Opowiadanie chemika trwa
- O! Kogóż to widzą moje piękne oczy?! Czyja to stopa zaszczyca dzisiaj moje skromne progi? – powiedział radośnie barman starannie przecierając ściereczką kieliszek. Wchodzącemu mężczyźnie serce zamarło na ułamek sekundy, ale nie dał nic po sobie poznać i ruszył pewnym krokiem w kierunku baru.
- Witaj, witaj – odpowiedział podając barmanowi rękę.
- No proszę, jaki przystojniak dziś z ciebie – powiedział tamten z nieukrywanym zachwytem mierząc go, jak kobietę, od stóp do głów. - Co sobie życzysz przyjacielu?
- Daj to, co zawsze.
- Malibu z podwójną porcją mleka, jeśli dobrze pamiętam, a może dzisiaj spróbujesz na odwrót, co kowboju? – delikatnie zadrwił barman.
- Nie, nie spróbuję. Nie mam niestety takiego łba do picia jak ty, choć wcale nad tym nie ubolewam.
- O! Pan wybaczy, że się tak o pana troszczę – powiedział, tym razem, jakby lekko urażony –Czyżby pan znowu coś spieprzył?
- Nie. Przepraszam cię stary, ale jakoś ostatnio nie jestem w nastroju do żartów. Daj mi to Malibu to pójdę sobie i zaszyję się w jakimś nędznym kącie.
- Tu takich kątów nie mamy – powiedział surowym głosem barman, po czym uśmiechnął się i dodał nieco ciszej wychylając się ku niemu przez ladę. - Na pewno nie chcesz pogadać? Wiesz, że zawsze chętnie cię słucham.
-Wiem Igor, wiem, ale dziś to naprawdę nie jest dobry moment.
- Jak sobie chcesz, – powiedział mężczyzna i zabrał się do robienia drinka – ale jakby co, to wiesz, gdzie mnie znaleźć – jego twarz ozdobił duży, szczery uśmiech.
Igor należał do tych istot, na które zawsze można było liczyć. Kiedy Igor nazywał cię swoim przyjacielem, to znaczyło, że tak właśnie o tobie myślał a posiadanie prawdziwego przyjaciela w tym miejscu, było niemal tak ważne jak posiadanie bukłaka wody dla kogoś, kto nagle obudził się na samym środku Sahary. Igor nie był wyjątkiem i jak cała reszta nie miał imienia, ale należał do tej większości, która przyznawała ludziom jedną jedyną rację a dotyczyła ona właśnie zwyczaju nadawania ich sobie.
Igor przyjął na stałe postać wysokiego, barczystego mężczyzny, bo jak sam powiedział kiedyś: „Nigdy nie przyzwyczaiłbym się do noszenia jedwabnych pończoch, już o reszcie kobiecego arsenału nie wspominając”. Kiedyś zajmował się tym, czym pozostali, czyli był swego rodzaju Przewodnikiem, Ostatnim Towarzyszem czy, jak zwykli mawiać złośliwcy, Hieną Cmentarną.
Historia, która go spotkała, jest w tej profesji bardzo powszechna i prędzej, czy później przytrafia się każdemu. Jednak to, co ją wyróżnia spośród szeregu innych to fakt, że nikt tak naprawdę nigdy nie poznał jej do końca. Odkąd Igor wrócił z tamtej pamiętnej wyprawy, nie rozmawiał o niej z nikim. Chodziły potem słuchy, że podobno zatłukł jakiegoś gościa gołymi rękami na godzinę przed faktyczną porą jego śmierci, w co nikt oczywiście nie chciał uwierzyć, bo co jak co, ale nie było w całej krainie istoty bardziej prawej i łagodnej, niż sam Igor. Pokutował potem sześćset trzydzieści cztery lata ziemskie a kiedy jakiś rok temu wrócił, był tą samą mądrą, ciepłą, łagodną i prawą istotą, jak wcześniej. Zachowywał się tak, jakby nic się nigdy nie wydarzyło a on wrócił właśnie z cudownych wakacji spędzonych na Wyspach Kanaryjskich, albo w Niebie i to w dodatku w towarzystwie samego Najwyższego. Nikt już nie pytał go, co tak naprawdę wydarzyło się tamtego fatalnego dnia a i on sam nikomu o tym nie wspomniał. Na własne życzenie, bo tylko taka możliwość istnieje, odszedł na wcześniejszą emeryturę i na dobre zajął się barem, jego prawdziwą życiową pasją.
Tak pokrótce przedstawia się historia istoty, nazywanej teraz Igorem, która zajmowała miejsce tuż po samej Mądrości w sercu drugiej, podobnej mu istoty, funkcjonującej teraz pod postacią przystojnego mężczyzny o oczach i włosach czarnych, jakby utkanych przez samą śmierć. Mężczyzna ów załapał właśnie kieliszek wypełniony białym płynem i odwrócił się z zamiarem odejścia, gdy ponownie usłyszał basowy głos Igora.
- Stary, a co ty tam masz za różowe cudo na plecach?
Czarnooki zamarł w bezruchu, odwrócił się bardzo powoli i spojrzał wprost w nieziemsko błękitne oczy przyjaciela.
- Skrzydła! A myślałeś, że co? – zapytał nie spuszczając z niego wzroku.
- Nic, no przecież widzę, że to skrzydła jak ta lala – odpowiedział z uśmiechem barman.
- Też tak myślę i radzę ci o tym dobrze pamiętać – powiedział i odszedł.
Coś z nim nie tak - pomyślał Igor obserwując siadającego w kącie przyjaciela. - Muszę się dowiedzieć, co mu się naprawdę przydarzyło, bo ktoś, kto nazywa takie wypierdki skrzydłami nie może czuć się dobrze!
Minęło parę godzin, czarnowłosy zdążył wypić już cztery malibu z podwójnym mlekiem i siedział teraz gapiąc się niemrawo w blat stołu, jakby to była najcudowniejsza rzecz, na jaką w życiu patrzył. Albo teraz, albo nigdy – pomyślał, wciąż martwiąc się o przyjaciela, Igor.
- Katia, słońce ty moje, czy będziesz tak miła i zastąpisz mnie na chwilę?! – zawołał do zielonookiej piękności w równie zielonym i uroczym futerku.
- Oczywiście mój drogi, zajmę się twoim barem jak tylko potrafię najlepiej – powiedziała puszczając mu ceremonialnie oczko.
Katia od zawsze towarzyszyła Igorowi, czekała na niego te wszystkie lata, choć nie na miejscu byłoby mówienie tutaj o wierności. Tak naprawdę nikt do końca nie wiedział, co łączyło tą dwójkę a pod wiecznie czujnym okiem barmana, nikt nie ośmielał się jej podrywać. W dodatku po tym numerze, jaki podobno odstawił byli i tacy, co woleli wychodzić za potrzebą na dwór, niż przez przypadek natknąć się na nią gdzieś po drodze i przekonać się na własnej skórze, czy to, co mówią o Igorze to prawda, czy nie.
- Jak tam Stary? – zagadał podchodząc, niby przypadkiem, do czarnowłosego.
- Niedobrze Igorku, oj niedobrze – odpowiedział wciąż gapiąc się w stół, ale tym razem jakby niedowierzając temu, co tam widzi. – Zobacz jak oni pięknie razem wyglądają, – powiedział uśmiechając się głupawo - jak Romeo i Julia.
Niebieskooki spojrzał na lśniący blat i nie dostrzegł tam choćby cienia Romea już o Julii nawet nie wspominając. Jest gorzej niż sądziłem – pomyślał. – Odwaliło mu na amen.
- Posłuchaj Stary… – zaczął Igor.
- Nie jestem żaden Stary, tylko Stopa! – bardziej wybełkotał, niż krzyknął podnosząc w końcu wzrok.
Wyglądał tragicznie. Miał brudne, pozlepiane włosy, nie golił się co najmniej od tygodnia a jak mówił, to opluwał wszystko, co znajdowało się w promieniu dwóch metrów od niego. W dodatku kazał do siebie mówić stopa. Co to kurwa ma znaczyć stopa?! – bił się z myślami barman.
- Zobacz Igorku co mam – powiedział wyciągając klucz do otwierania drzwi zaświatów.
- To jest klucz – powiedział barman z udawanym spokojem. – Wszyscy tu takie mamy.
- A ty wiesz…- zaczął powoli półprzytomny właściciel różowych skrzydełek.
Błękitnooki nadstawił uszu i czekał cierpliwie.
- …ty wiesz, że oni to tam takimi puszki otwierają? – powiedział i zaczął się śmiać tak, jak tylko ktoś zdrowo nawalony potrafi. Potem momentalnie spoważniał, spojrzał ogromnemu przyjacielowi w wielkie ze zdziwienia oczy, rozpłakał się tak samo nagle, jak przestał śmiać i po prostu padł twarzą na blat. Zajebiście! – pomyślał Igor. –Tośmy się nagadali. Wziął swojego nieprzytomnego przyjaciela na ręce i bez wysiłku, jakby to był piętnastokilowy worek ziemniaków, zaniósł do pokoju na poddaszu. Tam przyjrzał się uważniej cudownym skrzydełkom czarnowłosego, pokiwał z politowaniem głową i odszedł.
*
- O! Nareszcie panicz raczył wstać! – powiedział nazajutrz na widok przyjaciela, jak zawsze tryskając radością.
- Na litość boską, nie krzycz – wyszeptał czarnooki krzywiąc się nieprzyjemnie. – A w ogóle, co tu tak dzisiaj jasno? Po co tyle tych świeczek, przecież to zwykłe marnotrawstwo.
- Jakoś wcześniej ci to nie przeszkadzało – szyderczo uśmiechnął się barman.- Może malibu?
- Bardzo śmieszne Igor, no normalnie boki zrywać – odpowiedział mu różowoskrzydły siadając przy barze.- Daj mi lepiej wody, – powiedział - tylko dużo.
Czas mijał szybko, bar był już wypełniony niemal po brzegi a czarnowłosy wciąż siedział w tym samym miejscu i sączył powoli piąty kubek wody. Niebieskooki postanowił spróbować ponownie.
- Słuchaj stary, wspominałeś coś wczoraj o jakiejś stopie, czy czymś podobnym, – powiedział obserwując uważnie przyjaciela, który lekko drgnął - chcesz może o tym teraz pogadać?
- Nie! Ani teraz, ani nigdy, bo wiesz Igor, są takie rzeczy, o których nawet z najlepszymi kumplami się nie gada – odpowiedział patrząc mu prosto w oczy i uśmiechając się szyderczo.
- Uwierz mi, że są rzeczy, o których wolałbyś nigdy nie wiedzieć – powiedział równie poważnie barman czarnookiego i odszedł pozostawiając czarnookiego w samotności. Ten z kolei dopił wodę do końca i nie żegnając się z nim, wyszedł.
Na dworze wiał lekki, przyjemny wiaterek o zapachu wanilii. Czarnooki wziął głęboki oddech, spojrzał w odwiecznie fioletowo-szare niebo i ruszył przed siebie. Szedł tak wspominając czas spędzony wspólnie z Karoliną, za którą teraz niewyobrażalnie mocno tęsknił. Uczucie to było mu dotychczas zupełnie obce, dlatego też nie wiedział za bardzo, jak sobie z nim poradzić. Chodził więc i wyżywał się na wszystkich i wszystkim, co tylko stanęło mu na drodze.
Pogrążony w myślach zatrzymał się nagle przed cudownie zdobionym, kamiennym łukiem, który wykuł podobno sam Michał Anioł. Łuk ten stanowił wejście do „Alei Zasłużonych”. Spoczywały tu istoty, które swoją wierną pracą dla Najwyższego zasłużyły na to, by móc ponownie cieszyć się jego bliskością. Tak się o nich powszechnie mówiło, ale prawda była nieco mniej barwna, bo najczęściej dotyczyło to tych, którzy przeżyli coś na tyle wstrząsającego, że nie byli już w stanie wykonywać powierzanych im zadań. Były wyjątki takie jak choćby Igor, ale dużo zależało od siły i woli samego poszkodowanego. Czarnooki obawiał się, że jest właśnie idealnym kandydatem na to, by zostać wyeliminowanym z tej krainy, którą przecież nazywał domem od niepamiętnych już czasów.
„Aleja Zasłużonych” była niczym innym, jak ziemskim odpowiednikiem cmentarza, tyle tylko, że zamiast krzyży, stawiano pomniki z powszechnie znanym i najbardziej lubianym przez wszystkich wizerunkiem zasłużonego. Krzyż nie był tutaj żadnym symbolem, bo przecież syn Najwyższego poświecił się tylko i wyłącznie dla ludzi. Czarnooki przyglądał się temu magicznemu miejscu w milczeniu, gdy nagle jego uwagę przykuła czyjaś postać błądzącą między figurami. Próbował dostrzec aurę tej istoty, ale z tej odległości było to prawie niemożliwe. Szkoda, że to nie może być ona – pomyślał i odszedł w kierunku swojego domu.
Każda istota zamieszkująca tą krainę posiadała własną i niepowtarzalną aurę, która ułatwiała im wzajemną identyfikację. Nowe zadanie Przewodnika wiązało się nieodłącznie ze zmianą powłoki na taką, jaką wymyśli mu jego aktualny podopieczny i wówczas tylko dzięki aurze możliwa była jego identyfikacja po powrocie. Dlatego też Igor bez trudu rozpoznał swojego starego przyjaciela w postaci czarnookiego mężczyzny, którego tak naprawdę widział po raz pierwszy w życiu. Barmana otaczała aura cudownie błękitna idealnie pasująca do jego oczu, podczas gdy czarnowłosego spowijał od zawsze mroczny fiolet, będący tutaj symbolem głębokiego smutku.
•
Zaniepokojony tygodniową nieobecnością przyjaciela, Igor, postanowił osobiście go odwiedzić. Delikatnie zapukał w drewniane drzwi, które zawsze wydawały mu się nadzwyczaj małe.
- Jesteś tam Stary?- zapytał cicho. – to ja, Igor.
- Otwarte – usłyszał cichy głos.
Wziął głęboki oddech i wszedł pewnie ozdabiając twarz promiennym uśmiechem, który bardzo szybko zamienił się w obraz głębokiego zdziwienia. Czarnooki leżał skulony na łóżku tuląc do piersi zieloną poduszkę a obok, na podłodze, piętrzyła się tygodniowa góra brudnych naczyń. Niektóre zdobił już zielony, puszysty meszek, więc tak samo widok jak i zapach był naprawdę nieziemski. Niebieskooki szybko ruszył w kierunku okrągłego okna, odsłaniając grube, ciemnozielone zasłony i otworzył je na oścież. Spojrzał na swojego wciąż wtulonego w poduszkę przyjaciela.
- Czy mogę ci jakoś pomóc? – zapytał nie wiedząc tak naprawdę, co ma zrobić.
- Tak, bądź tak miły i podaj mi kubek wody – odpowiedział mu czarnooki wskazując palcem zlew.
Barman spełnił prośbę przyjaciela, który siedział teraz na łóżku opierał się o ścianę i patrzył w sufit. Jego twarz zdobił już nie tygodniowy a dwu tygodniowy zarost.
- Wyglądasz strasznie – powiedział niebieskooki.
- Dzięki Stary - uśmiechnął się lekko różowoskrzydły.
- Powiesz mi w końcu co ci jest, czy mam to z ciebie wyciągnąć siłą?
- Uwierz mi, że nie chcesz wiedzieć – powiedział tamten wciąż uśmiechając się delikatnie.
- A wyobraź sobie właśnie, że chcę i nie wyjdę stąd, dopóki mi wszystkiego dokładnie nie opowiesz.
- Tak naprawdę, to nie wiem od czego mam zacząć.
- Najlepiej od początku.
- A mówiłem ci już, że jesteś najbardziej upierdliwą istotą, jaką znam?
- Ze sto razy.
- Dobra, – dał za wygraną czarnooki – ale ostrzegam, to będzie bardzo nudna historia.
- Ja kocham nudne historie. Nawijaj.
Czarnowłosy wziął głęboki oddech, i wpatrując się w trzymany w rękach kubek, zaczął opowiadać.
- Jak już wiesz, jakieś trzy ziemskie tygodnie temu, wróciłem z misji – powiedział i spojrzał na przyjaciela, który obserwował go niczym psychiatra pacjenta podczas wizyty. – Tym razem moje zadanie polegało na dotrzymaniu towarzystwa dwudziesto pięcio letniej dziewczynie, której serce miało wkrótce odmówić posłuszeństwa i najzwyczajniej na świecie się zatrzymać. Sprawa, jakich milion, prawda? – zapytał.
- Ja sam miałem takich z dwieście – powiedział potakując głową Igor.
- No właśnie, mi też wydawało się, że wszystko będzie jak zawsze, a jednak tym razem tak nie było. Karolina, bo tak miała na imię ta dziewczyna, zauważyła mnie dużo wcześniej niż powinna.
- A dokładnie? – zapytał zaciekawiony barman.
- Dokładnie jakiś miesiąc albo trochę ponad, licząc miarą ziemską.
Co?! – krzyknął tamten z niedowierzaniem. – Chcesz mi powiedzieć, że spędziłeś z nią ponad miesiąc?!
Czas tutaj nie istniał. Nie było podziału na dzień i noc, nie było lat ani pór roku, tylko wieczny półmrok. Po co czas komuś, kogo Bóg stworzył tak dawno, że sam pewnie zapomniał już kiedy, kto nigdy się nie starzał i nigdy nie miał umrzeć a nim pojawiły się istoty ludzkie i stał się ich Przewodnikiem, pomagał tworzyć swemu Panu nowe światy. Jednak miesiąc spędzony w towarzystwie człowieka wydawał się być nadzwyczaj długi.
- Tak, nie inaczej – potwierdził czarnowłosy.
- Przecież to jest niemożliwe! – błękitnooki złapał się za głowę. – To się w ogóle nie miało prawa zdarzyć!
- Mi to mówisz?– różowoskrzydły uśmiechnął się smutno.
Minęła dłuższa chwila zanim Igor doszedł do siebie na tyle, by poprosić przyjaciela o dokończenie opowieści.
- Było mi dobrze, jak nigdy dotąd – kontynuował tamten. - Ona była cudowna. Nie zadawała mi tych tradycyjnie głupich pytań typu, jak wygląda Niebo, albo czy Najwyższy to facet, czy babka. Nie była na mnie zła, choć dokładnie wiedziała, po co przyszedłem. Nie gryzła mnie, nie rzucała niczym, nie wyzywała, nie pluła i w ogóle zachowywała się tak, jak zawsze marzymy, by oni się zachowywali. Zabierała mnie na spacery, graliśmy w domino i rozmawialiśmy jak najlepsi kumple. W końcu czułem, że to, co robię jest dobre. Byłem prawdziwym Przewodnikiem Igor i było mi z tym cudownie. A teraz po prostu tęsknie i nie mogę pogodzić się z tym, że nigdy już jej nie zobaczę – powiedział a w jego czarnych oczach błysnęły łzy.
Barman siedział i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w stojącą przed nim, okazałą górę brudnych naczyń.
- Doprawdy nie wiem jak ci pomóc – powiedział po chwili. – Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to czas, który podobno wszystko leczy, choć wcale nie jestem o tym tak do końca przekonany. Musisz po prostu czekać a wszystko jakoś samo się ułoży. Zawsze się układa.
- To najpiękniejsza rzecz jak mnie w życiu spotkała a ty każesz mi zapomnieć? – zapytał z niedowierzaniem czarnowłosy. - Nigdy!
- Zrobisz, jak uważasz a ja chciałbym cię jeszcze o coś zapytać, jeśli pozwolisz?
- Pewnie.
- Bo wiesz, jak byłeś pijany to wspominałeś coś o jakiejś stopie i to wciąż nie daje mi spokoju. Mógłbyś mi to w końcu wyjaśnić?
Czarnooki zaśmiał się i spojrzał na przyjaciela.
- Tak dała mi na imię – powiedział.
- Stopa?
- No.
- To ciekawe – powiedział z udawaną powagą, po czym oboje wybuchli śmiechem.
*
Trzy dni później czarnowłosy pojawił się w barze i zamówił sok z czarnej porzeczki. Igor nie ukrywał swojej radości na widok przyjaciela, który był teraz czysty, ogolony i pachnący jak za dawnych czasów.
- Dzięki, że wtedy przyszedłeś Stary – powiedział.
- Drobiazg – odparł barman. – Powiedz lepiej, jak się czujesz?
- Znacznie lepiej. Przemyślałem sobie wszystko dokładnie i skoro taka jest wola Najwyższego, nie pozostaje mi nic innego, jak się dostosować, ale i tak nie przestanę za nią tęsknić.
- Wiem – odpowiedział mu tamten ze smutkiem.
W tym czasie, tuż obok różowoskrzydłego usiadły dwie istoty, jedna w powłoce męskiej, druga damskiej i rozmawiały o czymś, co wywoływało wyraźne podniecenie na ich twarzach. Byli tak podekscytowani i pochłoniecie rozmową, że nawet nie zauważyli, gdy zaciekawiony sąsiad przysunął się delikatnie i zaczął ich podsłuchiwać.
- Jak to nie chciała?! – niemal krzyknęła istota w powłoce damskiej. – Przecież tak nie można! Tak nie wypada! – dodała oburzona.
- No wiem, – odparł jej towarzysz – ale jak babcię kocham, przysięgam, że to prawda!
Akurat – pomyślał i uśmiechnął się podsłuchujący.
- No, ale nie można tak po prostu odmówić wejścia do Nieba! – kontynuowała wciąż oburzona dama. – Czy ta dziewczyna jest nienormalna?!
- Na to wygląda, bo teraz podobno włóczy się po naszej krainie twierdząc, że szuka swojego przyjaciela a wiesz jak go nazywa?
- Jak?
- Stopa – powiedział tamten wybuchając śmiechem.
- Jak uroczo – dodała piskliwie przyłączając się do towarzysza.
Czarnooki nie słyszał już nic więcej. Czuł jak jego serce tłucze o żebra a włosy na całym ciele stają dęba. Zacisnął dłoń na szklance, która pękła kalecząc ją i po chwili jego fioletowa krew zaczęła mieszać się ze szkarłatnym sokiem. Zaniepokojony barman spojrzał na śmiertelnie bladego przyjaciela.
- Co jest Stary? – zapytał ostrożnie.
- Zabiję ją Igor! Jak Boga kocham, znajdę i uduszę gołymi rękami! – cedził czarnooki przez zęby.
- No dobrze, - powiedział tamten ze spokojem - a mogę wiedzieć, kogo?
- Jak to kogo?! - niemal krzyknął podnosząc wzrok na kumpla. – Karolinę Igor, Karolinę! To małe, wredne dziewuszysko, przez które zmarnowałem dwadzieścia lat i ponad miesiąc! – uderzył skaleczoną dłonią w blat.
Niebieskooki z niepokojem obserwował, jak jego przyjaciel nagle zrywa się i wybiega z baru, jakby go gonił sam Najwyższy.
- A jednak mu odwaliło – powiedział do siebie.##edit_byatak 2006-03-03 19:58:33##ed_end##