekiwaną odpowiedź.
W dodatku potrafi czytać w myślach! – wyrwało mu się natychmiast. – Zajebiście!
Gospodarz uśmiechnął się znacznie szerzej, opuścił głowę i pokiwał nią nie kryjąc rozbawienia zaistniałą sytuacją.
Wyglądał młodo, na oko na jakieś dwadzieścia pięć góra trzydzieści lat, oczywiście w miarach ziemskich, ale biła od niego niezwykła rozwaga, dojrzałość i jakby smutek. Niebiańsko piękną twarz okalały z dwóch stron długie, niemal sięgające pasa, białe jak śnieg włosy, ale to nie one były największym atutem jego urody. Dotychczas Stopa myślał, że to Igor jest szczęśliwym posiadaczem najpiękniejszych oczu we wszechświecie, ale teraz zrozumiał, w jak wielkim żył dotychczas błędzie. Hipnotyczny wzrok tak nieprawdopodobnie bladoniebieskich a chwilami niemal przezroczystych oczu gospodarza, budził w nim falę ciepłych uczuć miłości, zrozumienia i chęci wyjawienia wszystkich tajemnic, które dotąd znał tylko on i Najwyższy. Ostatnia spowiedź – pomyślał z trudem powracając do rzeczywistości i z jeszcze większym wysiłkiem zdołał w końcu zamknąć oczy.
- Nie próbuj tych sztuczek na mnie – powiedział surowo, zaciskając powieki. – Nie przyszedłem tu by opowiadać ci pikantne szczegóły ze swojego życia, ale po to, by zapytać cię o pewną istotę.
- Wiem – odparł tamten ze spokojem.
- Jak wiesz, to gadaj, bo czas mnie goni.
- To dziwne, zwarzywszy, że czas tutaj nie istnieje, – w jego głosie sarkazm był niemal namacalny - ale skoro nalegasz.
- Nalegam!
- To pytaj.
- Dlaczego pozwoliłeś jej odejść?
- Bo chciała.
- Aha. A jak ktoś ma ochotę na naleśnika z dżemem, to też mu go przyrządzasz?!
- Nie twój interes, ale tak, zazwyczaj spełniam ich ostatnie życzenie. Taka moja rola.
- Jak na egzekucji – skomentował z premedytacją gość.
Ironiczny dotąd uśmiech opuścił twarz gospodarza, co nie wróżyło nic dobrego, ale siedząca naprzeciwko niego istota nie mogła odczytać ostrzeżenia nie patrząc na nie, więc nie szczędziła sobie dalszych uwag.
- Jesteś niczym Matka Teresa z Kalkuty, – zaśmiał się już w głos – tylko nieco od niej młodsza – ciągnął a idealna twarz bladookiego przybierała coraz mniej przyjemny wyraz. – Pewnie masz wzięcie u ziemianek, co? Bierzesz je na tą swoją milusią twarzyczkę modela z pieprzonego „Men`Health” i pewnie bawicie się w doktorka, ale mnie na to nie złapiesz, więc zanim wkurzę się na dobre, radzę ci powiedzieć mi prawdę o Karolinie.
- Postaraj się być miły, - powiedział przez zaciśnięte zęby gospodarz - bo nie mam ani obowiązku ani ochoty, by się przed tobą spowiadać, hieno! – ostatni wyraz podkreślił zbyt jadowicie.
No i stało się! Czarnooki w ułamku sekundy otworzył oczy i błyskawicznie znalazł się po drugiej stronie stolika. Złapał pięknookiego za niebieską koszulę i całą siłą uderzył nim o ścianę.
- Ostrzegałem, – powiedział stojąc nad nim niczym prawdziwy anioł śmierci – zapomniałeś chyba, że tym razem nie masz do czynienia ze słabą istotą ludzką, ale wybaczam ci to małe niedopatrzenie. A teraz zacznijmy od początku. Uprzejmie proszę o odpowiedź na moje pytanie, a mianowicie, dlaczego do jasnej cholery pozwoliłeś odejść mojej podopiecznej?!
- Pozwoliłem jej odejść, bo mnie o to poprosiła a z jej oczu biła prawdziwa szczerość i tęsknota za tym, by jeszcze raz, choć na krótką chwilę, na ułamek sekundy dosłownie, móc cię zobaczyć – uniósł głowę i dojrzał błyszczące od łez oczy swojego gościa. – Nikt nigdy o nic bardziej szlachetniejszego mnie nie poprosił - kontynuował – i poczułem coś, czego się bardzo wstydzę – zazdrość, bo mnie nikt nigdy nie nazwał swoim przyjacielem i kiedy tu dziś wszedłeś, nie mogłem nie być cyniczny. Wybacz proszę – oparł głowę o ścianę i zamknął oczy. – A teraz byłbym wdzięczny, gdybyś wyszedł i zostawił mnie samego.
Jednak Stopa nie posłuchał. Podszedł do gospodarza i wyciągnął do niego rękę.
- Wstań proszę.
Tamten zawahał się przez chwilę, jednak podał dłoń i pozwolił sobie pomóc. I tak oto naprzeciw siebie stanęli dwaj nieziemsko przystojni mężczyźni, reprezentanci zupełnie skrajnych typów urody i po raz drugi dziś ich spojrzenia spotkały się, jednak tym razem zupełnie pozbawione były ukrytych zamiarów i sztuczek.
– Źle cię oceniłem – powiedział ten mroczniejszy. – Dziękuję ci za szczerość i za to, że dzięki tobie, będę mógł ją jeszcze raz zobaczyć. Przepraszam za swą porywczość, ale ta cała sytuacja doprowadza mnie do szału. Jeśli zechcesz, to z przyjemnością cię odwiedzę, by wypić browara, pogadać o męsko-anielskich sprawach, ale teraz niestety muszę już iść i jak najprędzej znaleźć Karolinę.
- Rozumiem, – odrzekł tamten spokojnie – moje drzwi od dziś zawsze będą dla ciebie otwarte, a teraz idź i przyprowadź ją do mnie ponownie. Będę was wyczekiwał.
- A czy mówiła dokąd zmierza? – zapytał stojąc w drzwiach gość.
- Tak, szukać ciebie, – uśmiechnął się gospodarz – ale myślę, że w głębi duszy wiesz, gdzie możesz ją odnaleźć.
- Do zobaczenia przyjacielu.
- Do zobaczenia… - słowa ugrzęzły mu w gardle.

*
Trzy dni później, nie bawiąc się w uprzejmości, do tej samej drewnianej chatki wpadł, niczym władca huraganu, Igor. Zaniepokojony gospodarz zerwał się ze swojego miejsca przy stoliku, lecz zanim zdążył o cokolwiek zapytać, popełnił błąd. Spojrzał stojącej przed nim istocie, jak to miał w zwyczaju, prosto w nieziemsko błękitne oczy. I tak oto, po raz drugi w historii wszechświata, doszło do spotkania Opiekuna z Przewodnikiem. Oszołomiony gospodarz bezwładnie opadł na krzesło a Igor pojął, że odtąd nie żyje już ze swoją tajemnicą sam na sam i zamknął oczy.
- Wybacz – powiedział – nie wiedziałem, że posiadasz taką moc.
Gospodarz milczał.
- Powiedz mi tylko proszę, czy był u ciebie…
- Był! – przerwał intruzowi. – Był jakieś trzy ziemskie dni temu, pytał o nią a potem odszedł, by jej szukać.
- Idiota! – wyrwało się Igorowi.
- Nie nazywałbym go tak. To, co łączy tą dwójkę, to naprawdę coś wyjątkowego i ich powtórne spotkanie jest nieuniknione. Jeśli do niego nie dojdzie, ich dusze będą wiecznie niespokojnie błąkać się po wszechświecie, aż w pewnym momencie wzajemna tęsknota pochłonie ich zupełnie i postradają zmysły. Wiesz, wszyscy na tym świecie mają swoje miejsce, tylko trzeba dopilnować, żeby tam w odpowiednim czasie trafili. Jeżeli naprawdę pragniesz pomóc swojemu przyjacielowi, to pomóż mu w odnalezieniu tej dziewczyny a resztę pozostaw Najwyższemu.
Igor otworzył oczy i wpatrując się w lśniący blat stojącego przed nim stolika, oddał się rozmyślaniom na dłuższą chwilę.
- Pójdę już – oświadczył nagle i odwrócił się w kierunku drzwi.
- Zaczekaj! – usłyszał. – Jest jeszcze coś, co chciałbym ci powiedzieć.
- Więc słucham – nie odwrócił się.
- Ten człowiek…- zaczął tamten – wiesz, ten, którego…
- Wiem, – powiedział a jego dłoń mimowolnie zacisnęła się na klamce – ale to nie był człowiek! To była obrzydliwa bestia niezasługująca na to miano!
- Masz rację, przepraszam. Jednak chcę żebyś wiedział, że nie wpuściłem go do Nieba a wysłałem do miejsca, z którego nigdy nie wróci.
Postać przy drzwiach rozluźniła uścisk i opuściła głowę, a jej postura przywodziła na myśl starą, zmęczoną życiem istotę.
- Dziękuję ci – wyszeptał. – Żegnaj przyjacielu.
Zaskoczony jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem, Przewodnik, nie odpowiedział.
Igor był już na skraju uroczej polany, gdy usłyszał wołanie.
- Hej! Igor! Poczekaj na mnie!
Barman poczekał. W jego kierunku, wolnym truchcikiem, zmierzał poznany przed chwilą blondyn.
- Co jest? Masz dla mnie jeszcze jakieś rewelacje?
- Chciałem cię jeszcze o coś zapytać. Mogę?
- Wal.
- Bo widzisz chodzi o to, że polubiłem tego twojego kumpla i tą dziewczynę też, no i ty w sumie też jesteś spoko gość i ...
- Na litość Boską, wysłów się w końcu!
- Mogę pójść z tobą? – wyrzucił niemal jak jedno słowo.
Twarz barmana przyozdobił głupawy uśmieszek.
- Słucham?
- No... pytałem, czy mogę... no wiesz... yyy...
- Żartujesz sobie, tak?
- Nie.
- Nie?
- Nie.
- A jak ty to sobie niby wyobrażasz, co? – po głupawym uśmiechu Igora nie pozostał nawet cień. – A co z ludźmi? Kto ich poprowadzi dalej? Pomyślałeś o tym, czy może mam ci to ręcznie przetłumaczyć?
- Przecież oni i tak już nie żyją – podjął próbę walki Przewodnik. – Co to za różnica kiedy ich przyjmę. Posiedzą sobie na łące, to w gruncie rzeczy bardzo ładna łąka i las dookoła też jest ładny, więc jak im się już znudzi siedzenie, to zawsze mogą pójść sobie na spacer... do tego lasu, na przykład. Patem, jak wrócę, to pozbieram ich do kupy i wyślę tam, gdzie im pisane.
Igor zmrużył oczy i nie do końca przekonany przyglądał mu się nieufnie, więc blondyn kontynuował dalej.
- Poza tym doskonale oboje wiemy, że Najwyższy będzie tam na nich czekał w nieskończoność i czy to będzie dziś, czy za rok, jak oni to tam liczą, to nie ma najmniejszego znaczenia.
- A grzyby w tym lesie chociaż są? – po chwili zastanowienia zapytał barman.
- A po co ci grzyby?
- Wiesz, bo oni nie wiedzieć czemu lubią je zbierać, potem wyobraź sobie je gotują i jedzą.
- A no to jakieś tam pewnie są.
- A jadalne?
- No nie wiem, ale jakie to ma za znaczenie?
- Jeżeli są niejadalne, to biedaczyska mogą się potruć i to, wyobraź sobie, może zakończyć się nawet śmiercią! – powiedział unosząc brwi nienaturalnie wysoko, aby nadać własnym słowom maksimum powagi.
- Tak, to straszne, - po krótki namyśle zgodził się z nim towarzysz - szczególnie, zwarzywszy na fakt, że od pewnego czasu już nie żyją.
- Ty masz rację! – wykrzyknął zaskoczony barman. – W takim razie niech sobie idą zbierać te grzyby a my ruszajmy! Mamy misję do spełnienia!
- A w którą stronę pójdziemy?
- Nie wiem, masz jakiś pomysł? Może skorzystaj z tego swojego daru i...
- To tak nie działa.
- To po co ty w ogóle idziesz ze mną skoro nie będę miał z ciebie żadnego pożytku?
- Bo w grupie raźniej, poza tym dobrze gotuję a ty wyglądasz mi na kogoś, kto lubi sobie nieźle podjeść.
- Dobra, przekonałeś mnie. Zatem komu w drogę, temu czas!
- Dobre – zaśmiał się z absurdu Przewodnik.
- Właśnie podjąłem decyzję – oświadczył radośnie barman - a brzmi ona następująco: IDZIEMY NA ZACHÓD!
- Świetnie! – rozradował się nowy kompan – A co to jest zachód?
Igor pomyślał, że trafił mu się niezły żartowniś, więc dał się nabrać i począł wyjaśniać czym to jest ów tajemniczy, fascynujący i jeszcze niezdobyty „dziki zachód”.
- Otóż zachód mój drogi, to ta część świata, która leży naprzeciwko wschodu – zaczął bardzo poważnie. – Od zarania dziejów wszystkie najważniejsze wydarzenia mające decydujący wpływ na losy wszechświata, działy się właśnie na zachodzie. I tak, żeby poprzeć swoje słowa argumentami, pozwól, że podam ci kilka przykładów. Za największy i najważniejszy niechaj posłuży mi ten, że w chwilach stwarzania wszechświata, głowa Najwyższego skierowana była nigdzie indziej, tylko na... – tutaj przerwał wykonując gest nakazujący dokończyć kompanowi.
- Zachód – posłusznie dokończył oczarowany słuchacz.
- Tak! Teraz przenieśmy się nieco dalej. Kiedy Ewa i Adam skusili się na jabłko a następnie zostali zmuszeni do opuszczenia Edenu, zgadnij w jakim kierunku się udali?
- Czyżby na zachód?
- Tak! Brawo! Dobrze, widzę, że zaczynasz rozumieć, więc na koniec pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden malutki, ale za to jakże ważny w życiu każdego ziemianina, przykładzik. Każdy człowiek i uwierz mi, nie tylko ten, który notorycznie szwęda się po lasach w poszukiwaniu grzybów, wie, że mech rośnie tylko i wyłącznie po stronie... – tu ponownie wykonał gest, często stosowany przez nauczycieli (w tym również tych wykładających chemię) dla rzekomego, w ich mniemaniu, zachęcenia ucznia do udzielenia odpowiedzi na zadane pytanie.
- Na północy? – odpowiedział jakby niepewnie.
- Ależ tak! Na... yyy... no, na północy. Masz rację, ale dość już na dziś historii. Ruszajmy!
- To nie był najlepszy przykład, Igor.
- Odczep się, dobrze?
- Zatem na zachód! – wykrzyknął Przewodnik unosząc wojowniczo prawą dłoń w górę, po czym wykonując wesołe podskoki, począł oddalać się w kierunku wschodnim.
Zdziwiony Igor przemilczał zaistniałą sytuację i ruszył śladem nowego towarzysza, bo w zasadzie kierunek podróży nie miał żadnego znaczenia.
Wędrowali już dość długo, w przeliczeniu na ziemski czas minęły jakieś cztery dni. Przewodnik faktycznie okazał się znakomitym kucharzem i Igor, pomimo wcześniejszych wątpliwości, cieszył się z jego towarzystwa.
- Słuchaj kolego, - zagadnął barman, przerywając beztroską jak dotąd wędrówkę – czy ty w ogóle masz jakieś imię?
- Nie - odparł tamten – a powinienem mieć?
- Nie zaszkodziłoby a mi byłoby nieco łatwiej i przyjemniej, gdybyś miał.
- No to nazwij mnie jakoś.
- A sam nie możesz sobie czegoś wymyślić?
- A muszę?
- A nie chcesz?
- Nie.
- Dobra, niech no się chwilę zastanowię.
Po krótkim namyśle twarz barmana ozdobił szeroki uśmiech.
- Mam! – oświadczył.
- Umieram z ciekawości.
- Pablo!
- Pablo?
- Tak.
- A dlaczego tak?
- A dlaczego nie?
- Bo nie znam nikogo o tym imieniu. Myślałem, że nazwiesz mnie Gabriel, albo Sathariel, wiesz, jakoś tak bardziej po aniołowatemu.
- Pytałem – bronił się Igor.
- No tak, ale Pablo to brzmi tak jakoś... hmm... mało męsko.
- Bo i my niewiele wspólnego mamy z mężczyznami – barman tracił cierpliwość.
- Owszem, ale z kobietami też za wiele wspólnego nie mamy.
- Więcej niż nam się wydaje, - myśli barmana mimowolnie uciekły do chwil spędzonych wspólnie z Katią, które jednak szybko, choć niechętnie, odrzucił - ale to nieważne. Nie podoba ci się to trudno, więc będę mówił do ciebie Blondi. Lepiej?
- To ja już wolę tego Pabla – powiedział lekko urażony.
- Też tak myślę – jego twarz ponownie ozdobił uśmiech. – Przyzwyczaisz się. Może pocieszy cię fakt, że ten, którego tak usilnie od czterech dni poszukujemy przybrał ostatnio imię Stopa.
- Stopa? – Pablo nie krył zdziwienia. – Tak, jak... – tu spojrzał na swoją bosą nogę i wesoło poruszał palcami.
- Dokładnie! - Igor wykonał tą samą czynność swoimi paluchami i zaśmiał się serdecznie głośno.
- Wiesz, - dodał po chwili Opiekun – myślę, że Pablo, to bardzo piękne imię! Już się do niego mocno przywiązałem, więc możemy ruszać dalej na zachód – zakończył i zaczął oddalać się w kierunku wschodnim.


*
Po kilku dniach ziemskich, ich oczom ukazała się dziwna budowla. – O matko! – pomyślał Igor.
- Co to za twór? – zapytał przerażony Pablo.
- To jest blok.
- Niewiele mi to wyjaśnia.
- No tak, zapominam czasem, że nie wszyscy bywają na ziemi. Blok, czyli jedna z form budowli ludzkich, którą masowo zamieszkują.
- A co robi tu ten blok?
- Tego się właśnie musimy dowiedzieć. Mam złe przeczucia, co do niego.
- No weź mnie nie strasz.
- Widzisz to światło tam? – wskazał palcem okno na dwunastym piętrze.
- No, bo innych nie ma.
- No właśnie i dlatego tam musimy pójść.
- Musimy? – zapytał cichutko.
- Możesz zawsze wrócić na swoją polankę – uśmiechnął się zgryźliwie.
- W porządku, idziemy – i pierwszy ruszył przez drzwi.
Chwilę potem mierzyli się ze schodami.
- Jak już ktoś pofatygował się, by stworzyć taką budowlę, to mógł wysilić się troszkę mocniej i wmontować windę – marudził barman pod nosem, zbliżając się na szóste piętro.
- Co to jest winda?
W mordę jeża, zamorduję go kiedyś a świat mi za to podziękuje ! – pomyślał. – Idź i nie zadawaj mi głupich pytań!
- Idę, idę.
Po zaliczeniu około dwudziestu postojów, słaniając się na nogach, stanęli przed drzwiami z tabliczką: „Nie przeszkadzać”.
Ja wam, kurwa, dam nie przeszkadzać! – Wchodzimy!
Drzwi były otwarte. W środku panował półmrok.
- Ktoś tu jest – szepnął Pablo wskazując na własne odbicie w lustrze.
- To ty.
- Ja? – podszedł niepewnie do odbicia, by się sobie przyjrzeć z bliska. – A co ja tam robię?
Nie, to ponad moje siły – pomyślał barman spoglądając z wyrzutem w sufit.
Z pokoju dobiegły ich odgłosy rozmowy.
- Idziesz? – spojrzał na Pabla głaszczącego taflę lustra. Jego pytanie nie dotarło do adresata. – Jakby co, to jestem w pokoju obok. Kompletny brak reakcji.
Powoli, nasłuchując uważnie, zbliżył się do drzwi.
- No dawaj, dawaj! – usłyszał ponaglający głos kobiecy.
- No już, przecież widzisz, że się staram – odparł jej męski, o znajomej barwie.
- Wiesz co, ty lepiej skończ z tym gadaniem i weź się w końcu do konkretnej roboty. Ile mam czekać? Życie mi ucieka i niedługo moje ciało zacznie więdnąć a ty nic, tylko się gapisz.
- Przez ciebie nie mogę się skoncentrować.
- I oto chodzi. My kobiety jesteśmy w tym najlepsze!
- Zamilcz!
- Ruszaj się!
Oni się normalnie... – pomyślał i nie pukając, wpadł do środka. – Co tu się do cholery dzieje?
Zastał ich siedzących na łóżku. Patrzyli na niego nie kryjąc zdziwienia.
- Igor? – Stopa nie wierzył własnym oczom. – A co ty tu robisz, brachu?
- Ja? A wy?
- Gramy w domino – odparła nieśmiało Karolina.
- No właśnie, gramy sobie w domino. Chcesz się przyłączyć? – Stopa uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Przepraszam panią, ale muszę przez chwilę pogadać z kolegą na osobności – wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Jaką tam panią, Igor, to przecież Karolina!
- Ta sama, którą, jeszcze tak niedawno, chciałeś zamordować? – uśmiech zniknął z twarzy Stopy.
- Nie słuchaj go kotku, to nie prawda – próbował się bronić.
- Zatem pozwolisz ze mną, czy mam cię stąd wyciągnąć siłą?
- Poczekaj słońce, zaraz do ciebie wracam – zwrócił się do dziewczyny i wyszedł na korytarz.
- Oszalałeś?! – wykrzyknął barman, jak tylko opuścili pokój.
- Ale o co ci chodzi? – tamten próbował zrozumieć przyjaciela.
- O co mi chodzi? Już ty, kurwa, powinieneś wiedzieć najlepiej o co mi chodzi! Myślisz, że nie wiem, co planujesz? Gdzie masz kwiat Niezapomnianego?
- A, więc w tym rzecz. Spokojnie Igor.
- Uspokoję się dopiero, jak mi go oddasz.
- Ale to niemożliwe.
Barman nie wytrzymał.
- Ty podstępna łajzo! – rzucił się na Stopę i już po chwili tarzali się po podłodze.
Powstałe zamieszanie oderwało Pabla od podziwiania własnego odbicia i stał teraz nad nimi najwyraźniej niczego nie rozumiejąc.
- To po to go tyle szukaliśmy? – pytanie przerwało szarpaninę.
- Nie wtrącaj się – warknął barman.
- A ten co tu robi? – zapytał Stopa.
- Nie twój interes.
- Nie mój? Co, znalazłeś sobie nowego kumpla, to myślisz, że starego możesz prać ile zapragniesz? Ty barowa gnido, ty! – szarpanina rozgorzała na nowo.
Z pokoju wyszła Karolina.
- No pięknie, panowie. Brawo! Ale zanim zdemolujecie mi chatę, to może powiedzcie chociaż w imię czego? Inaczej zmuszona będę was wyprosić.
Siedzący na podłodze przyjaciele spojrzeli na siebie.
- No właśnie, ja też z chęcią się dowiem – rzucił groźnie Stopa.
- Czy piła pani ostatnio jakąś dziwną herbatkę, którą przygotował ten tu, – barman ruchem głowy wskazał na kumpla – osioł?
- Tak. Była bardzo dobra.
- Ty... – rzucił Stopie mordercze spojrzenie.
- Spoko Igorku, na ludzi to nie działa – uśmiechnął się przyjaźnie.
- Dlaczego mi od razu nie powiedziałeś?
- Kiedy?
- Nieważne – barman wstał i podszedł do dziewczyny. – Wybacz najście, pani. Jestem Igor.
- Wiem – odparła uśmiechając się do niego. – A ja Karolina.
- Wiem – uśmiechnął się barman.
- To co? – Stopa pozbierał się z podłogi. – Może partyjka w domino na rozluźnienie?
- Co to jest domino? – wzrok wszystkich pobiegł w kierunku stojącego w korytarzu blondyna.
- Jeszcze jeden? – zapytała krzywiąc się dziewczyna.
- To jest Pablo. Mój kompan podróży – wyjaśnił zgromadzonym Igor. – Chodź, Pablo. Zagramy z raz w to domino.
I tak upłynął im jakiś tydzień, licząc oczywiście miarą ziemską. Grali w domino, sączyli browarki, opowiadali zabawne historyjki a czas leniwie mijał.
- To się nazywa życie – powiedział Pablo kończąc właśnie trzecie piwo.
- No – przytaknął mu Igor. – Chwilami czuję się jakbym znowu był w barze. Tylko dwie rzecz nie dają mi spokoju – tu skierował wzrok na Stopę.
- O co ci znowu chodzi?
- Pierwsza, to, jak do cholery udało ci się tak szybko odnaleźć Karolinę?
Stopa uśmiechnął się władczo.
- Główka pracuje, Igorku.
- Polemizowałbym, ale słucham.
- Przez jakiś tydzień łaziłem praktycznie bez celu. Przeszła mi cała złość i pojawił się we mnie lęk, co też ta biedna, samotna dziewczyna może tu porabiać? Dokąd mogła pójść? I nic mi nie przychodziło do głowy. Aż pewnego dnia pomyślałem sobie, że skoro nie bała się na ziemi łazić sama po cmentarzu, to takie miejsce dla niej, to pikuś. No i mnie olśniło. Cmentarz! Że też od razu na to nie wpadłem.
- Jaki cmentarz? Przecież u nas nie ma cmentarzy – oburzył się Igor.
- Takich rasowych, jak na ziemi, to nie ma, ale przecież mamy swoja „Aleję Zasłużonych”!
- Racja i co, była tam?
- No jasne, że była a żeby było ciekawiej, to widziałem ją już tam wcześniej, ale kto by się domyślił.
- Ja. Przecież ona nie ma aury.
- Czepiasz się.
- Znowu bym polemizował, ale niech ci będzie. A teraz druga sprawa
- Umieram z ciekawości.
- Wytłumacz mi, jak chłop krowie na rowie, po jaką cholerę postawiłeś cały blok, skoro przez cały czas siedzimy w jednym pomieszczeniu?
- Bo Karolina chciała poczuć się jak w domu, no to stworzyłem jej taki sam dom, w jakim mieszkała.
- A co z resztą pomieszczeń?
- Nie wiem. Może ja zajmę jedno.
Barman rzucił mu chłodne spojrzenie.
- Przecież ona musi iść do nieba. I co wtedy? Będziesz sobie sam biegał po bloku? Porąbało cię?
- A kto powiedział, że ona musi.
- No, to chyba logiczne, nie? Chociaż... – cała trójka spojrzała na Pabla.
- Co się tak znowu na mnie gapicie?
- Bo ty powinieneś wiedzieć, czy ona musi, czy nie musi.
- Chwileczkę – wyjął z tylnej kieszeni spodni małą książeczkę zatytułowaną: „Instruktaż dla Przewodnika”.
Wszyscy ze zdziwieniem spojrzeli po sobie.
- O mam!
- No to czytaj! – powiedzieli jednym głosem.
- „Jeżeli istota, w tym również ludzka, odmawia wejścia do Nieba, to pomijając fakt, że jest pozbawiona rozumu, ma do tego pełne prawo.”
- To znaczy, że nie muszę tam iść? – uradowała się Karolina.
- Na to wygląda, że nie – odparł Przewodnik.
- I co? To już wszystko? Nic tam więcej nie ma? – dopytywał się Igor.
- No.
- Daj mi to.
- Nie mogę. To tylko i wyłącznie dla Przewodników. Gdybyś mi go zabrał, musiałbym cię unicestwić!
- To naprawdę straszne – wyszeptał Igor, po czym zwrócił się do dziewczyny. – Ty naprawdę chcesz tu zostać?
- Tak – odparła stanowczo. – Poza tym do Nieba mogę pójść w każdej chwili, prawda? – Pablo pokiwał przytakująco głową. – No to jak mi się znudzi życie tutaj, to się przeniosę. Proste?
- Dla mnie, jak słońce – powiedział zadowolony Stopa. – A ja sobie zajmę lokum obok i będziemy sobie tutaj razem mieszkać. Chcesz zostać z nami, Igor?
- Nie mogę, czeka na mnie Katia i bar, ale będę was odwiedzał.
- Chyba, że będę akurat w robocie – zachmurzył się Stopa.
- To przyjdę na herbatkę do Karoliny.
- I do mnie! Ja też chcę tu zostać! Mogę? – Pablo spojrzał błagalnie na pozostałą trójkę.
- A co z twoimi obowiązkami? – zapytał barman. – Ci ludzie z nudów to pewnie nie tylko wyzbierali wszystkie grzyby, ale i las zdążyli wykarczować.
- Czepiasz się, wiesz?
- Nie czepiam się, tylko próbuje przywołać jakiś porządek.
- Dobra, dobra. Ale jak tylko uporam się z tym tłumem, to wrócę, ok?
- ok.
- I będę mógł zająć któreś z lokum?
- Będziesz mógł sobie przywłaszczyć nawet całe piętro – zażartował Igor spoglądając na uśmiechniętego Stopę siedzącego obok dziewczyny.
- A co to jest piętro?##edit_byatak 2006-05-16 07:24:47##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...