Opowieść o pewnym elfie. Część I - Droga do wolności
- Dalej ty przebrzydły niewolniku! Czeka ciebie praca w kopalni! – wykrzykiwał na cały głos.
Elf zaczął się powoli podnosić na nogi. Nagle poczuł silne uderzenia w brzuch, krzyknął z bólu, zamknął oczy. Podniósł się jeszcze raz, tym razem szybciej, chcąc uniknąć kolejnego uderzenia. Wyszedł z otwartej celi na korytarz więzienny. Stali tam także inni więźniowie, strażnicy przypinali im kajdany do rąk. Jego spotkał taki sam los. Skuci wyszli z wielkiego budynku znajdującego się na obrzeżach miasta Angrod. Dalej czekała ich wędrówka przez las, aż dotarli do kopalni rudy. Tam zostali rozkuci, dano im kilofy i zagoniono do podziemi. Fendrill zaczął posępnie kopać w skale. Zastanawiał się, dlaczego go właśnie spotkał taki los, nic przecież nie zrobił... Trafił tu z chciwości ludzi. Jeszcze kilka lat temu cieszył się wolnością w Erdorath. Wtedy oni przybyli... zaczęła się walka o przetrwanie, którą elfy przegrały... Część jego pobratymców uciekła na zachód w poszukiwania nowego domu, reszta zaś została schwytana i zmuszona do pracy. Zabrano mu wszystko, wolność, dom, szczęście, jedyne, co mu pozostało to, nadzieja. Jego rozmyślania przerwał pewien krasnolud obok, wcisnął mu do rąk jakiś przedmiot owinięty w chustę. Elf bez chwili zastanowienia schował go za ubranie. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi strażników, wrócił do pracy. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi więźniowie zostali odprowadzeni do cel. Fendrill nie widząc już żadnego strażnika wyciągnął zza koszuli tajemniczy przedmiot. Rozwinął chustę, ujrzał sztylet z napisem na ostrzu.
- Jutro rano – odczytał po cichu
Elf poczuł radość, nadzieję... Przez resztę nocy nie mógł zasnąć, zresztą jak większość niewolników, pochłaniał bezcelowo resztki starej zupy przyniesionej do celi, gdy był pracował w kopalni. Cały czas myślał o jutrze. Gdy ujrzał w korytarzu jasne, ciepłe promienie słoneczne zamknął oczy... za chwilę przyjdzie Groth, aby jak co dzień obudzić go kilkoma uderzeniami. Usłyszał dźwięk otwieranych krat. Poczuwszy na sobie ciężki oddech strażnika szybkim ruchem wyciągnął sztylet. Usłyszawszy krzyki dochodzące z innych cel, wyjął broń z martwego ciała. Wybiegł na korytarz. Więźniowie zaczęli podpalać pochodniami, co się dało. Chwilę później wtargnął jednak oddział żołnierzy miejskich, rozgorzała bitwa. Fendrill wiedział jak się zakończy, jako jeden z nielicznych nie został walczyć, uciekł przez tylnie drzwi prowadzące do komnaty strażników, ujrzał kilka martwych ciał. Wybił okno naprzeciwko, najbliższym krzesłem. Poczuł świeże powietrze, poczuł wolność...
Ulice były puste, wiedział jednak, że długo to nie będzie trwać. Musiał szybko znaleźć kryjówkę. Pobiegł przed siebie. Nagle ujrzał także uciekającą osobę, był to krasnolud, który wręczył mu sztylet. Pomknął czym prędzej w jego kierunku.
- Czekaj!
- Ciszej, jeszcze ktoś cię usłyszy. Jeśli chcesz się stąd wydostać biegnij za mną i bądź cicho.
Fendrill nie odpowiedział. Razem ruszyli dalej ulicą. Krasnolud co chwilę oglądał bacznie to jeden, to drugi budynek. Wyraźnie czegoś szukał. Pop kilku minutach zdecydował się, weszli do jakiejś dziwnej opuszczonej chaty. Wszystko było porozrzucane, krzesła połamane, szyby powybijane, kilka ścian przykrywały stare bele. Mały człowiek zaczął je przewracać, przed nimi ukazały się drzwi. Zaczęli iść ciemnym tunelem w dół. Znaleźli się w dość obszernym pomieszczeniu, wypełnionymi beczkami. Na kilku ścianach paliły się pochodnie. Naprzeciwko nich siedział jakiś dziwny starzec. Wstał, podszedł do krasnoluda.
- Ach Gwrat, stary przyjacielu – objął go w ramiona – widzę, że mój plan ucieczki poskutkował.
- Tak, tak twoje pomysły nigdy nie zawodzą! Ale przestań mnie obejmować, bo się zaraz uduszę ty stary capie!
- Ale kto to? Nie mówiłeś, że weźmiesz kogoś ze sobą – starzec spojrzał na Fendrilla
- Gdy uciekałem dogonił mnie, nie był na tyle głupi żeby zginąć w walce, więc wziąłem go.
Dziwna osoba zaczęła przyglądać mu się coraz bardziej.
- Hmm no dobrze, ale broń, zbroję i zapasy przygotowałem jedynie dla jednej osoby...
- Poradzę sobie bez żadnej z tych rzeczy, chcę jedynie wydostać się po za mury miasta.
- Skoro tak... – Starzec podszedł do jednej z beczułek, otworzył ją. Podał krasnoludowi skórzaną zbroję, topór, który niemal dorównywał mu wielkością i plecak z pożywieniem – wyjdźcie tamtym wyjściem – wskazał na wielkie drewniane wrota położone po prawej stronie – Tunel zaprowadzi was po za mury – mówiąc to odszedł drogą, którą wcześniej przybyli.
Gwart z trudem założył na siebie ciasną skórę, założył wielką torbę na plecy, w ręce dzierżył topór.
- Więc na wolność...
- Na wolność...
W korytarzu panowały nieprzebyte ciemności, Fendrillowi dzięki infrawizji nie sprawiało to najmniejszego problemu, krasnolud jednak co chwilę się potykał, chodził po omacku. Nagle zauważyli maleńkie źródło światła gdzieś w oddali tunelu.
- W końcu... – burknął krasnolud
Zamachnął się toporem, rozwalił warstwę gałęzi przykrywających tunel, miłe, ciepłe promienie słońca zaczęły muskać ich twarze. Przed nimi rozpościerała się wielka łąka. Dywany kwiatów, liczne krzewy dawały niepowtarzalność temu miejscu. Kilkaset metrów za nimi ujrzeli wielkie grube mury Angrodu.
- Więc tutaj nasze drogi się rozchodzą...
- W rzeczy samej elfie, słyszałem, że już nie masz żadnej ojczyzny gdzie więc się udasz?
- Sam nie wiem, chyba na zachód, większość ocalałych elfów tam się udała.
- Hm… no dobrze, żegnam więc – krasnolud powolnym krokiem pomaszerował na południe – Ach jeszcze zapomniałem, jak się nazywasz!?
- Fendrill, Fendrill Underwood... Żegnaj!