Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Opowieści Najemników cz.1: Bitwa w kanionie

geralt01 ·

Generał Mashaj jechał zakużoną drogą,piach drażnił nazdrza.Za nim ciągneły jego oddziały.On i jego wojsko stanowili straż tylną.Ostatnia bitwa przegrana już nie było ratunku dla królestwa.Ziemie Arandrii broniły się dzielnie przez dwa tygodnie przed przeważającymi siłami wroga.Z dnia na dzień sytłacja stawała się coraz gorsza, w końcu główna armia Arandrii zepchnięta na rozległe pastwiska Tcheryt zdobyła się na rozpaczliwą bitwe którą przegrała.Namiestnik Arandrii zginą w bitwie,książe został pojmany a król uciekł za granice do sprzymieżonej Welgiri by tam szykować odwet.Po tej porażce więkrzość ocalałego wojska rozpieszchła się ale nie wrzyscy jak na przykład oddziały generała Mashaj'a.Postanowił osłaniać uchodźców masowo uciekających na górzyste granice Welgiri.Stanowił ich tylną straż, przed jego wojskiem wlokły się cztery tysiące uciekinierów a podjazdy nieprzyjaciela deptały im po piętach.
- Panie Generale,panie Generale!!-Krzyk nadjeżdżającego kawależysty wyrwał go z zadumy.To był Rafał jeden z jego najleprzych dowodców-Wrócił zwiadowca zaraz podjedzie!!
Wrzyscy dowódcy a było ich pięciu skupili się w grópkę podczas gdy Generał odjechał z gońcem na bok.
-Jak myślicie jest źle czy jeszcze gożej-Zapytał siwobrody Krasnolud,dowudca Lanknechtów.
-Czy ja wiem?-poskrobał się po hełmie Rafał-trzeba czekać,Stary napewno zwoła narade na wieczornym postoju wtedy się dowiemy.
-Chłopaki a może by tak hmm...złożyć rezygna...
-Zamknij się Luryk-Charkną na niego krasnal-nawet nie dokańczaj, mój topór dawno nie napił się krwi.
Luryk był najmłodszym dowudcą, przez ostatnie dni stał się jeszcze bardziej nerwowy niż zwykle.Do dalszej wymiany zdań nie doszło. Wrucił Generał.Jego tważ była jakby o dziesięć lat starsza a w oczach widać było troske.Podjechał do nich zamyślony i jakby nie będąc świadom tego co robi powiedział do nich tylko jedep zdanie, zdanie który dla nich nie miało sensu:
-Musimy ich powstrzymać!!!
Wyrwany z tego pułsnu szczekną tylko rozkaz aby wracali do swoich oddziałów.Rafał wracając do swoich podwładnych rozmyśał, rozmyślał nad tym co zobaczył. Jeszcze nigdy nie widział człowieka który posiwiał w ciągu dwóch minut.A to właśnie zobaczył.

* * * * * *

Na wieczornym postoju wrzyscy oficerowie zebrali się przy jednym malutkim ognisku.Oczekiwali aż wezwie ich generał,bo prędzej czy pużniej musiał ich wezwać.Było ich pięciu,wrzyscy poważni.
Udho Begdhain, Garmen, Luryk, Tarinar i Rafał.Cisza, panowała straszliwa ciężka cisza.W końcu przełamał ją Garmen.
-Jak sądzicie czemu stary tak się dziwnie zachował ?
-Może nas wytropili i śmierć zajżała mu w oczy-podsuną myśl Luryk.
-Nie Generał nie boi się śmierci moim zdaniem on podją jakąś decyzje-zamyślił się Rafał-cholernie ciężką decyzje.
Znów zapadła cisza.Słychać było jak wesoły płomień trzaska, a świerczyna która im posłużyła za opał skwierczy pod jego wpływem.Cisze przerwał tym razem Tarinar.
-A ja sądze....
Nigdy już nie mieli się dowiedzieć co sądzi Tarinar ponieważ z cienia wyłonił się Generał ze zwojem map i rozkładanym stolikiem pod pachom.
-Musimy się naradzić.

* * * * * *

Śedzieli do okoła stolika na który rozłożona była mapa.Migotliwe światło lampy żucało groteskowe cienie na ich twarze.Generał mówił.
-Tu, właśnie tu nas dogonią-wskazał patyczkiem na jakiś punkt na mapie-Trzy połączone podjazdy.
-To kanion-trafnie zauważył Tarinar.
-I tu tkwi problem-tważ Generała jkby poszażała-ten kanion jest bardzo długi i szeroki, jak wpadnie tam konnica to zrobią rzeźnie, rozniosą ten motłoch na kopytach.I widzicie... ja... nie pytam was co robić, ja już to wiem-będziemy bronić kanionu.Pytam natomiast co wy o tym sądzicie.

Zapadła cisza.Był na nią przygotowany, czekał.Cisza przedłużała się, każdy z oficerów miał skupioną tważ.W tej ciszy rozległ się nagle chrapliwy głos krasnoluda.
-Ile mamy czasu?
Wrzyscy patrzyli na Mashaja.
-Jutro rano dojdziemy do kanionu a około południa dogonią nas.
-Dobra ja popieram generała-znów przemuwił Udho-po to tu jesteśmy żeby bronić tych co się obronić nie umią.
Po paru minutach oficerowie jeden po drugim przyznawali racje Generałowi wrzyscy oprucz Luryka.
- Powiedz,powiedz mi dlaczego i jakim prawem skazujesz nas na śmierć w tym kanionie-Luryk był blady, głos mu drżał-No!!! Powiedz!!! Dlaczego?!
Generał milczał. Luryk wstał, cały drżał, mięśnie na jego tważy napięte były do granic możliwości.
I wtedy dopadł go krasnolud, przypadł do niego, zdzielił po gębie i przygioł do ziemi.
-Patrz-muwił rozeżlony Udho gniotąc w stalowym uścisku kark młodzika-patrz na tych ludzi rozłożonych przed nami, widzisz ich? To teraz idź do nich,przejdź się po ich obozowisku a odchodząc podejdź do jakiejś rodziny zajżyj w oczy staremu dziadowi i powiedz że jutro w południe on, jego córka i wnuczka będą zmasakrowanymi trupami.
Krasnolud mówił cicho ale z mocą. Na koniec rozmowy pchną oficera w strone obozowiska.
-No-sapną-To do planów bo czeka nas kupa roboty.
-Dobra mam już pewien plan zbliżcie się do mapy...i acha za pół godziny zbieżcie swoich ludzi przemówie do nich-Generał wydawał się barzdzo stary gdy mówił te słowa.

Pod koniec narady dołączył do nich Luryk był już spokojny. Wyglądał jakby od tygodnia nie zmrużył oka. Nic nie powiedział,na pytające spojżenia odpowiadał tylko skinięciem głowy, każdy wiedział co to znaczy.

* * * * * *

Poranek był pogodny gdy dotarli do gardzieli kanionu.Mieli dość czasu na przygotowanie obrony.
-Garmen!-generał był chmurny-karz swoim ludzią konfiskować wszelkiego rodzaju wózki, taczki i skrzynki.Ustawimy barykade.
Uchodźcy złożeczyli i stawiali opur wojsku, nieświadomi że w tej właśnie chwili zaczynają się przygotowywania do ratowania im skury.
-Hej chłopcy-darł się do swoich ludzi Udho-tam widziałem pare drzewek mają być zcięte i ułożone w poprzek drogi, macie pół godziny!!!
Praca szła pełną parą.Po trzech kwadransach barykada stała już w poprzek kanionu.Teraz każdy przygotowywał się na bitwe.Plan był prosty.
Gdy czujka którą wystawili na zwiadzie da znać ustawią się.Lanknechci w liczbie stu pod dowudctwem Udha mieli ustawić się w dwuszeregu przy barykadzie.A cała raszta(czterystu) troche dalej w głębi kanionu żeby móc nabrać rozpędu ponieważ byli to konni. Tak oto czas upływał powoli a słońce wspinało się coraz wyżej na nieboskłon. W miare upływu czasu atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa. Wszyscy czuli ogromne napięcie.Gdy słońce stanęło w zenicie nawet wiatr zamarł w oczekiwaniu.
Mineła minuta a po niej jeszcze jedna a potem jeszcze dwie.
Wreszcie wszechpanującą cisze przerwał Udho.Podniósł głowe z nad ziemi.Leżał tak już dobry kwadrans jakby nasłuchując.
-Jadą-jego głos był ochrypły, metaliczny-konni, wielu.
Istotnie po chwili przez barykade przedarli się zwiadowcy. Biegli jak szaleni, Jeden z nich trzymał obnażony miecz-to był znak.
Chwila zamieszania i wojowie stali gotowi do bitwy, wrzystkie przygotowania przebiegały w jak najgłębszej ciszy. Nie musieli długo czekać, ledwo się ustawili gdy z za zakrętu wypadli pierwszy konni.

* * * * * *

Pierwsze szeregi napastników niczym fala przyboju udeżyły o najeżoną bronią zapore.Ludzie walili się na ziemie wśród kwiku koni.Reszta konnych zdołała się zatrzymać przed barykadą.Teraz cofali się poza zasięg oszczepów i glewi zostawiając przed sobę trupy toważyszy i koni.Obrońcy kanionu mieli chwile wytchnienia nim liczniejszy napastnik znów uformował szeregi.
Po owej chwili na czoło najeźćców wysforowała się grópa kilkunastu konnych.W rękach trzymali jakby zwinięte sznury.
-O cholera-stękną Udho do swoich lanknechtów-już po barykadzie.Jak zażucą arkany to cofamy się równym szeregiem gotowi na przyjęcie konnicy!
Ledwo skończył wydawać polecenie gdy powietrze rozcią cieniutki świst arkanów spadających na barykade.Arkany zaczepiały o sęki,gałęzie i dyszle.Zaraz po zaczepieniu swych sznurów jeźdźcy ruszyli w tył ciągnąc za sobą kawałki barykady.
Na oczach obrońców ich mór został rozwleczony po kanionie.
- W tył!!!-darł się krasnolud-równo szeregiem psia mać!!!
Napastnik nie dał im się daleko oddalić rónął na nich ile sił w koniach.
- Stać!!!-komenderował Udho-pikiiiiii !!!
Udho wiedział że jeżeli któryś z jego wojowników stchuży, cofnie się lub zacznie uciekać to szyk się załamie, wtedy wszystkich wyrżną.
Nikt nie uciekł, choć strach miał każdy, gdy patrzył na zbliżającą się konnice,wsciekle rozpędzoną góre mięśni i żelaza.
Zdeżyli się! Tym razem wśród kwiku koni padali żołnierze obu stron.
Walka był krótka, przez pierwsze minuty tuż po zdeżeniu się wojsk prowadzili ludzie Udha ale potem wraz z napływem dalszych szeregów nieprzyjaciela systematycznie pokonywano opór zaciekłych obrońców.
W końcu Udho dał znak do odwrotu, lanknechci rzucili się pod ściany wąwozu robiąc miejsce kawaleri Meshaina która pruła na napastników z głębi kanionu.Wrogi podjazd ledwo zdąży złączyć się spowrotem w szyk kiedy wbił się w nich klin konnicy Generała.Napastnicy i obrońcy zmieszali się walcząc jak wściekłe wilki.Obrońców kanionu jednak było mniej i już po chwili rozdzielono ich na małe grupki.
-Do mnie, do mnie!!!-darł się Generał.
Wojownicy Meshajna podzielili się na trzy grupy jedną prowadził Generał, drugą Rafał razem z Udhem i Tarinarem a trzecią Luryk z Garmenem.
O ile grupy Rafała i Generała cofnęły się pod ściany kanionu o tyle grópa Luryka stał nadal na środku wściekle rąbiąc napastników. Luryk stał na jej czele wściekle odpierając ataki, w jego oczach rzażyło się szaleństwo.
Generał przestał patrzeć na młodzieńca. Czas był najwyższy by zadbać o siebie. Jakiś człowiek z wściekle wykrzywioną twarzą rzucił się na niego.
Mashain osłonił się tarczą i udeżył napastnika ciężkim mieczem.
Czas mijał.Generał ze zdziwieniem odkrył że jego lewa ręka opatrzona w tarcze ledwo unosi się w góre.Zmusił się do jeszcze jednego pchnięcia i jeszcze jednej zasłony.Wiedział że w końcu spóźni się z zasłoną o kilka sekund i to będzie koniec.Powalając następnego napastnika rozejżał się po swoich żołnierzach ale żaden nie stał już na nogach.Do okoła niego same wykrzywione twarze, same wraże ostrza.
Potężny cioś w tarcze zwalił go z nóg.Coś mocno udeżyło w jego hełm, ból eksplodował pod czaszką niczym umierająca gwiazda.Krew zalało oczy Generałowi, tracił czucie w kończynach,odgłosy walki stały się dziwnie daleki...
Stał na łące przyzdobionej wiosennym kwieciem. Obok niego stała dziewczyna, jej długie włosy spadały złotą kaskadą na plecy dziewczyny.
Uśmiechała się do niego, ręce miała wyciągnięte przed siebie jakby go przywołując.
-Chodź- mówiła-chodź do mnie! Poprowadze cię, nikt nie może być sam! Podaj mi ręke, odłuż miecz, dziś wielu muszę przeprowadzić przez tą łąke-jej głos kusił, nakazywał, nie sposub było mu się opszeć.
Potulnie odłożył miecz i podał dziewczynie ręke...
-NEEE !!! - Rafał wpadł między żołnierzy rąbiących ciało Generała.
Potężnym ciosem rozrąbał żebra jednemu z nich, przed atakiem drugiego zasłonił się tarczą.Topór wbił się w drzewo pukleża głęboko i napastnik o kilka sekund za pużno go uwolnił, nie zdąrzył się zasłonić, spojżał w dół i zobaczył własne wnętrzności leżące mu pod nogami, to był ostatni widok w jego życiu.
Rafał wraz ze swoimi ludźmi przebijał się do Generała już od dłuższego czasu, lecz nie zdążył na czas.
Bitwa rozgożała z nową furią.Uzbrojone dłonie wznosiły się i opadały.


Ponad jarem, gdzie toczyła się bitwa, dobrze ukryte ,trzy postacie obserwowały przebieg walki...


Ledwo sparował cięcie. Wywiną się przed powtórzonym atakiem i zadał napastnikowi cios w szyje.Przeciwnik bluzgojąc i dławiąc się krwią upadł na ziemie.Zastąpił go następny.''Skąd oni się biorą'' pytanie przemknęło w myśli Rafała.Jego prawica była coraz bardziej zdrętfiała, nie miał już sił, ciosy parował dzięki odruchowi i jakimś tajemnym rezerwom energii.
Udał że upada a gdy przeciwnik szykował się do ostatecznego ciosu, z pozycji klęczącej ukośnym cięciem przeorał mu pierś.Kolejny mniej. Kiedy ta przeklęta bitwa się skończy? Zauważył że wciąrz klęczy, sprubował wstać ale nie mógł. Czarne macki zmęczenia oplatały jego umysł, unieruchamiając członki, obezwładniając. Dookoła zrobiło się cicho. Przed jego oczami ukazały się czyjeś nogi. Uniusł głowe do góry, spojżał.
Wykrzywiona złością twarz, wyszczeżone zęby, broń wznosząca się powoli do ciosu, to nie mógł być przyjaciel.
- Ty ku...wi synu jeden-Topór Udha rozpłatał przyszłego oprawce Rafała na dwie połowy-Tffuu! Zdtychaj-siły krasnluda zdawały się być niewyczerpalne-Wstawaj Rafał, wstawaj!-Udho niemiłosiernie tarmosił Rafała za ramie-Powiedz że żyjesz cholero jedna!
- Prze...ee...stań-Rafał oblizał spieszchnięte wargi-bo ze mnie wnętrzności wytrząsiesz.
Opierając się o Krasnoluda Rafał wstał.Spojżał na słońce które wśród czerwonej łuny znikało za ścianami kanionu, a potem rozejżał się po polu bitwy.Powracające siły udeżyły w niego niczym fala o klify.
Spojżenia wojaków spodkały się.
-Tak-wyszeptał krasnal. Wyglądał okropnie. Miał skrwawioną twarz,rozczochraną brode i podkrążone oczy-Wygraliśmy!
Ich śmiech targną ścianami konionu.
Ruszyli przez pole bitwy.Wyglądało na to że tylko oni przeżyli. Jakiś odgłos zwrócił ich uwage. Zauważyli jakąś klęczącą postać.Podeszli do niej. To był Tarinar, trzymał za ręke Luryka.
-Obroniliśmy ich...nie stchurzyłem... wyg...wygraliśmy-Luryk leżał na ziemi kurczowo ściskając dłoń Tarinara.Widok był makabryczny,miał razciętą klatke pierśową i brzuch,z lewej nogi sterczał sztylet a prawa wyglądała na zmiażdżoną.Cały był poobijany i skrwawiony-Co...co za cisza-zakrztusił się krwią-Udho, Rafał jesteście... ekhe...hee, to miło-oczy Luryka zaszły mgłą,wpatrzone były w dal.
-Już ide szlachetna Pani...-drugą ręke wyciągną jakby komuś ją podając a potem znieruchomiał.
- Co za cholerny los-Tarinar był bliski płaczu-czy tak musi być ? Patrzcie ile ciał, ile śmierci. A po co to?
-Chodź-Udho wspulnjie z Rafałem postawili Tarinara za nogi.
Ruszyli we trójke w milczeniu przeczesując pobijowisko w poszukiwaniu rannych.Gdy doszli do końca było już ich pięciu.Okazało się że przeżyło jeszcze dwóch kawalerzystów których wspólnie odkopali spod hałdy trupów.Teraz Enseil i Sarga podążali wraz z milczącą trójką.
- Tu się zatrzymamy-krasnolud walną się na ziemie-opatrzymy rany,odpoczniemy i zobaczymy co dalej...
-Masz całkowitą racje-Rafał zwalił się obok Krasnala a za jego przykładem poszła reszta.
Nie wiedzieli że są obserwowani przez trzy pary czujnych oczu...

* * * * * *

Obudził się.Powoli ociężale usiadł, wrzystko go bolało ale odzyskał troche sił. Pamiętał że z grubsza opatrzyli swoje rany a następnie położyli się aby odpocząć i chyba zasneli.
Nie mogli spać dłużej niż godzine ponieważ ponad scianami kanionu widać jeszcze był różowo-czerwoną poświate zachodzącego słońca.
Przeciągną się leniwie. Reszta jeszce spała.
- Ćciiiiiiii-wyszeptał głos tuż nad jego uchem, jednocześnie poczuł zimne dotknięcie ostrego metalu na karku-nic nie mów,nie krzycz i nie wykonuj gwałtownych ruchów.
-Wstań, powoli- instrułował dalej głos-możesz się odwrócić, tylko powoli i pamiętaj o ciszy.
Rafał wstał i odwrócił się powoli.
Przed nim stał wysoki mężczyzna okryty ciemnym płaszczem, godził w niego czubkiem długiego miecza o ciękiej klindze.
Za nim w cieniu rzucanym przez ściane jaru stały jeszcze dwie postacie .
-Kim jesteś ? - Rafał zaryzykował pytanie.
-Przyjacielem- Głos tajemniczego mężczyzny był melodyjny.
-Skoro tak to po co celujesz we mnie mieczem?- krew zawrzała w Rafale-Czemu podkradasz się jak zbój?
- Miecz to tylko zabezpieczenie - odpowiedź padła z cienia, głos był kobiecy.
- Mogli byście potraktować nas jak wrogów-teraz mówił mężczyzna przed nim- a poza tym spaliście tak mocno że nie obudziły by was wszystkie wyjące głosy świata podziemi, dlatego nie słyszeliście naszych kroków, to proste.
- Teraz na znak dobrej woli cofne się i schowam miecz- melodyjny głos kontynłował- mam nadzieje że to cię przekona, możesz zbudzić swych przyjaciół poczekamy.
Rafał nie tracąc czasu wybudzał ze snu swoich towarzyszy.Gdy upewnił się że wrzyscy są przytomni opowiedział im swoją przygode i wskazał
trójke nieznajomych stojących w głębokim cieniu przy ścianie konionu.
Do tej pory nikt ich nie zauważył.
Krasnolud z toporem w ręku wystąpił na przód.
-Kim jesteście i czego chcecie-rzucił wściekle zły na siebie że dał się podejść.
-Opuść topór-Tarinar wstawił się za tajemniczymi przybyszami- gdyby chcieli nas skrzywdzić to już by to zrobili.
-Posłuchaj swego druha Udho Begdhainie-głos który wypowiedział te słowa musiał należeć do trzeciego osobnika w cieniu, poniewąż był to głos męski a melodyjnym nazwać go nie można było.
Udho oniemiał.
-Zawrzyj tą gębe bo ci much nawlatuje- znów ten sam głos.
-Skąd...-Udho zaczą ale nie zkończył ponieważ z cienia wyłoniła się przysadzista i kwadratowa sylwetka krasnoluda.
Był ciut mniejszy od Udha.Ubrany w zielone spodnie i brązową kurtke z mnustwem klamer i klamerek zupełnie nie funkcionalnych ale ładnie się prezętujących.Broda sięgała mu do pasa wysadzanego kryształami.Głowe miał wygoloną nie licząc pasa długich włosów zostawionego na środku głowy.
-Pamiętasz może Koratha Czarną Piąche, chadzałeś ze mną na pstrągi ty gruba beko sadła !
-Ach ty gówniażu !
Rzucili się na siebie i zwarli w niedźwiedzim uścisku. Wbrew pozorom to było przywitanie a nie walka o życie.
-Chłopaki -darł się Udho- nie ma się czego bać to mój stary znajomy.
Wyraz ulgi odmalowałsię na wrzystkich twarzach.
Po kolei podchodzili i witali się z krasnoludem.
-Mości Korathcie może przedstawisz nam swoich toważyszy?-Rafał czuł że mąci mu się w głowie.''Jak na dzisiejszy dzień to dzieje się za wiele'' pomyślał.
Nie wiedział że całe zmęczenie uleci z niego za pare sekund.
-Ach prawda, zapomniałem-sapną krasnolud
Najpierw z cienia wyłonił się mężczyzna z który rozmawiał Rafał. Był bardzo wysoki odziany w wiśniowy kubrak i szare spodnie.Ramiona miał okryte brązowym płaszczem. Włosy koloru słomy opadały mu na ramiona.
-To jest Avar-komentował Korath- mój najleprzy przyjaciel i druch choć niestety elf.
-Elf brzmi w twoich ustach jak przekleństwo- zaśmiał się Avar podając dłoń Rafałowi.
-A teraz Viki... eee...to znaczy Viktoria-zapowiadał krasnolud.
Wyłoniła się z cienia a promienie zachodzącego słońca ukazały dokładnie jej postać.Była ubrana w czerwoną suknie z umiarkowanym dekoltem. Suknia była dość nietypowa, po bokach od połowy ud była rozcięta dzięki czemu nie krępowała ruchów. W tali przepięta była szerokim czarnym pasem do którego przymocowana była mała sakwa. Kobieta obuta była w trzewiczki na obcaśe.
Rafał zawiesił spojżenie na jej tważy i nie mógł go oderwać.
Jej blada tważyczka o mocno zarysowanych kościach policzkowych, otoczono kaskadą kasztanowych, lśniących włosów zrobiła na nim piorunujące wrażenie.Spojżał w jej oczy...
Błękitne ale wbrew steotypam ciepłe.Dziwnie błyszczące jakąś tajemnicą... a może obietnicą.
Ich spojżenia złączyły się i utoną w błekitnej głębinie jej oczu...

* * * * * *

Ogień wesoło trzaskał spopielając kolejną część chrustu.W powietrzu unosił się miły zapach żywicy.
Cała dolina spowita była ciemnością.Podrużni skupili się w pobliżu dającego ciepło goniska.
Kiedy dotarli do tej ukrytaj doliny nad światem panowała już noc. Dolina była dość głęboka, jej północną stronę porastał zagajnik a w najdalej wysuniętym na zachód skrawku doliny biło źrudełko. W tym źrudełku Rafał i jego toważysze obmyli siebie i swe rany. Woda była strasznie zimna ale czysta. Zaraz po tem Viktoria zabrała się za opatrzanie ich ran, robiła to fachowo i z wprawą. Tym czasem Korath nazbierał chrustu i zaczą rozpalać ognisko, drewno było suche więc nie dymiło a ściany doliny skutecznie zastawiały światło płomieni, podrurzni nie musieli obawiać się wykrycia.Gdy już wrzyscy byli opatrzeni, legli wokuł złocistych płomieni. Wtedy pojawił się Avar niosąc upolowanego jelonka. Krasnoludy szybko skleciły prowizoryczne rożno. Teraz wrzyscy najedzeni wygrzewali się leniwie.
-Właściwie to skąd się tu wzieliście?-milczenie przerwał Udho.
-Pochodze ze Srebrnych Wież-Odpowiedziała Viktoria- Jestem czarodziejką i tam mieszkałam, uczyłam się. Gdy miasto skapitulowało po najeździe, postanowiłam uciec.Skontaktowałam się z Korathem który jest moim przyjacielem od kilku już lat i uciekliśmy z miasta. Po drodze spodkaliśmy Avara który prubował sam zbiec z miasta, złączyliśmy siły. Od tej pory podróżujemy razem uciekając przed wojną.
-Ooo... to długą droge przebyliśće mości czarodziejko-Tarinar oderwał oczy od płomieni- jeśli się nie myle to Srebrne Wieże są na wybrzeżu.
-Taaa, leziemy już tak od trzech tygodni-krasnolud zrobił mine jakby chciał splunąć a nie mógł.
-Na szczęście do granicy już nie daleko-Rafał kalkulował coś w myśłach-jeśli będziemy iść do Przepaści Ormenta mało uczęszczanymi drogami to zajmie nam to jakieś cztery dni, a za przepaścią jeszcze jakieś dwa dni marszu i granica.
-Znaczy jakiś tydzień jeszcze-Udho zmarszczył brwi.
-Możemy iść główną drogą, wtedy jak się wysilimy to za dwa dni przekroczymy Przepaść Ormenta, a dalej to już wiecie...-odpowiedział
Tarinar z ironicznym uśmiechem.
-To odpada-Viktoria zaśmiała się delikatnie-chyba że jesteś samobójcą.
-Znaczy się plan jest taki: Od jutra przedzieramy się razem do granicy.A kto ośmieli się nam przeszkodzić...-Topór krasnala ze świstem wbił się w drzewo.

Nie wiedzieli że przeznaczenie ma co do nich inne plany...
Nikt nie ucieknie przed swoim przeznaczeniem !
A przeznaczeniem każdego jest Śmierć...

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...